wtorek, 30 czerwca 2009

Dwanaście miesięcy temu w atmosferze wszechobecnego terroru Robert Mugabe, przy pomocy swoich siepaczy, dokonał wyborczej maskarady i "wygrał wybory" prezydenckie, przedłużając tym samym swe, trwające od 1980 roku, rządy.

Według niepotwierdzonych informacji, już w pierwszej turze legendarnego bojownika o wyzwolenie czarnej większości spod rządów białej mniejszości miał pokonać lider opozycyji Morgan Tsvangirai. Oficjalny wynik był oczywiście inny i Tsvangirai miał zetrzeć się z Mugabe w drugiej turze wyborów. Kampania terroru przeprowadzana przez służby państwowe oraz bojówkarzy z partii Mugabe, ZANU -PF, zmusiły opozycyjnego kandydata do wycofania się z wyborów. Mugabe był więc jedynym kandydatem i, zaskakująco, zwyciężył.

Nieprawidłowości wyborcze oraz represje wobec ludności były tak ogromne, że do akcji postanowiła wkroczyć wspólnota międzynarodowa. Główną rolę wzięły na siebie SADC, Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej - regionalna organizacja, w której skład wchodzą m.in. Angola, Namibia, Mozambik, Tanzania oraz Republika Południowej Afryki - oraz ostatnie z wymienionych państw. Jako lokalny hegemon sąsiadujący z Zimbabwe, RPA była dotknięta wieloma problemami, których przyczyny znajdowały się po drugiej stronie granicy.

Presja ze strony RPA oraz, po części, SADC sprawiła, że nienawidzący się rywale, Mugabe i Tsvangirai, dogadali się i stworzyli wspólny rząd. Robert Mugabe pozostał na stanowisku prezydenta, a dla Tsvangirai specjalnie stworzono urząd premiera. Koalicyjny rząd składa się z 31 ministerstw, spośród których piętnaście przypadło ZANU- PF. Resorty siłowe znajdują się pod kontrolą ludzi Mugabe. Po zawarciu porozumienia pisałem, że lepszy jest brak umowy niż zła umowa.

grafikaJak wygląda sytuacja w kraju rok po wyborach? Zapytałem o to Daniela Molokele, urodzonego w Zimbabwe prawnika specjalizującego się w prawach człowieka; Globalnego Koordynatora Global Zimbabwe Forum, jednej z głównych platform skupiających zimbabweańską diasporę. Na początku maja br. Molokele odbył kilkudniową wizytę w swoim ojczystym kraju, przygotowując raport dla GZF. Zapraszam do przeczytania wywiadu, który drogą elektroniczną przeprowadziłem z Danielem Molokele:

PIOTR WOŁEJKO, blog Dyplomacja: Jak działa porozumienie o podziale władzy pomiędzy prezydentem Mugabe a premierem Tsvangirai?

DANIEL MOLOKELE, Global Zimbabwe Forum: Na razie porozumienie zdaje się działałać, mimo początkowych obaw, czy będzie ono funkcjonalne. Niestety, w porozumieniu znajduje się wiele nieścisłości, jest ono pełne wewnętrznych sprzeczności. Wiele osób pozostaje jednak sceptycznych w kwestii jego trwałości.

Główne problemy i podziały wynikają zwłaszcza z jednostronnego mianowania przez Mugabe prokuratora generalnego oraz prezesa banku narodowego. Dalsze zaniepokojenie wywołuje kontynuacja nadużywania mediów państwowych przez ZANU-PF przeciwko MDC [głównej partii opozycyjnej, z której wywodzi się premier Tsvangirai - przyp. PW].

Poważne reformy gospodarcze są wdrażane zgodnie z postanowieniami zawartymi w STERP (Short Term Economic Recovery Program, czyli krótkoterminowy program naprawczy dla gospodarki). Jednym z głównych osiągnięć jest wycofanie z obiegu dolara zimbabweańskiego i wprowadzenie multiwalutowego systemu finansowego. Udało się drastycznie obniżyć hiperinflację, a spadek cen pozwolił na ponowne zapełnienie sklepów towarami.

Kością niezgody pozostaje jednak limit wysokości wynagrodzeń, ustanowiony na poziomie 100 dolarów amerykańskich miesięcznie. Jest to tykająca bomba, z powodu której związki zawodowe nieustannie grożą strajkiem.

PW: Czy nadal trwa zastraszanie działaczy opozycyjnego Movement for Democratic Change, o czym często donoszą media?

DM: Okres systematycznej przemocy stosowanej przeciwko aktywistom MDC już minął, ale nadal zdarzają się losowe aresztowania liderów, jak chociażby krajowego dyrektora generalnego MDC, Toendepiego Shone, który został aresztowany w ubiegłym tygodniu i pozostaje za kratkami.
Zatrzymani z powodów politycznych zostali zwolnieni za kaucją, ale - niestety - ich sfingowane procesy sądowe są kontynuowane!

PW: Czy widać postęp w "zbieraniu kraju do kupy"? Czy wprowadzane reformy, w szczególności ekonomiczne, działają?

DM: Postępy są. Ogólnie rzecz biorąc, lepiej żyje się teraz niż w tym samym czasie roku ubiegłego. Bezrobocie jest jednak poważną plagą, która musi być pilnie pokonana.

PW: Jak w porównaniu do ubiegłego roku wygląda bezpieczeństwo obywateli Zimbabwe? Czy problemy głodu oraz braku żywności zostały rozwiązane bądź złagodzone?

DM: Drobne kradzieże oraz inne rozboje z wykorzystaniem broni/brutalne przestępstwa są coraz częstsze, głównie z powodu kurczenia się nieformalnego rynku [który pozwalał ludziom przeżyć w trakcie hiperinflacji i dodrukowywania pieniądza przez rząd - przyp. PW], co jest spowodowane nową polityką gospodarczą. Inną przyczyną jest fakt, iż mnóstwo sklepów posiada teraz sporo gotówki po zakończeniu dnia sprzedaży.

Kraj jest także bezpieczniejszy dla turystów. Rząd rozpoczął realizację ambitnego planu ożywienia sektora turystycznego na okres Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 2010 roku [które odbędą się w sąsiadującej  z Zimbabwe Republice Południowej Afryki - przyp. PW].

Żywność jest teraz łatwo dostępna w sklepach, a agencje pomocowe powróciły do pracy, głównie na obszarach wiejskich, gdzie miliony ludzi stoją w obliczu głodu.

-------------------------------------

Są pewne postępy, natomiast przed Zimbabwe wciąż długa i trudna droga. Spięcia między Mugabe a Tsvangirai oraz ciągle niewystarczająca presja ze strony SADC i RPA sprawiają, że szczególnie w kwestiach gospodarczych brakuje porozumienia. Współpracujące partie nie mają do siebie zbyt wiele zaufania, a dotychczasowa monopartia ZANU-PF wykorzystuje swoją uprzywilejowaną pozycję do utrudniania życia opozycji, w tym prześladowania jej poszczególnych członków. Perspektywa poprawy jest, jednak trudno spodziewać się prawdziwego przełomu, dopóki na drodze do gospodarczej odnowy tkwi Robert Mugabe.

Powyższy wpis nie powstałby bez pomocy Daniela Molokele, któremu jestem niezmiernie wdzięczny.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy poświęcone Zimbabwe:

 

Dyplomacja jest dostępna także na Twitterze. Krótkie komentarze oraz linki do artykułów i tekstów, które warto przeczytać. Śledź Dyplomację na bieżąco!

grafika: globalzimbabweforum.org

12:08, p.wolejko , Afryka
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 czerwca 2009

Gdy za oknem szaro i smutno, a godziny w pracy odlicza się kolejnymi przelotnymi opadami deszczu, na ratunek przybywają Rosjanie wraz z ich przednim poczuciem humoru.

Jak wzbudzić w Polakach emocje? Najlepiej posłużyć się historią. Przykład pierwszy z brzegu, wielokrotnie znajdujący zastosowanie, to negowanie zbrodni katyńskiej - że to niemiecka robota, albo że żadnej zbrodni nie było, a cała sprawa to antyrosyjska propaganda odzwierciedlająca polskie fobie. Katyń szczęśliwie zszedł z pierwszych stron gazet, choć Rosja zdaje się trwać na stanowisku, które z prawdą nie ma nic wspólnego.

W ostatnim czasie Rosjanie uraczyli nas dwiema wielce interesującymi interpretacjami wydarzeń historycznych. Wolność badań naukowych i wolność słowa najwyraźniej kwitną w Federacji Rosyjskiej, gdyż rosyjscy historycy spierają się aktualnie o przyczynę wybuchu II wojny światowej. Najpierw jeden z historyków umieścił na stronie internetowej rosyjskiego MON analizę, w której dowodził, że to Polska odpowiada za rozpoczęcie wojny, nie chcąc zgodzić się na "naturalne roszczenia" Hitlera.

Była to tylko uwertura do głównego przedstawienia, jakim był film wyemitowany na antenie państwowej telewizji rosyjskiej, w którym wybiela się pakt Ribbentrop-Mołotow, a także przedstawia wizję, w której Polska zawarła z Hitlerem sojusz wymierzony w Związek Radziecki. Jak uzasadniono w "dokumencie", w gabinecie ministra spraw zagranicznych Józefa Becka wisiał nawet portret przywódcy III  Rzeszy. Taka linia argumentacji specjalnie nie dziwi, gdyż rządzący od przewrotu majowego obóz sanacyjny komunistyczna propaganda określała mianem faszystowskiego. Potret Hitlera to więc oczywistość. Ciekawe, czy Beck i inni mieli także swastyki na ramionach i pozdrawiali się w typowy dla nazistów sposób, czyli 'Heil Hitler!'.

Zakłamujący historię telewizyjny paszkwil powstał z błogosławieństwem nowopowstałej komisji ds. zwalczania kłamstw historycznych działających na szkodę  Rosji. Dziecko prezydenta Miedwiediewa ma w sposób agresywny odpierać "antyrosyjską propagandę" i przedstawiać wydarzenia historyczne w sposób, który nie oczernia Rosji. Bez wątpienia zrzucanie winy za wybuch II wojny światowej na Polskę jest w interesie Rosji.

Tylko jak to w końcu było? Jesteśmy winni, bo nie oddaliśmy nieistotnych skrawków ziemi, które słusznie należały się Wielkim Niemcom, czy też bezczelnie spiskowaliśmy z Hitlerem, aby zaatakować miłujący pokój Związek Radziecki i wzbogacić się o Białoruś i Ukrainę? Poprosiłbym o jasną wykładnię.

Idąc dalej tropem odkłamywania historii, należy się zastanowić, które elementy przeszłości wymagają rewizji. Proponuję, aby przyjrzeć się rozbiorom Polski i skończyć z przedstawianiem tego jako siłowej partycji niepodległego państwa, dokonanego wbrew woli jego mieszkańców.  O ile ładniej brzmi wersja, w której to sami Polacy poprosili ościenne mocarstwa o wzięcie ich pod swoje skrzydła.

Wreszcie można też kategorycznie stwierdzić, że w 1920 roku to Polacy chcieli obalić najcudowniejszy na świecie ustrój komunistyczny i zakończyć rewolucję rosyjską, zdobywając Moskwę i instalując na Kremlu podległy Piłsudskiemu (wiadomo, że faszysta) marionetkowy reżim. Tym samym przebudzenie mas pracujących miast i wsi nigdy by się nie dokonało, a marzenie Polaków z XVII wieku, aby osadzić na stolcu moskiewskim polską władzę spełniłoby się.

Co więcej, Piłsudski parł do wojny, aby w przyszłości podzielić się przepastnymi rosyjskimi terenami z Hitlerem, którego marsz ku władzy w Niemczech od początku był usilnie przez Polskę wspierany. Nadrzędnym celem było ujarzmienie pod niemiecko-polskim, czyli faszystowskim butem narodu rosyjskiego, jako podległego rasie panów.

Zapewne przekłamań aż proszących się o sprostowanie jest wiele i już wkrótce zostaniemy poinformowani o kolejnych poprawkach dokonywanych ku chwale Rosji. Dla Polaków najlepszą receptą na historyczny bełkot jest ignorancja, zaś dla polskich władz kategoryczne protesty i żądanie sprostowania kłamstw. I tak niewiele to pomoże, ale nie można pozwolić ujść potwarzom bez jakiejkolwiek reakcji. нельзя!

Piotr Wołejko

Wcześniejsze wpisy poświęcone Rosji:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 

15:09, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 czerwca 2009

Festiwal niezadowolonych młodych ludzi w Iranie dobiega końca. Strażnicy Rewolucji i Basidżi w sposób brutalny, zdecydowany i konsekwentny czyszczą ulice Teheranu. Zastrzelona 16-latka nie będzie, jak słyszałem w którejś z polskich radiostacji, irańską Joanną d'Arc. Jej śmierć pójdzie na marne. Nie wiadomo zresztą, czy brała udział w protestach, czy znalazła się na ulicy przypadkowo - w złym miejscu, w złym czasie.

Różni komentatorzy wskazują różne tzw. momenty kluczowe. Dla jednych było nim piątkowe wystąpienie Najwyższego Przywódcy Iranu Alego Chamenei, dla innych przyznanie przez Radę Strażników Rewolucji, że nieprawidłowości w głosowaniu były i możliwe jest ponowne przeliczenie głosów z losowo wybranych 10 procent okręgów wyborczych, w obecności przedstawicieli przegranych kandydatów. Pozostali jako najważniejszy moment wskazują środę, kiedy Rada Strażników ma ostatecznie zdecydować o ważności wyborów.

Z trzech wskazanych powyżej momentów należy postawić na wystąpienie rahbara podczas piątkowej modlitwy w Teheranie. Ali Chamenei odrzucił oskarżenia o sfałszowanie wyborów i stwierdził, że są one częścią trwającej już 2-3 miesiące kampanii inspirowanej przez wrogów Iranu, wskazując palcem na Stany Zjednoczone, Syjonistów oraz Wielką Brytanię, która jest najgorsza z najgorszych. Pytanie rahbara, jak można sfałszować 11 milionów głosów wywołało salwę śmiechu zgromadzonych na placu wiernych. Standardowe okrzyki "Śmierć Ameryce" tworzyły piękny entourage mowy najważniejszego człowieka w Iranie.

Protestujący na ulicach miast czekają na lidera, który wskaże im drogę. Tej roli nie mógł spełnić żaden z "pokonanych" przez Ahmadineżada kandydatów. Liderujący "opozycji" Mir-Hosejn Musawi w innym kraju uchodziłby za twardogłowego radykała. Zabawne jest, jak niektóre media przedstawiały Musawiego, premiera w czasie wojny iracko-irańskiej. Pierwsze miesiące wojny islamski reżim Chomeiniego wykorzystał do ostatecznej rozprawy z opozycją, na tysiącach ludzi wykonano wyroki śmierci.

Musawi, podobnie jak inny z przegranych, były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji (elitarnej armii podlegającej bezpośrednio Najwyższemu Przywódcy) Mohsen Rezai są członkami Rady Ustalania Właściwego Porządku (Expediency Council), zgromadzenia powołanego przez Przywódcę, będącego ciałem doradczym oraz pełniącym nadzór nad władzą wykonawczą. Rada ma także łagodzić spory między Madżlesem (parlamentem) a Radą Strażników i Przywódcą, w razie odrzucenia przez tych ostatnich prawa przegłosowanego przez legislatywę.

Uliczne protesty spełniły swoją rolę, przykrywając wewnętrzne tarcia wśród elit rządzących. Na czele opozycji wobec Ahmadineżada (po części także Alego Chamenei, który jest jego patronem) stoi były prezydent i bohater Rewolucji Islamskiej ajtollah Haszemi Rafsandżani. Pokonany przez Ahmadineżada w drugiej turze wyborów prezydenckich w 2005 roku, Rafsandżani pełni dziś dwie prestiżowe funkcje: jest przewodniczącym Rady Ustalania Właściwego Porządku oraz Zgromadzenia Ekspertów. Druga z tych funkcji jest nawet istotniejsza od pierwszej, gdyż Zgromadzenie Ekspertów powołuje (i odwołuje, w enumeratywnie wyliczonych w konstytucji przypadkach) Najwyższego Przywódcę.
System polityczny Islamskiej Republiki Iranu

Niegdysiejsi polityczni towarzysze, Chamenei i Rafsandżani, dziś stanęli przeciwko sobie. Brutalne ataki na ex-prezydenta przez Ahmadineżada, oskarżenia o korupcję i bogacenie się na Rewolucji zostały co prawda potępione przez rahbara podczas piątkowych modłów, ale jednocześnie Chamenei ostro skrytykował wszystkich zarzucających Ahmadineżadowi kłamstwa w przedstawianiu sytuacji gospodarczej kraju. Celował w tym Musawi oraz Rafsandżani, który wspierał byłego premiera w kampanii wyborczej.

Rozgrywka między Rafsandżanim i obozem twardogłowych, reprezentowanych przez Ahmadineżada, a któremu patronuje Chamenei, jest o wiele istotniejsza od przebiegu ulicznych protestów. Przez chwilę w areszcie znajdowała się córka Rafsandżaniego i inne bliskie mu osoby. Sam ajatollah Haszemi Rafsandżani usilnie zabiega w świętym dla szyitów mieście Kom (Qom) o poparcie wśród najwyższych islamskich duchownych. Oczywiście i on nie jest żadnym reformatorem czy demokratą. W Iranie elity władzy to różne odcienie szarości, nic nie jest czarne bądź białe.

Ruchy tektoniczne wywołane przez starcie Rafsandżaniego z Alim Chamenei mogą nie przynieść natychmiastowych rezultatów. Nikt nie powinien spodziewać się próby odwołania rahbara z pełnionego przez niego stanowiska. Bez wątpienia chrapkę na funkcję Chamenei ma Rafsandżani, ale biologia działa przeciwko niemu. Stąd koncepcja, aby przywództwo jednoosobowe zamienić na grupowe, oczywiście w gronie Zgromadzenia Ekspertów.

Ciekawe, jak naprawdę przedstawia się układ sił w elicie władzy. Ali Chamenei oparł swoją władzę na resortach siłowych, w szczególności na Korpusie Strażników Rewolucji (Pasdaran). Jest to alternatywna armia, tyle że z większym budżetem i możliwościami od normalnych sił zbrojnych. Z Pasdaran wywodzi się Mahmud Ahmadineżad. Korpus rósł w siłę, bogacił się i poszerzał swe wpływy. Czy Chamenei nadal kontroluje swoją bazę, czy sytuacja się odwróciła i jest on zakładnikiem radykałów? Nikt nie uwierzy, że Ahmadineżad zadał nokautujący cios swoim wyborczym rywalom już w pierwszej turze w sposób absolutnie uczciwy.

Jak mawiał Józef Stalin, ważne jest to, kto liczy głosy. A w Iranie liczy  je Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Za bezpieczeństwo odpowiadają Pasdaran i paramilitarne jednostki Basidż, będące zresztą częścią Korpusu. Wymienione wyżej instytucje są matecznikiem Ahmadineżada i jego siły. W zasadzie można powiedzieć, że Ahmadineżad patronował liczeniu głosów. Nie dziwne więc, że pewne nieprawidłowości zostały dostrzeżone nawet przez Radę Strażników, na czele której stoi Chamenei?

Oczywiście nie wiemy, co dzieje się za kulisami władzy w Iranie. Należy się jednak zastanowić, czy nie dokonał się przypadkiem coup d'etat, w wyniku którego władzę w kraju przejęły struktury siłowe skupione wokół Korpusu Strażników Rewolucji. W tym scenariuszu ajatollahowie i duchowni pełnią rolę czysto fasadową, chyba żestoją po stronie Pasdaran, a Rafsandżani próbuje zapobiec pełzającej zmianie ustroju z islamskiego na wojskowy. Ważne, w jakim celu struktury siłowe przejmują władzę. Czy chcą tylko bogacić się jak dotychczas, czy mają polityczne plany?

Pacyfikowanie demonstracji w Teheranie przez basidżów oraz groźby upuszczenia krwi protestującym przez szefa Pasdaran wskazują, że policja i armia - jednostki cywilne - zostały zepchnięte na drugi plan, a prawdziwy sztab znajduje się poza MSW czy MON. Wątpliwe także, aby na czele przewrotu pałacowego stał Ahmadineżad. Jest on raczej popularną twarzą, pacynką, którą sterują z ukrycia potężni i wpływowi ludzie z Korpusu Strażników Rewolucji.

W Związku Radzieckim partia komunistyczna nieustannie podsycała rywalizację między KGB a armią i GRU, starając się utrzymać równowagę między nimi, a tym samym utrzymując się u władzy. W Iranie za partię możemy uznać rządzący kler, a rolę KGB pełni Pasdaran. Brak jednak balansującego wpływy Korpusu aktora. Czy wszechwładne służby nie posunęłyby się do wyeliminowania bezużytecznej, z ich punktu widzenia, partii i same przejęły władzę? Partyjni władcy Kremla mieli na tym punkcie obsesję.

Jedną z wielu różnic  między sytuacją w ZSRR a Iranie jest taka, że KGB było służbą raczej bezideologiczną. Tymczasem Pasdaran to elita Rewolucji, jej awangarda. Teoretycznie, najbardziej radykalni z radykalnych. A może to tylko złudzenie i Pasdaran stał się bardziej przedsiębiorstwem, które dąży do maksymalizacji zysków. Wtedy przejęcie władzy przez Korpus oznaczałoby transformację państwa na wzór rządzonej przez czekistów Rosji. W wersji islamskiej oczywiście.

Piotr Wołejko

Wcześniejsze wpisy poświęcone Iranowi:

 

grafika: news.bbc.co.uk

poniedziałek, 22 czerwca 2009

"Konieczność posiadania marynarki wojennej (...) wynika z istnienia floty handlowej i znika razem z nią, z wyjątkiem sytuacji, w której naród przejawia agresywne tendencje i utrzymuje flotę wojenną wyłącznie jako gałąź własnych sił zbrojnych.", napisał w 1890 roku kapitan Alfred Thayer Mahan, amerykański dowódca morski, w książce "The Influence of Sea Power Upon History, 1660-1783" [czytaj całą książkę za darmo].

"Mocarstwa obawiają się państw z wielką populacją i szybko rozwijającą się gospodarką, nawet jeśli państwa te nie przełożyły jeszcze swojego bogactwa w potęgę militarną (...) bogate i ludne państwa zazwyczaj mogą posiadać i posiadają potężne armie". - to z kolei cytat z książki amerykańskiego politologa Johna J. Mearsheimera, pt. "The Tragedy of Great Power Politics". Mearsheimer jest jednym z głównych ideologów tzw. ofensywnego realizmu, teorii wedle której główne mocarstwa nieustannie starają się zwiększyć swoje wpływy, aby poprawić własne bezpieczeństwo i szanse przetrwania.

Według Alfreda Thayera Mahana rozwój marynarki wojennej jest naturalną konsekwencją wzrostu liczby statków handlowych. Okręty wojenne są niezbędne, aby zapewnić ochronę cywilnej floty oraz handlu, który umożliwia. Nie przypadkiem największe potęgi morskie w historii, Anglia oraz Holandia, u szczytu potęgi posiadały pod swoją banderą tysiące kupieckich statków handlowych. Panowanie na morzach i oceanach jest, zdaniem Mahana, kluczem do dominacji jednych państw nad innymi. Nie tylko pozwala na nieskrępowaną kontynuację i rozwój handlu w czasie wojny, ale przede wszystkim umożliwia dokonywanie niespodziewanych ataków i desantów sił lądowych. Więcej, uniemożliwia przeciwnikowi transport sił drogą morską, o wiele szybszą i tańszą od lądowej.

Inaczej kwestię istotności rodzajów sił zbrojnych widzi Mearsheimer. Uważa on, że najważniejsza była, jest i będzie armia lądowa. Głównym argumentem amerykańskiego politologa jest fakt, iż tylko siły lądowe umożliwiają zajęcie i okupowanie terytorium przeciwnika. Lotnictwo i marynarka wspomagają tylko piechotę oraz jednostki pancerne i zmechanizowane, pełniąc rolę czysto uzupełniającą, służebną wobec potrzeb wojsk lądowych. Nawet w erze jądrowej, gdy coraz większa liczba państw stara się zapewnić sobie przetrwanie dzięki posiadaniu broni atomowej, mocarstwa utrzymują liczne i dobrze uzbrojone siły lądowe.

Niedocenianie przez Mearsheimera roli marynarki wojennej należy uznać za błąd. Odległe mocarstwa, takie jak Stany Zjednoczone, czy niegdyś Wielka Brytania, muszą polegać na flocie, aby utrzymywać swoje wpływy i chronić handel. Flota wojenna wielokrotnie okazywała się niezbędna dla uzyskania konkretnych korzyści, zarówno militarnych, jak i gospodarczych. Chińczycy na przykład mają głęboko w sercu upokorzenie, którym były ustępstwa wobec Wielkiej Brytanii w kwestii importu opium w XIX w. ubiegłego stulecia.

Dzisiaj amerykańscy stratedzy i planiści w Pentagonie oraz sztabie US  Navy łamią sobie głowę właśnie nad Chinami. Zgodnie ze spostrzeżeniami Alfreda Mahana z końca XIX wieku, flota wojenna Chin rozwija się wraz z rozwojem floty handlowej. Szybki i stabilny wzrost gospodarczy, opierający się głównie na eksporcie towarów, jest naturalną przyczyną tego stanu rzeczy. W 2006 roku pod banderą Państwa Środka pływało ponad 1,700 statków handlowych, o łącznej nośności przekraczającej 82,5 miliona ton. Ponad dwa razy mniej okrętów o dwukrotnie mniejszej nośności pływa pod banderą Stanów Zjednoczonych.  Większe od chińskiej floty handlowej posiadają tylko Grecja oraz Japonia, a Stany Zjednoczone w rankingu wyprzedzają jeszcze Niemcy.

Grecja to kraj składający się z ponad 6,000 wysp i wysepek, zamieszkany przez mniej niż 11 milionów osób. Przede wszystkim, Grecja jest krajem tzw. taniej bandery. Oznacza to, że zarejestrowanie statku w Grecji nie jest trudne i kosztowne. Nic dziwnego, że w 2007 roku "Grecy" kontrolowali ok. 18 procent światowej floty handlowej. Powyższe powody nakazują pominąć Grecję w dalszych rozważaniach, tak samo jak Singapur, Norwegię, Republikę Korei oraz Tajwan. Pominąć należy także Japonię i Niemcy (odpowiednio 2. i 4. flota handlowa świata), gdyż są to państwa zmiażdżone podczas drugiej wojny światowej, raczej pacyfistyczne i znajdujące się pod ochronnym parasolem Stanów Zjednoczonych.

Jedynie Zjednoczone Królestwo, siódme w zestawieniu pod względem nośności floty, zasługuje na odrębne potraktowanie. Historyczna rola Londynu nadal znajduje odzwierciedlenie w statusie morskim Wielkiej Brytanii. Nie mniej jednak, choć zasobne, Zjednoczone Królestwo posiada relatywnie niewielką populację. Problemy budżetowe rządu Jej Królewskiej Mości, związane z utrzymaniem licznych i dobrze wyposażonych sił zbrojnych, są dobrze znane i coraz poważniejsze. Admiralicja obawia się, że przy braku odpowiednio wysokich inwestycji dumna i potężna niegdyś Royal Navy przekształci się we flotę o statusie straży przybrzeżnej. Szczególnie istotne z punktu widzenia użteczności floty oraz jej potęgi są lotniskowce. Brytyjczycy dopiero po 2016 roku wzbogacą się o nowe okręty tego typu, choć obecny kryzys finansowy nakazuje daleko idącą ostrożność w podawaniu jakichkolwiek dat. Pierwotnie pierwszy lotniskowiec miał wejść do służby już w 2014 roku, drugi dwa lata później. Prawdopodobne są dalsze opóźnienia wartego ponad 3 miliardy funtów programu, jak i wzrost kosztów.

Strategiczny Przegląd Obronny z 1998 roku wskazuje na kluczową rolę lotniskowców, które "zapewniają wartościową elastyczność" w wielu sytuacjach operacyjnych. Służą one zarówno odstraszaniu potencjalnych agresorów, jak i przymuszaniu przeciwnika do ustępstw, głównie w sytuacji kryzysowej (np. kryzysu humanitarnego). Wspomniany raport zalecał wymianę generacyjną lotniskowców w 2012 roku na "większe, bardziej uniwersalne (...) zdolnych do przenoszenia znacznie potężniejszych sił". Jak widać, już teraz Brytyjczycy mają opóźnienia sięgające czterech lat.

Lotniskowce to bodaj najpotężniejsze okręty wojenne w historii, jeśli chodzi o możliwości zadawania strat przeciwnikowi. Od początku istnienia siały strach i zniszczenie, zapewniając ogromną przewagę państwom, które je posiadały. Druga wojna światowa pokazała ich wartość, a uderzenie na Pearl Harbour najlepiej podkreśla znaczenie lotniskowców na polu bitwy. Gdyby Japończykom udało się zatopić bądź poważnie uszkodzić amerykańskie lotniskowce, przebieg wojny na Pacyfiku z pewnością byłby inny. Wart podkreślenia jest fakt, iż Imperialna marynarka Japonii powstała w oparciu o przemyślenia Alfreda Thayera Mahana i jego wiekopomnej książki. Pozycja ta miała znajdować się na każdym japońskim okręcie.

Z drugiej strony, książka Mahana stała się także przyczyną ostatecznej klęski Cesarstwa, gdyż amerykański kapitan był gorącym zwolennikiem teorii decydującej bitwy. Choć Amerykanie nie byli do końca pewni zwycięstwa w bitwie pod Midway, zakończyła się ona ich pełnym sukcesem. Trzon japońskiej floty, a zwłaszcza cztery lotniskowce zostały zniszczone. Równie istotna była utrata ponad 250 samolotów wraz z załogami. W jednej bitwie Japonia straciła kwiat swego lotnictwa. Druzgocąca klęska pod Midway okazała się punktem zwrotnym w Wojnie o Pacyfik.

Nic dziwnego, że rosnące w potęgę Chiny, będące już teraz regionalnym hegemonem, pracują nad skonstruowaniem własnego lotniskowca. Chińskie ambicje rozumieją nawet Amerykanie, choć nie zmniejsza to ich obaw. Wyzwanie wynikające ze zbrojenia się Chin jest dla Stanów Zjednoczonych oczywiste. Ofensywny realizm Mearsheimera doskonale tłumaczy powody strachu Waszyngtonu. Chcąc zwiększyć swoje bezpieczeństwo Pekin jednocześnie sprawia, że mniej bezpiecznie czują się Stany Zjednoczone. Globalne bezpieczeństwo jest grą o sumie zerowej. Zysk Chin oznacza nieuchronną stratę Ameryki.

Sposobem na rozwiązanie problemu bezpieczeństwa mógłby być dialog pomiędzy Chinami a Ameryką. Pojawia się jednak kwestia wzajemnego zaufania. Obecnie nie jest ono zbyt duże, a Amerykanie - słusznie - domagają się ujawnienia całkowitych wydatków na zbrojenia, powątpiewając w oficjalne dane. Przeświadczenie o oszukiwaniu przez Chińczyków powoduje, że Stany Zjednoczone zwiększają wydatki na zbrojenia. Dla Pekinu to znak, że Waszyngton może mieć wrogie intencje. W ten sposób spirala zbrojeń i braku zaufania nakręca się, prowadząc być może do konfrontacji.

Rywalizacja chińsko-amerykańska na morzach i oceanach jest nieunikniona, gdyż oba państwa posiadają odpowiednie zasoby - ludzkie i finansowe - a ich gospodarki opierają się na handlu. Wskazane czynniki determinują rozwój marynarki wojennej ChRL i USA. Nadal zagadką pozostają intencje chińskiego kierownictwa. Prezydent Hu Jintao zapewniał podczas sześćdziesiątej rocznicy istnienia floty Chińskiej Republiki Ludowej, że Pekin "nie będzie dążył do hegemonii, ani nie zamierza prowadzić militarnej ekspansji bądź wyścigu zbrojeń z innymi krajami". Chiny chcą promować politykę "harmonijnego oceanu".

Czy można wierzyć w powyższe zapewnienia, pamiętając o zatargach terytorialnych z Wietnanem, Indonezją, Filipinami, Tajwanem oraz Japonią? Historia uczy, że kraje posiadające zdecydowaną przewagę morską nad pozostałymi nie unikały wykorzystywania tej potęgi do wymuszania ustępstw na słabszych krajach. Zgodnie z teorią Mearsheimera, naturalne jest dążenie wszystkich państw, w szczególności zaś wielkich mocarstw, do zwiększenia własnej potęgi i wpływów. Wszystko to w celu zapewnienia sobie większego bezpieczeństwa.

Nie dając się przekonać pesymistom z Pentagonu, przedstawiającym wizję krwiożerczych Chin, należy zaakceptować co nieuchronne. Naturalne bogacenie się Państwa Środka determinuje rozbudowę floty wojennej. Chińczycy nie zawahają się wykorzystać marynarki do realizacji własnych interesów. W pewnym momencie doprowadzi to do konfliktu z interesami Stanów Zjednoczonych, których nadrzędnym interesem jest niedopuszczenie żadnego państwa do osiągnięcia statusu podobnego Ameryce. Bezpośrednie starcie, choć nie można go wykluczyć, jest jednak odległe. Jeśli szanse na zwycięskie wyjście z morderczego zwarcia są małe, mocarstwa nie zdecydują się na wojnę.

Piotr Wołejko

Podobne wpisy:

piątek, 19 czerwca 2009

Szczytujący w Brukseli przywódcy państw europejskich oraz stary-nowy przewodniczący Barroso mieli ciekawsze zajęcia od rozmów z protestującymi przeciwko spadającym cenom mleka rolnikami. Mimo sprowadzenia do stolicy Belgii kilkuset, a według niektórych źródeł ponad tysiąca traktorów, politycy byli skupieni na esencji swojego zawodu - personaliach.

Polskie media zogniskowały swoją uwagę na Jerzym Buzku, który ma 2,5-letnie przewodniczenie Parlamentowi Europejskiemu praktycznie w garści. Kiedy my bijemy się o symboliczną funkcję, argumentując, iż nasz region musi zostać dostrzeżony, prawdziwi unijni gracze zabijają się o teki w nowej Komisji Europejskiej. Pierwszą kartą, która została wyłożona na stół przez przywódców 27 państw członkowskich jest Jose Manuel Barroso, który ma pozostać na stanowisku przewodniczącego Komisji.

Sympatyczny i inteligentny Portugalczyk może zostać, gdyż okazał się - zgodnie z założeniami - słaby i niezdolny do postawienia się najważniejszym krajom w klubie. Gdyby okazał się silny, niezależny, a także wchodziłby w paradę Niemcom czy Francji, tematu Barroso już dawno by nie było. Wkrótce na stole pojawią się kolejne karty, a nowe rozdanie może być bardzo ciekawe. Zapowiada się prawdziwy kabaret, w którym stanowiska strażników kurnika mają przypaść cwanym lisom.

Krążą plotki, jakoby Francja biła się o stanowisko komisarza ds. wewnętrznego rynku bądź konkurencji. Na drugie z tych stanowisk ostrzą sobie zęby Niemcy. Oczywiście w walce o stołki nikt nie chce dobra wspólnoty, tylko dobra własnego. Ubieganie się przez Francję o wspólny rynek tudzież konkurencję tego najlepszym przykładem. Paryżowi jest daleko do wolnego rynku i nieskrępowanej konkurencji. Wszyscy pamiętamy nagonkę na polskiego hydraulika oraz skuteczną batalię mającą na celu rozwodnienie tzw. dyrektywy Bolkesteina. Celem dyrektywy było zniesienie wielu barier utrudniających swobodne świadczenie usług oraz korzystanie z zagwarantowanych w Traktacie Rzymskim czterech swobód (przepływu towarów, osób, usług i kapitału).

Idea przyświecająca Francuzom i Niemcom jest jasna. Nasza kiełbasa przegoniła ich kiełbasę, a jeśli nie przegoniła, to nie pozwolimy innym kiełbasom za bardzo wyprzedzić naszej. Mówiąc krócej: rodzimym firmom nie może spaść włos z głowy i nasi komisarze mają o to zadbać. Idąc kabaretowym tokiem myślenia, komisarzem ds. rolnictwa powinien zostać Brytyjczyk. Dobrze wiemy, jaki jest stosunek Londynu do europejskiej polityki rolnej, a najlepiej podsumowują to słowa Żelaznej Damy Margaret Thatcher: "oddajcie nam nasze pieniądze!". Z punktu widzenia Polski, zabawnie zapowiada się przekazanie władzy nad unijną dyplomacją Włochom, znanym miłośnikom "krystalicznie czystej demokracji" rosyjskiej (choć akurat to stwierdzenie padło z ust ówczesnego niemieckiego kanclerza Gerharda Schroedera.

Polska podobno celuje w tekę komisarza ds. przemysłu, okupowaną obecnie przez Gunthera Verheugena. Niemiec wsławił się głównie tym, że jak lew bronił specjalnego statusu Volkswagena. Nasz rząd chyba nadal boleje nad losem stoczni i liczy, że podobne przypadki się nie powtórzą. Nie wiem, czy nie lepszym wyborem byłoby stanowisko komisarza ds. energii, w szczególności mając na uwadze odmienianie przez wszystkie przypadki bezpieczeństwa energetycznego przez wszystkich polskich polityków.

Bez zbędnej ironii należy zastanowić się, komu przypadnie komisarz ds. rozszerzenia. Jeśli wspomniana teka przypadnie krajowi pokroju Austrii, możemy spać spokojnie - perspektywa poszerzenia klubu znacząco się oddali, a Turcja powinna zacząć rozglądać się w kierunku wschodnim. Istotne są także polityka regionalna, handel oraz środowisko. W szczególności to ostatnie zasługuje na wybitnego specjalistę z wpływowego kraju, gdyż nie da się uciec od polityki prośrodowiskowej. Ważne, aby była ona prowadzona w sposób zdroworozsądkowy i przez osobę, która ma coś do powiedzenia.

Zgromadzeni w Brukseli rolnicy narzekali, że ilość traktorów nie zrobiła wrażenia na mediach, które skupiły się na politycznych przepychankach. Gra idzie o najwyższą stawkę. Francuzi i Niemcy pokazują, jak należy dbać o własne interesy i jak jest naprawdę z niezależnością komisarzy i dbaniem przez nich o interes Unii, a nie państwa, z którego pochodzą. Należy to zrozumieć i uszanować, jednak nie mogę powstrzymać śmiechu na myśl o komisarzu ds. jednolitego rynku bądź konkurencji z Francji.

Piotr Wołejko

 

PS. Pragnę poinformować Was, Drodzy Czytelnicy, że od dziś możecie śledzić Dyplomację także na Twitterze. Krótkie komentarze, ciekawe linki - zawsze na bieżąco. Zapraszam.


Wcześniejsze wpisy poświęcone tematyce europejskiej:

 

21:50, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook