wtorek, 22 czerwca 2010

Krytyka jest zawsze łatwa, ponieważ może być nieuzasadniona. Krytykanci rzadko przedstawiają własne, konstruktywne propozycje, ograniczając się do wyartykułowania swoich wątpliwości: to źle, tamto można było zrobić lepiej etc. Często krytyka ubrana jest w piękne formy, używa atrakcyjnych ozdobników i chwytów retorycznych. Im ich więcej, tym bardziej możemy być pewni, że treść, czyli wartość merytoryczna krytyki, jest miałka.

Spójrzmy bowiem na politykę zagraniczną prezydenta Baracka Obamy, która jest bezlitośnie krytykowana, głównie z prawej strony, w Stanach Zjednoczonych, a i za granicą spotyka się z coraz mniejszym entuzjazmem. Zarzuca się Obamie, że rozpoczął od szeregu czysto wizerunkowych inicjatyw, które zakończyły się fiaskiem. Chodzi oczywiście o kilka wystąpień, spośród których najważniejsze to przemówienie w Kairze oraz przesłanie do Irańczyków. Co więcej, po tychże wystąpieniach Obama przyjął kurs na obłaskawianie przeciwników oraz zniechęcanie sojuszników do Ameryki. Po prostu totalna klęska.

Dobre otwarcie Obamy

grafikaKairska mowa amerykańskiego prezydenta była skierowana do wszystkich muzułmanów, przynajmniej w zamyśle Obamy i jego doradców. Czterdziesty czwarty prezydent USA poruszył wiele ważnych wątków, m.in. prawa i wolności obywatelskie, prawa człowieka, prawa kobiet oraz rozwój przedsiębiorczości. Głównym celem przemówienia, co dobrze podkreśliła jego lokalizacja, była zmiana wizerunku Ameryki w oczach wyznawców islamu. Niestety, czego nietrudno było się domyślić, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana od uproszczonego przesłania Obamy. Chyba nikt poważny nie spodziewał się, że Waszyngton nagle zaprzestanie wspierać autokratyczne reżimy arabskie w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, które są potrzebne Ameryce w prowadzonej przez nią polityce globalnej i zacznie domagać się przeprowadzenia demokratycznych wyborów w Egipcie, czy liberalizacji obyczajów w Arabii Saudyjskiej.

W przypadku Iranu, swoiste orędzie noworoczne Obamy do Irańczyków było bardzo pomysłowe. Szkoda, że za tą inicjatywą nie poszły następne. Przede wszystkim wycofanie groźby ataku militarnego na irańskie instalacje nuklearne (przy czym wycofanie mogłoby być czysto retoryczne, ale właśnie o grę słów tutaj chodzi). Reżim w Teheranie bardzo umiejętnie wykorzystują wszelkie groźby z zewnątrz w celach konsolidacji władzy, konsolidacji społeczeństwa wokół władzy oraz dla prześladowania opozycji. Nie tylko emocjonalnie, ale faktycznie ajatollahowie oparli swe rządy na głęboki antyamerykanizmie. Kolejne groźby ze strony Waszyngtonu (lub Izraela, dla władz irańskich jest to obojętne) dolewają oliwy do podtrzymywanego od Rewolucji w 1979 roku ognia.

Folguje wrogom, nie popuszcza przyjaciołom

Im dalej w las, tym większa krytyka polityki zagranicznej Obamy. Furorę robi argument, wedle którego Obama jest zbyt miękki w stosunku do przeciwników, a zbyt twardy w stosunku do sojuszników. Zgodnie z tym twierdzeniem, Obama ponosi klęskę na wszystkich frontach, alienując przyjaciół i narażając na szwank często wieloletnie sojusze, a także budząc uśmiech politowania u wrogów, którzy nie muszą dłużej obawiać się potęgi Stanów Zjednoczonych.

Bez wątpienia, posunięcia Obamy i jego administracji na arenie międzynarodowej nie są pasmem sukcesów. W wielu sytuacjach wydawało się, że Obamę cechuje zbytni optymizm i zaufanie do państw i partnerów, którzy nie powinni liczyć na taryfę ulgową. Można podać tutaj chociażby przykład wycofania tarczy antyrakietowej z terytorium Polski i Czech, w zamian za przychylność Rosji w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Gdy wyjmiemy pojedyncze działania, na pewno znajdą się powody do słusznej i uzasadnionej krytyki dyplomacji Obamy. Problem w tym, że posunięcia amerykańskiego prezydenta należy rozpatrywać w szerszej perspektywie.

Fundamenty polityki zagranicznej Obamy

Obama, za co także jest krytykowany, prowadzi politykę zagraniczną zgodnie z założeniem, że Ameryka powoli traci swoje uprzywilejowane miejsce na arenie międzynarodowej i nie może sobie pozwolić na jednostronne działania z pominięciem głosu innych głównych potęg. Optymizm z czasów administracji Busha juniora, gdy uważano, że Stany Zjednoczone mogą w pojedynkę zmieniać świat na swoją modłę, zastąpił realizm. Nowa optyka oznacza, że Ameryka rozumie ograniczenia swoich możliwości i zdaje sobie sprawę z tego, że niektórych spraw nie da się załatwić samodzielnie, że potrzebni są partnerzy, a nawet - jeszcze niedawno rzecz nie do pomyślenia - że niektórych spraw w ogóle nie da się załatwić. Co więcej, zgodnie z paradygmatem realistycznym, rozpoczęto powolny przegląd spraw, którymi Ameryka się zajmuje, pod kątem eliminacji bądź ograniczenia działań tam, gdzie - z punktu widzenia USA - nie jest to jednak konieczne.

Drugie założenie administracji Obamy opiera się na przekonaniu, iż w relacjach z sojusznikami należy bardziej zdecydowanie egzekwować wzajemność z ich strony. Czyż za gwarancje bezpieczeństwa i prosperity nie należy się jakakolwiek, poza ładnym uśmiechem, zapłata ze strony bliskich partnerów? Obama żąda chociażby od europejskich członków NATO większego zaangażowania w misję w Afganistanie, a sekretarz obrony Robert Gates wzywa kraje europejskie do zaprzestania ograniczania wydatków na obronę narodową.

Przywrócenie normalności w relacjach z sojusznikami

Sojusznicy USA, głównie w Europie i Japonii, są w szoku. Poparcie dla Obamy w trakcie jego kampanii wyborczej było większe na Starym Kontynencie i w Japonii niż w samych Stanach Zjednoczonych. Po demokratycznym prezydencie spodziewano się bóg-wie-czego, a okazało się, że uśmiechnięty i zrelaksowany Obama to twardy gracz, który w zamian za przygotowanie i utrzymanie przez Amerykę pomyślnych warunków budowania europejskiego i japońskiego dobrobytu wystawia sojusznikom rachunki. Oni uznają je za słone, on sądzi, że sprawa jest absolutnie naturalna, a sojusze działają w obydwie strony. Zresztą, jaką wartość przedstawia sojusznik, który nie chce zbyt wiele zaoferować? Może nie jest wart naszej uwagi - tak widzi to nowy prezydent USA.

Oceniając politykę zagraniczną Obamy należy mieć w pamięci dwa przedstawione wyżej założenia, a także fakt, że Obama jest prezydentem stosunkowo krótko. Paul Wolfowitz, były wiceszef Pentagonu i jeden z głównych przedstawicieli nurtu neokonserwatywnego stwierdził niedawno, że Obama i jego ekipa uczą się prowadzić politykę zagraniczną. Błędy były, chociażby w stosunkach z Chinami (zbytnia miękkość i brak stanowczości, ukazanie własnej słabości, co zostało wykorzystane przez asertywną politykę Pekinu), ale w obecnym stadium prezydentury Obamy można je naprawić, a zły kurs skorygować.

Za wcześnie na kompleksową ocenę dokonań Obamy

Nie można, podążając za żądnymi codziennie świeżej krwi mediami, rozliczać Obamy już teraz, wyciągając pojedyncze posunięcia i relacje z poszczególnymi państwami, pomijając jednocześnie szerszą strategię. Owszem, można na tanim krytykanctwie zbić wizerunkowy kapitał oraz dojść do retorycznego mistrzostwa, jednak wartość takiego postępowania będzie odwrotnie proporcjonalna do osiągniętej maestrii. Mówiąc wprost, będzie niewielka.

Piotr Wołejko

 

grafika: ihavenet.com/Jennifer Kohnke

wtorek, 15 czerwca 2010

Śmierć na wojnie to rzecz normalna. Żołnierze biorący udział w misji w Afganistanie doskonale zdają sobie sprawę z ryzyka. Ostatnie dni przyniosły śmierć dwóch polskich żołnierzy. Jeden z nich zginął dzisiaj, w wyniku ostrzału jednej z baz, w której stacjonują Polacy. W żadnym przypadku nie była to śmierć bohaterska, choć niektóre media i politycy próbują gloryfikować żołnierzy, którzy po prostu mieli pecha.

Polacy przeciwko misji w Afganistanie

grafikaJuż śmierć kpr. Miłosza Górki, który zginął 12 czerwca, wywołała w Polsce polityczną burzę. Premier Donald Tusk oraz pełniący obowiązki prezydenta marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zapowiedzieli, że należy niezwłocznie rozważyć polską obecność wojskową w Afganistanie. Dzisiejsza śmierć st. szer. Grzegorza Bukowskiego z pewnością doleje oliwy do ognia. To już osiemnasta ofiara śmiertelna misji afgańskiej, w której Wojsko Polskie bierze udział od wiosny 2002 roku. Obecnie polski kontyngent jest jednym z większych, a w Afganistanie stacjonuje ponad 2,500 żołnierzy.

Zdecydowana większość Polaków od wielu lat sprzeciwia się udziałowi polskich żołnierzy w misji afgańskiej. Badania przeprowadzone przez CBOS wskazują, że od stycznia 2007 roku do września 2009 roku sprzeciw wobec polskiej obecności w Afganistanie nie spadł poniżej 72 procent. Polacy mają jasne zdanie o Afganistanie i chcą, aby nasi żołnierze jak najszybciej opuścili ten kraj. O zapowiedziach wycofania polskiego kontyngentu autorstwa premiera Tuska i marszałka Komorowskiego się nie wypowiadam. Lepiej wyjaśnią to specjaliści od analizowania polityki wewnętrznej.

Dlaczego jesteśmy w Afganistanie?

Dla Czytelników Dyplomacji istotne są inne kwestie, m.in. czy nasze zaangażowanie przynosi nam konkretne korzyści (gospodarcze, większe bezpieczeństwo, uznanie sojuszników) i jaki jest bilans zysków i strat. Mówiąc o Afganistanie trudno nie wspomnieć o fatalnym błędzie Amerykanów, którzy zbyt wcześnie poczuli się zwycięzcami w tym kraju, przenosząc swoje zainteresowanie i zasoby do Iraku. Rozgrzebany afgański problem nabrzmiewał i dzisiejsza sytuacja nie jest dla Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników zbyt różowa. Talibowie i inne radykalne ugrupowania, a także lokalni watażkowie i baronowie narkotykowi odbudowali się, uzbroili i całkiem udanie sabotują wszelkie wysiłki zachodniej koalicji.

Dziś trudno nawet mówić o zwycięstwie w Afganistanie. Gra toczy się o to, jak opuścić ten kraj nie tracąc przy tym twarzy i nie oddając go tym wrogim siłom. O wielkich korzyściach z udziału w afgańskiej misji należy zapomnieć. Polakom nic z tego nie skapnie, a i silniejsi od nas mogą obejść się smakiem. Wszystko wskazuje bowiem na to, że po opuszczeniu Afganistanu do władzy powrócą wspierani przez Pakistan radykalni islamiści i to Islamabad, być może na spółkę z Chinami, będzie czerpał ograniczone korzyści gospodarcze z eksploatacji bogatych złóż surowców.

Głównym argumentem za udziałem Polaków w misji afgańskiej była solidarność sojusznicza (w ramach NATO (atak na USA) oraz chęć przypodobania się Amerykanom. Liczyliśmy, że dzięki zaangażowaniu w Afganistanie (a później także w Iraku) zyskamy w oczach Waszyngtonu, zyskując szczególny status w amerykańskiej polityce bezpieczeństwa. Jednocześnie nie stawialiśmy tej, ani żadnej innej sprawy (a żądań mieliśmy sporo, wystarczy wspomnieć słynną listę życzeń Sikorskiego) w sposób otwarty. Nie mówiliśmy, czego spodziewamy się w zamian za udział w misjach zagranicznych u boku amerykańskich żołnierzy. Nic więc dziwnego, że Amerykanie wypchali się sianem i Polska nie otrzymała nic, poza dość zabawną z wojskowego i strategicznego punktu widzenia opcją goszczenia przez kilka miesięcy w roku amerykańskiej baterii rakiet Patriot.

Dzięki udziałowi w misji afgańskiej polska armia zdobyła szereg doświadczeń. To cenne, ponieważ armia siedząca w koszarach i od czasu do czasu przeprowadzająca manewry prezentuje nieporównanie mniejszą wartość bojową od armii uczestniczącej w prawdziwej walce. Czy musieliśmy jednak poświęcać aż 8 lat na obecność w Afganistanie, aby zdobywać doświadczenia? Kosztuje to setki milionów złotych rocznie. Nie mając widoków na jakiekolwiek korzyści gospodarcze, przywróceni do rzeczywistości przez amerykańskich przyjaciół, powinniśmy natychmiast rozpocząć przygotowanie planów jak najszybszego wycofania się z Afganistanu.

Nawet Amerykanie ustalili termin rozpoczęcia wycofywania swoich sił (po uprzednim zwiększeniu ich liczby w ostatnich miesiącach) na lato 2011 roku. My nie powinniśmy czekać tak długo, tym bardziej, że Kanadyjczycy czy Holendrzy otwarcie mówią o opuszczeniu Afganistanu. O łamaniu solidarności nie może być mowy. Co więcej, nikt nie umawiał się na misję pt. neverending story. Przykre tylko, że misja jest prowadzona przez Amerykanów zupełnie bez celu. Oznacza to, że najpewniej za wycofującą się koalicją państw zachodnich pozostanie spalona ziemia, słaby rząd Karzaja i ryzyko, że sytuacja sprzed września 2001 roku zostanie odtworzona, tylko że w wersji 2.0.

Ograniczać straty, zmienić podejście

Polska nie powinna płacić życiem własnych żołnierzy oraz pieniędzmi podatników za błędy i nieudolność Amerykanów. To z ich winy misja przedłuża się i nie zmierza w kierunku happy endu. Ileż można patrolować bezdroża Afganistanu, czekając na kolejne miny pułapki i zdalnie odpalane ładunki wybuchowe, ileż można czekać na zasadzki na konwoje czy na ostrzał naszych baz? Ilu Polaków jeszcze zginie, zanim w Waszyngtonie wreszcie określą, o co tak naprawdę idzie teraz walka i co chcemy zostawić w Afganistanie (patrząc realnie) po wycofaniu się sił koalicyjnych?

Epoka wojen prewencyjnych, wprowadzona przez administrację Georga W. Busha, dobiegła końca. Koszt interwencji okazał się ogromny, a ich konsekwencje wcale nie są pozytywne. Terroryści zostali częściowo przepędzeni z Afganistanu, jednak znajdują bezpieczną przystań gdzie indziej - w Pakistanie, Jemenie, Algierii, Sudanie etc. Nie ma możliwości, aby wszystkie tzw. safe havens (bezpieczne przystanie) dla terrorystów wyeliminować. Zamiast gonić za nielicznymi fanatykami po świecie z wykorzystaniem całego potencjału sił zbrojnych, lepiej poprawiać stan bezpieczeństwa w kraju, a za fanatykami wysłać siły specjalne, samoloty bezzałogowe czy, gdzie to możliwe, odpowiednio wspierane siły lokalne.

Jest mi niebywale przykro z powodu śmierci w Afganistanie dwóch polskich żołnierzy w ostatnich kilkudziesięciu godzinach. Łącząc się w bólu z rodzinami i bliskimi poległych należy stwierdzić, że czas misji afgańskiej dobiegł końca. Polska nie powinna dłużej płacić za błędy Amerykanów poprzez uczestnictwo w skazanej na porażkę misji. Gołym okiem widać, pisała o tym wczoraj brytyjska prasa, że problem tkwi po pakistańskiej stronie afgańsko-pakistańskiej granicy. W Afganistanie niczego nie załatwimy i nie zyskamy. Czas się zwijać do domu.

Piotr Wołejko

 

grafika: acus.org

sobota, 12 czerwca 2010

Na początku bieżącego roku wiele osób w Polsce emocjonowało się wyborczą rywalizacją o fotel prezydenta Ukrainy. Zwycięzcą okazał się Wiktor Janukowycz, lider tak zwanych Niebieskich, a przegraną Julia Tymoszenko, reprezentująca mocno poobijany obóz Pomarańczowych. Komentując w lutym wyniki wyborów napisałem, iż nie ma dramatu w związku z sukcesem Janukowycza, a oczekiwany przez niektórych całkowity zwrot ku Moskwie nie nastąpi.

Pod koniec kwietnia przekonywałem natomiast, iż zgoda Ukrainy na przedłużenie stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie nie oznacza sprzedaży suwerenności w zamian za tymczasową obniżkę ceny importowanego z Rosji gazu. Było to bardzo pragmatyczne, choć wymuszone okolicznościami (trudna sytuacja finansów państwa, zapaść gospodarcza) posunięcie, które pozwoliło zyskać chwilowy oddech. Przy obecnym poziomie zależności Ukrainy od rosyjskiego gazu trudno spodziewać się wycofania rosyjskiej floty z Sewastopola.

grafikaGdy ja pisałem o racjonalnych posunięciach ekipy Janukowycza, niektórzy polscy komentatorzy rozdzierali szaty, pisząc o tym, że "sprzedano niepodległość Ukrainy" i że wszyscy eksperci próbujący "oddemonizować Janukowycza" głęboko się mylili. Jeden z przykładów takiego myślenia znajdziecie tutaj. Tymczasem, mijają kolejne dni prezydentury Janukowycza, a Kijów wcale nie stał się rosyjskim wasalem. Celnie zauważa to Andrzej Talaga w weekendowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej. Talaga napisał m.in.:

"Ukraina pod rządami Pomarańczowych nie przeprowadziła reform, które pozwoliłyby jej rzeczywiście, a nie deklaratywnie, ubiegać się o członkostwo w Pakcie [a propos rezygnacji ze starań o NATO - przyp. P.W.]. Nie miała na to szans, co potwierdził szczyt Sojuszu w Bukareszcie, większość ludności kraju - jak pokazują sondaże - opowiadała się ponadto przeciwko akcesji. W takiej sytuacji obóz Janukowycza niczego nie zmienił, nazwał tylko rzeczy po imieniu. Władze nie zerwały jednak współpracy z Sojuszem, w czasie wizyty Miedwiediewa w Kijowie Rada Najwyższa przegłosowało zgodę na wspólne manewry z NATO, uznała też za cel strategiczny wstąpienie do Unii Europejskiej".

Czy można uznać te posunięcia za prorosyjskie? Jak pisze Talaga, "Moskwa będzie zadowolona z rzekomego wyrwania Ukrainy z natowskich objęć, w których faktycznie nigdy nie była". Janukowycz zarówno ws. rosyjskiej floty, jak i NATO, nie oddał Rosji nic, czego wcześniej nie miała. Jednocześnie, w żadnej innej istotnej kwestii rzekomo prorosyjski prezydent Moskwie nie ustąpił. Podsumowując pierwsze sto dni prezydentury Janukowycza, brytyjski The Economist zauważył niewielki entuzjazm lidera Niebieskich w nawiązywaniu bliższej współpracy z rosyjskim Wielkim Bratem. W kwestii gazowej, a więc najbardziej drażliwej, Janukowycz odrzucił rosyjską propozycję połączenia Gazpromu z Naftohazem, sprzeciwia się także budowie podwodnego odpowiednika Gazociągu Północnego - South Stream.

Płacz nad "utratą Ukrainy", dość popularny w Polsce w ostatnich miesiącach, okazał się przedwczesny. Można to było przewidzieć, jednak niektórzy zamiast realistycznej analizy woleli dramatyzować i posługiwać się daleko idącymi uproszczeniami.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 10 czerwca 2010

grafikaPaństwa często robią rzeczy, które chluby im nie przynoszą. Sposób działania lub efekty działań bądź zaniechań sprowadzają na państwa grad krytyki, a czasem nawet potępienie. W niektórych przypadkach oburzenie jest tak wielkie, że od ostrych słów nie stronią przyjaciele i sojusznicy. Jak wówczas poradzić sobie z obroną krytykowanych działań? Profesor stosunków międzynarodowych Stephen M. Walt przygotował na swoim blogu listę 21 wytłumaczeń, które mogą być pomocne w opisanej wyżej sytuacji kryzysowej. Oto niektóre propozycje, wraz z komentarzami Walta:

1. Nie zrobiliśmy tego (Zaprzeczenia zazwyczaj nie skutkują, ale nie szkodzi spróbować).

2. Wiemy, że uważacie, iż to my za to odpowiadamy, ale niczego nie potwierdzamy.

3. Być może coś zrobiliśmy, ale nie to, co nam zarzucacie.

4. OK, zrobiliśmy to, ale to nie było wcale takie złe ("podtapianie to nie tortura, prawda?").

5. W sumie, nasze działania były niedobre ,ale  uzasadnione lub niezbędne (Torturujemy tylko terrorystów, albo podejrzanych o bycie terrorystą, albo tych, którzy mogą znać terrorystów...).

6. Powściągaliśmy się w naszych działaniach, zważywszy na nasze możliwości. Mogliśmy zrobić coś znacznie gorszego.

7. Poza tym, nasze działania były legalne z punktu widzenia niektórych interpretacji prawa międzynarodowego (przynajmniej w interpretacji naszych prawników).

8. Nie zapominajcie też, że druga strona jest o wiele gorsza. W zasadzie, oni są źli. Naprawdę.

9. Co więcej, to oni zaczęli.

10. I pamiętajcie, my jesteśmy tymi dobrymi. Nie można stawiać na szali nas i ich.

11. Efekt końcowy może nie jest idealny, ale mieliśmy szlachetne intencje (Inwazja na Irak przyniosła śmierć tysiącom ludzi, a miliony musiały uciekać, ale naprawdę chcieliśmy dobrze).

13. Jedynym językiem, który rozumie druga strona, jest siła.

16. W zasadzie, żaden odpowiedzialny rząd nie mógł zareagować inaczej wobec tak bezczelnej prowokacji.

21. Jeśli będziecie nas dalej krytykować, możemy się naprawdę zdenerwować i zrobić coś naprawdę szalonego. A tego nie chcecie, prawda?

 

Pełna lista dyplomatycznych tłumaczeń na blogu Stephena Walta. Dla uważnego obserwatora areny międzynarodowej wszystkie powyższe wymówki są dobrze znane i można je było słyszeć chociażby po zaatakowaniu przez izraelskich komandosów flotylli próbującej przełamać blokadę Strefy Gazy, czy po publicznym przyznaniu przez Koreę Południową, iż to Korea Północna odpowiada za zatopienie okrętu wojennego Południa, w wyniku którego śmierć poniosło blisko 50 marynarzy.

Jeśli macie swoje propozycje do "Słowniczka dyplomaty", podzielcie się nimi w komentarzach. Być może uda nam się stworzyć własną listę.

Piotr Wołejko

 

grafika: image.examiner.com

poniedziałek, 07 czerwca 2010

O rosnącej potędze Chin można przeczytać w ostatnich latach praktycznie wszędzie. Dyplomacja nie stanowi w tej kwestii wyjątku. Dynamiczny rozwój gospodarczy pozwolił Chinom stać się liczącym się graczem na arenie międzynarodowej. Pekin czuje własną siłę, stał się bardziej asertywny i z jeszcze większym zdecydowaniem broni swoich interesów. Głosu Chin nie można już dzisiaj lekceważyć.

grafikaNiestety, często głosu z Chin słychać. Nie można się nawet o niego doprosić. Nie byłoby to problemem, gdyby komitetowi centralnemu w Pekinie zawracano głowę wydarzeniami z drugiego końca świata. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy na chińskim podwórku dzieją się rzeczy niedobre, a Chiny milczą lub wypowiadają ledwo słyszalne półsłówka. Tak było w przypadku zatopienia południowokoreańskiego okrętu wojennego przez Koreę Północną, o czym pisałem w trzecim tygodniu maja. Reakcja Chin na niespotykane zachowanie reżimu Kim Dzong Ila była tak spokojna i stonowana, jakby chodziło o zabicie muchy, a nie incydent, w wyniku którego zginęło blisko 50 marynarzy.

Pomijając kwestię skomplikowanych relacji chińsko-północnokoreańskich [o których nieco więcej przeczytacie tutaj], należy zauważyć, że Chinom wyraźnie brakuje strategii dyplomatycznej na skalę globalną. Jeśli wchodzi się do pierwszej ligi, nie można sobie pozwolić na nieprzygotowanie czy opóźnioną reakcję. Trudno jednak wymagać od Chin szybkiej reakcji, skoro w Pekinie po prostu nie wiedzą, jak w niektórych sytuacjach się zachować. Jak słusznie zauważył na łamach Newsweeka Fareed Zakaria, Chiny wobec wielu spraw są ambiwalentne.

Zdaniem Zakarii, Chiny są nieprzygotowane do roli globalnej potęgi. Podobnie zresztą jak Stany Zjednoczone, które powoli przystosowywały się do odgrywania kluczowej roli na arenie międzynarodowej. Jest jednak między dzisiejszymi Chinami a Stanami z początków XX w. istotna różnica - Chiny są pozbawione jakiejkolwiek ideologii. Nie wiadomo, za czym stoją, czemu się sprzeciwiają i czy zamierzają cokolwiek promować. Na razie działają dość pragmatycznie, jednak nie stawiają sobie wielkich celów. Podkreślając swoją wagę, grają poniżej swoich możliwości. Trudno stwierdzić, jak ma wyglądać świat według Chin. Nie wiedzą tego nawet w Pekinie.

Piotr Wołejko

 

grafika: dynamicexport.com.au

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook