sobota, 26 maja 2012

W ubiegłą niedzielę, 20 maja, w Serbii odbyła się druga tura wyborów prezydenckich. Wbrew przewidywaniom zwyciężył w niej Tomislav Nikolić, reprezentujący Serbską Partię Progresywną (SNS), sytuującą się na prawo od centrum na serbskiej scenie politycznej. Nikolić pokonał urzędującego od 2004 r. Borysa Tadicia z centro-lewicowej Partii Demokratycznej (DS). Czy Nikolić odwróci proeuropejski kurs, po którym od blisko dekady żeglowała Serbia pod przywództwem Tadicia? Dlaczego Tadić przegrał, chociaż wydawał się być faworytem?

Nikolić - nowy image doświadczonego polityka

grafikaNowy prezydent Tomislav Nikolić (na zdjęciu; źródło: Wikimedia Commons) to kontrowersyjna figura. Do niedawna był zdeklarowanym nacjonalistą, a pod koniec lat 90. ubiegłego wieku pełnił funkcję wicepremiera w rządzie koalicyjnym wspierającym prezydenta Milosevicia. Zanim powołał do życia SNS był jednym z liderów Partii Radykalnej (SRS), z którą rozstał się w 2008. Wtedy też rozpoczął transformację z pozycji skrajnie prawicowych na centro-prawicowe, zaczął też pozytywniej spoglądać na proces akcesyjny do Unii Europejskiej.

W wyborach parlamentarnych w dniu 6 maja partia Nikolicia zdobyła 24% głosów, ciesząc się największym poparciem wyborców (drugą pozycję zajęło ugrupowanie Tadicia, sięgając po 22% poparcia). Teraz trwa trudny proces tworzenia większości rządowej i żaden rezultat toczących się rozmów nie powinien być dla nas zaskoczeniem. Po deklaracji Nikolicia, iż zamierza kontynuować zbliżenie z Europą przywódcy europejscy naciskają na nowego prezydenta, by stworzył wielką koalicję z partią Tadicia (być może nawet z nim samym jako premierem).

Warto docenić, iż Nikolić nie tylko pozytywnie patrzy na UE, lecz przede wszystkim doprowadził do wyniszczenia ksenofobicznej, nacjonalistycznej Partii Radykalnej. Zdobyła ona zaledwie 4,63% głosów i nie wprowadziła do parlamentu ani jednego deputowanego. Nikolić wyprowadził więc wyborców z SRS, odrywając ich od prawej ściany i przywracając konstruktywnej polityce.

Przyczyny porażki Tadicia

Dlaczego Tadić przegrał, chociaż wydawał się faworytem (nie murowanym, ale jednak)? Wyniki pierwszej tury, gdy Nikolić przegrał z Tadiciem o włos (0,3%, przy 25% poparciu) wskazywały na wyrównaną walkę w dogrywce dwa tygodnie później. Tutaj okazało się, że dodawanie wyników różnych kandydatów potrafi być mylące. Elektorat przegranych, wbrew matematyce opartej na rezultacie pierwszej tury, nie zsumował się i nie dał Tadiciowi zwycięstwa. Urzędujący prezydent zdobył niespełna 49% głosów, przegrywając z Nikoliciem o kilkadziesiąt tysięcy głosów.

Na uwagę zasługuje zdecydowanie niższa frekwencja, która przekroczyła nieznacznie 46% (przy ponad 57% w pierwszej turze). Oznacza to, że setki tysięcy wyborców, potencjalnego elektoratu Tadicia, nie udały się do urn wyborczych. Zostali w domu i pozwolili tym samym wygrać Nikoliciowi. Jakie były powody takiego zachowania elektoratu?

Po pierwsze, trudna sytuacja gospodarcza Serbii. Niemal co czwarty zdolny do pracy Serb nie może znaleźć zatrudnienia, a zadłużenie zagraniczne kraju zbliża się do 20 mld euro. Po drugie, wyborcy Tadicia, w tym elita intelektualna i klasa średnia, mieli coraz bardziej dość często aroganckiego prezydenta, który wykazywał coraz mniej szacunku dla instytucji demokratycznego państwa. Tadicia dosięgła klasyczna pułapka władzy w postaci buty i pewności siebie implikujących lekceważenie zdania i uprawnień innych instytucji. Za rządów Tadicia marginalizacji uległo stanowisko premiera i ministra spraw zagranicznych, których główne kompetencje przejął prezydent.

Co dalej?

W trakcie kampanii wyborczej (a dnia 6 maja odbyły się zarówno wybory parlamentarne, jak i prezydenckie) padały ogólne hasła w postaci walki z korupcją i bezrobociem, jednak bez żadnych szczegółów. Tymczasem to właśnie szczegółowe rozwiązania mogą sprawić, że sytuacja gospodarcza obywateli i państwa serbskiego zacznie się poprawiać. Nowy prezydent będzie miał pełne ręce roboty na froncie wewnętrznym, a nie wiadomo, czy nie będzie musiał zmagać się z opozycyjnym parlamentem (a więc także i rządem). Na pewno nie ułatwiłoby to przeprowadzania potrzebnych zmian. Z drugiej strony, niektórzy komentatorzy obawiają się oddania Nikoliciowi pełni władzy. Z tego punktu widzenia wielka koalicja SPS z DS byłaby pożądana, jednak współpraca dwóch głównych rywali zawsze jest trudna i często odbija się negatywnie na jednym z partnerów (vide Niemcy).

W polityce zagranicznej główny kierunek, czyli UE, pozostanie bez zmian. Społeczeństwo serbskie po raz kolejny dało wyraz temu, iż widzi swój kraj w zjednoczonej Europie. W relacjach z Brukselą cierniem nadal będzie problem Kosowa. Belgrad pogodził się z utratą suwerenności nad Kosowem, lecz w żadnym razie nie akceptuje secesji i niepodległości. Serbowie wierzą, że utrata Kosowa jest tymczasowa. Są gotowi skupić się na innych problemach, głównie gospodarczych, jednak długoterminowo nie zmienia się ich podejście do Kosowa. Pojawia się więc pytanie, jak zachowa się Serbia, gdy Unia postawi sprawę Kosowa na ostrzu noża? Wejście do UE czy negacja? Z drugiej strony, kilka państw członkowskich nadal nie uznało niepodległości Kosowa (Hiszpania, Cypr) i nie zanosi się na to, że zmienią zdanie.

Pewne jest to, że w Serbii kończy się era Borysa Tadicia. Wymiana elit rządzących to jedno z podstawowych założeń demokracji. Jako Europejczycy powinniśmy się cieszyć, że w Serbii działa ona coraz lepiej.

Z tego miejsca chciałbym bardzo podziękować za współpracę mojej serbskiej koleżance Anji Stefanović, pochodzącej z Belgradu politolożce. Jej bezinteresowna życzliwość, otwartość i gotowość do odpowiadania na mnożące się pytania zasługują na najwyższe uznanie.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 21 maja 2012

Język angielski łatwiej znosi słowotwórstwo w postaci łączenia dwóch słów w jedno. Tytułowi przejaciele to moje autorskie tłumaczenie angielskiego frenemies, powstałego ze słów friends (przyjaciele) i enemies (przeciwnicy, wrogowie). Przejaciele (frenemies) doskonale opisują stan relacji amerykańsko-pakistańskich, a powodem nieustannego pogarszania stosunków pomiędzy Waszyngtonem a Islamabadem jest walka z radykalnym islamem.

Wielokrotnie pisałem o trudnościach, jakie napotykają Amerykanie i ich zachodni sojusznicy w Afganistanie. Po zwycięskiej wojnie z reżimem talibów i wytępieniu (w znacznym stopniu) Al-Kaidy w Afganistanie, ciężar rebelii i zwalczania islamskiego terroryzmu przenosi się na pakistańską stronę granicy. To Pakistan stał się bezpieczną przystanią dla radykałów, stanowi też bazę zaopatrzeniową dla talibów i rozmaitych ugrupowaniach zwalczających siły USA i ISAF w Afganistanie.

Warunki nie do spełnienia

grafikaPakistan prowadzi w przypadku Kabulu grę obliczoną na utrzymanie kraju we własnej strefie wpływów, jako zabezpieczenie na ewentualność konfliktu z Indiami. Ten strategiczny imperatyw nakazuje Pakistanowi wspierać m.in. ugrupowania Hekmatjara czy Hakkaniego, które nie kryją się z przeprowadzaniem ataków na wojska koalicji i siły bezpieczeństwa afgańskiego rządu. Co więcej, od listopada ub.r. Islamabad blokuje lądowe szlaki logistyczne, którymi zaopatrywane są wojska USA i ISAF. Decyzja ta zapadła po omyłkowym zaatakowaniu pakistańskich pograniczników przez Amerykanów, w wyniku czego 24 żołnierzy poniosło śmierć.

W międzyczasie, w połowie kwietnia br.r., Pakistan przyjął nowe wytyczne polityki zagranicznej, z których jasno wynika, iż zamierza twardo postawić się Amerykanom. Postulaty prezydenta Zardariego, uczestniczącego w trwającym w Chicago szczycie NATO, nie są dla Sojuszu i Waszyngtonu żadną niespodzianką. Są kopią wspomnianych wytycznych. Islamabad domaga się oficjalnych przeprosin od Białego Domu za listopadowy omyłkowy atak na pakistańskich pograniczników, a także wstrzymania licznych nalotów dokonywanych przez drony na pakistańskim terytorium.

Pakistan stawia jednak jeszcze jeden warunek, jakim jest drastyczna podwyżka opłat za transport zaopatrzenia. Podwyżka ma być podobno kilkunastokrotna (licząc od każdej ciężarówki), łącznie koszt przewozu przez Pakistan miałby zbliżyć się do 400 mln dolarów. Licząc po dzisiejszym kursie NBP (3,39 zł) byłoby to 1,35 mld zł. Czy tyle nie kosztował przypadkiem Stadion Narodowy w Warszawie? Jeśli Islamabad zacietrzewi się na sumie zbliżonej do 400, a nawet 300 mln dolarów (wysoko licytują, będzie z czego zbijać), to na miejscu Amerykanów można zrobić tylko jedno - zgodzić się, a następnie odliczyć absurdalnie wysokie koszty transportu od miliardowej pomocy amerykańskiej dla Pakistanu (wojskowej i cywilnej). Jest mało prawdopodobne, aby Amerykanie przystali na którąkolwiek z pakistańskich "propozycji" (konkretniej mówiąc - żądań).

Pakistański plan gry

Wracając do tytułowych przejaciół, problem jest następujący: Amerykanie wygrali w Afganistanie, rozbijając talibów i niemalże przepędzając Al-Kaidę. Teraz Zachód tkwi po uszy w afgańskiej wojnie domowej, którą z całych sił wspiera Pakistan, dążąc do zainstalowania zależnych od siebie władz w Kabulu. Terroryści i radykałowie islamscy, w tym talibowie, działają głównie w Pakistanie, gdzie mają zapewnione swobodne warunki do działania i względne bezpieczeństwo, a sami organizują sobie finansowanie, uzbrojenie i obozy szkoleniowe. Rosnąca liczba ataków dronów w Pakistanie jasno wskazuje, gdzie znajduje się źródło zagrożenia radykalnym islamem w Azji.

Na szczycie w Chicago NATO potwierdziło zamiar wycofania większości sił z upływem 2014 roku (moim zdaniem zbyt późno), natomiast od połowy 2013 roku misja ISAF ma zmienić charakter z bojowego na szkoleniowy. Ciężar walk z talibami mają przejąć afgańskie siły bezpieczeństwa. Jest mało prawdopodobne, by mogły odnieść w tej walce sukces. Polityczne rozwiązanie zależy wyłącznie od Pakistanu (ten musiałby jeszcze wpłynąć na swoich "talibskich" sojuszników). Na razie nie widać, aby Amerykanie mogli skłonić Islamabad do konstruktywnego dialogu w tej sprawie. Posiadają instrumenty nacisku, jak chociażby wspomniana wcześniej pomoc finansowa, jednak Islamabad pozostaje nieugięty.

Piotr Wołejko

 

grafika: pakistaniat.com

czwartek, 17 maja 2012

Grupa G8 nie jest najważniejszą instytucją na świecie. De facto jest to coroczna formuła spotkań przywódców najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw świata, wywodząca się z połowy lat 70. W skład grupy wchodzą Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Japonia oraz Kanada. Oprócz wysokiego poziomu rozwoju państwa te łączy ustrój demokratyczny i przywiązanie do praw człowieka oraz wolności obywatelskich.

Rosja, dokooptowana do G7 w 1994 roku, a formalnie przyjęta do niej trzy lata później (zmiana nazwy na G8) od początku pasowała do niej jak pięść do nosa. Z biegiem lat coraz bardziej. Teraz pojawił się świetny pretekst, by - jak się okazuje - bolesną dla Moskwy obecność w G8 zakończyć. Nowy-stary prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin uznał, że ma ważniejsze rzeczy do roboty, niż pokonywać ocean i spotykać się w Camp David z przywódcami Zachodu. Oficjalne uzasadnienie takiej decyzji Putina to konieczność dokończenia formowania rządu. Zabawne w takim razie, że premier tego rządu, Dmitrij Miedwiediew (do niedawna prezydent), został przez Putina oddelegowany do udziału w szczycie G8, który odbędzie się w dniach 18-19 maja.

Dla Rosji G8 traci na znaczeniu

Jakkolwiek wymówka dotycząca tworzenia rządu może być częściowo prawdziwa, ponieważ Putin musi stworzyć gabinet zdolny odpowiedzieć na coraz większe niezadowolenie społeczne i falę demonstracji, te kilka dni nie robi istotnej różnicy. Problemy wewnętrzne będą zmorą Putina przez cały czas trwania kadencji (6 lat, o ile dotrwa do końca), a rząd i jego członkowie mogą pełnić rolę zderzaków.

Jest jednak mało prawdopodobne, że Putin kierował się taką drobnostką jak formowanie gabinetu. Bardziej przemawia do mnie (i nie tylko) argument, iż prezydent Rosji wymierza policzek prezydentowi Obamie i Zachodowi. Nie od dziś wiadomo, że Putin jest negatywnie nastawiony do wspólnoty państw demokratycznych, żywi przed nią obawę (kolorowe rewolucje, obalanie przyjaznych Rosji reżimów) i zrobi wszystko, aby powstrzymać działania Zachodu. Jak przewidywałem w grudniu ub.r., reset pomiędzy Ameryką a Rosją dobiegł końca. Teraz znajdujemy ostateczne potwierdzenie tych przewidywań. W Rosji już od ponad pół roku dominują zdecydowane antyzachodnie nastroje. Sam Putin, zamiast do Camp David, planuje udać się do Mińska - chyba jasne, jakie wnioski można wyciągnąć z takiego kierunku pierwszej wizyty.

grafika

Zdjęcie ze szczytu G8 w Kanadzie w 2010 r. (źródło: Wikimedia Commons)

Putina nie interesuje G8, umiarkowanie interesuje go G20 (szczyt w Meksyku w czerwcu, planuje wziąć w nim udział), bardzo interesuje go natomiast Szanghajska Organizacja Współpracy, OUBZ oraz integracja środkowoazjatyckich republik postsowieckich (oraz Ukrainy) pod przewodnictwem Kremla. Przed wyborami Putin zapowiadał stworzenie alternatywnej wobec Unii Europejskiej organizacji na obszarze WNP - eurazjatyckiej unii gospodarczej. Tak, jak Obama koncentruje uwagę Waszyngtonu na Pacyfiku, tak Putin skupia uwagę Moskwy na Azji Środkowej. Słusznie rozumuje, że to kluczowy dla Rosji obszar świata. Rosja powinna umocnić tam swoje wpływy, ograniczyć chińską ekspansję i wyrugować Stany Zjednoczone.

Swoiste desinteressement Putina dla G8 i Zachodu ma więc uzasadnienie geopolityczne. Rosja woli rozmawiać z przyjaznymi Niemcami i Francją (być może Putin spotka się z ich przywódcami pomiędzy wizytą u Łukaszenki a wylotem do Pekinu) niż Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami. Obecność Ameryki jest Rosji zbędna, co od dawna jest oficjalnym stanowiskiem Moskwy w sprawie bezpieczeństwa Europy.

Usunięcie Rosji to niewielka strata

Skoro Putin nie widzi w udziale w G8 istotnych korzyści, nie ma powodu, by Rosję zmuszać do udziału w jej spotkaniach. Przywódcy najbardziej rozwiniętych demokracji spotykali się bez udziału przedstawiciela Rosji przez blisko dwie dekady, mogą spotykać się bez niego także teraz. Natomiast nie ma żadnego powodu, by przyjmować policzek od Putina (Obama specjalnie przeniósł szczyt G8 z Chicago do Camp David, ponieważ w tym pierwszym odbywa się szczyt NATO) i zapewniać, że obecność Miedwiediewa jest wysoce pożądana. Nasza chata z kraja? Dziękujecie nam? Przyjmujemy to bez żalu.

Rosja w żadnej mierze nie przystaje do G8, ani pod względem gospodarczym, ani pod względem ustrojowym. Ba, zachodnia siódemka i Rosja to niebo a ziemia pod względem demokracji i praw człowieka. Państw dawnego G7 nie łączy z Rosją wspólnota wartości, a wspólnota interesów jest, głównie przez działania Putina, coraz bardziej ograniczona. O ile Miedwiedwiew zgodził się jeszcze na zachodnią interwencję w Libii, o tyle Putin kategorycznie wzbrania się przed jakąkolwiek formą silniejszego nacisku na Syrię. Wiadomo, że z Putinem  nie będzie ustępstw, a negocjacje będą bardzo trudne (jakby do tej pory były łatwe...).

Pożegnanie Rosji z G8 powinno odbyć się bez dyplomatycznych fajerwerków. Po prostu na kolejny szczyt nie należy wystosowywać zaproszenia dla przywódcy Federacji Rosyjskiej. Kraje Zachodu zyskają okazję do szczerej rozmowy w godnym zaufania gronie, a prezydent Putin nie będzie zmuszony szukać kolejnej wymówki. Należy pamiętać, że G8 to tylko klub dyskusyjny, a z racji wyzwań ekonomicznych ważne decyzje zapadają na szczytach G20. Tam udział Rosji jest wskazany, a przez nią samą ceniony. Są więc warunki do dialogu i współpracy. W przypadku G8 jest oczywiste, że formuła kooperacji z Rosją się wyczerpała.

Piotr Wołejko


PS. Pomysł, aby wyrzucić Rosję z G8 nie jest nowy. Dyskusja na ten temat odbyła się ostatnio cztery lata temu, po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Zachęcam do przeczytania artykułu Richarda Haassa, szefa Rady Stosunków Międzynarodowych z Waszyngtonu (wpływowego think-tanku), który bronił wówczas obecności Federacji Rosyjskiej w G8.

wtorek, 15 maja 2012

Rok temu, 2 maja 2011 roku, amerykańscy komandosi z elitarnego oddziału Navy Seals Team Six, przeprowadzili akcję na terytorium Pakistanu, w wyniku której zginął lider Al-Kaidy Osama bin Laden (OBL). Akcja komandosów wstrząsnęła Al-Kaidą. W rok po zabiciu OBL warto postawić pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi? Odpowiedzi postaram się udzielić wspólnie z Michałem Holą, ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu.

grafikaJak twierdzi Michał, rok po śmierci OBL Al-Kaida wydaje się niezdolna do przeprowadzenia samodzielnego, centralnie planowanego uderzenia na wielką skalę, podobnego do 11 września 2001 roku. Następcy OBL, Aymanowi al-Zawahiriemu, brakuje charyzmy i rozmachu, którym cechował się Osama (na zdjęciu fragment okładki magazynu Time autorstwa Tima O'Briena). Baza pod przywództwem Zawahiriego zdaje się tracić na znaczeniu w tym sensie, że nie nadaje już tonu ogólnoświatowemu dżihadowi wymierzonemu w Zachód. Nadal jest jednak punktem odniesienia dla wielu dżihadystów na całym świecie.

Według szacunków amerykańskiej armii i wywiadu w Afganistanie, w którym od dekady przebywają zachodnie wojska, znajduje się 100-200 bojowników Al-Kaidy. Ośrodki treningowe terrorystów zostały w znacznej mierze zniszczone, a oni sami przenieśli się raczej na górzyste afgańsko-pakistańskie pogranicze. To nie Al-Kaida prowadzi z Amerykanami wojnę partyzancką w Afganistanie. Jej rola jest niewielka. Michał Hola jest przeciwnego zdania, co powinienem w tym miejscu zaznaczyć.

Nowe teatry walk

Jednocześnie następuje rozprzestrzenianie się ideologii Al-Kaidy w regionie Afryki Północnej i Sahelu, Rogu Afryki, a nawet w Nigerii. Polem walki z terrorystami spod znaku wojowniczego islamu jest dziś głównie Jemen, gdzie prowadzona jest intensywna kampania ataków z powietrza (samoloty bezzałogowe) połączona z działaniami szkolonych przez Amerykanów oddziałów jemeńskich sił bezpieczeństwa. To w Jemenie działał posiadający amerykańskie obywatelstwo Anwar al-Awlaki, który został pierwszym obywatelem USA zabitym bez wyroku sądu na rozkaz Waszyngtonu (co wzbudziło wiele kontrowersji, podobnie jak rosnące wykorzystanie dronów w walce z terroryzmem rodzi coraz większe wątpliwości etyczne).

Problemy z terrorystami inspirowanymi Al-Kaidą ma także Somalia, gdzie lokalne ugrupowanie islamistyczne al-Shabab postanowiło przeprowadzić fuzję z Bazą i działać z nią ramie w ramię podczas walki z „niewiernymi”. Od listopada trwa skoordynowana ofensywa wymierzona w al-Shabab, w której biorą udział Kenia, Etiopia, lokalne siły stabilizacyjne pod flagą Unii Afrykańskiej (głównie Ugandyjczycy), miejscowe milicje klanowe oraz siły rządu tymczasowego. Pół roku po starcie kampanii trudno powiedzieć, że al-Shabab zostało stłamszone. Organizacja nadal kontroluje sporą część terytorium Somalii.

Warto zwrócić szczególną uwagę na Jemen i Somalię w kontekście Al-Kaidy, gdyż miejscowe uwarunkowania (słabe bądź nieistniejące państwo, skłócone klany/grupy etniczne, ubóstwo i brak perspektyw ludności, brak większego zainteresowania i wsparcia wspólnoty międzynarodowej) bardzo przypominają Afganistan. Kraje te są wręcz kopią bezpiecznej przystani, jaką dla terrorystów stał się Afganistan. W Afryce zyskali oni to, czego brakowało trochę w Afganistanie – przestrzeń. Bardzo łatwo jest „zgubić się” na rozległych pustkowiach i płaskowyżach albo w górzystym terenie. Obszary te są trudno dostępne i zapewniają terrorystom swobodę i bezpieczeństwo.

Z tego powodu należy uważnie przyglądać się działaniom AQIM (Al-Kaidy Islamskiego Maghrebu), szczególnie aktywnej w Algierii oraz sytuacji w Mali, którego struktury państwowe przestają powoli istnieć (zamach stanu, próba kontr zamachu, secesja Tuaregów), a elementy radykalne rosną w siłę mimo stosunkowo niewielkiej liczebności (nadrabiają to świetną organizacją, lojalnością i zdolnościami bojowymi). Nie można pomijać też zagrożenia, jakie stanowi nigeryjska grupa Boko Haram, tak samo jak różnorakie organizacje w Azji Środkowej (Uzbekistan, Xinjang).

Cały czas bardzo poważne zagrożenie stanowią liczne ugrupowania w Pakistanie, spośród których największe możliwości posiada Lashkar-e-Taiba (LeT) i jej przykrywka, „charytatywna organizacja” Jamaat-ud-Da’wah. Zdaniem Michała Holi LeT posiada zdolność oraz możliwość do przeprowadzania spektakularnych zamachów poza tradycyjnym obszarem jej działania. Czy będzie to coś na kształt zamachów w Bombaju w 2008 roku? Beczką prochu jest Kaszmir, gdzie działa być  może więcej organizacji terrorystycznych niż na afgańsko-pakistańskim pograniczu.

Nowe zagrożenia ze strony terrorystów

Spada znaczenie Al-Kaidy jako organizacji zdolnej do samodzielnego dokonania wielkich zamachów, natomiast nie maleje rola jej ideologii. Liczba ugrupowań terrorystycznych już teraz jest duża, a nieustannie powstają nowe. Michał Hola twierdzi, że postępuje decentralizacja działań Al-Kaidy i ich regionalizacja. Nadal atrakcyjne jest podpinanie własnej organizacji pod Al-Kaidę (AQIM, AQAP – Al-Kaida Półwyspu Arabskiego, fuzja al-Shabab w Somalii z Al-Kaidą), jednak coraz częściej terroryści walczą o wąsko rozumiane cele o znaczeniu regionalnym, np. Al-Shabab chce odtworzyć islamski emirat Somalii, który trwał przez krótki czas rządów Unii Trybunałów Islamskich w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia. Najpierw chodzi w tym przypadku o władzę, później o szariat.

Obok decentralizacji i regionalizacji mamy do czynienia ze wzrostem znaczenia działań typu „individual jihad. Michał Hola powołuje się tutaj na wydawany przez AQAP internetowy magazyn INSPIRE, w którym zamieszcza się m.in. instrukcje wybierania celów i przygotowania ataków, posługiwania się bronią, produkcji i stosowania materiałów wybuchowych z łatwo dostępnych materiałów, czy produkcji zdalnie sterowanych, improwizowanych ładunków wybuchowych (śmiertelnych IEDs, znanych dobrze z Afganistanu i Iraku).

Terroryści liczą tu przede wszystkim na żyjących na Zachodzie muzułmanów, najczęściej młodych potomków imigrantów z Pakistanu czy MENA (Bliski Wschód i Afryka Północna) lub Nigeryjczyków, którzy radykalizują się i coraz częściej podejmują decyzję o podążeniu szlakiem dżihadu. Jeśli taka forma terroryzmu zyska na popularności, kraje Zachodu staną przed poważnym problemem. Można bowiem zwiększyć kontrolę nad meczetami czy miejscami, w których zbierają się radykalne elementy islamistyczne, jednak  nie sposób kontrolować wielomilionowych populacji wyznawców islamu (tym bardziej, że organizują się oni nierzadko w sieci, korzystając z portali, forów dyskusyjnych czy mediów społecznościowych). A co z konwertytami, którzy bywają jeszcze bardziej radykalni, a nierzadko nie ujawniają swoich poglądów, a czasem nawet faktu zmiany wyznania?

Jak skutecznie minimalizować zagrożenie?

Zabicie OBL było poważnym ciosem, który niewątpliwie osłabił Al-Kaidę i pozbawił globalny terroryzm jej najbardziej rozpoznawalnej twarzy i charyzmatycznego lidera. Równie ważna jak zabicie OBL jest jednak nieustająca i bardzo skuteczna kampania eliminacji przywództwa Al-Kaidy na każdym szczeblu. Ataki dronów oraz operacje sił specjalnych fizycznie wyeliminowały setki ważnych dla Bazy postaci.

Wyzwaniem na dziś jest niedopuszczenie do transformacji Jemenu, Somalii i innych zagrożonych państw/obszarów w bezpieczne przystanie dla terrorystów. Zachód musi wywierać na nich ciągłą presję, wymuszać przemieszczanie się i eliminować liderów. Drony i siły specjalne to jedna część odpowiedzi na pytanie, jak należy tego dokonać. Kluczowa jest współpraca z lokalnymi władzami/strukturami, wspieranie milicji klanowych czy elitarnych oddziałów bezpieczeństwa. Dodatkowo potrzebny jest jeszcze większy wysiłek w kierunku wczesnego wykrycia przypadków indywidualnego dżihadu, chociażby przez penetrację radykalnych środowisk i organizacji, w szczególności charytatywnych, które stanowią dla terrorystów doskonałą przykrywkę.

Odpowiadając na postawione we wstępie pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi, czy nie, należy stwierdzić, że chwilowo udało nam się ograniczyć zagrożenie terrorystyczne. Jednak stan ten nie potrwa wiecznie. Terroryści ewoluują i są kreatywni. Walka z nimi trwa na większej ilości frontów. Tylko aktywne zaangażowanie pozwoli Zachodowi (choć terroryzmem zagrożone są również Rosja, Indie czy Chiny) wygrywać w tej trudnej batalii.

Piotr Wołejko

*Wpis powstał przy współpracy z Michałem Holą, ekspertem ds. bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu, któremu bardzo dziękuję za pomoc i poświęcony czas, i zachęcam do śledzenia go na Twitterze.



poniedziałek, 07 maja 2012

Miniony weekend w Europie upłynął pod znakiem wyborów. Francuzi wybrali socjalistę Francoisa Hollande'a na prezydenta, Grecy pokarali dwie największe partie odbierając im ponad połowę poparcia, natomiast Serbowie decydowali pomiędzy proeuropejskim Borisem Tadiciem a antyeuropejskim Tomislavem Nikoliciem.

Francja wybiera Hollande'a

Najważniejsza bez wątpienia była porażka Nicolasa Sarkozy'ego, który jest pierwszym od trzech dekad prezydentem, który nie sięgnął po drugą kadencję. Hollande zdobył niespełna 52% oddanych głosów i przywraca tym samym Pałac Elizejski socjalistom - po raz pierwszy od odejścia Francoisa Mitteranda w 1995 roku.

Korzystając z okazji pragnę zaprosić Czytelników Dyplomacji do udziału w środowej dyskusji nt. polskiej polityki zagranicznej, która odbędzie się o godz. 20.00 w sali 1.2 w budynku Collegium Iuridicum II przy ul. Lipowej 4 (obok BUWu). Będę miał przyjemność uczestniczyć w panelu dyskusyjnym tej debaty. Więcej szczegółów na stronie wydarzenia na Facebooku.

grafikaNiebywale głupio muszą czuć się teraz Angela Merkel, David Cameron, Mariano Rajoy czy Donald Tusk, którzy - w imię prawicowej solidarności - odmówili spotkania z Hollandem w trakcie kampanii wyborczej. Nie jest to oczywiście gest, który będzie miał decydujący wpływ na wzajemne relacje, natomiast pozostał pewien niesmak. Próba zlekceważenia Hollande'a była zupełnie niepotrzebna. W dobrym tonie jest znalezienie chociażby 30 minut na kurtuazyjne spotkanie z potencjalnym przywódcą drugiego największego państwa Unii Europejskiej.

Przed Hollandem bardzo trudne zadanie. Podobnie jak Sarkozy przed pięcioma laty, Hollande sporo obiecywał. Czy czekają nas renegocjacje pakietu fiskalnego, narzuconego Europie przez Angelę Merkel, a francuscy bogacze zapłacą 75-procentowy podatek dochodowy? Socjalista zamierza złagodzić cierpienia wywołane przez kryzys i odejść od jednowymiarowej polityki cięć wydatków. Jego problemem będzie to, że odpowiedzią na wstrzymanie wydatków budżetowych jest reforma sektora państwowego i polityki socjalnej. Baza Hollande'a, czyli związki zawodowe z pewnością nie wykażą w tym zakresie elastyczności. Hollande powinien też skupić się na problemie tzw. banlieus, imigranckich przedmieść, które są tykającą bombą z opóźnionym zapłonem.

Grecy odrzucają tradycyjne partie

Przechodząc do Grecji należy zwrócić uwagę na to, iż dwie główne partie: socjaliści z PASOK i konserwatyści z Nowej Demokracji utracili ponad połowę poparcia. Poprzednio zdobyli ponad 70% głosów, dziś ledwo ponad 30%. Co więcej, między zwycięską Nową Demokrację a PASOK wcisnęła się lewicowa Syriza i monopol PASOKu na lewej stronie przynajmniej chwilowo został przełamany. Do parlamentu weszli także neonaziści oraz komuniści. Grecy ukarali duże partie, a zyskały na tym radykalne ugrupowania z obu stron sceny politycznej. Lider konserwatystów Antonis Samaras  ma 3 dni na stworzenie większości parlamentarnej. Nie będzie mu łatwo, a powtórka wyborów to bardzo prawdopodobne rozwiązanie. W Atenach króluje chaos, co negatywnie wpływa na zagrożone kryzysem kraje południa Europy. Czy wyjście Grecji ze strefy euro jest jedynym rozwiązaniem problemów zarówno Grecji, jak i eurogrupy?

Serbowie podzieleni w sprawie Europy

Trzecie istotne wybory odbyły się w Serbii. Ostateczne wyniki poznamy w czwartek, natomiast wstępnie wiadomo, że Boris Tadic i Tomislav Nikolic, czyli pro i antyeuropejscy kandydaci, spotkają się w drugiej turze po tym, jak Tadic zdobył minimalnie więcej głosów od swego rywala. W przypadku wyborów parlamentarnych to Nikolic okazał się zwycięzcą, pokonując o włos ugrupowanie Tadicia. Jeśli Tadic przegra, załamie się delikatna konstrukcja polityczna, która w ostatnich latach znacząco zbliżyła Serbię do UE i europejska ścieżka Belgradu stanie pod wielkim znakiem zapytania. Patriotyczne zadęcie i demonstracje ws. Kosowa na pewno nie sprawią, że Serbom będzie się żyło lepiej i dostatniej.

A w Meksyku rusza poważna kampania prezydencka

Na koniec rzut oka za ocean, do Meksyku, gdzie rozpędu nabiera kampania prezydencka. Po dwunastu latach rządów Partii Akcji Narodowej (PAN) i jej dwóch prezydentów - Vicente Foxa i Felipe Calderona - wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na zmianę. Na czele wyścigu od początku znajduje się reprezentant Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej Enrique Pena Neto (ok. 36-40% poparcia), a za jego plecami plasuje się lider lewicowej koalicji Andres Manuel Lopez Obrador (23-25% poparcia). Koleżanka Foxa i Calderona, pierwsza kobieta z szansami na prezydenturę Meksyku, Josefina Vazquez Mota jest na razie trzecia z poparciem ok. 20-23%. Vazquez Mota i PAN cierpią za wojnę z kartelami narkotykowymi ogłoszoną przez prezydenta Calderona sześć lat temu, a która do dziś nie przyniosła rozstrzygnięcia. Trup ściele się gęsto, co kilkanaście dni otrzymujemy informacje o kolejnych szokujących mordach, np. znalezieniu kilkunastu bezgłowych ciał czy powieszeniu kilku osób na moście.

Po pierwszej debacie telewizyjnej sondaże wykazały, iż zwyciężył ją Pena Neto (ok. 30%), a Vazquez Mota wypadła najsłabiej, dając się wyprzedzić czwartemu z kandydatów,  który w sondażach zbiera ok. 10% głosów. Wybory odbędą się w lipcu, natomiast porażka reprezentanta PRI będzie dużą niespodzianką.

Piotr Wołejko

 

grafika: peter-ould.net

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook