czwartek, 28 czerwca 2007

 

Washington Post
Wynik wyborów prezydenckich w 2008 roku możemy przewidzieć na dwa sposoby - pisze na łamach Washington Post Richard Cohen. Możemy sprawdzić sondaże albo poczytać trochę historii. Sondaże powiedzą nam, że przy strasznie niskiej akceptacji prezydentury Georga W. Busha; z coraz bardziej niepopularną wojną w Iraku; z Partią Republikańską pozbawioną dominującego kandydata; i z Grand Old Party (inna nazwa Republikanów) podzieloną w kwestii imigracji, spraw socjalnych, a nawet reiligii (jeden z głównych kandydatów republikańskich - Mitt Romney - jest mormonem), następnym prezydentem najpewniej będzie Demokrata. Cohen zauważa jednak, że historia wskazuje na co innego.

Historia, którą Cohen ma na myśli, pochodzi z 1972 roku. Wraz z jego końcem, blisko 57 tysięcy amerykańskich żołnierzy zginęło w Wietnamie, w wojnie, w której wygranie wierzyli nieliczni, a nikt nie wiedział, jak doprowadzić ją do końca. Niemniej jednak, zwycięzcą wyborów został Richard M. Nixon. Co więcej, zwyciężył w 49 z 50 stanów. Trudność w zrozumieniu tak ogromnego zwycięstwa Nixona jest porówywalna z trudnością zrozumienia, jak Brytyjczycy mogli pozbawić premierostwa Winstona Churchilla po tym, jak doprowadził ich do zwycięstwa w II wojnie światowej. Nixon miał jednak pewną przewagę nad swoim demokratycznym kontrkandydatem. Po pierwsze, był urzędującym prezydentem, co dawało mu dużą przewagę. Posiadał także ogromne fundusze do swojej dyspozycji. Po drugie, wojna w Wietnamie nie była tak niepopularna, jak moglibyśmy dzisiaj pomyśleć - albo, w dzisiejszej sytuacji, tak jak wojna iracka. W 1972 roku blisko 60 procent Amerykanów popierało działania prezydenta Nixona dotyczące wojny wietnamskiej.

Nixon wykorzystał nie tylko to, że Amerykanie niezbyt chętnie skłaniali się do pomysłu Demokratów na prowadzenie spraw wojennych, ale także - często skandaliczne - zachowanie ruchów antywojennych. Urzędujący prezydent wykorzystał to wszystko i przedstawił kandydata Demokratów, Georga MvGoverna, jako kogoś w rodzaju maminsynka. I niewielkie znaczenie miał fakt, że McGovern był bohaterem z frontów II wojny światowej - pilotem bombowca B-24, który miał na koncie 35 misji oraz medal Distinguished Flying Cross na piersi. Tymczasem Nixon służył w armii podczas wojny, ale nigdy nie powąchał prochu. Spojrzał jednak w sondaże.

Bardzo podobnie wyglądała sytuacja w 2004 roku - zauważa Cohen. Wtedy republikański duet Bush-Cheney składał się z dwóch wietnamskich "próżniaków" - George W. Bush służył w Lotnictwie Gwardii Narodowej, a Dick Cheney załatwił sobie - i to pięciokrotnie - odroczenie powołania do służby w armii. Obaj siedzieli więc spokojnie w Stanach, podczas gdy ich demokratyczny rywal, senator John Kerry, wywalczył sobie pięć odznaczeń, w tym trzy Purpurowe Serca. Nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż wraz z ruchem weteranów wojennych (zmontowanym na tę potrzebę przez komitet wyborczy Republikanów) prezydent i wiceprezydent odmalowali Kerry'ego jako wierutnego kłamcę. Atak był tak śmiały, zuchwały i oburzający, że oczywiście zadziałał.

Teraz dochodzimy do bieżących wyborów, w których sprawa iracka nie stanowi problemu dla Republikanów. Większość z nich nadal mniej lub bardziej popiera decyzję prezydenta Busha dotyczącą interwencji w Zatoce. Zaskakująco, to Demokratów wojna w Iraku dzieli i powoduje, że demokratyczni pretendenci do prezydentury zajmują się głównie "wymianą ognia" między sobą. Wyborcy w dwóch stanach, gdzie odbędą się pierwsze prawybory - w New Hampshire i Iowa - nie poprą kandydata, który ma "letni" stosunek do wojny. Ostatnio nawet Hillary Clinton dokonała zwrotu o 180 stopni i zagłosowała w Senacie za obcięciem funduszy na dalsze prowadzenie wojny. Jedynym demokratycznym kandyatem na prezydenta, który w Senacie zagłosował za dalszym finansowaniem działań wojennych był Joseph Biden - pozostający w cieniu "wielkiej trójki" - Clinton, Obamy i Edwardsa.

Bardzo dobrze, Joe - pisze Cohen. Więcej niż dobrze, Biden okazał się bardzo przewidujący. Rudy Giulani, jeden z głównych kandydatów Republikanów, już zaatakował Clinton i Obamę za senackie głosowanie, nazywając je "znaczącą zmianą poglądów". Do tej pory Republikanie zajmowali się głównie, podobnie jak Demokraci, "wymianą ognia" między sobą. Teraz, nieważne od tego, kto zgarnie republikańską nominację, na pewno będzie używał retoryki o "miękkości" Demokratów w kwestiach obronności. Dodatkowego smaczku sytuacji może dodać to, że Hillary Clinton jest "miękka", ponieważ jest kobietą.

Tutaj właśnie historia podnosi swą "obrzydliwą" głowę - Grand Old Party jest już doświadczona w prezentowaniu Demokratów jako "miękkich" w kwestiach obrony narodowej. Jest także tak samo doświadczona w robieniu tego w najbardziej rynsztokowy sposób. W chwili, gdy większość Amerykanów chce zakończenia wojny, nie popierają nagłego wycofania się - co proponują kandydaci Demokratów. Co więcej, nie zapomnieli o 11 września 2001 roku - co stanowi całkoształt pomysłu Giulaniego na kampanię prezydencką.

Czy historia ponownie przechytrzy sondaże? - pyta na koniec Cohen. Przechytrzy - udzielając od razu odpowiedzi - jeśli Demokraci tak bardzo "zranią" się w trakcie walki o nominację, że wybiorą kandydata ukochanego przez mniejszość, ale traktowanego z nieufnością przez większość. A to zdarzało się już wcześniej.

Źródło: The Washington Post

Obrazek: press.meetup.com

poniedziałek, 25 czerwca 2007

 

ONZ
Choć blisko 60 procent Amerykanów uważa, że Organizacja Narodów Zjednoczonych działa kiepsko, zdecydowana większość jest za przyznaniem jej dodatkowych kompetencji. Zła opinia na temat Narodów Zjednoczonych ma dwa źródła: po pierwsze, uważana jest za nieskuteczną, zbiurokratyzowaną i powolną maszynę; po drugie, sympatia do ONZ zwiększa się, gdy organizacja popiera działania Stanów Zjednoczonych, jak miało to miejsce chociażby po 11 września 2001 roku.

Jak pokazują badania przeprowadzone przez The Chicago Council on Global Affairs i WorldPublicOpinions w 2006 i 2007 roku, Amerykanie - podobnie jak większość świata - popierają drastyczne zwiększenie uprawnień Organizacji Narodów Zjednoczonych. Z badań wynika, że 3/4 Amerykanów chce przyznania ONZ prawa do interwencji w krajach, w których łamane są prawa człowieka. Podobnym poparciem cieszy się pomysł stworzenia międzynarodowej policji ścigającej liderów-zbrodniarzy, odpowiedzialnych za czystki etniczne i mordowanie ludności cywilnej. Co siódmy ankietowany opowiada się także za stworzeniem i utrzymywaniem przez Narody Zjednoczone stałych oddziałów wojskowych - wybranych, wyszkolonych i dowodzonych przez ONZ. Natomiast 6 na 10 Amerykanów widzi potrzebę przyznania organizacji prawa do kontrolowania międzynarodowego handlu bronią, który to postulat przewija się od wielu już lat (i jest z dużą siłą zwalczany przez największych eksporterów broni, do których należą m.in. Rosja i Stany Zjednoczone).

 

ankieta

Niewiele mniejszym poparciem cieszy się pomysł umożliwienia Radzie Bezpieczeństwa zastosowania rozwiązań siłowych w celu zapobieżenia pozyskania przez państwo broni jądrowej - za opowiada się 62 procent obywateli amerykańskich, przeciwko jest 33 procent. Prawie 60% Amerykanów popiera również użycie siły dla zapobiegnięcia pozyskaniu przez państwa paliwa jądrowego i materiałów służących do produkcji broni A. Tyle samo osób popiera chyba najbardziej radykalne rozwiązanie z tych, które pojawiły się w ankiecie - użycie siły przez Radę Bezpieczeństwa w celu przywrócenia demokratycznego rządu, który został obalony. Jednakże 38 procent ankietowanych jest przeciwko przyznaniu tak poważnego uprawnienia Radzie Bezpieczeństwa. Mniej niż 50% Amerykanów popiera również możliwość nakładania przez ONZ podatków (m.in. na broń czy handel ropą), z których finansowana byłaby działalność organizacji.

Ogromnym poparciem cieszą się natomiast pomysły wysłania wojsk pod komendą Narodów Zjednoczonych do obrony zaatakowanego państwa (83%), czy też wysłania oddziałów błękitnych hełmów w celu zaprzestania naruszeniom praw człowieka i zapobieżenia trwającemu ludobójstwu. Zaledwie o 7 procent mniej ankietowanych opowiada się za prawem do interwencji, gdy jakieś państwo wspiera grupy terrorystyczne.

Amerykanie są także za tym, aby ich kraj załatwiał więcej spraw na arenie międzynardowej w "ramach ONZ" (60%) i dostrzegają, że w coraz mniejszej "globalnej wiosce" współpraca w ramach międzynarodowych instytucji będzie miała coraz większe znaczenie (69%). Większość obywateli USA popiera również zmiany w Radzie Bezpieczeństwa, głównie poszerzenie grona stałych członków. Tymczasem reforma najważniejszego gremium decyzyjnego od lat tkwi w powijakach i nie może wyjść poza fazę teoretyczną. Może opinia społeczeństwa amerykańskiego wpłynie w jakiś sposób na postępowanie administracji - choć raczej tej przyszłej, która zmieni obecną od stycznia 2009 roku - i Amerykanie przestaną "boczyć się" na Organizację Narodów Zjednoczonych. Jak bowiem sądzą obywatele amerykańscy, organizacja ma do odegrania w świecie bardzo istotną rolę. A wiadomo, że tak jak Unia Europejska bez Niemiec, tak i ONZ bez Stanów Zjednoczonych nie może działać poprawnie.

Źródło: WorldPublicOpinion.org
Zdjęcie: www.mapsofworld.com

sobota, 23 czerwca 2007

 

flaga UE

Szczyt w Brukseli zakończył się nad ranem zawarciem kompromisu, który według słów europejskich przywódców zadowala - mniej lub bardziej - wszystkie strony. System podwójnej większości będzie obowiązywał, choć z lekkim poślizgiem; Polska na 10 lat utrzymała swoją mocną pozycję; Holendrzy wywalczyli prawo parlamentów krajowych do odrzucania w zarodku inicjatyw Komisji Europejskiej, które w mniemaniu legislatyw ingerują w ich kompetencje; Brytyjczycy dostali praktycznie wszystko co chcieli, m.in. niezobowiązujący (tylko dla nich) charakter Karty Praw Podstawowych; Francuzi zaś osłabili zapis o dążeniu UE do poszerzania wolnego rynku, wzmacniając natomiast ochronę pracowników. Zdaje się więc, że wszystkie państwa członkowskie są zadowolone i gotowe do rozpoczęcia pracy nad traktatem, które rozpoczną się na jesieni.

Sam traktat przestanie być nazywany "eurokonstytucją" i będzie zwyczajnym traktatem, jak wszystkie dotychczasowe. Znikną symbole Unii jako państwa - "Oda do radości" nie zostanie uznana za hymn UE, a niebieska flaga z dwunastoma gwiazdami nie będzie oficjalną flagą Unii. Jest to sukces wszystkich tych, którzy nie życzyli sobie widzieć Unii Europejskiej jako swoistego parapaństwa. Nie powstanie stanowisko unijnego ministra spraw zagranicznych, ale - czemu sprzeciwiali się Brytyjczycy - urząd wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa zostanie wzmocniony, a osoba piastująca tą funkcję będzie przewodniczyć posiedzeniom unijnych szefów dyplomacji. Co więcej, wysoki przedstawiciel z urzędu będzie wiceszefem Komisji Europejskiej. Powstanie natomiast urząd prezydenta Unii, powoływanego na 2,5 letnią kadencję - z możliwością reelekcji. Zadaniem prezydenta będzie przewodniczenie posiedzeniom Rady Europejskiej i wspomaganie państwa aktualnie sprawującego prezydencję.

O kompromis było trudno i do końca wydawało się, że nie uda się go zawrzeć. Dlatego słowa Angeli Merkel, podsumowujące szczyt, wydają się znaczące: "To [zawarcie kompromisu] pokazuje, że Europa się w końcu zjednoczyła." Niemiecka kanclerz dodała też, że "udało się osiągnąć to, co chcieliśmy". Zdaniem prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego, który odegrał istotną rolę na brukselskim szczycie, kluczowe znaczenie miał kompromis z Polską. "Nie chcieliśmy pozwolić, aby największy kraj Europy Wschodniej pozostał z tyłu" - powiedział Sarkozy odnosząc się do propozycji Angeli Merkel, która w pewnym momencie rozgłaszała ideę rozpoczęcia konferencji międzyrządowej bez udziału Polski. Prezydent Lech Kaczyński był bardzo zadowolony z podjętych ustaleń i na konferencji prasowej stwierdził, iż po dniu dzisiejszym "Polska jest w stanie lepiej współpracować z Francją, Wielką Brytanią, a także z Niemcami, ponieważ doświadczyliśmy solidarności [z ich strony]".

Na reperkusje i efekty zakończonego spotkania przywódców państw członkowskich Unii Europejskiej przyjdzie nam poczekać minimum kilka miesięcy. Niektóre media ostro krytykują postawę Polski, która czasem używała retoryki "niezbyt wysokich lotów", inne chwalą nas za twardość w negocjacjach i zdolność do zawarcia kompromisu w ostatniej chwili. Szczyt pozostawia po sobie mieszane uczucia. Niby kompromis jest, do tego nawet w miarę sensowny, ale pozostaje pewien niesmak. I sam nie wiem, czy bardziej z powodu retoryki, czy pewnej idei osiągnięcia kompromisu za wszelką cenę, forsowanej przez niektórych europejskich liderów oraz znaczną część mediów. Ze swej natury, kompromis nie może być zawierany pod groźbą, nawet pod groźbą czasu. Dla mnie nawet ważniejsze jest jednak to, o czym wspomina chociażby The Guardian czy Financial Times, mianowicie wprowadzona z inicjatywy Francji zwiększona ochrona praw pracowników i ograniczenie roli wolnego rynku, który przestaje być jednym z głównych celów Unii. A to przecież socjalizm jest jedną z głównych przyczyn trawiącego UE oraz jej kraje członkowskie kryzysu. Tymczasem zamiast stawiać na wolnorynkowe rozwiązania i reformować krytycznie chore "welfare state", Nicolas Sarkozy proponuje protekcjonizm i nowe ograniczenia. Nie wróży to dobrze Unii w dalszej perspektywie czasowej. Na razie jednak wszyscy żyją zakończonym szczytem i nikt tak daleko nie sięga. Próbował sięgać przyszły premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, ale bez rezultatu. Czy jest przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Cytaty: International Herald Tribune; Zdjęcie: www.historiasiglo20.org

21:10, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (9) »
czwartek, 21 czerwca 2007

 

Blair i jego następca Gordon Brown

Rozpoczął się, kończący niemiecką prezydencję w Unii Europejskiej, szczyt Rady Europejskiej. Liderzy 27 państw członkowskich próbują dojść do porozumienia w kwestii przyszłości eurokonstytucji, której reanimację za jeden z głównych celów postawiła sobie kanclerz Angela Merkel. Ostatnie tygodnie europejscy przywódcy, dyplomaci i negocjatorzy - tzw. szerpowie - spędzili głównie na podróżowaniu. Unia podzieliła się na kraje, dla których przyjęcie konstytucji jest celem i wartością samą w sobie, oraz takie, które traktują ją bardziej jako dopust Boży i mają do niej wiele zastrzeżeń. Zastrzeżenia te zostały sprowadzone w głównej mierze do sprawy systemu głosowania, podnoszonej przez Polskę, ale w tle pojawiały się i inne kwestie, o których wspominały Wielka Brytania czy Holandia. To, czy szczyt okaże się sukcesem, jest na chwilę obecną wielką niewiadomą. Pewne jest natomiast to, iż brukselski szczyt jest ostatnim dla Tony'ego Blaira, który za kilka dni przestanie pełnić swój urząd i przekaże klucze do Downing Street 10 Gordonowi Brownowi.

Najmłodszy od 1812 roku premier w historii Wielkiej Brytanii, twórca sukcesu Labour Party - dzięki któremu partia ta po raz pierwszy w swej historii wygrała trzy kolejne wybory - i jeden z najwybitniejszych (o ile nie najwybitniejszy) przywdców swojego pokolenia, odchodzi w fatalnej dla siebie chwili. Obywatele są zmęczeni jego polityką, obwiniają go za klęskę iracką i nieskuteczne reformy w kluczowych sektorach - służbie zdrowia i edukacji. Społeczeństwo chce zmian, tak samo jak Labour Party, której niektórzy członkowie wprost domagali się odejścia Blaira przynajmniej od kilkunastu miesięcy. 10 maja Tony Blair ogłosił, że odejdzie pod koniec czerwca, a stery przejmie Gordon Brown, dotychczasowy "minister finansów".

Większość Brytyjczyków, a także zagraniczni obserwatorzy, postrzegają Blaira z perspektywy fatalnej w skutkach decyzji o inwazji na Irak. Lekceważy się jego dokonania oraz silną osobowość, umiejętności dyplomatyczne, skuteczność i zdolność odnajdywania właściwej drogi w trudnej sytuacji. A wszystko przez Irak. Tymczasem, mało kto pamięta, że dzięki Blairowi udało się uspokoić sytuację w Kosowie i Sierra Leone - pod koniec ubiegłego wieku - co uratowało tysiące istnień ludzkich. Nie docenia się utrzymania osiągnięć epoki Margaret Thatcher, które Blair "przerobił" dodając im "ludzką twarz". Przez dziesięć lat jego rządów sytuacja zdecydowanej większości Brytyjczyków się poprawiła. Zapomina się wreszcie o tym, że to Blair doprowadził do - oby ostatecznego - rozwiązania konfliktu w Irlandii Północnej. Kilkanaście tygodni temu powstał rząd, który współtworzą niedawni przeciwnicy - protestanci z partii unionistycznej oraz katolicy z Sinn Fein, politycznego ramienia Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Na marginesie warto dodać, że potrafił zachować się jak prawdziwy mąż stanu w chwili śmierci księżnej Diany, ratując twarz skostniałej monarchii - co zostało świetnie pokazane w filmie "Królowa".

Irak okazał się poważną pomyłką nie tylko dla Blaira. Jednak nie sposób było przewidzieć takiego rozwoju wydarzeń przed decyzją o inwazji. Owszem, można obwiniać przywódców Ameryki i Wielkiej Brytanii o brak planu "co po obaleniu Saddama", ale z drugiej strony należy postawić niezaprzeczalną wartość w postaci obalenia tyrana mordującego dziesiątki, jak nie setki tysięcy współobywateli. Trzeba też cenić Blaira za to, że nie zostawił Amerykanów "na lodzie" i nie wycofał się z Iraku przy pierwszej nadarzającej się okazji, tak jak to zrobił premier Hiszpanii Jose Zapatero. W porównaniu do tego ostatniego można ocenić próby walki z terrorem separatystów. Blairowi udało się okiełznać IRA i zmusić katolików i protestantów do efektywnej współpracy. Doprowadził do tego poprzez twardą politykę, m.in. przez zawieszenie samorządu w Ulsterze i wprowadzenie bezpośrednich rządów z Londynu oraz nieustępliwe ściganie terrorystów. Tymczasem Zapatero tak długo ustępował, aż ETA stwierdziła, że nie ma sensu z nim rozmawiać i przemoc ponownie zagraża obywatelom Hiszpanii. Ocena rządów ustępującego premiera nie może być jednoznaczna. Gdyby jednak nie fiasko irackie, Blair z pewnością kończyłby swoje premierostwo jako jeden z największych mężów stanu.

Jak mówi sam zainteresowany, nie zamierza ubiegać się o żadne funkcje międzynarodowe. Niedawno nowowybrany prezydent Francji Nicolas Sarkozy miał napomknąć o tym, że Blair zostanie pierwszym prezydentem Unii Europejskiej. Dziś Asian Times spekuluje o tym, jakoby Blair miał zostać specjalnym wysłannikiem tzw. bliskowschodniego Kwartetu (ONZ, UE, USA, Rosja) ds. rozwiązania komplikującej się z dnia na dzień sytuacji w Palestynie. Mniej konkretnie i bardziej mgliście przedstawia się perspektywa szefowania NATO czy nawet kandydatura na Sekretarza Generalnego ONZ. A może Blair wybierze karierę na wzór Billa Clintona, wspierając wszelakie inicjatywy i prowadząc wykłady na całym globie. Spekulowano także o zajęciu się przez Blaira problemem biedy w Afryce, dla rozwiązania którego - jako szef jednego z państw G-8 - zrobił bardzo wiele.

Na dzień dzisiejszy Blair jest jednak nadal premierem i prowadzi z pewnością twardą walkę o brytyjskie interesy na szczycie UE. Wielka Brytania domaga się wyłącznia z tekstu konstytucji europejskiej m.in. Karty Praw Podstawowych, a także sprzeciwia się stworzeniu instytucji unijnego ministra spraw zagranicznych. Po szczycie dla Blaira zacznie się nowa epoka, w której będzie musiał się jakoś odnaleźć. Byłoby wielką stratą dla świata, gdyby nie skorzystano z jego doświadczenia i umiejętności. Tym większą, iż jego największy rywal na scenie krajowej - lider Partii Konserwatywnej David Cameron - robi wszystko, aby upodobnić się do Tony'ego Blaira. Czy historia zatoczy koło, i tak jak w 1997 roku nazywano Blaira fałszywym labourzystą, wkrótce Camerona będzie nazywać się fałszywym torysem? A może będzie nazywać się to blairyzmem...

Zdjęcie: content.answers.com

21:22, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (4) »
sobota, 16 czerwca 2007

pierwiastek Trwa spotkanie polskiego prezydenta i niemieckiej kanclerz w zamku Meseberg, położonym o godzinę drogi od Berlina. Rozmowa z Angelą Merkel jest ukoronowaniem tygodnia intensywnych konsultacji na najwyższym szczeblu na linii Polska - Unia. Warszawę odwiedzili m.in. prezydenta Francji Nicolas Sarkozy oraz premier Hiszpanii Jose Luis Zapatero. Jeśli po dzisiejszych rozmowach nadal sytuacja forsowanego przez Polskę projektu podziału głosów w Radzie Europejskie nie będzie uwzględniona w agendzie szczytu, który w dn. 21-22 czerwca odbędzie się w Brukseli, Warszawa być może zdecyduje się na zastosowanie weta i rozmowy o eurokonstytucji będą utrudnione.

Kością niezgody i przyczyną głośnych słów o "umieraniu" stał się tzw. pierwiastkowy system głosowania. Przy jego zastosowaniu rośnie "waga" (siła) państw mniejszych i średnich, a spada tych największych - posiadających największą liczbę mieszkańców. Matematyka jest nieubłagana, dlatego - przy systemie pierwiastkowym - im wiksza liczba ludności, tym mniejsza liczba głosów. Oczywiście należy to zrelatywizować do propozycji eurotraktatu, w myśl której każdy kraj dysponuje taką ilością głosów, jaką posiada liczbę ludności. Dla przykładu, jeśli Niemców jest 82 miliony - będą miały 82 głosy. Natomiast wg systemu pierwiastkowego liczba głosów spadnie do 9. Nie da się ukryć, że Polska bardzo zyska. Zamiast 36 głosów (ponad dwa razy mniej, niż Niemcy) będzie miała 6 głosów - czyli półtora raza mniej.

Rządzący podkreślają, że rezygnujemy z bardzo korzystnego dla nas sytemu nicejskiego, który dawał nam 27 głosów, a Niemcom tylko 30. Dlatego nazywają "pierwiastek" propozycją kompromisową i teoretycznie zaledwie inicjującą dyskusję o bardziej "sprawiedliwym" systemie głosowania. Argumenty strony polskiej znamy bardzo dobrze i nie będę ich tutaj przypominał. Proponuję, abyśmy spojrzeli na sytuację oczami Niemców, przeciwko którym otwarcie wystąpił wczoraj prezydent Lech Kaczyński, obwiniając Berlin o "dążenie do zmniejszenia roli Polski". Tymczasem, to nie Niemcy napisali konstytucję dla Europy. Uczynił to Valery Giscard d'Estaing, były prezydent Francji, wraz z kilkoma osobami - teoretycznie w ramach konwentu, a rzeczywiście wykraczając daleko poza mandat przyjęty na międzyrządowej konferencji w Laeken.

Przyjrzyjmy się jednak sprawie głosów z pozycji Berlina. Jesteśmy największym płatnikiem Unii Europejskiej. To z naszych pieniędzy finansowani są m.in. francusy rolnicy oraz najbiedniejsze polskie regiony. Bez nas nic w UE by nie działało, jesteśmy jej motorem i siłą napędową. Nasi deputowani "trzymają za twarz" europarlament, dzięki czemu cokolwiek się tam dzieje. Myśląc Unia, wielu kojarzy Niemcy. Mamy 82 miliony obywateli, co sytuuje nas na pierwszym miejscu pod względem liczby ludności. A nasza gospodarka jest jedną z kilku największych na świecie, nakręcając przy okazji koniukturę w UE - co najbardziej widoczne jest w strefie euro. Kiedy nasza gospodarka się obudziła, pozostałe także poczuły się lepiej. Takie są fakty, a z nimi - jak wiadomo - się nie dyskutuje.

Skoro więc jesteśmy najwięksi, najbogatsi, finansujemy cały ten "biznes" i nim "kręcimy", mamy prawo do decydowania o tym, co się w UE dzieje. Stąd najbardziej sprawiedliwym systemem jest ten proponowany w eurokonstytucji. Nie możemy być karani za to, że mamy najwięcej obywateli - a do tego sprowadza się system pierwiastkowy. Co więcej, system ten wcale nie jest taki idealny i sprawiedliwy, jak głoszą Polacy. Nadmiernie wzmacnia siłę państw małych, a osłabia duże. W efekcie ważniejszy jest w Unii głos mieszkańca Malty, Litwy czy Słowacji, niż obywatela Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. I to ma być demokracja i sprawiedliwość? Poza tym, Niemcom bardzo się nie podoba, iż Polska po raz kolejny chwyta za oręż antyniemiecki i pod hasłem "odebrać Niemcom" ogłasza kolejne pomysły. Jeśli nawet przyjazna naszemu krajowi Gesine Schwan, niemiecka urzędniczka odpowiedzialna za stosunki polsko-niemieckie, powiedziała, iż ostatnie działania rządu mogą bardzo negatywnie wpłynąć na dwustronne relacje, coś jest na rzeczy.

Należy wysłuchać także drugiej strony, głosi uznana rzymska paremia. Postarajmy się zrozumieć stanowisko Niemiec oraz niektórych innych państw, które popierają zawarty w eurokonstytucji system tzw. podwójnej większości. Przy wielu wątpliwościach, jakie zarysowały się względem tego systemu, ma on poważną zaletę - odzwierciedla siłę państw poprzez ich sytuację demograficzną. I choć do zbliżenia UE do obywateli daleka droga, to przez takie właśnie pomysły należy tego dokonywać. A pierwiastek raczej oddala nas, obywateli, od poczucia wpływu na zapadające decyzje. Wcale też nie jest sprawiedliwy, chyba że rozumiemy sprawiedliwość jak kultowi już Kargul z Pawlakiem.

Obrazek: members.aol.com

21:21, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (32) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook