poniedziałek, 25 czerwca 2012

Rewolucja i transformacja ustrojowa to poważna sprawa. W końcu zmieniamy kraj od fundamentów aż po dach, używając budowlanej metafory. Po drodze musimy pokonać mnóstwo przeszkód: brak funduszy, niedobór materiałów i niesprzyjającą pogodę. W międzyczasie załatwiamy podłączenie mediów, porządkujemy papiery i zakładamy księgę wieczystą. Wszystko to trwa długo, jest kosztowne, a nierzadko przyprawia nas o białą gorączkę.

Dziś, w epoce natychmiastowego przepływu informacji, wszyscy oczekują, że sprawy będą załatwione niezwłocznie, już, teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Do niebotycznych rozmiarów rozdmuchuje się każdą wypowiedź pośledniego gracza politycznego, aktywisty czy komentatora. Tymczasem, chociaż niektórym nie mieści się to w głowie, nic nie dzieje się tak szybko. Nakręcona spirala emocji i nadziei jest natomiast świetnym materiałem filmowym, który zdobi czołówki dzienników na całym globie. Przypadkowi przechodnie czy demonstranci zawsze z chęcią wypowiedzą się do kamery, a ich przekaz zamyka się najczęściej w jednym z dwóch słów: radość albo zawód.

Zbyt szybkie tempo

O ile pierwsza wojna w Zatoce w 1991 roku była pierwszą wojną epoki telewizyjnej, o tyle arabska wiosna, w szczególności w Egipcie, jest pierwszą rewolucją epoki mediów 24/7, gdzie istotną rolę odgrywa Internet. Postęp technologiczny tak dalece wyprzedził realia społeczno-polityczne, że powolność postępów rewolucji bądź transformacji ustrojowej aż kole w oczy. Niestety, niewiele można na to poradzić.

Opozycja, prześladowana przez dawny reżim, nie stworzy nagle kwitnącej i różnorodnej sceny politycznej. Szerokie masy społeczne, nieznające innych realiów niż reżimowe, nie staną się nagle światłym zapleczem popierającym daleko idące reformy, nie mówiąc już o wprowadzeniu demokracji. Funkcjonariusze dawnego reżimu, jego establishment, nie straci nagle wszystkich wpływów i możliwości, zdobytego kapitału i tzw. teczek, czyli papierów/haków na opozycjonistów i swoich kolegów. Wiedza jest często cenniejsza od pieniędzy.

Jeśli weźmiemy powyższe pod uwagę, spojrzymy na wydarzenia w Egipcie z większym dystansem. Co z tego, że opóźniono o kilka podanie do publicznej wiadomości wyników drugiej tury wyborów prezydenckich? Nic. Zupełnie nic. Kto oglądał konferencję prasową komisji wyborczej musiał przecierać oczy ze zdumienia. Władza tłumaczyła przez długie minuty bardzo szczegółowe zagadnienia. Ta sama władza dwa lata temu nie musiała się nikomu z niczego tłumaczyć.

Owszem, rozwiązanie parlamentu (decyzja sędziów) i wprowadzenie poprawki do konstytucji (przez wojsko) przyznającej armii dodatkowe uprawnienia muszą martwić. Jednak nie wszystko zawsze się udaje. Być może konieczny jest krok wstecz, by móc wykonać dwa kroki do przodu. Czy generałowie próbują powstrzymać transformację? Oczywiście! Czy ktoś mógł mieć co do tego wątpliwości? Armia włada Egiptem od kilku dekad i parę miesięcy protestów na placu Tahrir z pewnością nie wstrząsnęło generałami na tyle, by w popłochu zrezygnować z przywilejów. Spójrzmy, jak opornie idzie analogiczny proces w Turcji, gdzie armia nie rządziła wprost (poza krótkimi okresami), jednak ograniczała swobodę wyboru eliminując pewne ugrupowania.

Chwała Bractwu?

Nowym prezydentem Egiptu został reprezentant Bractwa Muzułmańskiego Mohamed Morsi (na zdjęciu poniżej; źródło: Wikimedia Commons). Wykształcony w USA inżynier miał kilka wielce kontrowersyjnych wypowiedzi, jak chociażby tą, w której ograniczał prawo do ubiegania się o prezydenturę dla mężczyzn wyznających islam. Teraz prezentuje się już z innej, o wiele łagodniejszej strony. Udaje czy i on przechodzi przez proces transformacji? Czy jego koledzy z Bractwa są zdolni stworzyć rząd pozbawiony religijnych skrajności, który będzie tolerował różnice poglądów?

grafikaWiele osób obawia się, że Bractwo Muzułmańskie będzie dążyło do islamizacji Egiptu i wprowadzi wiele ograniczeń znanych z irańskiej teokracji. W obawie przed Braćmi ci ludzie są gotowi w dalszym ciągu popierać rządy wojska. Tymczasem warto spytać, czy istnienie Bractwa nie jest jednak błogosławieństwem dla Egiptu i jego nowej, być może bardziej demokratycznej przyszłości. Bracia są jedyną zorganizowaną siłą, z którą wojsko musi się liczyć. Porozbijana opozycja w postaci świeckich, liberalnych partyjek nie tworzy dla armii żadnej przeciwwagi. Te grupy dopiero tworzą struktury, werbują ludzi, tworzą podwaliny pod szeroką działalność. A Bractwo już tu jest, gotowe do działania od pierwszego dnia.

Kto wie, jak wyglądałaby transformacja w Polsce, gdyby naprzeciw komunistów z Jaruzelskim i Kiszczakiem na czele nie stała Solidarność, a niewielkie grupki skłóconych ze sobą liderów poszczególnych środowisk? Czy w ogóle doszłoby do okrągłego stołu i stopniowego przekazywania władzy? Komuniści mogliby zgodnie z prawdą mówić, że nie mają partnera do dyskusji. A Solidarność też była nierzadko uważana za radykalną i groźną dla przyszłości państwa. Wiadomo, że między Bractwem a Solidarnością jest zdecydowanie więcej różnic niż podobieństw, lecz pewne analogie są ponadczasowe i ponadnarodowe.

W przypadku Egiptu i pozostałych państw, które zmienia arabska wiosna, należy zachować dystans i uważnie obserwować wydarzenia. Nie powinniśmy poddawać się presji szukających sensacji mediów. Transformacja musi potrwać. O tym, czy będzie udana, dowiemy się najpewniej za kilka lat.

Piotr Wołejko

niedziela, 24 czerwca 2012

Dwanaście dni meczów z rzędu, czyli cała faza grupowa rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie Mistrzostw Europy w piłce nożnej, to bodaj najpiękniejszy moment tego roku. Na ulicach i stadionach oglądaliśmy festiwal przyjaźni i zabawy, którego nie zaburzyły wybryki bandytów udających fanów futbolu, szukających okazji do bitki i zadymy. Wielka szkoda, że reprezentacja Polski nie przedłużyła tego cudownego okresu o kolejne dni. Niestety, mieliśmy trenera, który nade wszystko cenił asekurację i remisy, a w meczu o wszystko zdania nie zmienił.

Dlaczego uważam okres od rozpoczęcia Euro 2012 do końca rozgrywek grupowych za najlepszy w tym roku? Był to bowiem czas odpoczynku medialnego od naszych polityków, a także od dziennikarzy z uporem maniaka zajmujących się trzydziestorzędnymi sprawami. Doceniam to tym bardziej, im więcej czasu upływa od odpadnięcia reprezentacji Polski z turnieju. Znowu wróciły stare demony, a trupy wylazły z szafy. Każdy wie, o czym mówię, więc nie będę podawał przykładów.

grafikaW związku z powyższym tym bardziej warto popełnić kilka zdań na temat rozmowy, którą miałem okazję dzisiaj obejrzeć na antenie CNN International. Gościem Fareeda Zakari w programie GPS był Michael Bloomberg - burmistrz Nowego Jorku, jeden z najbogatszych ludzi na świecie. Jako bogacz mógł pozwolić sobie na liczne wolty i lekceważenie partyjniactwa, które ogarnęło Stany Zjednoczone i większość pozostałych krajów demokratycznych. Stać go na sfinansowanie kampanii wyborczej z własnych pieniędzy, jest więc niezależny nie tylko od maszyn partyjnych, lecz również od rozmaitych lobby dbających o własne interesy. Dzięki temu może realizować pragmatyczną agendę polityczną. I dlatego słuchałem go z największą przyjemnością.

Link do rozmowy znajdziecie tutaj. Naprawdę warto poświęcić kilkanaście minut na jej odsłuchanie. Bloomberg mówi m.in. o długości życia, która w Nowym Jorku przebija średnią krajową o 3 lata oraz o poważnym problemie cywilizacyjnym, jakim jest otyłość. Stara się też walczyć z emisją gazów cieplarnianych poprzez inicjatywę zrzeszającą kilkudziesięciu burmistrzów największych miast świata. Robi to nie w imię religii klimatycznej, lecz dla własnych mieszkańców i ich zdrowia oraz komfortu życia. Oni tego od niego wymagają. I choć Waszyngton nie pomaga, Bloomberg stawia sobie ambitne cele.

Kadencja Bloomberga, trzecia i zapewne ostatnia (wybory w 2009 roku wygrał z trudem, wydając w tym celu fortunę), upływa w 2013 roku. Jakaż szkoda, że na transfer do Białego Domu nie ma praktycznie żadnych szans. Przy obecnej polaryzacji sceny politycznej jest zupełnie niewybieralny, chyba że zdecydowałby się na gambit życia w postaci niezależnego kandydowania na urząd prezydenta. Przedsięwzięcie takie jest szalenie ryzykowne i niesamowicie kosztowne. Bloomberga najpewniej byłoby stać na wydanie miliardów dolarów, lecz gwarancja sukcesu jest żadna. Człowiek zbyt liberalny dla konserwatystów i zbyt konserwatywny dla liberałów może wygrać tylko w Nowym Jorku czy Kalifornii i może jeszcze kilku innych, równie specyficznych miejscach Ameryki.

Jednak ludzie podobni do Bloomberga, niekoniecznie równie bogaci, lecz zwyczajnie rozsądni i pragmatyczni, niezacietrzewieni i wolni od ideologicznych zadęć, w zasadzie w żadnym kraju nie piastują kluczowych stanowisk. To nie oni podejmują najważniejsze decyzje, to nie oni nadają kształt życiu publicznemu. Nie  mają nawet większego wpływu na debatę publiczną. Dominuje miałka i płytka pseudodyskusja polegająca na przekrzykiwaniu się gadających głów pośród dumnego jak paw pseudodziennikarza, nakręcającego spiralę nienawiści dla nakręcenie spirali oglądalności i zysków reklamowych.

Bardzo rzadko zdarza się w tym całym cyrku usłyszeć głos, który nie obraża inteligencji przeciętnego widza. Bardzo rzadko udaje się usłyszeć osoby takie jak Michael Bloomberg, czy - w polskich realiach - Zbigniew Brzeziński, Adam Daniel Rotfeld, Dariusz Rosati. Korzystajmy więc z tych nielicznych okazji. Może ich być coraz mniej.

Piotr Wołejko

PS. Niniejszym ogłaszam powrót Dyplomacji z okresu piłkarsko-egzaminacyjnego. Nowe wpisy będą pojawiać się ze zwykłą częstotliwością. Zapraszam też do śledzenia Dyplomacji na Facebooku oraz jej autora na Twitterze. Rozmawiajmy o polityce zagranicznej i ważnych sprawach.

grafika: wpclipart.com

środa, 06 czerwca 2012

Przyszłość Władimira Putina i systemu władzy, który stworzył i którego jest twarzą zależy dziś w dużej mierze od cen surowców energetycznych, głównie ropy naftowej. Tymczasem cena ropy naftowej jest dziś najniższa od października ubiegłego roku (ok. 100 dolarów za baryłkę ropy Brent), a od chwili marcowych wyborów prezydenckich ropa potaniała o blisko 25 dolarów. Oznacza to, że Putinowi bardzo trudno będzie zrealizować chociażby niewielką część spośród licznych (i hojnych) obietnic wyborczych, a przede wszystkim w dalszym ciągu kupować spokój społeczny gwarantujący trwanie reżimu.

Niedawno przeczytałem interesujący artykuł prawnuczki Nikity Chruszczowa, Niny, w którym napisała, iż w chwili, w której obywatele przestają się bać władzy i wychodzą na ulice, dni tejże władzy w Rosji są już policzone. A rosyjscy obywatele są nadzwyczaj strachliwi, mało aktywni politycznie i przyzwyczajeni do silnej władzy. Jeśli, mimo tego, decydują się wyjść na ulice (dziesiątki tysięcy, czasem ponad sto tysięcy), pękła bańka chroniąca Kreml przed ludem. Link do artykułu znajdziecie na moim Twitterze, do którego odsyłam zainteresowanych.

Dlatego nie dziwi mnie, że zdominowana przez proputinowskie partie Duma w ekspresowym tempie przegłosowuje zmiany w prawie, których efektem będzie znaczące podwyższenie kar za udział w demonstracjach. Putin jest zbyt inteligentny by nie rozumieć, że nie będzie go stać na kupowanie spokoju społecznego przez kolejną, tym razem 6-letnią kadencję (dwie poprzednie były 4-letnie, Putin był prezydentem w latach 2000-2008). Przewiduje, że protesty będą znakiem firmowym kolejnego etapu sprawowania władzy i postanowił twardo rozprawiać się z opozycją. Nie będzie pacyfikował protestów siłą - po pierwsze, jest to teraz trudniejsze, gdyż demonstrują dziesiątki tysięcy osób, a nie kilka setek, jak jeszcze rok temu; po drugie, siłowe rozwiązania tylko zachęcą do dalszych protestów. Zamiast brutalnych interwencji OMONu będą więc kontrdemonstracje proputinowskich grup, jak np. Nasi, a także surowe kary dla wybranej, wąskiej grupy uznanej za przywódców/organizatorów protestów.

Putin reformator?

Dylemat Putina jest bardzo poważny. Stoi on przed wyzwaniem zapewnienia trwałości układu rządzącego. Musi ochronić fortuny zaprzyjaźnionych funkcjonariuszy reżimu, oligarchów, a jednocześnie modernizować kraj. Oba cele są jednak przeciwstawne. Bez wysokich cen ropy, a te w kryzysowych czasach są bardzo niestabilne, modernizacja nie ma szans. Bez modernizacji i bez przekupywania obywateli Putina czekają nasilające się protesty. Natomiast obrona przywilejów kasty rządzącej oznacza dalsze tolerowanie toczącego Rosję raka korupcji. I irytację coraz bardziej świadomej klasy średniej i ludzi młodych.

grafika

Władimir Putin (źródło: Wikimedia Commons)

Perspektywy ekonomiczne Rosji nie są świetlane. Kraj jest zależny od dopływu karbodolarów (ze sprzedaży gazu ziemnego i ropy naftowej), a jego gospodarka jest przestarzała i mało innowacyjna, a przez to niekonkurencyjna. Ostatnie lata to także odpływ kapitału zagranicznego i osłabienie entuzjazmu inwestorów. Sytuację może odwrócić wielka, warta nawet 500 mld dolarów umowa pomiędzy energetycznymi gigantami Rosnieftem i Exxon Mobile, jednak nie jest to nic pewnego. Historia współpracy zachodnich firm energetycznych z Rosją jest burzliwa, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i upokarzających rozstań (vide Sachalin, Sztokman, czy TNK i BP). Nie jest łatwo robić biznes w Rosji, a skoro problemy mają giganci, to co powiedzieć o mniejszych przedsiębiorstwach.

Na te wszystkie słabości (i wiele więcej) zwraca uwagę były minister finansów Federacji Rosyjskiej Aleksiej Kudrin. Jego zdaniem obecny model polityczno-gospodarczy jest nie do utrzymania. Pytanie, czy główny jego twórca, prezydent Władimir Putin, jest w stanie dokonać korekty systemu. Czy możliwa jest emulacja chińskiego wzorca, polegającego na liberalizacji gospodarczej (z zachowaniem kontroli państwa nad kluczowymi sektorami i przedsiębiorstwami) przy jednoczesnym usztywnieniu politycznym (faktyczna monowładza i brak alternatywy)? Czy Putin może okazać się reformatorem, czy będzie za wszelką cenę trwał przy obecnym układzie?

Jestem ciekaw Waszego zdania. Osobiście mało wierzę w drugą twarz Putina, czyli w to, że okaże się on zdolny do zmodyfikowania (nie mówiąc o zmianie) swojego podejścia do władzy. Słuchając jego wypowiedzi dotyczących trwających w Rosji od ponad pół roku protestów odnoszę bowiem wrażenie, że nie rozumie on o co w tym wszystkim chodzi. Nie rozumie demonstrujących, nie rozumie ich obaw, potrzeb i postulatów. Jedyne co potrafi, to wyszydzać opozycję i tworzyć kolejne parapartyjne byty, które mają udawać opozycję (Platforma Obywatelska Michaiła Prochorowa to najnowszy przykład). A to żadne rozwiązanie.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Po masakrze w miejscowości Houla, której siepacze reżimu Baszara Asada dokonali 25 maja (co najmniej 108 ofiar, głównie kobiety i dzieci), trudno było oczekiwać czegoś innego niż dalszego obstawania przy swoim. Zdaniem Asada trwające już 14 miesięcy walki z jego reżimem są wynikiem zagranicznego spisku (wiadomo, USA i Izrael), a opozycjoniści to terroryści, których trzeba wytępić przy użyciu wszelkich dostępnych środków. Niestety, dopóki Rosja i Chiny nie zgodzą się na kolejne sankcje, a tym bardziej na jakąś formę interwencji z zewnątrz, Syria będzie pogrążała się w wojnie domowej.

Problem z interwencją jest jednak taki, że nie bardzo wiadomo, kto miałby ją przeprowadzić. Amerykanie nie palą się do wysyłania swoich żołnierzy w kolejne miejsce na Bliskim Wschodzie, a w zasadzie tylko oni mają możliwość przeprowadzenia szybkiego, druzgocącego ataku w dowolnym miejscu na świecie. Francuzi i Brytyjczycy mogą co najwyżej wspomóc Waszyngton. Wielokrotnie pojawiały się plotki o ewentualnym zaangażowaniu militarnym Turcji, coraz bardziej zaniepokojonej wydarzeniami w sąsiedniej Syrii. Druga armia NATO na pewno posiada siłę niezbędną do pokonania Asada, jednak w obu przypadkach – interwencji pod auspicjami USA bądź wkroczenia wojsk tureckich do Syrii – nie bardzo wiadomo, co ma nastąpić później, po obaleniu Asada?

Przeciągająca się wojna domowa

grafikaSyryjska opozycja jest podzielona liniami etniczno-religijnymi. Teoretycznie bardziej jednorodna Libia do dziś nie pozbierała się po zdemontowaniu reżimu Kaddafiego. W Syrii na pewno nie będzie łatwiej, gdyż jest to ważny gracz na Bliskim Wschodzie. Ścierają się tutaj wpływy Iranu (Damaszek to najbliższy sojusznik Teheranu), Arabii Saudyjskiej wraz z Katarem (coraz mocniejsze wsparcie dla sunnitów), Rosji (miliardowe kontrakty zbrojeniowe i dostęp rosyjskich okrętów do śródziemnomorskiego portu w Tartusie), Stanów Zjednoczonych i Francji. Każda strona inwestuje w swoich akolitów i normalnym jest, że broni własnych interesów. Ułożenie nowego układu władzy w Damaszku wydaje się zadaniem wyjątkowo skomplikowanym i długotrwałym.

Tymczasem trzeba pamiętać, że obecny reżim nadal trzyma się w miarę mocno i realizuje z żelazną konsekwencją raz obraną drogę – siłowego utrzymania się przy władzy. Asad i jego współpracownicy postawili na przemoc i utopienie rebelii w krwi. Nic dziwnego, że w nieco ponad rok zginęło ponad 13 tys. osób, a kolejne tysiące zginą w najbliższym czasie. Wątpliwa jest zmiana stanowiska Rosji i Chin, a więc tzw. społeczność międzynarodowa (głównie najsilniejsze kraje Zachodu) będą miały związane ręce. Możliwe jest wspieranie rebeliantów pieniędzmi, bronią, doradcami wojskowymi (za czym optują główni sunniccy rozgrywający regionu), lecz jest wiele argumentów przeciwko uzbrajaniu oponentów Asada (wyłożył to syntetycznie prof. Juan Cole).

Różne barwy arabskiej wiosny

Obserwując przebieg tzw. arabskiej wiosny i powstawania nowego porządku w Tunezji, Egipcie i Libii można pokusić się o kilka wniosków, które mogą znaleźć zastosowanie również w przypadku Syrii. To miejscowa ludność powinna być główną siłą, która doprowadzi do upadku reżimu. Do tego potrzebne jest przynajmniej chwilowe porozumienie sił reprezentujących większość lokalnych społeczności/obywateli. Widzieliśmy to w Tunezji i Egipcie, nie widzieliśmy tego w Libii. Tym bardziej nie widzimy tego w Syrii. Rebelia musi zwyciężyć politycznie, a dopiero później może odnieść sukces militarny. Ważne jest też zachowanie armii. Siły zbrojne Kaddafiego i Asada masakrują protestujących obywateli, natomiast w Tunezji i Egipcie odmówiły strzelania do cywilów.

Czy można przekonać syryjskie siły zbrojne do zaprzestania pacyfikacji demonstrantów? Z każdą kolejną ofiarą cywilną maleje chęć do podjęcia próby przekonania wojska, by stanęło z boku. Jeśli jednak udałoby się osiągnąć porozumienie na szczeblu politycznym, gwarantujące mniejszości alawickiej bezpieczeństwo i ograniczone rozliczenia (kary dla najwyższych dowódców, niższy szczebel i szeregowcy otrzymaliby amnestię), rebelianci osiągnęliby wielki sukces. Od razu pojawia się jednak pytanie, kto miałby to bezpieczeństwo zapewnić, jak uniknąć odwetu prześladowanych i zrozpaczonych ludzi? Przecież nie od razu powstaną siły bezpieczeństwa zdolne zapanować nad rozemocjonowanymi ludźmi. W Libii nie udało się to do dzisiaj, w Egipcie też nie jest różowo.

Upadek Ben Alego, Mubaraka i Kaddafiego pokazał, że im twardszą ręką rządził dyktator, tym trudniej uporządkować sprawy wewnętrzne po jego obaleniu. W Syrii najpewniej mielibyśmy do czynienia ze scenariuszem libijskim, tylko że jeszcze bardziej skomplikowanym. A niepokój w Syrii oznacza poważną destabilizację sąsiedniego Libanu (z czym mamy już dzisiaj do czynienia), gdzie wcale nie tak dawno toczyła się krwawa wojna domowa z elementami czystek etnicznych. Nikomu nie powinno zależeć na odnowieniu podobnych starć, a może do tego dojść zarówno w Libanie, jak i w Syrii.

Jak pomóc rebeliantom?

Z którejkolwiek strony spojrzeć, nie widać dobrego rozwiązania. Moment, w którym Asad mógł z gracją ustąpić i pozwolić na pokojowe zmiany dawno minął. Stosując brutalne metody wyzwolił z butelki dżina krwawej przemocy, którego trudno będzie okiełznać. Wojna domowa w Syrii może trwać jeszcze wiele miesięcy. Reżim nie jest, jak widać, wystarczająco silny, aby zdławić rebelię przy użyciu siły. Nie ma też większych szans na polityczne rozwiązanie konfliktu. Zmiana władzy wydaje się nieunikniona, lecz raczej nie nastąpi szybko.

Jeśli ktoś chce pomóc Syrii, powinien wspierać budowę porozumienia politycznego syryjskiej opozycji. Bez tego wojna domowa będzie trwać jeszcze długo, zabierając ze sobą tysiące niepotrzebnych ofiar. Chociaż w Syrii dominują teraz nastroje zemsty i odwetu, potrzebna jest oferta dla społeczności alawitów (sekta religijna, z której wywodzi się Asad i jego reżim), która musi poczuć, że w ich interesie nie leży już wspieranie krwawego dyktatora. Wiele win musi zostać darowanych, o wielu wydarzeniach będzie trzeba zapomnieć. Dla rodzin ofiar i osób prześladowanych takie rozwiązanie będzie trudne do przyjęcia, lecz nie ma innej drogi do pojednania. Nie oznacza to bezkarności dla morderców. Nie można jednak pozwolić, by alawici zostali ukarani in gremio, a tym bardziej nie wolno dopuścić do odwetu na bezbronnych cywilach.

Polska lekcja

Patrząc na rewolucyjny zamęt w Syrii, a wcześniej w Libii, coraz bardziej doceniam pokojowe oddanie władzy przez komunistów w Polsce i innych państwach bloku sowieckiego. Okrągły stół jest niezmiernie ważnym doświadczeniem na skalę międzynarodową. Nie dajmy sobie wmówić, że była to zdrada i usankcjonowanie bezkarności funkcjonariuszy dawnego systemu. Owszem, zapłacono pewną cenę, lecz wielki cel, jakim była pokojowa transformacja ustrojowa 40-milionowego państwa został osiągnięty. Takiej wyobraźni, wrażliwości i zdolności przewidywania zabrakło w Libii czy Syrii. Być może tych przymiotów nie zabrakło juncie w Birmie, która dwadzieścia lat temu krwawo spacyfikowała pierwszą próbę demokratyzacji, a teraz sama ją przeprowadza.

Piotr Wołejko


grafika: stlxchange.com/

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook