poniedziałek, 27 maja 2013

Od kilkunastu dni nasze media huczą o pracy premiera jako szefa KE. Sam zainteresowany  w zasadzie milczy na ten temat. Instytucje międzynarodowe stanowią jeden z elementów tzw. bezpieczeństwa socjalnego dla świata polityki. Najczęściej odpowiednik korporacyjnego złotego spadochronu, czyli miejsce, gdzie można doczekać tej prawdziwej, a nie politycznej emerytury.

O stanowiskach potrzebnych i sprawach przyziemnych

Instytucje europejskie w sposób oczywisty pełnią również wspomnianą wyżej funkcję, chociaż w stopniu zdecydowanie mniejszym, niż te instytucje, w których nie ma żadnej władzy – jak na przykład OECD. Zarówno w samej Komisji, Parlamencie czy też różnorakich agendach unijnych można znaleźć mnóstwo ważnych niegdyś nazwisk. Ulubionym wpisem na ich wizytówkach jest specjalny pełnomocnik do spraw generalnie niepotrzebnych, bądź wysoki przedstawiciel do spraw całkiem przyziemnych.

grafikaMetoda odróżnienia takich stanowisk od stanowisk, na których niestety trzeba pracować jest dość prosta. Trzeba się wystawić na zwykle nieprzyjemną konkurencję świata zewnętrznego. Stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskie (zdjęcie siedziby obok) bez wątpienia jest stanowiskiem, którego nie da się wyłącznie piastować. Być jak Manuel Barroso oznacza, oprócz posiadania prywatnych telefonów wszystkich możnych tego świata, również dość bogatą agendę spotkań dosłownie na całym globie. Na niektórych z nich głos Komisji Europejskiej jest nawet słuchany (na przykład kwestie polityki klimatycznej czy szeroko rozumiana polityka handlowa).

Wymogi dla kandydata

Funkcjonowanie w takim środowisku wymaga nie tylko jako takiej komunikatywności, lecz również pewnego doświadczenia międzynarodowego. Dlatego przeglądając nawet te dostępne w Internecie biogramy byłych szefów Komisji szybko znajdziemy przynajmniej jeden akapit o zrealizowanych przez nich projektach w tym obszarze, najczęściej w obszarze europejskim. Mało poważany u nas Barroso miał spory udział w organizacji – niesławnej już koalicji chętnych na potrzeby wojny w Iraku oraz przecierał szlaki ratowania Portugali w pierwszym historycznie kryzysie w strefie Euro.

Kolejnym istotnym elementem w doborze kandydata jest zdanie jego współpracowników. Chodzi tutaj nie o zaprawionych w bojach towarzyszy partyjnych, ale innych przywódców państw członkowskich UE, którzy spotykają się dość regularnie w Brukseli. Idzie tutaj o zdolność do wypracowywania kompromisów i zdolność do modyfikowania i w praktyce poświęcania interesów krajowych. Nie ma w tym nic diabolicznego, gdyż kompromis oznacza z definicji konieczność chociażby częściowych ustępstw, bez których cały projekt europejski nie mógłby przetrwać.  Zdecydowana większość uczestników spotkań na szczycie w Brukseli doskonale to rozumie i stąd częsty rozdźwięk pomiędzy bojowymi przemówieniami, a realnie zapisanymi w decyzjach czy komunikatach ustaleniami. Jeśli jeszcze jeden z przywódców jest na tyle sprawny intelektualnie, że przyjmuje argumenty innych, to takiemu kandydatowi można bez większych obaw powierzyć stanowisko o charakterze decyzyjnym.

Czy w taki obrazek da się wpasować Donalda Tuska? Wydaje się, że tak. Choć złośliwi twierdzą że premier nie jest ani zbyt komunikatywny, ani pracowity, to w jego otoczeniu znajdzie się całkiem sporo osób, które są w stanie te braki nadrobić. To samo tyczy się osiągnięć kraju kandydata w projekcie europejskim. Tutaj bez ryzyka można wskazać, że największym osiągnięciem Polski wydaje się być samo członkostwo we wspólnocie. Premier zrezygnował chociażby z rozpoczęcia procedury przystąpieniowej do wspólnej waluty. Ten brak może zrównoważyć poparcie możnych Unii Europejskiej. Zdolność do osiągania kompromisów na polu wspólnotowym przez obecny Polski rząd nie może ulegać wątpliwości. Krytykowana wszem i wobec polityka „ciepłej wody w kranie” na poziomie międzynarodowym oznacza brak konfrontacji, a co za tym idzie brak adwersarzy, którzy mogliby mieć wpływ na decyzje personalne.

Ocena szans

Skoro kandydat jako tako pasuje nam do stanowiska, to spójrzmy na kontekst sytuacji. Wbrew pozorom ma on dość istotny wpływ na dokonywane wybory. Jeśli spojrzymy na obecną Komisję Europejską, to wyraźne jest konstruowanie jej pod kontem rozszerzania wspólnoty. Wybór Portugalczyka na jej szefa służył nie tylko dowartościowaniu południa, ale głównie wprowadzeniu na stanowisko szefa Komisji człowieka, który byłby świadomy jak wygląda przystąpienie do całej Unii. Czym będzie się zajmowało przyszłe kierownictwo wspólnoty? Wszystko wskazuje, iż zasadniczym zadaniem kolejnej Komisji będzie nie tyle rozszerzanie co pogłębianie integracji europejskiej. Proces ten będzie postępował, a polem eksperymentu będzie bez wątpienia strefa euro. Dlatego rację mają niektórzy z komentujących europejskie ambicje premiera wskazując, iż w najbliższej edycji konkursu na przewodniczącego Komisji preferowany będzie kandydat otrzymujący wynagrodzenie w euro.

Kolejnym istotnym czynnikiem, który musi być brany pod uwagę, jest cała mapa polityczna wyższych stanowisk we wspólnocie. Generalnie problem polega na tym, że liczba chętnych jest dużo mniejsza niż liczba dostępnych stanowisk. Polska w tym kontekście może wyglądać na… nadreprezentowaną, gdyż całkiem niedawno piastowaliśmy widowiskowe, choć mało istotne stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego.

Rozgrywka w trójkącie Berlin-Paryż-Londyn

Ostatnim czynnikiem, i – nie ukrywajmy – najważniejszym, jest wsparcie kluczowych państw we wspólnocie. Mowa tutaj o Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. W zasadzie w tym gronie podejmowane są wszystkie decyzje (nie tylko personalne) dotyczące projektu europejskiego. Chociaż znajdziemy na wysokich stanowiskach obywateli tych krajów, to istotne jest dowartościowanie krajów mniej znaczących w tej organizacji. W każdym przypadku taki kandydat musi być nie tylko zaakceptowany przez wielkich, ale - co bardziej istotne - realizować agendę wielkich mocarstw. Co najważniejsze, konkretne propozycje kadrowe padają właśnie z tego grona.

Czy taka propozycja została naszemu Premierowi złożona? Wszystko wskazuje na to, że tak. Odpowiedź na pytanie, dlaczego doceniono naszego premiera, znajduje się w obecnej sytuacji międzynarodowej. Zbliżające się rozdanie unijnych stanowisk, które będzie dotyczyło nie tylko tych wybieralnych w sposób demokratyczny, czyli Parlament i Komisja Europejska, ale tych w sposób wyłącznie kooptacyjny – czyli zgromadzonych wokół Rady Unii Europejskiej, zapowiada się wyjątkowo krwawo. W zasadzie dyskusja kadrowa na ten temat będzie sprowadzała się do hamowania Niemiec przez Francję i Wielką Brytanię. Zaskakująco głęboki upadek pozycji Francji spowodował, że faktycznym hamulcowym zapędów Berlina będzie Londyn. W tym kontekście kandydaci z Polski okazują się znośni zarówno dla premiera Camerona, jak i dla kanclerz Merkel. Warto podkreślić, iż taki scenariusz się spełnił, kiedy to nacisk Brytyjczyków był wystarczający dla uzyskania stanowiska szefa Komisji Europejskiej przez miłego Londynowi kandydata.

Problem polega na tym, że dzisiaj Londyn jest nie tylko dużo słabszy niż w czasach Johna Majora, ale zarówno Berlin i Paryż mogą obawiać się stanowiska Londynu wobec wspólnej waluty (a to jest dość sceptyczne). Bycie kandydatem wspieranym przez Camerona rodzi ryzyko, iż będzie się realizować cześć agendy brytyjskiej w tym zakresie.

Unijna dyplomacja zamiast Komisji?

Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje się objęcie stanowiska tzw. „szefa unijnej dyplomacji” przez Radosława Sikorskiego. Tutaj nie tylko rozmiar kompetencji jest wyraźnie mniejszy, ale i różnice w koncepcjach prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej przez trzech kluczowych graczy wspólnoty są bardzo niewielkie.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

Zdjęcie: Amio Cajander/Flickr

piątek, 24 maja 2013

Na przykładzie Syrii, gdzie trwa wojna domowa - przy istotnym udziale zewnętrznych aktorów (państwowych i niepaństwowych, regionalnych i międzynarodowych) –można dostrzec ewolucję tego typu konfliktów na przestrzeni ostatnich kilku dekad. Zmiany zmierzają w mało optymistycznym kierunku, chociaż ostateczna ocena nie jest jednoznaczna.

Kto walczy z Assadem?

grafikaSyryjska opozycja to termin stricte medialny. Za tym pojemnym banerem skrywa się różnorodne, liczne i ciągle powiększające się grono podmiotów. Mamy różnego rodzaju Rady, Koalicje czy Armie, które próbują przekonać zewnętrznych, głównie zachodnich aktorów, o swojej reprezentatywności i sile. Cel jest prosty – uzyskać wsparcie organizacyjne, finansowe, a najlepiej także militarne. Pozornie to właśnie takie byty zasługują na najwięcej uwagi. Bliższy rzut oka pokazuje jednak, że nie są one głęboko zakorzenione w swoim kraju (zrzeszają bowiem opozycję na emigracji) bądź ich kontrola nad „swoimi” organami terenowymi jest iluzoryczna (przypadek Wolnej Armii Syryjskiej).

W ramach opozycji funkcjonują też inne ugrupowania bądź organizacje, o bardzo różnorodnym rozmiarze, składzie i poglądach (decydują tutaj przynależność etniczna, religijna, klanowa etc.). Do tego dochodzą podmioty zewnętrzne bądź inspirowane przez podmioty zewnętrzne (Jabhat al-Nusra i al-Kaida, Hezbollah i Irańscy Strażnicy Rewolucji szkolący milicje i bojówki). Występują także grupy sterowane przez lokalnych watażków, którzy w konflikcie wewnętrznym grają na siebie, wybijają się na niepodległość bądź dążą do maksymalizacji własnych wpływów (na dziś to bardziej przykład Somalii, Afganistanu i Libii niż Syrii).  

Kogo wspierać, z kim negocjować?

Kilka dekad temu sytuacja była znacznie prostsza. Przeciwko władzy występowało zazwyczaj jedno, względnie kilka dużych i dość jednorodnych ugrupowań. Nie było problemu z mnogością interesów, polityk, agend czy zwyczajnych sporów ambicjonalnych. Zewnętrzni aktorzy mogli łatwo zidentyfikować ewentualnych protegowanych i skierować do nich odpowiednie wsparcie. Dziś, nawet jeśli uda się wykreować wewnętrzną opozycję, szanse na to, że stanie się ona jedyną bądź główną siłą są znacznie mniejsze.

Globalizacja dotknęła także tego aspektu życia międzynarodowego, który dotychczas był zarezerwowany raczej dla lokalnych graczy i międzynarodowych potęg. W Syrii o swoje interesy aktywnie zabiegają: Rosja, Iran, Arabia Saudyjska, Katar, Turcja, Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania. Zainteresowane wynikiem konfliktu są Izrael, Jordania, Liban. Główni aktorzy niepaństwowi to Hezbollah i al-Kaida. Wszystkie wyliczenia nie mają charakteru enumeratywnego, tj. nie są zamknięte.

Logiczną konsekwencją fragmentacji opozycji oraz sprzecznych interesów licznych graczy jest konfuzja co do tego, z kim i o czym należy rozmawiać. Nie wiadomo też, kogo można ewentualnie wesprzeć i czy nie obróci się to ostatecznie przeciwko darczyńcy. Stąd wynikają trudności z podjęciem decyzji o wsparciu militarnym opozycji. Między bajki można włożyć oficjalne zapowiedzi, iż pieniądze i broń należy skierować do umiarkowanej części opozycji. Czyli konkretnie, do kogo? Przy braku gwarancji stałości poglądów i możliwej zmianie sojuszy czy orientacji przekazanie broni jest wielce ryzykownym przedsięwzięciem. Może sobie na to pozwolić Katar czy Arabia Saudyjska, ale Zachód już niekoniecznie. Inne zasady, inne interesy, inne ewentualne konsekwencje.

Status quo jednak lepszy?

Rozważając trudności wynikające z fragmentacji opozycji i mnogości ugrupowań uczestniczących w konflikcie dość atrakcyjnie brzmi teza o zachowaniu status quo, jako o najlepszym możliwym wyjściu. Tak zdaje się podchodzić do konfliktu syryjskiego Izrael, dla którego lepszy jest znany wróg (Assad) niż nieznany (a w zasadzie mniej znany, bo można domniemywać, kto nim będzie). Przez jakiś czas wypracowano już przecież pewną pragmatykę postępowania, a to zapewnia przewidywalność. Wpływa to zazwyczaj na obniżenie ryzyka i przez to podnosi poziom bezpieczeństwa.

Obserwując jednak tzw. arabską wiosnę, która zmiotła dobrze zakorzenione reżimy w kilku krajach Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu (Tunezja, Libia, Egipt, Jemen) należy zachować daleko posunięty sceptycyzm co do „opcji status quo”. Arabska wiosna pokazała bowiem, że to, co większość uznawała za pewne i stabilne, nie musi być takie w rzeczywistości. Wspieranie status quo przeciwko zmianie wydaje się naturalnym odruchem, jednak jest potencjalnie niebezpieczne. Lepsze bywa wrogiem dobrego, lecz dobre jest wrogiem złego.

Rozumiem przez to, iż należy dokonywać realnej oceny status quo, a nie opierać się na dobrze ugruntowanych poglądach, opiniach czy dogmatach. Wtedy może się okazać, że fetyszyzowany status quo wcale nie jest taki dobry i korzystny. A że nowy układ niesie ze sobą wiele ryzyk? Normalna sprawa. To także należy poddać analizie, a następnie przedstawiać elastyczne podejście. W kraju, w którym dobiega końca wojna domowa (rebelia) zawsze znajdą się także elementy niezadowolone z nowego ładu. Wiadomo, w jaki sposób można to wykorzystać z zyskiem dla siebie i swoich interesów.

Piotr Wołejko

środa, 22 maja 2013

Sytuacja w Mali nie przykuwa już uwagi opinii publicznej. Cykl życia Mali w mediach dobiegł w zasadzie końca w połowie maja, gdy międzynarodowi donatorzy postanowili przekazać Bamako ponad 4 mld dolarów na odbudowę i rozwój. Tak zwykle kończy się zainteresowanie Zachodu sprawami w tzw. trzecim świecie. Szczęśliwie Francja, która przeprowadziła militarną interwencję w Mali, nie wypycha problemów tego państwa (i szerzej – regionu) ze swojej świadomości.

grafikaZ punktu widzenia władz w Bamako 4 mld dolarów to góra pieniędzy. W ubiegłym roku wydatki rządu szacowano na nieco ponad 2 mld dolarów, przy wpływach oscylujących wokół 1,4 mld dolarów (dane za CIA World Factbook). Przy istniejących możliwościach instytucjonalnych w Mali, pieniądze te powinny starczyć na długo. Zapewne tak się jednak nie stanie. Jednym z głównych powodów obaw o właściwe rozdysponowanie międzynarodowego wsparcia jest to, że od początku zakłada się przeznaczenie sporej części środków na opłacanie lojalności na zbuntowanej północy kraju. Zasypywanie problemów pieniędzmi to droga skuteczna tylko na krótką metę. Podłożem buntu na północy Mali były czynniki ekonomiczne (bieda i wykluczenie) oraz polityczne (dominacja południa nad północą). Doszły do tego czynniki zewnętrzne – Libia, powrót tysięcy  tuareskich najemników Kaddafiego, zainstalowanie się w regionie radykalnych islamistów.

Radykałowie nie do końca pokonani

Militarny sukces interwencji pod egidą Francji nie ulega wątpliwości. Odzyskano kontrolę nad utraconym na rzecz islamistów terytorium, a ich samych rozproszono. Zniszczono szereg baz i składów broni, pojmano bądź zabito część liderów radykalnych ugrupowań. Niemożliwe było jednak zadanie islamistom śmiertelnego ciosu. Podobnie jak w Afganistanie czy Iraku, regularna armia prowadziła walkę z bojówkami. Cechą charakterystyczną tego rodzaju asymetrycznych konfliktów jest zdolność bojówkarzy do wtapiania się w tło, w okoliczną ludność cywilną, a także umiejętność taktycznego wycofania się i przeczekania trudniejszego okresu. Idealnie sprawdza się to także w przypadku Mali. Radykałowie i terroryści wcale nie zostali pokonani. Nadal są i działają, chociaż mogli chwilowo wybrać sobie „bezpieczniejszą” przystań, na przykład południową Libię czy górzyste południe Algierii. Mają wielką swobodę przemieszczania się przez ogromne, a praktycznie niestrzeżone terytorium oraz łatwość w przyłączaniu się do lokalnych ugrupowań kontestujących władze centralne. Liczba konfliktów o rozmaitym podłożu - ekonomicznym, etnicznym, religijnym czy politycznym – wyjątkowo im sprzyja.

Czas na mozolne nation-building

Od pierwszego lipca porządku w Mali ma pilnować nawet 12 tysięcy żołnierzy z państw afrykańskich. Francja pozostawi w tym kraju ok. 1 tysiąca swoich żołnierzy, najpewniej także po 31 grudnia 2013 r. Oznacza to, że pole do działania dla radykalnych ugrupowań w Mali zostanie mocno ograniczone. Nie oznacza to jednak, że o Mali można już zapomnieć, a problemy tego kraju uznać za załatwione. Teraz bowiem zaczyna się trudniejsza część zadania – odbudowa państwa i jego instytucji. W proces ten muszą zostać zaangażowani przywódcy Tuaregów. W innym razie alienacja północy pozostanie problemem, który w każdej chwili będzie mógł wybuchnąć, rozsadzając Mali od środka. A mało prawdopodobne jest, by afrykańskie wojska zechciały brać udział w wojnie domowej po jednej z jej stron. Potrzebna będzie presja ze strony donatorów i szerzej rozumianego Zachodu. Nie można potraktować Mali jako tematu zamkniętego.

Piotr Wołejko

wtorek, 14 maja 2013

XXI wiek ma należeć do Azji (chociaż nie musi), najludniejszego i dynamicznie rozwijającego się gospodarczo regionu świata. Skoro swój wzrok ku Azji i Pacyfikowi kierują nawet Stany Zjednoczone, coś musi być na rzeczy. W Azji znajdziemy przykłady na potwierdzenie w zasadzie dowolnej tezy, ponieważ jest to region pełen kontrastów i sprzeczności. Siedem dekad temu układ geopolityczny wyglądał tam zupełnie inaczej. Za kolejne siedem może być podobnie. Jedną z przyczyn tych zmian mogą być nacjonalizm i historia.

Bolesna historia

grafikaSpory dotyczące przeszłości to specjalność trójkąta Chiny-Japonia-Republika Korei. W tym układzie Japonia występuje w roli chłopca do bicia za swoje postępowanie od początku XX w. aż do kapitulacji po II Wojnie Światowej. Sto lat temu Japonia znajdowała się na ostatniej prostej do szczytu swej potęgi w Azji. Właśnie upokorzyła imperialną Rosję, rozbijając jej flotę, a także Chiny, odbierając jej kontrolę nad Koreą. Tokio stworzyło własną militarystyczną ideologię, pod egidą której zamierzało zjednoczyć Azję i ludy azjatyckie. Jeszcze przed atakiem Niemiec na Polskę Japończycy wszczęli wojnę z Chinami, pogrążonymi w wewnętrznej niestabilności.

Już na początku japońskiej inwazji w 1937 roku miało miejsce wydarzenie, które po dziś dzień jest cierniem w relacjach Tokio z Pekinem - masakra w Nankinie. Według różnych źródeł Japończycy zdobyli miasto i dopuścili się masowych mordów i gwałtów na ludności cywilnej, w efekcie których ok. 200 tys. osób straciło życie. Po Nankinie postanowiono stworzyć "jednostki pomocnicze" w postaci kobiet zmuszanych do prostytucji, tzw. kobiet do towarzystwa (z ang. comfort women). Skala tego procederu była ogromna i wynosiła, według różnych szacunków, od 50 do 300 tys. kobiet z terytoriów okupowanych przez armię cesarską.

Brak wrażliwości

Japończycy niezbyt chętnie i wylewnie przepraszają za swoje postępowanie z czasów próby osiągnięcia dominacji w Azji. Wystarczy wspomnieć o wizytach oficjeli, nierzadko ministrów czy nawet szefów rządów, w świątyni Yasukuni, gdzie spoczywają szczątki wielu postaci uznawanych w innych krajach za zbrodniarzy wojennych. Po każdej takiej wizycie z Seulu czy Pekinu w kierunku Japonii sypią się gromy.

Od czasu do czasu oliwy do ognia postanawiają dolać jeszcze liczni w Japonii politycy o zabarwieniu nacjonalistycznym. Tak postąpił burmistrz Osaki Toru Hashimoto, który "dość swobodnie" wypowiedział się na temat "kobiet do towarzystwa". Stwierdził on mianowicie, iż były one niezbędne dla osiągnięcia przez żołnierzy chwili relaksu. Przecież nieustannie świstały im kule nad głowami, zasłużyli więc na odpowiednie wsparcie. Brak wyczucia, taktu i ignorancja historyczna na poziomie szokującym, jednak trudno podejrzewać burmistrza Osaki o to, że nie zdawał sobie sprawy z tego, co mówi. Wręcz przeciwnie, doskonale wiedział, jaką reakcję wywołają jego słowa.

Nie jest łatwo

A relacje japońsko-chińskie i bez takich zdarzeń są aktualnie bardzo napięte z racji sporu o suwerenność nad wyspami Senkaku/Diaoyu. Oba kraje prężą muskuły i zapewniają, że kilku skał na Morzu Wschodniochińskim nie odstąpią. Nieustanne "manewry" okrętów, czasem i tych podwodnych, podnoszą ciśnienie nie tylko stronom konfliktu, lecz również obserwatorom zewnętrznym. Chiny i Japonia stały się zakładnikami grup nacjonalistycznych w swoich krajach, a w epoce powszechnych mediów, w tym społecznościowych, najmniejsze ustępstwo zostanie szybko nagłośnione jako zdrada.

Japonia spiera się również z Republiką Korei, a przedmiotem sporu są wyspy Dokdo. W grę wchodzi oczywiście także historia, konkretnie japonizacja Korei z pierwszej połowy XX w. Nic więc dziwnego, że Seul i Tokio pozostają w dość chłodnych relacjach, a współpraca wojskowa jest powierzchowna (zagrożenie ze strony Korei Północnej) i wymuszona przez Stany Zjednoczone.

Łatwo o konflikt

Dynamiczny rozwój gospodarczy i twierdzenie, iż lepiej nie skupiać się na przeszłości, gdyż utrudnia to budowanie dobrobytu w przyszłości, nie stanowią przekonujących argumentów na rzecz pokojowego współistnienia narodów Azji. Nieustannie pojawiają się bowiem pretensje i dąsy, a wydarzenia takie jak wspomniana wypowiedź burmistrza Osaki potrafią szybko podgrzać atmosferę. Demonstracje to mały pikuś przy realnych stratach finansowych. Ostatnie miesiące to dla japońskich firm w Chinach prawdziwa katastrofa. Tylko co ma robić prawicowy rząd w Tokio? Naginać kark przed Chinami, ryzykując oburzenie rodzimych nacjonalistów, lecz jednocześnie wspierać interesy potężnych grup przemysłowych? Czy odwrotnie, twardo bronić pryncypiów ku rozpaczy przemysłu i własnego ministra finansów?

Relacje w Azji są niesłychanie płynne (zmienne) i dynamiczne. Potencjał do odgrywania znaczącej roli ma spora liczba podmiotów: oprócz gigantów w postaci Chin, Indii i Japonii, także Republika Korei, Indonezja, Tajlandia, Malezja oraz Birma. W grze chce pozostać również odległa, lecz związana gospodarczo z krajami azjatyckimi Australia. Nie można też zapominać o niewielkim, acz bogatym i wpływowym Singapurze. Nad tym wszystkim czuwają Stany Zjednoczone, które próbują utrzymać kontrolę nad biegiem wydarzeń i nie dopuścić do wyłonienia się w Azji hegemona. Takie mocarstwo mogłoby bowiem zagrozić pozycji USA i próbować tworzyć własną wersję ładu międzynarodowego.

Nacjonalizm będzie istotnym czynnikiem wpływającym na kształtowanie się sytuacji politycznej w Azji. Liczne spory terytorialne, a wkrótce zapewne także te dotyczące zasobów naturalnych (w tym mniej oczywistych, jak na przykład woda pitna) stanowią żyzną glebę dla ewentualnych konfliktów na tle narodowym. Warto pamiętać, że spory na tle etnicznym bądź religijnym trwają już w wielu krajach Azji, m.in. w Chinach, Birmie, Tajlandii czy na Filipinach. Łatwo więc o iskrę, która wznieci pożar. Czy azjatyccy przywódcy odrobili europejską lekcję i nie pozwolą na triumf egoizmów narodowych?

Piotr Wołejko

środa, 08 maja 2013

Przed majówką opublikowałem tekst pt. „Czas na interwencję w Syrii?”, w którym analizowałem argumenty za i przeciw interwencji w tym kraju. Pod artykułem Czytelnicy zamieścili kilka komentarzy, a w nich zarzut: jak można spodziewać się, że Chiny czy Rosją przyjmą zachodni punkt widzenia w kwestii konfliktu w Syrii?! Z racji tego, że sprawa jest ważna, odpowiem wpisem zamiast komentarzem pod poprzednim artykułem.

Co naprawdę napisałem?

Zacznijmy od fragmentu wpisu, który spotkał się z ostrą reakcją: „Rozwiązaniem konfliktu nie jest interwencja wojskowa a dyplomacja i negocjacje. Najpierw trzeba nakłonić Rosję i Chiny do zachodniego punktu widzenia, iż należy bezzwłocznie rozpocząć przygotowania do zakończenia trwającej dwa lata rzezi. Następnie, przy wsparciu tych dwóch państw, powinny rozpocząć się negocjacje reżimu Assada z przedstawicielami najważniejszych ugrupowań opozycyjnych (w tym zbrojnych, a nie tylko cywilów) na temat nowego układu politycznego w kraju. Nad wszystkim powinna uważnie czuwać stała piątka RB ONZ, gdyż bez presji zewnętrznej strony mogą nie mieć motywacji do osiągnięcia szybkich postępów. Po zawarciu porozumienia, nie determinując, jak powinno ono wyglądać, należy zapewnić jego egzekucję - a to zapewne sprowadzi się do powstrzymania radykalnych ugrupowań dążących do realizacji swoich celów”.

Sprzeczne interesy głównych graczy

Clue problemu w sprawie Syrii stanowi fakt, iż główni gracze nie mogą się porozumieć co do celu i sposobu postępowania. Rosja i Chiny klasycznie już obstają za zasadą suwerenności i niedopuszczalności zmiany reżimu poprzez zewnętrzną interwencję. Inny punkt widzenia prezentują państwa zachodnie, które w myśl swoich interesów i pod pretekstem ochrony ludności cywilnej (zasada responsibility to protect – R2P: więcej m.in. tutaj) dążą do obalenia Assada i utworzenia nowego modelu politycznego. Między tymi dwoma stanowiskami nie ma oczywiście punktu stycznego, jakiegoś najmniejszego wspólnego mianownika. Do tego potrzebne są uzgodnienia. W grę wchodzą jednak zarówno pryncypia (Chiny i Rosja), jak i interesy geopolityczne (głównie Rosja). Moskwa broni swojego tradycyjnego sojusznika (ZSRR był sponsorem ojca obecnego prezydenta Syrii), który z kilku powodów jest cennym atutem. Po przykładzie libijskim Rosjanie nie są skłonni do ustępstw, które przekładają się na geopolityczne i finansowe straty.

Wpływ doniesień o użyciu broni chemicznej na sytuację wokół Syrii

Tak rozumiem sytuację i w swoim wcześniejszym wpisie, w szczególności zaś w przytoczonym wyżej fragmencie, nie miałem na myśli abstrakcyjnego założenia, iż Rosja i Chiny mają w pełni przyjąć zachodni punkt widzenia. Z brzmienia tekstu wynika wprost, iż chodzi o przekonanie tych państw do tego, że czas podjąć działania zmierzające do zakończenia wyniszczającej Syrię wojny domowej. Narzędziem, za pomocą którego można to osiągnąć jest dyplomacja, nie zaś jakakolwiek forma interwencji o charakterze militarnym.

Po doniesieniach o tym, iż na niewielką skalę użyty został gaz bojowy (sarin) pojawiły się nadzieje na amerykańską interwencję. Z biegiem czasu okazuje się, że po broń chemiczną mogli sięgnąć rebelianci (takie są wstępne ustalenia Carli del Ponte z ONZ, chociaż Amerykanie dyskredytują tego typu informacje). Potrzeba więcej dowodów i świadectw, najlepiej naocznych świadków. Jeśli rzeczywiście po sarin sięgnęli rebelianci, to ciężko będzie forsować popularny w kręgach zachodnich pogląd o szkoleniowym i sprzętowym wsparciu ich walki. Wówczas opcja dyplomatyczna zyska na popularności, bo stanie się de facto jedyną alternatywą dla kontynuacji wojny domowej, która może potoczyć się w każdą stronę – zwycięstwo Assada, zwycięstwo rebeliantów, walka na wyniszczenie. Jak się okazuje, Rosjanie i Amerykanie osiągnęli jakiś rodzaj porozumienia co do nakłonienia stron konfliktu do rozpoczęcia negocjacji. Warto przyglądać się uważnie, co z tego wyniknie.

Czas przyzwyczaić się do obszarów niestabilności i państw upadłych?

Niezwykle ciężko będzie jednak osiągnąć nie tylko porozumienie, lecz dogadać się co do formuły i uczestników samych rozmów. Utrudniają to nie tylko rozbieżne interesy głównych potęg, państw regionu (Iran, Katar, Arabia Saudyjska, Turcja) i wewnętrznych oraz aktorów, jak też ich mnogość (po stronie opozycji). W dzisiejszych czasach dyplomacja to trudny kawałek chleba, a wszechobecne media utrudniają prowadzenie zakulisowych, gabinetowych rozmów. Ten temat poruszył w ciekawej analizie Robert Kaplan ze Stratforu. Smutna jest konkluzja jego tekstu – niektóre państwa są tak skonstruowane, że grozi im długoterminowa słabość, niestabilność czy chaos. Państwa upadłe były, są i będą. Wszystkich nie uratujemy.

Może być też tak, jak podsumował jeden z komentujących poprzedni wpis o Syrii, iż mamy do czynienia z rozpadaniem się sztucznego kolonialnego tworu, jakim jest państwo syryjskie. Zmiana granic to w historii coś zupełnie naturalnego, chociaż z oczywistych względów politycy żyjący tu i teraz obawiają się takiego procesu. Godzi on bowiem w legitymację państwa i jego elit rządzących, a przez to osłabia także inne państwa. Stąd wspólne dążenie – może to jest właśnie ten najmniejszy wspólny mianownik z początku niniejszego wpisu – do ocalenia Syrii w jej dzisiejszych granicach.

Piotr Wołejko

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook