poniedziałek, 30 czerwca 2008

grafikaBarack Obama nie zamierza odwiedzić Polski w ramach swojej podróży do krajów, które są kluczowe do amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego. Demokratyczny kandydat na prezydenta uda się do Izraela, Jordanii oraz Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji. Polscy politycy są niemile zaskoczeni. Wielu z nich chciałoby rzec, powtarzając za prezydentem Bushem: You forgot Poland.

Prawda jest jednak taka, że Polska nie jest krajem kluczowym dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Jesteśmy jednym z wielu członków NATO i choć nasi żołnierze, proporcjonalnie, dają z siebie więcej w ostatnich wojnach (Irak, Afganistan) od Niemców i Francuzów, pozycja Warszawy względem Berlina, Paryża (o Londynie nie wspominając) nie zwiększyła się. Ktokolwiek zasiądzie w Gabinecie Owalnym w styczniu 2009 r., kluczowe decyzje będzie podejmował po konsultacjach z przywódcami trzech najważniejszych europejskich sojuszników. W tej trójce nie ma miejsca dla Polski.

Czy powinniśmy obawiać się marginalizacji, jeśli Obama będzie 44. prezydentem USA? A czy nie jesteśmy marginalizowani już dzisiaj? Prezydent Bush nie pofatygował się do Warszawy w swojej pożegnalnej wizycie do Europy. W zamian za zaangażowanie w Iraku i Afganistanie oraz wybór F-16 w przetargu na myśliwce wielozadaniowe nie otrzymaliśmy zbyt wiele. Nie staliśmy się nie tylko kluczowym, ale nawet jednym z głównych sojuszników Waszyngtonu. Zdają sobie z tego sprawę rządzący w Polsce, domagając się dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa oraz dofinansowania modernizacji polskiej armii. Jest to jednak podejście dość naiwne, gdyż uzyskanie tychże gwarancji, skoro jesteśmy członkiem NATO, jest praktycznie niewykonalne.

Jak to jest z amerykańskim podejściem do Polski? Z jednej strony widoczne lekceważenie (może częściowo mimowolne i nieświadome), a z drugiej propozycja umieszczenia w Polsce elementów tarczy antyrakietowej. Wybór Polski to, bądź co bądź, nobilitacja dla naszego kraju. Równie dobrze Amerykanie mogli poprosić inne państwa, a wybrali nasz kraj. Czy to odwdzięczenie się za Irak i Afganistan, za nasze – spore, jak na nasze możliwości – zaangażowanie po stronie Ameryki w XXI wieku? Nie da się ukryć, że umieszczenie strategicznej dla Stanów Zjednoczonych infrastruktury wojskowej na terytorium Polski to znak, że jesteśmy dla Ameryki ważnym partnerem. Jest to także, z punktu widzenia administracji Busha, ta dodatkowa gwarancja bezpieczeństwa dla Polski.

O ile jednak tarcza jest z punktu widzenia Ameryki extra gwarancją, z punktu widzenia Polski niesie ona ze sobą dodatkowe zagrożenia. Racjonalne są więc żądania sfinansowania systemu obrony przeciwrakietowej, tym bardziej, jeśli Rosjanie otwarcie mówią (zresztą, i tak by to zrobili – jest to zwyczajna praktyka) o wymierzeniu w tarczę swoich rakiet. Problem w tym, że jeśli prezydentem zostanie Barack Obama, projekt tarczy antyrakietowej najpewniej pójdzie w odstawkę, a Polska stanie się jednym z wielu „średnich” sojuszników, którzy mogą tylko marzyć o statusie jakim cieszą się choćby Jordania czy Egipt.

Obama, którym zachwyca się lewicowa część Europy, zapewne nie będzie dla Polski robił zbyt wiele. Należy spodziewać się raczej, że z dwóch powodów skupi się na własnym podwórku, czyli na sprawach wewnętrznych. Po pierwsze, skala problemów jest ogromna, a wiele z nich to sprawy wręcz palące. Po drugie, Obama nie ma wielkiego doświadczenia międzynarodowego i wiele wskazuje na to, że pójdzie śladem Georga W. Busha z początków pierwszej kadencji, kiedy to obecny prezydent nie angażował się mocno w sprawy świata. Istnieje wreszcie trzeci powód, dla którego Obama może ograniczyć aktywną rolę Ameryki w świecie – chcą tego wyborcy, zmęczeni i zniesmaczeni bardzo aktywną rolą Stanów na scenie międzynarodowej. I choć Obama obiecuje nowe otwarcie, a niektórzy przewidują odwrócenie trendu narastającego antamerykanizmu oraz reaktywację amerykańskiej soft power, trzeba do takich nadziei podchodzić z dystansem. Obama może dać Ameryce niezbędną świeżość, ale istotne jest to, co kryje się za banerami z napisami Hope i Change. Czy będzie to nowa jakość, czy kontynuacja dotychczasowej polityki (in principio), tyle że w nowym, bardziej miłym dla oka opakowaniu.

W wypadku zwycięstwa McCaina można natomiast spodziewać się, że rola Polski nieco wzrośnie. Oczywiście nie będzie to nagły skok na głębokie wody i dopuszczenie Warszawy do grona najbliższych partnerów. Spodziewam się raczej większego zrozumienia naszych potrzeb oraz naszych obaw, co McCain pośrednio zapowiadał kilka tygodni temu podczas swojego tournee po Europie i Bliskim Wschodzie (wzmocnienie roli NATO oraz dialog z europejskimi partnerami). Czy uda mu się jednak pogodzić stanowisko USA wypracowane przez administrację Busha z polskimi nadziejami, tego nie da się teraz stwierdzić. A na koniec warto dodać, że i senator z Arizony nie odwiedził Polski, więc robienie z tego zarzutu Obamie należy uznać za niesmaczny żart.

Piotr Wołejko

grafika: polandbymail.net

piątek, 27 czerwca 2008

grafikaRozum znowu zwyciężył nad sercem. W napisanym 29 marca artykule przewidywałem, iż rządzący Zimbabwe od 1980 roku Robert Mugabe utrzyma władzę, ponownie zwyciężając w wyborach prezydenckich. Nic nie wskazywało bowiem na to, iż Mugabe oraz popierająca go partia ZANU-PF zdecyduje się na uczciwe przeprowadzenie wyborów. Serce natomiast podpowiadało, że katastrofa w Zimbabwe nie może trwać wiecznie, że wreszcie nadszedł czas na wyrzucenie Mugabe i jego kolesi z siodła.

Nic bardziej mylnego. Choć serce mocniej zabiło w chwili, gdy wydawało się, że lider opozycji Morgan Tsvangirai zwyciężył głosowanie już w pierwszej turze, a opozycja przejęła kontrolę nad izbą niższą parlamentu, chwilę potem przyszło mordercze orzeźwienie. Komisja wyborcza, będąca marionetką prezydenta, tak długo odwlekała ogłoszenie wyników, aż sfałszowano wystarczającą liczbę głosów, żeby podać, iż niezbędne jest przeprowadzenie drugiej tury głosowania. W międzyczasie Mugabe i oddani mu twardogłowi sprawdzali, na czyją lojalność mogą jeszcze liczyć i obmyślali plan, którego realizacja miała przynieść im sukces – czyli przetrzymanie najpoważniejszego w historii ich rządów kryzysu.

Plan był bardzo prosty, brutalny i szalenie skuteczny. Mugabe oraz wierni mu siepacze wprowadzili w Zimbabwe rządy terroru. Promugabowskie bojówki rozpoczęły prześladowania niepokornych obywateli, którzy mieli czelność poprzeć Tsvangiraia, odrzucając tak świetnego i skutecznego przywódcę, jakim jest Robert Mugabe. Przemoc osiągnęła nieznany wcześniej poziom – ponad 200 tysięcy ludzi musiało opuścić swoje domy. Setki, a zapewne tysiące zginęły lub trafiły do więzień i aresztów. W kampanię terroru zaangażowano wszystkie siły – policję, wojsko oraz bojówki, tzw. weteranów wojennych (jeszcze z czasów walki z białym rządem Rodezji) i inne, a nawet zwykłych przestępców, którzy dostali przyzwolenie na dokonywanie grabieży i gwałtów. Użyto wszystkich możliwych środków, aby osiągnąć cel.

I udało się go osiągnąć. Morgan Tsvangirai wycofał się z drugiej tury głosowania, a dzisiejsze wybory są czystą farsą oraz formalnością. Mugabe znowu wygrał i będzie rządził dalej. Choć nie można tego nazwać rządzeniem. Jest to nie-rząd w czystej postaci, niszczenie państwa i sprowadzanie biedy dla większości mieszkańców. Inflacja sięga zapewne ponad 300 tysięcy procent, sklepy świecą pustkami, a ponad 80 procent obywateli nie ma legalnej pracy. Około 3 milionów Zimbabweańczyków (Zimów) uciekło do Republiki Południowej Afryki.

Zwycięstwo Mugabe jest porażką Zimbabwe, a także potwarzą dla krajów SADC, a zwłaszcza dla Republiki Południowej Afryki i Thabo Mbekiego. Mbeki od lat udawał, że tzw. dyskretna dyplomacja doprowadzi do poprawy sytuacji w Zimbabwe. Nic bardziej mylnego – przez prezydenta RPA nie udało się osiągnąć żadnej poprawy, a Mugabe został niemalże immunizowany od wszelkich oskarżeń oraz od winy za wszelkie pomyłki. Prezydent Zimbabwe został zwolniony od odpowiedzialności za swoje czyny, dostał swoiste carte blanche. To prawdziwa hańba dla RPA, hańba dla państw regionu, wreszcie hańba dla całej Afryki, która nie potrafi zareagować na niszczenie państwa i jego obywateli.

Jaka przyszłość czeka Zimbabwe? Ciężko to opisać słowami, gdyż bieda, głód, nędza są już w Zimbabwe powszechne. Ustawieni są tylko kolesie prezydenta, partyjne elity oraz bezpieczniacy i wojskowi, którzy zapewniają Mugabe niezbędne poparcie. Niestety, ale obecne wybory pokazały, że pokojowo władzy Mugabe nie odda nigdy. Możliwe są więc dwa scenariusze – w pierwszym dopiero śmierć prezydenta pozwoli na przemiany i demontaż skrajnie szkodliwego systemu władzy, w drugim natomiast powszechne protesty i niemalże powszechny bunt, użycie siły przez większość społeczeństwa może sprawić, że niewielka w sumie, ale wyjątkowo pasożytnicza elita władzy, zostanie obalona – i najpewniej wymordowana, przynajmniej w jakiejś części.

Nie ma szans na powstanie rządu jedności narodowej czy zagwarantowanie komukolwiek spokojnego i godnego odejścia. Ludzie władzy odrzucili możliwość pokojowego jej oddania, czegoś – bardzo luźne skojarzenie – na wzór polskiego okrągłego stołu. Prędzej czy później nastąpi nieuniknione – obecna elita będzie salwowała się ucieczką z kraju dla ratowania życia, a pewne jest, że wszystkim ta sztuka się nie uda. Nie można będzie jednak mieć żalu czy wyrzutów z powodu wymierzenia sprawiedliwości oprawcom, którzy dobrowolnie, w ich chwili prawdy, postanowili zrobić wszystko, aby utrzymać się na szczycie. Im mocniej trzymają się stołków, tym bardziej będzie bolało, kiedy z nich spadną. Mój scenariusz rozwoju zdarzeń nie jest zatem zbyt optymistyczny, jest natomiast oparty na wieloletnich doświadczeniach walki opozycji z reżimem Mugabe. Jest to także historia zauroczenia oraz zaniechania wielu liderów państw afrykańskich, ale to już temat do dyskusji na przyszłość…

Poprzednie wpisy o Zimbabwe: Mugabe forever, Wybory w Zimbabwe: co się dzieje?, Zimbabwe: raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy, Afryka powinna się pozbyć Mugabe

grafika: image.guim.co.uk 

20:59, p.wolejko , Afryka
Link Komentarze (2) »
środa, 25 czerwca 2008

grafikaCena galona benzyny w Stanach Zjednoczonych już dawno przekroczyła 4 dolary. Co bardziej zaradni Amerykanie potrafili jednak poradzić sobie dość szybko z niewyobrażalnymi, w ich mniemaniu, cenami kluczowego surowca. Od miesięcy kwitnie tzw. paliwowa turystyka, polegająca na tankowaniu aut przez Amerykanów po meksykańskiej stronie granicy.

Ani atrakcyjna, na miejscowe warunki, oferta stacji Chevron w El Paso (3,89 dolara za galon) ani niższy standard meksykańskiego paliwa nie wpływają na powstrzymanie narastającej fali paliwowej turystyki. Ciężko się temu dziwić, skoro za galon benzyny w Ciudad Juarez, miasteczku przy granicy Meksyku ze stanem Teksas, należy zapłacić zaledwie ok. 2,66 dolara. Tankujących w Ciudad Juarez nie odstrasza nawet stosunkowo niebezpieczna okolica – w wyniku wojny gangów narkotykowych między sobą oraz wojny państwa z gangami w Ciudad Juarez giną średnio trzy osoby dziennie (w 2008 roku). Stacje paliwowe po meksykańskiej stronie granicy notują wzrost sprzedaży o 30 do 50 procent. Mesykański monopolista naftowy, państwowy koncern PEMEX zapowiedział, iż wkrótce zapewni dostawę dodatkowych 300 tysięcy baryłek oleju napędowego dla przygranicznych stacji. Wiele z nich nie ma już czego sprzedawać, gdyż Amerykanie wykupili wszystkie zapasy.

Co z tego, że paliwo z Meksyku ma niższe standardy (większa zawartość siarki) i powietrze będzie gorszej jakości z powodu spalin, jeśli można zaoszczędzić dwa dolary na galonie? Z paliwowej turystyki korzystają nie tylko zwyczajni kierowcy, ale także firmy transportowe, w które wysokie ceny baryłki ropy na światowych rynkach uderzyły najbardziej. Nie jest to dla nich bezpieczne wyjście, ale jedyne możliwe. Grożą im kary za unikanie płacenia podatków, ale w razie kupowania paliwa w stacjach amerykańskich grozi im bankructwo.

Dlaczego w Meksyku ceny są prawie dwukrotnie niższe niż w Stanach? Gdyż meksykański rząd pokrywa część kosztów ropy. Subsydia wynoszą 20 miliardów dolarów rocznie. Warto przypomnieć, że wspomniany wcześniej PEMEX zapewnia 40 procent dochodów do budżetu państwa. O problemach państwowego monopolisty pisałem w kwietniu br.

Subsydiowanie przez rząd poszczególnych produktów to praktyka dość powszechna, nieobca państwom już rozwiniętym. Niestety, ale polityka dopłacania przez państwo do ropy czy żywności często odbija się czkawką. Cierpi na tym budżet, cierpi konkurencja, cierpią wreszcie zarówno konsumenci, jak i producenci. Teraz doszło jeszcze do tego, że biedniejszy Meksyk subsydiuje bogatsze Stany Zjednoczone. Meksykański podatnik (i borykający się spadającym wydobyciem ropy PEMEX) finansują Teksańczyków czy Kalifornijczyków, którzy nie zamierzają nie skorzystać z okazji do tańszego tankowania. Co gorsze, subsydia wykoślawiają rynek, chwiejąc rynkowym prawem popytu i podaży. Prowadzi to do marnotrawstwa. Marnotrawi się produkty i surowce, marnotrawi się także pieniądze przeznaczane na sztuczne utrzymanie ich niskich cen.

Piotr Wołejko

Więcej o turystyce paliwowej: New York Times

grafika: cnn.com

wtorek, 24 czerwca 2008

grafikaRosjanie powracają do Afganistanu. Już wkrótce rosyjskie uzbrojenie trafi do armii afgańskiej. Logicznym następstwem takiego kroku jest zapewnienie szkolenia afgańskich żołnierzy, aby mogli efektywnie rosyjską broń wykorzystywać. Zaskakującą decyzję o zwiększeniu zaangażowania Moskwy w sprawy Afganistanu podjęto w trakcie niedawnego spotkania amerykańsko-rosyjskiej grupy roboczej ds. zwalczania terroryzmu.

Nie ma oczywiście mowy o powrocie do Afganistanu żołnierzy rosyjskich, o czym swego czasu donosiły polskie gazety. Jak pisze w Asia Times M K Bhadrakumar, wieloletni indyjski dyplomata, informacje w polskiej prasie były klasycznym przykładem zmyłki autorstwa zachodnich wywiadów. Miały one na celu podkopanie rosnącej roli Rosji w regionie oraz ożywienie antyrosyjskiego resentymentu wśród Afgańczyków.

Rola Rosji w regionie Azji Środkowej zwiększa się, a Moskwa dość skutecznie odpiera amerykańskie i chińskie próby ingerencji na terytorium, które uznaje za własne podwórko. Współpraca z NATO w Afganistanie, w postaci zapewnienia broni dla armii afgańskiej, niewiele Rosję kosztuje, a pokazuje, że wsparcie rosyjskie jest niezbędne. Umacnia to tym samym wizerunek i pozycję Rosji jako fundamentu regionalnego bezpieczeństwa. Przy okazji, Rosjanie pokazują, że pomiędzy nimi a NATO nie musi trwać nowa zimna wojna. Kiedy interesy Moskwy i Sojuszu są zbieżne, a obie strony nie chcą pogorszenia sytuacji w Kabulu i przejęcia władzy przez radykałów, współpraca jest możliwa. Moskwa zyskuje więc także na Zachodzie, zwłaszcza w Europie, która sama bardzo niechętnie i z coraz mniejszym entuzjazmem wspiera misję w Afganistanie.

Od dostarczenia broni Afganistanowi do odzyskania wpływów w tym kraju jest bardzo daleko. Rosjanie bardzo dobrze pamiętają kosztowną wojnę, która pośrednio doprowadziła do upadku Związku Sowieckiego. Jak zauważa doświadczony rosyjski dyplomata Zamir Kabulov, który był sowieckim ambasadorem w Kabulu w okresie interwencji ZSRR w tym kraju, a który teraz powrócił do Kabulu jako ambasador Federacji Rosyjskiej, „Nie doceniliśmy alergii afgańskiego narodu do wszelkiej maści najeźdźców, gdyż sami nie uważaliśmy się wówczas za najeźdźców. Zlekceważyliśmy tradycję, kulturę i religię Afgańczyków”. Rosjanie zapewniają broń afgańskiej armii, gdyż, jak mówi Kabulov, „można podwoić albo potroić liczebność kontyngentu i nadal przegrywać wojnę, gdyż nie liczby, a jakość afgańskiej armii i policji liczą się najbardziej”.

Pomoc NATO w Afganistanie leży w interesie Rosji. Natomiast jeśli chodzi o interesy w regionie Azji Środkowej porozumienia pomiędzy Rosją a Zachodem (Ameryką i Europą) nie będzie. Obie strony inaczej widzą stabilizację regionu i porozumienie jest niemożliwe. Co najwyżej w poszczególnych, najczęściej incydentalnych sprawach, jaką właśnie jest Afganistan. To, co najbardziej interesuje Moskwę na obszarze Wspólnoty Niepodległych Państw to kontrola nad surowcami energetycznymi. Stąd Kreml bardzo ostrożnie podchodzi do współpracy z Chinami, zwłaszcza w ramach Szanghajskiej Organizacji Współracy, którą Pekin wykorzystuje jako okazję do penetrowania poszczególnych państw regionu w poszukiwaniu surowców. Za fasadą wspólnych interesów kryje się ostra rywalizacja rosyjsko-chińska i sprytna taktyka Chińczyków, którzy prowadzą bilateralne rozmowy z członkami organizacji, zamiast załatwiać te sprawy wspólnie, na forum organizacji.

Rosja musi bardzo uważać na chińskie działania, które stoją w sprzeczności z kluczowymi interesami Rosji. W Moskwie patrzą na dynamicznie rozwijające się Chiny z mieszanką podziwu i strachu. Wkrótce strach zacznie przeważać. Tym bardziej, że Chińczycy są bezwzględni i dogadają się z każdym i przeciwko każdemu, jeśli w grę wchodzą surowce energetyczne. Zasoby ropy i gazu w regionie Azji Środkowej są bardzo duże i kto będzie sprawował nad nimi kontrolę, ten znajdzie się w bardzo komfortowej pozycji za 5-10 lat. Dlatego Rosjanie tak mocno wspierają chociażby uzbeckiego watażkę Karimova oraz kazachskiego satrapę Nazarbajewa. Dlatego też na ropę z Kazachstanu Polska nie ma co liczyć, gdyż w chwili obecnej za sznurki w Astanie pociągają Rosjanie. A jeśli nawet to się zmieni, wydaje się, że Chińczycy przebiją nas na wejściu.

Bhadrakumar zwraca w swoim tekście uwagę na ciekawą propozycję wysuniętą przez prezydenta Uzbekistanu Islama Karimova, powołania do życia organizacji na wzór UE i NATO poprzez połączenie istniejących już Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym oraz Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Taka organizacja miałaby stanąć niejako w opozycji także do Szanghajskiej Organizacji Współpracy, której dwugłowe przywództwo chińsko-rosyjskie nie ma wspólnej wizji rozwoju. Chińczycy podchodzą do SzOW pragmatycznie, z typowym dla siebie spokojem, a nawet obojętnością.

Podsumowując, Rosjanie w ciągu ostatniej dekady wzmocnili swoją pozycję w regionie postsowieckim tak wyraźnie, że wszelkie dyskusje o wyciąganiu kolejnych państw (jak choćby Gruzji) z ich strefy wpływów to zwyczajne mrzonki. Moskwa ponownie roztacza „opiekę” nad swoimi ex-republikami i toczy, zwycięską, póki co, bitwę o kontrolę nad zasobami energetycznymi z Chinami. Relacje z NATO są chłodne, ale Moskwa jest gotowa do współpracy z NATO, jeśli taka współpraca leży w jej interesie. Jeśli interesy są sprzeczne, wszystko wraca do „normy”, na co dowodem są ostatnie wypowiedzi premiera Putina dla francuskiej prasy: „Związek Sowiecki już nie istnieje. Nie ma żadnego zagrożenia, natomiast NATO nadal istnieje. Pojawia się pytanie: przeciwko komu skierowane jest istnienie organizacji? A rozszerzanie Sojuszu to tworzenie nowych granic w Europie. Nowych murów berlińskich. Tym razem niewidzialnych, ale nie mniej niebezpiecznych. Widzimy także infrastrukturę wojskową zbliżającą się do naszych granic. Po co? Nikt nie stanowi zagrożenia”.

grafika: russiablog.org 

17:14, p.wolejko , Rosja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 czerwca 2008

fotografia: AP Photo/Dario Lopez-MillsWłochy, Meksyk, Nigeria. Trzy kraje, trzy różne kontynenty. Co je łączy? Wykorzystanie wojska do załatwiania spraw, z którymi nie radzi sobie państwo metodami cywilnymi, czy – nazwijmy to – normalnymi.

W Meksyku armia od półtora roku wspiera policję w walce (i to prawdziwej, w której zginęły już setki osób, m.in. szef policji) z gangami narkotykowymi (na zdjęciu żołnierze meksykańscy patrolujący ulicę w jednym z miast w stanie Michoacan). We Włoszech najpierw rozważano wyprowadzenie armii na ulice w celu zapewnienia bezpieczeństwa w trakcie zeszłorocznej wojny gangów, a obecnie żołnierze zabezpieczają wysypiska śmieci, do których kierowane są odpady z niesławnego już Neapolu.

Nigeria to trochę osobny przypadek, ale tam także prezydent zdecydował właśnie o wykorzystaniu żołnierzy w prowincji Delta, z której pochodzi zdecydowana większość nigeryjskiej ropy. Decyzja Umaru Yar’Aduy nastąpiła po ataku na infrastrukturę wydobywczą Shella, zmniejszając wydobycie ósmego eksportera świata o jedną dziesiątą. Dzisiaj rebelianci wysadzili w powietrze rurociąg należący do koncernu Chevron. Tym samym w ciągu dwóch dni możliwości eksportowe Nigerii zmniejszyły się o ponad 300 tysięcy baryłek dziennie.

Wojsko na ulicach i wykorzystywanie wojska do załatwiania spraw, którymi powinny zajmować się instytucje cywilne pokazuje słabość państwa. Wyprowadzenie wojska na ulice to krok nadzwyczajny, z którego korzysta się w ostateczności, najczęściej w chwili poważnego kryzysu – zwykle katastrofy naturalnej. Natomiast we Włoszech sytuacji nadzwyczajnej nie ma. Nieudolność administracji oraz strach polityków spowodowały, że zdecydowano się na użycie wojska do pilnowania wywozu i składowania śmieci.

W Meksyku toczy się regularna wojna, ale użycie wojska do walki z narko-gangsterami to także ostateczność i krok tymczasowy. Jak to jednak zazwyczaj bywa, prowizoryczne rozwiązania okazują się trwałe. Armia już półtora roku „tymczasowo” walczy z gangsterami. Żołnierze nie są przeszkoleni do takich zadań. Zastępują z przymusu policję, która w większości jest nieudolna i skorumpowana.

Sytuacja Nigerii jest zupełnie wyjątkowa, gdyż w grę wchodzi ropa naftowa. Delta Nigru to dojna krowa władz w Abudży. Od dekad rabunkowo eksploatowana prowincja Delta domaga się większego udziału w zyskach z wydobycia i eksportu czarnego złota. Paradoksalnie, Delta to jedna z najbiedniejszych prowincji w Nigerii. Skorumpowani urzędnicy na szczeblu prowincji i na szczeblu centralnym rozkradają pieniądze z ropy oraz fundusze przeznaczone na rozwój regionu. Ludzie żyją w coraz gorszych warunkach, o ekologii nikt nawet nie pomyśli. Nic więc dziwnego, że część mieszkańców prowincji sięgnęła po broń i prowadzi, coraz skuteczniejszą, walkę z rządem. Zbliżający się dzień negocjacji pokojowych nie przyniesie żadnego przełomu, gdyż główne ugrupowanie antyrządowe nie zamierza wziąć udziału w rozmowach z przedstawicielami prezydenta Yar’Aduy. Prezydenta, który został wybrany w skandalicznie sfałszowanych i całkowicie nieuczciwych wyborach.

Jeśli armia jest ostatnią instancją, do której mogą odwołać się słabe rządy cywilne, powstaje pytanie, co stanie się, gdy armia nie da sobie rady? Czy po tryumfie w batalii z państwem władzę nad częścią terytorium Meksyku przejmą gangi narkotykowe? Czy prowincja Delta stanie się najbardziej zmilitaryzowaną częścią Afryki, a rebelianci zastopują eksport ropy? Czy we Włoszech nadal rządzić będzie mafia, a państwo będzie strukturą alternatywną? Słabość instytucji państwa, słabość ludzi tworzących administrację oraz korupcja to fatalne połączenie. Armia jest tymczasowym ratunkiem. Trzeba jednak pamiętać, że czasem armia uznaje (i ma po temu podstawy), że może sobie poradzić bez nieudolnych rządów cywilnych i sama zajmie miejsce polityków. Italii to oczywiście nie grozi, ale Nigeria niebezpiecznie wraca na starą, dobrze znaną drogę, która prowadzi (w tym kraju to nie nowość) do rządów wojskowych.

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook