czwartek, 30 czerwca 2011

W środę Komisja Europejska przedstawiła projekt budżetu UE na lata 2014-2020. W stosunku do obecnej perspektywy finansowej, nowy budżet będzie większy o 5% i wyniesie blisko 972 miliardy euro w płatnościach. Dla Polski, bezpośrednio, przypadnie ok. 80 miliardów euro (kilkanaście miliardów więcej, niż w obecnie). Zdaniem szefa KE Jose Manuela Barroso, budżet jest "innowacyjny, ambitny, a jednocześnie odpowiedzialny". Należy podzielić ocenę Portugalczyka.

Propozycje Komisji a sprawa Polska

grafikaZ punktu widzenia Polski propozycja budżetowa jest bardzo dobra. Dostaniemy więcej środków, a środki na fundusz spójności nie będą ograniczone. Dzięki temu zyskamy drugą siedmiolatkę impulsów modernizacyjnych, finansowanych z pieniędzy unijnych. Z pewnością zmianie ulegnie struktura wydatków, tzn. więcej środków zostanie przeznaczonych na realizację priorytetów Strategii "Europa 2020" - innowacyjność, digitalizację.

Nadal będzie można jednak liczyć na duże środki dla regionów, co pozwoli kontynuować projekty zmierzające do wyrównywania poziomu rozwoju cywilizacyjnego. Walka będzie trwała o tzw. regiony przejściowe (które przekroczą teraz próg 75% średniej unijnej i powinny stracić większość finansowania), w celu utrzymania poziomu alokacji środków zbliżonego do tego z obecnej perspektywy finansowej.

Powstanie dużego, o wartości 40 miliardów euro, funduszu na finansowanie projektów infrastrukturalnych (w ramach TEN-T, czyli międzyregionalnych połączeń komunikacyjnych i energetycznych) pozwoli wreszcie na budowę kluczowych interkonektorów. Nie powstały one w wielu miejscach do dziś z powodu braku finansowania ze strony państw.

Zamrożenie nakładów na Wspólną Politykę Rolną na dotychczasowym poziomie pozwoli zmniejszyć jej udział w całości budżetu do 35%. Dopłaty do rolnictwa zostaną także spłaszczone, tzn. najniższe jej poziomy będą zwiększone, a najwyższe zmniejszone. Polacy, ale także Łotysze czy Rumuni mają na tym zyskać. Francuzi będą o kilka procent "w plecy". Wszystko w ramach solidarności europejskiej.

Komisja planuje także zwiększenie środków na finansowanie inicjatyw dotyczących szeroko pojmowanej innowacyjności - do 80 miliardów euro. Pytanie, czy Polska będzie potrafiła skutecznie sięgnąć po te pieniądze. Jesteśmy z innowacjami na bakier, a na badania i rozwój wydajemy prawie najmniej w Europie.

Europodatek od banków i instytucji finansowych

W celu zmniejszenia zależności budżetu unijnego od składek państw członkowskich Komisja zaproponowała wprowadzenie niewielkiego podatku od transakcji finansowych. Brytyjczycy od razu uznali to za zamach na londyńskie City. Mogą mieć jednak problem z obroną interesów bankierów, gdyż w Europie pomysł opodatkowania transakcji finansowych zyskuje na popularności, a podobno nawet 2/3 Brytyjczyków popiera taką ideę.

Warto przypomnieć, że mówimy dopiero o komisyjnej propozycji unijnego budżetu. Teraz rozpocznie się żmudny proces negocjacji. Mogą one potrwać wiele miesięcy (ostatnio trwały blisko 2 lata). Z pewnością będzie iskrzyć, gdyż państwa płatnicy netto (Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Holandia i Finlandia) domagały się zamrożenia budżetu na dotychczasowym poziomie.

Do gry o budżet wkroczy też pełną gębą, po zmianach wynikających z Traktatu z Lizbony, Parlament Europejski. Jest to dla Polski bardzo dobra informacja, gdyż eurodeputowani żądają zwiększenia finansowania i ambitnego budżetu dla Unii Europejskiej. Mając za sojusznika Komisję i Parlament, Polska stoi na niezłej pozycji wyjściowej. Teraz czas na negocjacje i wykazanie kunsztu przez naszych dyplomatów, urzędników i polityków. Istnieje wiele możliwych konfiguracji sojuszy i aliansów, które będzie trzeba zawierać dla obrony konkretnych pozycji w budżecie.

Ważne pytania - ważne odpowiedzi

Czy prezydencja, podczas której państwo kierujące pracami Rady Unii Europejskiej powinno być wstrzemięźliwe w walce o własne interesy, może negatywnie wpłynąć na nasze postulaty dotyczące budżetu UE na lata 2014-2020? Niekoniecznie. Przez pół roku będziemy po prostu bardziej powściągliwie przedstawiać nasz punkt widzenia. Możemy sobie jednak na to pozwolić, gdyż bliskie naszemu sercu postulaty będzie prezentować Komisja Europejska. A od stycznia 2012 roku wkroczymy do walki na 100%.

Czy uda się przeforsować budżet zgodny z propozycją Komisji? Czy raczej wygra lobby wzywające do oszczędności? Jak to w Brukseli bywa, wypracowany zostanie kompromis. Obie strony spotkają się w punkcie, który uznają za satysfakcjonujący. Szanse na zamrożenie budżetu są jednak nikłe. Walka idzie o to, o ile uda się go zwiększyć w perspektywie lat 2014-2020.

Piotr Wołejko

 

grafika: jankozlowski.pl


sobota, 25 czerwca 2011

grafika"Swobodny przepływ osób, ustanowiony w Traktacie, jest jednym z najbardziej wymiernych osiągnięć i największych sukcesów integracji europejskiej i jedną z podstawowych wartości", ustalili przywódcy państw członkowskich Unii Europejskiej podczas szczytu Rady Europejskiej w dn. 23-24 czerwca. Jednocześnie uzgodniono, iż w przypadku wystąpienia nadzwyczajnych okoliczności, należy wprowadzić mechanizm, który w krytycznej sytuacji pozwoli poszczególnym państwom wprowadzić kontrole granic wewnętrznych. "W ściśle ograniczonym zakresie i na ściśle ograniczony czas", jak głosi komunikat Rady po szczycie.

Trudno nie mieć obaw dotyczących przyszłości swobody przepływu osób, gdy zezwala się na wprowadzenie wyłomu w strefie Schengen. Z powodu polityki czysto wewnętrznej - we Francji i Włoszech - wyjmuje się drobną cegiełkę z fundamentalnej dla istoty Unii Europejskiej zasady. Gdy powstaną już procedury opisujące "krytyczne sytuacje" i "nadzwyczajne okoliczności", wszystko pozostanie w gestii poszczególnych rządów. A te mogą znaleźć się pod presją opinii publicznej lub lokalnych populistów.  Co zabawne, demontaż strefy Schengen może rozpocząć się od zaledwie kilkudziesięciu (dwudziestu?) tysięcy tunezyjskich imigrantów. Cóż to jest wobec ponad 500 milionów obywateli zjednoczonej Europy?

Niewłaściwe lekarstwo

Wzięcie się za Schengen pokazuje, że unijni liderzy odsuwają od siebie dyskusję o kluczowym problemie, przed jakim UE stanie już niedługo - stworzeniem polityki migracyjnej. Łatwiej jest pogmerać w traktacie dotyczącym likwidacji kontroli na wewnętrznych granicach, niż rozpocząć i przeprowadzić ogólnoeuropejską debatę na temat migracji. Tymczasem wskaźniki demograficzne Europy jasno pokazują, iż w najbliższych dekadach będzie trzeba otworzyć się na osoby z zewnątrz. Cały czas łudzimy się, że uda się uniknąć debaty na ten temat. Drugim złudzeniem jest przekonanie, iż będziemy mogli sprowadzać do Europy takich imigrantów, jakich będziemy chcieli (czyli głównie dobrze wykształconych, najlepiej z niezbyt liczną rodziną).

Racjonalność takiego podejścia jest niewielka i wkrótce wszyscy obudzimy się z ręką w przysłowiowym nocniku. Dla zwykłego obywatela zadziwiające jest, że Unia Europejska potrafi prowadzić globalną krucjatę przeciwko emisjom dwutlenku węgla, narzucając bardzo ambitne cele redukcyjne swoim członkom, a jednocześnie jak ognia unika dyskusji o polityce migracyjnej. Przy całym szacunku dla europejskich przywódców, sami nie uratujemy świata od rzekomej katastrofy klimatycznej, natomiast bez wspólnego podejścia do migracji będziemy mieli poważne problemy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za klimatyczno-energetyczną paranoją kryją się potężne interesy najbardziej rozwiniętych państw UE, natomiast za migracjami kryją się głównie wydatki z państwowej kasy.

Zawsze można bronić tezy, iż żaden dramat się nie dzieje i strefa Schengen jest niezagrożona, a mechanizm wprowadzania kontroli wewnętrznych w szczególnych sytuacjach to zupełnie zdroworozsądkowa rzecz. Owszem, pozornie wszystko jest w porządku. Nie da się przewidzieć wszystkich przyszłych problemów, więc rozwiązania dotyczące wyjątkowych okoliczności mogą przydać się w przyszłości. Problemem jest to, że podejmowane działania są pozorne i nie stanowią odpowiedzi na wyzwania, przed którymi stoimy.

Rola polskiej prezydencji - musimy bronić naszych interesów

Z racji przejęcia 1 lipca prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, to Polsce przypadnie obowiązek negocjowania przyjętej przez Komisję Europejską propozycji z krajami członkowskimi oraz Parlamentem Europejskim. Nieustannie powtarza się, że państwu sprawującemu prezydencję nie wypada prezentować własnego zdania, jednak teza ta brzmi pięknie, acz zupełnie nierealistycznie.

W interesie Polski nie leży zarówno demontaż strefy Schengen, jak i narzucanie wyssanych z palca celów redukcji emisji gazów cieplarnianych (słuszna decyzja Ministra Środowiska, który zablokował przyjęcie Mapy Drogowej wyznaczającej, nieobowiązkowe na razie, cele redukcyjne do roku 2050). Musimy trzeźwo oceniać wszelkie inicjatywy i nie pozwolić na to, aby nasze interesy zostały w jakikolwiek sposób zagrożone. Polska powinna wykorzystać półroczną prezydencję na pokazanie swojej wizji zjednoczonej Europy, pokazać swoje priorytety i nakłaniać inne państwa członkowskie do przyjęcia naszej optyki. Jeśli mielibyśmy zrezygnować całkowicie z obrony naszych interesów, lepiej byłoby zrezygnować z prezydencji. Pozostaje liczyć, iż polski rząd nie dał się przekonać, iż od 1 lipca do 31 grudnia musi wyzbyć się własnych przekonań i reprezentuje abstrakcyjny wspólny interes.

Piotr Wołejko

 

grafika: en.mercopresscom

sobota, 18 czerwca 2011

Ryan Crocker, doświadczony dyplomata, nominowany przez prezydenta Obamę na nowego ambasadora w Kabulu, powiedział senackiej komisji spraw zagranicznych, iż postęp w Afganistanie jest trudny, lecz „nie jest niemożliwy”. „O czym my w ogóle rozmawiamy?” – pyta w kontekście tej wypowiedzi Eugene Robinson, publicysta Washington Post. „Mamy ponad 100 tysięcy żołnierzy w Afganistanie, ryzykujących swoim życiem i zdrowiem, kosztuje to 10 miliardów dolarów miesięcznie” – kontynuuje Robinson, i idzie dalej „A wszystko po to, aby osiągnąć źle zdefiniowane cele, których osiągnięcie można sobie, ledwo, wyobrazić?”.

Do końca 2014 roku Afgańczycy mają wziąć na swoje barki odpowiedzialność za kraj. Powoli przejmują kolejne prowincje z rąk zachodnich koalicjantów. W ciągu najbliższych dwóch i pół roku gros żołnierzy Polski, USA i innych państw uczestniczących w misji afgańskiej opuści kraj pod Hindukuszem. W zasadzie bowiem koalicja zachodnia osiągnęła najważniejsze cele – obaliła Taliban, zainstalowała nowy rząd, rozbiła struktury al-Kaidy i zniszczyła jej obozy szkoleniowe. Wreszcie udało się także pojmać i zabić Osamę ibn Ladena. Czy mamy jeszcze coś do zrobienia w Afganistanie?

W pogoni za nieosiągalnym

Szanse na całkowite uspokojenie sytuacji i stworzenie stabilnego państwa są niewielkie. Zachodnie siły stoją teraz po stronie zainstalowanego przez siebie rządu, przeciwko któremu trwa rebelia elementów poprzedniego reżimu (Talibów) i tych watażków, którzy nie znaleźli się w elicie rządzącej pod patronatem Karzaja. Należy pamiętać też o wspieranych przez Pakistan ugrupowaniach Hekmatjara i Hakkaniego, którzy pilnują pakistańskich interesów w kontrze do postępowania afgańskiego prezydenta (podejrzewanego o proindyjskie sympatie). Stoimy więc po jednej ze stron wojny domowej i nie mamy, co oczywiste, wielkiego wsparcia wśród miejscowej ludności.

grafika

źródło: scrapetv.com

Na jesieni ubiegłego roku szacowano, iż przeciwko zachodniej koalicji walczy w Afganistanie ok. 20-25 tys. rebeliantów, a w kraju przebywa ok. 200 (może 400) terrorystów z al-Kaidy. Dla porównania, siły ISAF i wojsko amerykańskie liczą ponad 150 tys. Żołnierzy, a wraz z afgańskim wojskiem i siłami bezpieczeństwa ponad 250 tysięcy. Mając przewagę jak co najmniej 10 do 1 zastanawiamy się, jak realistycznie ujął to ambasador Crocker, czy będziemy w stanie osiągnąć postęp. Utrzymujący się pat trwa już blisko dekadę. I potrwa jeszcze 2,5 roku. Co najmniej, gdyż dzisiejszy kalendarz może jeszcze ulec zmianom. Pytanie, co jeszcze możemy osiągnąć w Afganistanie? Porozumieć się z Talibami?

Podtrzymywanie obecności w Afganistanie jest, jak zgrabnie ujął to doradca Prezydenta RP ds. międzynarodowych prof. Roman Kuźniar, „prymitywizmem strategicznym”. Realizujemy niewłaściwe cele, w niewłaściwy sposób, wykorzystując niewłaściwe środki. Ponosimy zbyt wysokie koszty w ludziach, sprzęcie i pieniądzach, uwiązując siły w niezbyt istotnym punkcie na mapie świata i walcząc z rakiem terroryzmu w miejscu, gdzie wypaliliśmy go już gorącym żelazem. Koniec 2014 roku, jako moment wycofania się z Afganistanu, to termin sztuczny i zupełnie nieuzasadniony. Równie dobrze można było zaproponować rok 2016, a także 2012.

Wyciągnąć wnioski z afgańskiej historii

Operacja afgańska byłaby wielkim sukcesem w walce z terroryzmem i radykalizmem, gdyby po szybkim rozbiciu fanatycznego reżimu i chronionych przez niego terrorystów, amerykańskie i sojusznicze siły wycofały się za przysłowiowy ocean. Próba budowy państwa od podstaw, bez znajomości miejscowej kultury i rozeznania w skomplikowanej układance społeczno-etnicznej, musiała zakończyć się fiaskiem. Kosztowny eksperyment nie udał się. Pokazaliśmy jednak, że możemy uderzyć w terrorystów gdziekolwiek się nie schronią, wykorzystując przy tym poważne siły. I jesteśmy w stanie dokonać tego ponownie, gdy zaistnieje taka potrzeba. Nie ma natomiast potrzeby, ani sensu, okupować zaatakowanego terytorium. Lekcję afgańską należy uznać za odrobioną, a nasi żołnierze powinni jak najszybciej wrócić do domu.

Piotr Wołejko



środa, 15 czerwca 2011

Hezbollah (finansowany i zbrojony przez Teheran) stanowi ważne narzędzie irańskiej polityki zagranicznej. Jest ugrupowaniem skrajnie antyizraelskim i antyamerykańskim. Warto przypomnieć, że porwanie przez bojowników Partii Boga izraelskich żołnierzy stało się latem 2006 roku przyczyną ataku Izraela na Liban. Najpotężniejsza machina wojskowa w regionie miała szybko zgnieść amatorów z Hezbollahu. Izraelczycy jednak boleśnie się zawiedli. Operacja się przedłużała, a Hezbollah ostrzeliwał izraelskie miasta rakietami krótkiego i średniego zasięgu.

Efekty izraelskiej ofensywy okazały się dla Tel Awiwu-Jafy katastrofalne. Hezbollah odniósł propagandowe zwycięstwo. Oparł się izraelskiej potędze i wzmocnił swój prestiż. Słabość państwa libańskiego przyczyniła się do wzrostu znaczenia ugrupowania na arenie politycznej. Stało się siłą, bez której udziału nie mógł istnieć żaden rząd. Aż wreszcie w styczniu 2011 roku Hezbollah zdecydował się na przejęcie fotela premiera. Dla będących jego członkami szyitów nie było problemem wskazanie sunnity (wymóg konstytucji libańskiej), Najiba Mikatiego, na stanowisko szefa rządu.

Brat bliźniak

Oprócz wspierania Hezbollahu, angażującego wojska Izraela na jego północnej granicy, Iran finansuje i uzbraja także palestyński Hamas, spełniający podobną rolę na południowej granicy państwa Izrael. Tym samym Teheran oddala uwagę Tel Awiwu-Jafy od swojego terytorium, zmuszając przeciwnika, by angażował siły i środki u własnych granic. Z perspektywy wojskowej letni konflikt w 2006 roku był tak zwaną proxy war, czyli wojną prowadzoną z wykorzystaniem zastępczych sił.

grafika

grafika: Hezbollah

Libański Hezbollah i palestyński Hamas stały się dla Iranu użyteczne – odwracają uwagę i oddalają zagrożenie ze strony Izraela (Tel Awiw-Jafa wielokrotnie domagał się przeprowadzenia nalotów na irańskie instalacje nuklearne). Wspólnie z Syrią Irańczycy „rządzą” obecnie Libanem, a dzięki poparciu dla Hamasu budują dobry PR na arabskiej ulicy.

Do wąskiego grona bliskich przyjaciół Iranu należy także Syria. Razem kraje te od ponad dwóch dekad figurują na amerykańskiej liście państw sponsorujących terroryzm. Także Hamas i Hezbollah uważane są na Zachodzie za organizacje terrorystyczne.

Front z Syrią

Między Damaszkiem a Teheranem są istotne różnice. Syria to kraj arabski i sunnicki (choć rządzi mniejszość szyicka, alawici), a także świecki. Iran jest niearabski (Persowie stanowią ponad połowę mieszkańców), szyicki (dla sunnitów szyici to niewierni) i teokratyczny. Wszystko powinno więc dzielić te państwa. Tymczasem zarówno Iran, jak i Syria, postrzegane przez Stany Zjednoczone (i szerzej – przez Zachód) jako źródła niestabilności w regionie, a dodatkowo niepotrafiące dogadać się z Izraelem, nie miały innego wyjścia niż bliska współpraca. Razem łatwiej znieść izolację, a także mieć coś do powiedzenia na Bliskim Wschodzie.

Co ciekawe, Iran potrafił również porozumieć się na szczeblu gospodarczym z arabskimi i sunnickimi państwami leżącymi nad Zatoką Perską, głównie Katarem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, dzięki czemu udaje mu się częściowo ominąć sankcje ekonomiczne nałożone przez kraje zachodnie. Jednocześnie, relacje na szczeblu politycznym z krajami regionu zatoki są dla Iranu trudne, i w tej kwestii nic się w najbliższej przyszłości nie zmieni.

Iran ma też w miarę dobre stosunki z Rosją, Azerbejdżanem i Armenią. W sprawach gospodarczych, głównie surowcowych, we współpracę z Iranem mocno angażują się Chiny. Irańskim gazem zainteresowane są Indie. Teheran może też liczyć na bardziej odległych sojuszników: dyktatora Białorusi Aleksandra Łukaszenkę oraz charyzmatycznego prezydenta Wenezueli Hugona Chaveza. To dość szerokie spektrum powiązań zagranicznych jak na kraj uważany przez wielu za pariasa na arenie międzynarodowej.

Jak twierdzą analitycy Council on Foreign Relations Vali Nasr i Ray Takeyh, „Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną wywrócić regionalny porządek w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie”. Ocena ta odbiega od powszechnej opinii o Iranie, jednak po głębszym namyśle trudno nie przyznać racji jej autorom.

Piotr Wołejko

 

Artykuł ukazał się pierwotnie w tygodniku "Polska Zbrojna" (23/2011)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

grafikaWczorajszy wpis o lobbingu w Brukseli wymaga pewnego uzupełnienia. Opisuję w nim, do kogo i kiedy zwracać się ze swoimi propozycjami, jednak pominąłem informację o formie. A jest ona niezmiernie istotna. Dobór złej formy spowoduje, że nasz przekaz - nawet merytorycznie poprawny i słuszny - nie znajdzie właściwego odbioru u adresata.

Pamiętamy, iż początek procesu legislacyjnego w Unii Europejskiej zaczyna się zawsze w Komisji Europejskiej. To tam analizuje się sytuację, przygotowuje i przedstawia propozycję. Komisja jest otwarta na informacje z zewnątrz - od państw członkowskich, przedsiębiorstw, NGOsów etc. Każdy może przesłać Komisji to, co uważa w danej materii za istotne. Powiem więcej, urzędnicy KE oczekują, iż zainteresowane strony podzielą się z nimi wiedzą. Pragną jej, chcą ją uzyskać. Często szukają dopiero inspiracji. Dlatego, im wcześniej dotrzemy do nich z naszym komunikatem, tym większe szanse na sprzyjające nam propozycje rozwiązań.

Dobrać formę do adresata

Do Komisji przesyłamy informacje szczegółowe, bardzo merytoryczne - a problem opisujemy kompleksowo. Pamiętamy oczywiście, iż najważniejsze propozycje wskazujemy na początku, jednak wszystko powinno być obudowane rzeczową analizą. Zupełnie inaczej lobbujemy w Parlamencie, czyli na drugim etapie procesu legislacyjnego. Eurodeputowani nie mają czasu, a często fizycznej możliwości czytania obszernych dokumentów, ujmujących sprawy wręcz detalicznie. Dlatego do Parlamentu kierujemy krótkie, precyzyjne informacje. Najlepiej propozycje konkretnych poprawek poszczególnych artykułów, by europoseł miał "gotowca" do przedstawienia na posiedzeniu odpowiedniej komisji.

Na koniec powtórzę, iż aby skutecznie zabiegać o własne interesy, należy być obecnym w Brukseli. Lobbing na dystans nie zadziała. Nie da się uważnie śledzić sytuacji w Brukseli z Warszawy. Bycie na miejscu oznacza uczestniczenie w wydarzeniach, spotkaniach, konferencjach, zawieranie znajomości, budowanie sieci kontaktów, zdobywanie wiedzy, dzielenie się wiedzą etc. Wysłanie pisma mejlem z Warszawy to mniej niż namiastka europejskiego lobbingu.

Piotr Wołejko

 

grafika: jerzysroda.pl

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook