wtorek, 25 czerwca 2013

Nowy-stary premier Pakistanu Nawaz Sharif odpalił polityczną bombę, która zagraża kruchej stabilności Pakistanu. Szef rządu wypowiedział w parlamencie następujące słowa: „Będzie musiał odpowiedzieć za swoje winy przed sądem”. Ów niewymieniony z nazwiska w tej wypowiedzi bohater to były prezydent-dyktator Pervez Musharraf - w 1999 roku ówczesny szef sztabu pakistańskiej armii, który w bezkrwawym puczu obalił premiera Sharifa. Słowa zwycięzcy niedawnych wyborów parlamentarnych nie mogą jednak dziwić. Od lat szukał zemsty na Musharrafie i domagał się postawienia go przed sądem jeszcze w 2008 r., gdy Musharraf ustępował z urzędu prezydenta.

Trudne relacje wojskowych z cywilami

Pakistan jest krajem, w którym przez większą część z ponad sześciu dekad niepodległości rządy sprawowało wojsko. Cywile rządzili epizodycznie i zazwyczaj doprowadzali do mniejszego lub większego chaosu – taki stan rzeczy wykorzystywała armia, obalając cywilów i przejmując odpowiedzialność za kraj. Gdy władza armii stawała się niepopularna, następował powrót polityków. Ten scenariusz ma szanse zostać przełamany. W niedawnych wyborach opozycja zdobyła więcej głosów od partii rządzącej, a ta przekazała władzę. Dla zachodnich demokracji to standardowa procedura, jednak dla Pakistanu stanowi to totalną nowość. Można się obawiać, czy decyzja Sharifa o sądzeniu Musharrafa za zdradę stanu nie zagrożą procesowi krzepnięcia demokracji i umacniania się władzy cywilnej w kraju, w którym armia jest najpotężniejszą instytucją, pociągającą za kluczowe sznurki.

grafikaHistoryczne zdjęcie premiera Sharifa i gen. Musharrafa (źródło: pakistannewsday.com)

Czy obecny szef sztabu, podwładny Musharrafa, gen. Ashfaq Parvez Kayani pozwoli na publiczny spektakl, którego ostrze będzie wymierzone przeciwko wojsku? Mocno w to wątpię. Nie chodzi tu tylko o coś tak oczywistego jak solidarność zawodowa. Jeśli można skazać byłego szefa sztabu armii za przeprowadzenie zamachu stanu, to można zdziałać dużo więcej. Postawienie wojska pod pręgierzem – a jest to instytucja, która cieszy się wyjątkowym zaufaniem obywateli – nie wróżyłoby generalicji najlepiej. Jak zauważa Ilyas Khan, reporter BBC w Islamabadzie, Musharraf nie obalił Sharifa w pojedynkę. Pomogli mu w tym rozmaici oficjele, wywodzący się nie tylko z sił zbrojnych. Na ławie oskarżonych należałoby postawić znaczną część elit politycznych – wojskowych, sędziów, polityków, urzędników etc. Czy Pakistan jest gotowy na takie postępowanie sądowe? Czy armia jest gotowa uderzyć się we własne piersi i poświęcić swoich ludzi?

Pakistan to nie Turcja, a Sharif to nie Erdogan

Podobne pytania obserwatorzy sceny międzynarodowej zadawali sobie w przypadku Turcji, gdzie premier Erdogan ostro wziął się za świeckie elity spod znaku Ataturka. W aresztach i więzieniach wylądowały setki wojskowych (w tym szefów poszczególnych rodzajów sił zbrojnych), polityków czy dziennikarzy. Głośno było o tzw. Ergenekonie czy Operacji Młot, które opisywałem na blogu Dyplomacja. W porównaniu do Sharifa Erdogan miał jednak dużo silniejszą pozycję polityczną. Nie zabrał się za swoich przeciwników od razu, tylko po skonsolidowaniu władzy. Teraz rządzi już trzecią kadencję, a ostatnie demonstracje niespecjalnie mu zaszkodziły. Tureckie siły zbrojne wydają się być spacyfikowane. Rozumiem przez to, iż jest mało prawdopodobne, by ponownie zdecydowały się wystąpić przeciwko rządowi. Niemniej, nie wykluczałbym tego całkowicie.

W Pakistanie sytuacja jest zupełnie inna. Władze cywilne mają iluzoryczną kontrolę nad siłami zbrojnymi i wywiadem wojskowym (ISI), a armia funkcjonuje niejako obok instytucji państwowych. Wojsko stanowi główne spoiwo pakistańskiego państwa, a kluczowe decyzje nie mogą być podjęte wbrew generałom. Sharif nie może tego nie rozumieć, ponieważ jest zbyt doświadczonym i wytrawnym graczem. Nie sądzę, by wymarzony powrót na stanowisko premiera (po raz trzeci jest szefem rządu) mógł zaryzykować nierozważną decyzją w postaci zemsty na Musharrafie. Spodziewałbym się raczej, iż stawką w grze jest zmuszenie byłego dyktatora do ponownego opuszczenia kraju, a obecnie chodzi o zbicie kapitału politycznego. Trudno ukryć, że powrót byłego dyktatora przed kilkoma miesiącami wywołał poważne reperkusje i mocno skomplikował sytuację polityczną. Nie dowierzam w to, że gen. Kayani i spółka zdecydują się poświęcić Musharrafa – byłego dowódcę i druha. Armia nie jest gotowa na takie gesty, nie potrzebuje ich, a Sharif nie jest na tyle silny, by mógł sobie pozwolić na przeczołganie Musharrafa przed sądem. Tym bardziej, że ława oskarżonych z jednym tylko Musharrafem jest kpiną ze sprawiedliwości – jak pisałem wyżej, setki osób pozwoliło ówczesnemu szefowi sztabu na przejęcie władzy.

A co z Afganistanem?

Jakkolwiek nie rozwinie się sytuacja, w Pakistanie nadal bez zmian – czyli niestabilnie i niepewnie. W obliczu wycofywania się zachodnich wojsk z Afganistanu z końcem 2014 r. nie wróży to najlepiej. A przecież trzeba się jakoś porozumieć z Islamabadem w sprawie porządku politycznego w Kabulu. Bez Pakistanu nie utrzyma się tam żadna władza. Tylko z kim na ten temat rozmawiać, skoro premier Sharif i szef sztabu Kayani mogą być zajęci sami sobą? Nawet gdyby sporu między nimi nie było, pytanie o wskazanie właściwego rozmówcy nie miałoby oczywistej odpowiedzi.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Nowym prezydentem Islamskiej Republiki Iranu został Hassan Rouhani, były negocjator ds. programu atomowego z czasów prezydentury Mohameda Chatamiego. Chociaż wsparli go reformatorzy, z Chatamim na czele, oraz zwolennicy Akbara Haszemiego Rafsandżaniego, byłego prezydenta, druha imama Chomeiniego z czasów rewolucji, Rouhani nie jest żadnym reformatorem. Zyskał wsparcie tej frakcji establishmentu islamskiej republiki na zasadzie wyboru mniejszego zła, uniemożliwienia kolejnego sukcesu konserwatystów, a być może zapobieżenia poważnym problemom politycznym.

Ahmadineżad odchodzi, ale może wrócić

grafikaDoskonale pamiętamy poprzednie wybory i Zieloną Rewolucję 2009 roku. Wówczas powszechne odczucie było takie, iż Ahmadineżad wygrał tylko dzięki fałszerstwom na ogromną skalę. Co ironiczne, podobno wtedy właśnie Ahmadineżad przejrzał na oczy względem najwyższego przywódcy Alego Chameneiego, który odpowiadał za ówczesne fałszerstwa. Powrót do rzeczywistości nie przysłużył się Ahmadineżadowi – jego próby dystansowania się od Chameneiego, a nawet działania wbrew niemu, wywołały szereg napięć w obozie władzy i ostatecznie sprawiły, że były burmistrz Teheranu drastycznie stracił na znaczeniu. Czy odejdzie w zapomnienie? W Iranie nic nie jest pewne, a powroty z emerytury na najwyższe urzędy są jak najbardziej prawdopodobne.

Powrócił przecież Mir Hosejn Musawi, bohater Zielonej Rewolucji i przegrany kandydat reformistów z wyborów w 2009 r. W latach 80. pełnił urząd premiera (później zlikwidowany), a następnie przez wiele lat wypadł z oficjalnego obiegu polityki. Ahmadineżad może więc wrócić. Tym bardziej, że jego poparcie było w pewnej części autentyczne. Nie był królikiem wyjętym z kapelusza rahbara Chameneiego. Teraz jest jednak politykiem przegranym, który odchodzi bez większego żalu ze strony głównych rozgrywających w Iranie.

Kim jest Hassan Rouhani?

Nowy prezydent Hassan Rouhani stoi przed nie lada wyzwaniem. Jego wybór pozwolił spuścić trochę powietrza z irańskiego społeczeństwa, które w dużej mierze ma dosyć rządów twardogłowych ajatollahów i kojarzących się z nimi trudności gospodarczych. Nieustępliwa polityka sprzeciwu wobec Izraela i Stanów Zjednoczonych może się podobać i wpisuje się we wrażliwość dumnego narodu, lecz ma to swoje ekonomiczne konsekwencje. Wysokie bezrobocie i inflacja, korupcja i nepotyzm – w tych czterech słowach kryje się odpowiedź na problemy gospodarcze państwa posiadającego jedne z największych w świecie złoża węglowodorów.

Sukces Rouhaniego został powitany przez zwolenników Zielonej Rewolucji z radością i nadzieją. Jednocześnie jest jasne, że istotnych zmian nie należy się spodziewać. Po pierwsze, co zostało już zaznaczone we wstępie, Rouhani to żaden reformator. To lojalny funkcjonariusz systemu z orbity rahbara. To on, a nie reformatorski prezydent Chatami, uczynił go negocjatorem ds. programu atomowego. Ten jeden fakt każe mocno zastanowić się nad rzeczywistymi poglądami Rouhaniego. Chamenei mianuje na stanowisko negocjatora wyłącznie swoich najbliższych współpracowników, m.in. Saida Dżaliliego (również kandydował i był uważany za faworyta rahbara) czy Alego Laridżaniego (obecnie na czele irańskiego parlamentu, w ostatnim czasie główny przeciwnik ustępującego Mahmuda Ahmadineżada).

Po drugie, ustrój Islamskiej Republiki Iranu jest skomplikowany, a pozycja prezydenta w tym ustroju jest dość ograniczona i mocno niewdzięczna. Oba minusy wynikają z tego, że wszystkie decyzje prezydenta (trudno nazwać go głową państwa), który stoi na czele egzekutywy, musi zaakceptować najwyższy przywódca. Konflikt między prezydentem a rahbarem jest zatem nieunikniony (a wynik z góry znany), chyba że między oboma aktorami panuje wspólnota poglądów. Czy tak jest w przypadku Rouhaniego i Chameneiego?

Dochodzimy do trzeciego punktu, którym jest sam rahbar i jego wizja funkcjonowania islamskiej republiki. Do tej pory Chamenei skłaniał się ku konserwatystom, być może nawet stał na ich czele, a więc o żadnych zmianach nie chciał słyszeć. Opowiadał się za przykręcaniem śruby opozycji, twardą postawą względem żądań zachodnich mocarstw oraz silnym wsparciem reżimu Assada w Syrii oraz libańskiego Hezbollahu. Na marginesie warto nadmienić, że przed rozstrzygnięciem wyborów prezydenckich w Iranie podjęto decyzję o wysłaniu do Syrii 4 tysięcy żołnierzy Korpusu Strażników Rewolucji. Jeśli to prawda, może to rozstrzygnąć trwający trzeci rok konflikt na rzecz Assada. Wróćmy jednak do Chameneiego.

Czy wybór Rouhaniego spowoduje, że Chamenei zgodzi się na pewne poluzowanie?

Odpowiedź na to pytanie jest kluczowa dla sytuacji wewnętrznej Iranu. Doświadczenia Zielonej Rewolucji z 2009 r. oraz tzw. arabskiej wiosny (której Iran oficjalnie przyklasnął) powinny zaniepokoić Chameneiego i jego twardogłowych kompanów. Fala niezadowolenia i protestów przelewa się przez region. Dotychczasowi władcy albo ustępują albo próbują utopić demonstracje we krwi. W tym drugim przypadku opozycja może liczyć (chociaż nie jest to pewnik) na wsparcie Zachodu. Czy w Iranie może dojść do nowej rewolucji, powtórki z 1979 roku? Gdyby teraz kandydat wsparty przez reformatorów ponownie nie zwyciężył, ryzyko takiego obrotu sprawy zdecydowanie by wzrosło. Jednak fakt wyboru Rouhaniego to tylko pierwszy krok. Muszą za tym pójść konkretne zmiany, także w polityce zagranicznej.

Wątpliwe bowiem, by Chameneiemu po raz drugi udał się manewr, który zastosował z Mohamedem Chatamim. Ten reformatorski duchowny zdobył prezydenturę na fali entuzjazmu w 1997 roku i rządził przez dwie kadencje. Po początkowym szoku Chamenei zaczął zwierać szyki i wkładać kij w szprychy obozu reformatorów i jego lidera. W 2005 roku Chatami odchodził jako prezydent zawiedzionych nadziei. A zawiódł głównie dlatego, że Chamenei robił co mógł, by Chatami nic nie zreformował. Zawiedzione społeczeństwo postawiło na populistycznego burmistrza Teheranu Mahmuda Ahmadineżada. Ciąg dalszy znamy. Gdyby Rouhani próbował podjąć reformy, a Chamenei postąpi z nim jak z Chatamim, społeczeństwo szybko to dostrzeże. I zareaguje we właściwy sposób. Czy ziści się koszmar ajatollahów, czyli powszechna rewolta wymierzona w ich władzę?

Rouhani uratuje teokrację?

Być może Hassan Rouhani, człowiek z bliskiego otoczenia najwyższego przywódcy, a zarazem dysponujący poparciem reformatorów i zwolenników Rafsandżaniego, to ostatnia szansa na utrzymanie obecnego modelu ustrojowego. Rouhani dysponuje potencjałem, by przeprowadzić remont systemu. Jest też przedstawicielem nurtu w obozie reformatorów, który opowiada się za utrzymaniem systemu i chce go zmieniać. Drugi nurt opowiada się za porzuceniem teokracji. Jeśli Rouhani ma bądź otrzyma misję przeprowadzenia remontu, ewentualne fiasko będzie oznaczało, że to drugi nurt ma rację.

Z tego punktu widzenia wybór Rouhaniego to jedyna słuszna decyzja, a zarazem ryzykowny gambit. Tym bardziej ryzykowny, że najwyższy przywódca jest już wiekowy i schorowany, a przez to w establishmencie mogą wybuchnąć walki frakcyjne o schedę po Chameneim. Wówczas może nastąpić zderzenie twardogłowej elity - która będzie licytować się między sobą o wybór najbardziej konserwatywnego rahbara – ze społeczeństwem, które jest coraz bardziej zniecierpliwione skostniałym systemem politycznym. Chińskie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach” powinno w najbliższym czasie jak ulał pasować do Iranu.

Piotr Wołejko

niedziela, 16 czerwca 2013

Choć ta informacja została pominięta w krajowych mediach, niedawno miało miejsce dość istotne wydarzenie w polityce europejskiej. Upubliczniono, oczywiście nieprzypadkowo, pewien fragment negocjacji prowadzonych w trójkącie Berlin-Londyn-Paryż nad rekonstrukcją projektu europejskiego. Po dłuższym okresie milczenia głos zabrał MerkHoland, któremu zarezonował - niemal natychmiast - premier Cameron, głosem swojego ministra spraw zagranicznych. Ten dość charakterystyczny dla spraw europejskich sposób dyskusji ma zazwyczaj podobny przebieg, który wskazuje na pewne przemiany w tym trójkącie. Takie państwa jak Polska będą musiały żyć ze skutkami tych zmian w nieodległej przyszłości.

Renowacja w stagnacji

grafikaNieuchronnie zmienia się architektura – nie tylko formalna ale i faktyczna - całego projektu europejskiego. Przemianom ulega nie tylko sławny MerkHolland. Od wyborów prezydenckich we Francji w duecie francusko-niemieckim nie działo się dobrze. Najczęściej tłumaczono to faktem, iż pomiędzy oboma przywódcami występują zgrzyty natury ideologicznej, a do tego brakuje tzw. Chemii, która podobno spajała Merkozego, czyli duet Merkel-Sarkozy. Rzeczywistość okazuje się niestety bardziej brutalna. Na przykładzie Francji widać, jak w dzisiejszym świecie siła gospodarki wpływa na siłę kraju w globalnej debacie, szczególnie chudych, kryzysowych latach. Francuska gospodarka jest w wyraźniej zadyszce, jednak - wbrew obrazowi rozpowszechnianemu także w polskich mediach – utrzymuje się na powierzchni.

Chociaż dzisiejszych czasach stan stagnacji stał się – szczególnie na Zachodzie - sukcesem, to nie może znikać nam z oczu wcale niemała grupa państw we wspólnocie, która radzi sobie całkiem dobrze. Niestety nie mam na myśli Polski, ale przedstawicieli tzw. uprzemysłowionej północy w Europie. W zasadzie wszystkie kojarzone z nią kraje – oprócz Wielkiej Brytanii - radzą sobie nieźle. Największą z tych gospodarek jest gospodarka niemiecka. Zgodnie z maksymą „duży może więcej” Berlin staje się powoli za duży na skrojone mu miejsce przy światowym stole. Problem ten nie dotyczy jedynie Europy i, wbrew naszemu europocentrycznemu spojrzeniu, rodzi więcej konsekwencji poza nią. Dobrą ilustracją tego procesu jest ostatnie spotkanie ministrów finansów grupy G7. Oczywiście informacja o tym spotkaniu została pominięta w naszych krajowych mediach, ale wystarczy przełączyć się na kanały np. anglojęzyczne, żeby dowiedzieć się, iż to - nudne w założeniu - spotkanie miało dość zaskakujący przebieg. Przejawem tego było m.in. to, że od dłuższego czasu nie udało się wydać komunikatu końcowego. Musiało je zastąpić oświadczenie przewodniczącego.

W trakcie tego spotkania nie tylko zmuszono USA do przyjęcia, obrażającego inteligencję obserwatorów tłumaczenia Japonii, iż osłabienie jena o 30% od listopada zeszłego roku nie jest przejawem „wojny walutowej”, ale - co ciekawsze - dużo szersza koalicja, składająca się nie tylko z krajów anglosaskich, lecz wzmocniona Francją, nie zdołała narzucić swojego stanowiska w kwestii wypracowywania nadwyżek fiskalnych. Sprzeciwiały się temu Niemcy. Dodatkowo nawet USA było zmuszone do szukania poparcia Berlina w kwestii deficytu budżetowego.  Złośliwi nazwali przebieg całego spotkania pierwszym zwycięstwem osi (choć Włosi Berlina ani Tokio na tym spotkaniu nie poparli) nad aliantami po 1945 r.

Niemcy mogą więcej

Z podobnym procesem mamy do czynienia na forach wspólnotowych. Jest on niewątpliwie dość bolesny dla innych współuczestników spotkań, gdyż wykrojenie większej ilości miejsca dla rosnącego w siłę Berlina może się odbywać tylko ich kosztem. Widać to wyraźnie na forum spotkań MerkHollanda, gdzie wpływ Francji na wiele obszarów, które wcześniej musiały być uzgadnianie, zanika. Wzrost samodzielnego władztwa Berlina powoduje, że Kanclerz Merkel  przestała potrzebować zgody Paryża w wielu kwestiach, co widać chociażby po tym, co dzieje się na forum eurogrupy, opanowanej w całości przez kraje północy. Skutkiem takiego rozwoju sytuacji jest zmniejszenie częstotliwości wypowiedzi MerkHollanda, który działa już na wyższych stopniach ogólności związanych z projektem europejskim.

Ostanie spotkanie było nie tylko dość medialne, ale istotne w swojej treści, gdyż ustalono na nim sporo konkretów. Czy ta edycja MerkHolladna różni się czymś od poprzednich? Wydaje się, że można wskazać dwa elementy, które w dość negatywny – z perspektywy Polski – sposób odróżniają to wydarzenie od pozostałych. Po pierwsze, mamy do czynienia z kolejnym spotkaniem poświęconym walce z kryzysem. Natomiast jego cechą charakterystyczną jest ograniczenie zainteresowania dwóch wielkich polityków europejskich jedynie na strefy euro. Utożsamienie walki z obecnym kryzysem do konieczności reform w strefie euro może cieszyć eurosceptycznych komentatorów, jednak w praktyce oznacza to pozostawienie poza obszarem percepcji głównych graczy reszty wspólnoty (spoza eurogrupy). Zawężająca się percepcja głównych decydentów według schematu unia = strefa euro jest  szczególnie groźna dla słabszych krajów peryferyjnych, jak Polska, które wypadają z pola widzenia europejskich decydentów. Niby nic strasznego, bo przecież euro i tak nie chcemy, ale z otaczającej nas ciszy bardzo blisko do niewiedzy decydentów na nasz temat. Coraz trudniej będzie umieścić w agendzie wspólnoty istotne dla nas problemy, skoro Unia = strefa euro plus Wielka Brytania.

Dodatkowo spotkanie prezydenta i kanclerza, po raz kolejny zastępuje pracę organów Unii Europejskiej. Nie ma w tym nic dziwnego. W wielu aspektach instytucje unii mają charakter atrapowy, zasilany mądrością krajów członkowskich. W tym przypadku potraktowano instytucje wspólnotowe wyjątkowo brutalnie. Przygotowana  przez MerkHollanda koncepcja została po prostu bezceremonialnie „wrzucona do sieci” (można się z nią zapoznać tutaj) i ma być już pod koniec czerwca przedmiotem obrad przywódców całej unii. Jak widać, nawet nie zaprzątnięto sobie głowy „wpuszczeniem” uzgodnień do systemu decyzyjnego wspólnoty. Nie bez przyczyny upubliczniony w sieci tekst został przygotowany również w języku angielskim – co wcale nie jest częste w przypadku francuskiej dyplomacji – bo jego adresat zareagował szybko, przedstawiając własne postulaty. Brytyjski minister spraw zagranicznych powtórzył tutaj za premierem Cameronem (z jego przemówienia unijnego) żądanie przycięcia kompetencji Parlamentu Europejskiego na rzecz parlamentów krajowych.

Bez euro wiele nie zdziałamy?

Obserwujemy właśnie wprowadzanie tego postulatu w życie. Wszystko wskazuje na to, iż nie będzie to, niestety, jedyny postulat Wielkiej Brytanii, uzależniający jej zgodę na dalszą integrację strefy euro. Londyn planuje „rozluźnienie” wspólnoty. Będzie to szczególnie bolesne dla biedniejszych krajów, które czerpią zyski nie tylko z różnych wspólnotowych programów pomocowych, a te w nie tak nieodległej przyszłości mogą zostać ograniczone do strefy euro, ale też wyraźne parcie państw starej unii na ograniczenie niektórych swobód. Na przykład swobody przepływu ludzi, czytaj biednych ludzi ze wschodu na zachód. Pierwszy krok już uczyniono – w zasadzie bezprawnie (w rozumieniu prawa wspólnotowego) blokując poszerzenie strefy Schengen o Bułgarię i Rumunię. O kolejnych słychać bardzo często chodzi tutaj o ograniczenie praw socjalnych dla tych biedniejszych (czy też ograniczanie swobody poruszania się emigrantów z nowych państw członkowskich – taki pomysł przetoczył się przez media w UK przy okazji dość żenującego wyczynu naszych rodaków).

Proces powstania dwóch prędkości – unii z euro i bez euro został przesądzony już kilka lat temu i właśnie nabiera rozpędu. Oczywiście dalej będziemy w unii, lecz można to porównać do biznes klasy i klasy ekonomicznej w podróżach długodystansowych – niby prawie to samo, ale „prawie” w komforcie podróżowania robi sporą różnicę. Brak uczestnictwa w klubie euro będziemy odczuwać coraz mocniej i to w bardzo – dla krajowych obserwatorów- zaskakujących obszarach.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

Grafika: Wikimedia Commons (fot. Garitan)

czwartek, 13 czerwca 2013

Uczestniczyłem dziś w seminarium pod dość kontrowersyjnym tytułem "Czy to już koniec Unii Europejskiej? Możliwe prognozy/scenariusze przyszłości integracji" zorganizowanym przez Ośrodek Analiz Politologicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma przemyśleniami, które powstały w wyniku wysłuchania wystąpień panelistów. A byli wśród nich m.in. prof. i poseł Krzysztof Szczerski, Paweł Świebobda z DemosEuropa i prof. Zbigniew Czachór z UAM. Z góry uprzedzam, że wpis nie będzie miał charakteru relacji, chociaż pewne jej elementy mogą się w nim pojawić.

Inna unia

Pierwszy głos zabrał prof. Szczerski i stwierdził, że nie ma już takiej Unii Europejskiej, do jakiej wchodziliśmy w 2004 r. Nie istnieje już tamta unia, natomiast nie dzieje się tak z powodu jej demontażu, tylko dlatego, że obudowuje się ją nowymi, pozatraktatowymi instytucjami. Jako przykład podał tu integrację państw ze strefy euro i pakt fiskalny, który nie stanowi części porządku prawa europejskiego, a jest zwykłą umową międzynarodową (dla porządku wypada dodać, że stało się tak z powodu sprzeciwu Wielkiej Brytanii).

Mamy więc sytuację, w której - jako odpowiedź na kryzysy: fiskalny i gospodarczy - powstają nowe ciała, komitety, instytucje i zasady pozbawione oparcia w obowiązujących traktatach. Słabnie rola Komisji Europejskiej jako centralnego punktu, zwornika UE. To z kolei wywołuje odruch obronny w postaci nadaktywności Komisji, w szczególności w zakresie prawodawstwa. Faktem jest, że mamy do czynienia z ogromną liczbą różnego rodzaju aktów prawnych i komunikatów produkowanych przez Komisję. Co oczywiste, jakość tych dokumentów jest nierzadko wątpliwa. Nadmiar regulacji prowadzi do innego problemu - braku legitymizacji. Obywatele nie rozumieją, kto decyduje o nowym prawie, a jego twórcy pozostają bezimienni. Co więcej, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ewentualne negatywne skutki realizacji przepisów, które przygotowali.

Czym jest unia?

grafikaUnia tkwi w kryzysie. A może tzw. kryzys to stan permanentny? Paweł Świeboda z DemosEuropa zauważył, że na 9 lat członkostwa Polski w UE w zasadzie tylko dwa pierwsze były spokojne. Później nastąpił kryzys konstytucyjny - odrzucenie eurokonstytucji w referendach we Francji i w Holandii, kryzys finansowy i gospodarczy. Czy proces negocjacji rozszerzenia z 2004 r. nie był kryzysem, nie wywoływał wątpliwości i trudności w "starej unii"? Jak słusznie powiedział prof. Konstanty Wojtaszczyk, Unia Europejska nie ma swojego finalite -  docelowego punktu końcowego. Jest organizacją, która nieustannie ewoluuje, zmienia się, modernizuje, dostosowuje do realiów. A czasem wyznacza nawet nowe trendy, wykonując skok do przodu - śmiało można ocenić w ten sposób wspomniane wyżej poszerzenie z 2004 r.

Unia jest więc bytem niedookreślonym, trochę bezkształtnym, ponieważ ciągle się zmienia i przystosowuje, poszerza (integracja zewnętrzna) i pogłębia (integracja wewnętrzna). Jest po prostu elastyczna, a to oznaczałoby, że także odporna na ciosy, trudności. Może nie potrafi z nich w elegancki sposób wychodzić, może wewnętrzne dyskusje nie budzą podziwu obserwatorów, a proponowane rozwiązania dalekie są od idealnych, ale mimo to potrafi trwać. To już siódma dekada integracji europejskiej, warto o tym pamiętać.

Trudna sztuka przywództwa w XXI w.

Podczas debaty zwrócono uwagę na miałkość dzisiejszych przywódców politycznych. Na deficyt przywództwa, brak wizji. Rzeczywiście, jeśli porównać Monneta, Adenauera czy de Gasperiego do aktualnych premierów, prezydentów czy kanclerzy, to wynik tego starcia jest oczywisty. Jest też jednak czymś zupełnie abstrakcyjnym porównywać liderów z tamtych czasów, okresu odbudowy Europy z powojennych zgliszcz, z przywódcami sytych i rozwiniętych demokracji Zachodu. Słowo demokracja odgrywa tutaj kluczową rolę. Integracja europejska to pomysł elit. Przez dekady to elity decydowały o kolejnych krokach w stronę głębszej współpracy. Od pewnego czasu próbuje się natomiast przedstawić UE jako wspólnotę obywateli, którzy powinni odgrywać większą rolę. Zamysł słuszny i godny poparcia, lecz takie zmiany nie następują z dnia na dzień.

Dziś nie da się już rządzić zakulisowo, a elity podlegają bieżącemu nadzorowi mediów tradycyjnych i społecznościowych, odbywają się liczne otwarte debaty i dyskusje, podczas których omawiane są rozmaite problemy i zagadnienia. Polityka staje się coraz bardziej jawna, publiczna i powszechna. To służy demokracji, bowiem obywatele mają bieżący wgląd w działania władzy, mają szansę poznać odpowiedź na pytania: dokąd i w jaki sposób zmierzamy?

O tej zmianie boleśnie przekonuje się aktualnie premier Turcji Recep Erdogan, który słynął z nieliczenia się z głosem obywateli, w szczególności tych, którzy nie głosowali na jego ugrupowanie. Przykre, że z biegiem czasu nie wydaje się, aby lekcja z placu Taksim na coś się Erdoganowi przydała. Premier "po raz ostatni ostrzega" demonstrantów - taka jest najnowsza wiadomość z jego strony. Jeszcze wczoraj wydawało się, że Erdogan to sprawny, chociaż może trochę zbyt arogancki, polityk jutra. Dziś okazało się, że to polityk dnia wczorajszego o dość ograniczonych horyzontach. Jego działania przyczyniają się do pogłębiania kryzysu, a niechęć do wsłuchania się w głos demonstrantów bardzo kiepsko wróży na przyszłość.

Koniec czy nie?

Dialog to nie okazanie słabości - to roztropne posunięcie, które mogłoby rozładować sytuację. W myśl tej zasady funkcjonuje Unia Europejska. Uzgodnienie wspólnego stanowiska w gronie 28 państw to kwadratura koła, o jakiej się filozofom nie śniło. Stąd unijne ucieranie decyzji nie jest efektowne, a końcowy rezultat tego procesu rzadko wzbudza coś więcej niż wzruszenie ramion. Mimo to, ta niedookreślona i pozbawiona dalekosiężnego modelu funkcjonowania unia ma sporo osiągnięć, w tym jedno bardzo istotne - wydaje się, że znalazła sposób na długowieczność.

Tymczasem w historii nic nie jest wieczne, bo zaraz ktoś może wspomnieć o Związku Radzieckim, który rozpadł się niczym domek z kart po blisko ośmiu dekadach istnienia (a główną przyczyną był kryzys ekonomiczny - szansa na analogię do dzisiejszej sytuacji w UE). Dlatego unia, podobnie jak Sowiety, również może się rozpaść, a na jej gruzach powstaną (pozostaną) inne byty międzynarodowe. Na dziś wydaje się jednak, że - podobnie jak w przypadku Marka Twaina - pogłoski o końcu UE są przesadzone.

Piotr Wołejko

wtorek, 11 czerwca 2013

Weekendowe spotkanie „bez krawatów” prezydentów USA i Chin w posiadłości Sunnylands w Kalifornii przedstawia się jako szansę na nowe otwarcie w relacjach dwóch największych gospodarek świata. Oba kraje dysponują litanią wzajemnych zażaleń na swoje postępowanie, a logika systemu międzynarodowego pcha je ku konfrontacji. Czego zatem należy się spodziewać w najbliższym czasie?

grafikaJestem sceptyczny jeśli chodzi o wagę osobistych relacji przywódców. Pamiętam dobrze, jak prezydent George W. Bush był zauroczony prezydentem Władimirem Putinem i jak szybko prysł czar tamtego okresu świetnego zrozumienia. Interesy państwa przeważają nad osobistymi sympatiami, a analiza międzynarodowa powinna być wolna od rozważań poświęconych poszczególnym politykom. Oczywiście nie możemy wykluczać wpływu osobowości i wzajemnych relacji decydentów (Reagan-Thatcher, Bush junior-Blair), ale musimy pamiętać o licznych niuansach i różnicach, które występują nawet między dobrze rozumiejącymi się osobami.

Co skrywa się za chińskim murem?

Fakty są takie, że od pewnego czasu – ja wskazuję tutaj na upadek banku Lehman Brothers – Chiny w sposób znaczący zmieniły swoją politykę zagraniczną. Porzucono nie tylko doktrynę ówczesnego prezydenta Hu Jintao (harmonijny rozwój), lecz również podejście twórcy nowoczesnych Chin Deng Xiaopinga (skupiać się na gospodarce, w sprawach zagranicznych specjalnie się nie wychylać). W zamian Pekin zaproponował dość agresywną politykę skierowaną przeciwko większości sąsiadów i państw regionu, której głównym elementem są roszczenia terytorialne dotyczące akwenów morskich. Nastąpiła eskalacja incydentów z udziałem chińskich łodzi rybackich, patrolowych, statków badawczych czy samolotów wojskowych. W tym samym czasie Chiny intensywnie rozbudowują potencjał militarny. Ostra retoryka, ekspansywne roszczenia i wspomniany wyżej element wojskowy – wszystko to sprawia, że postrzeganie Chin gwałtownie się zmieniło.

Czy próba odebrania prymatu Stanom Zjednoczonym przez Chiny jest nieunikniona? Czy Pekin rzuci wyzwanie Waszyngtonowi? Azjatycki pivot Ameryki wskazuje, iż Wujek Sam nie zamierza rzucać ręcznika. A może obawy związane z tą rywalizacją są daleko przesadzone, a Chinom jeszcze bardzo daleko do pozycji drugiego supermocarstwa? Zajmujący się Chinami profesor David Shambaugh twierdzi, iż „Chiny są krajem o wąskich horyzontach, skupionym na sobie, a do tego realistycznym”. Jego zdaniem „skupiają się [one] na maksymalizacji własnej potęgi”. Nie przejmują się także globalnym zarządzaniem czy wprowadzaniem międzynarodowych standardów postępowania (z wyłączeniem zasad suwerenności i nieingerencji w sprawy wewnętrzne). Polityka ekonomiczna Chin jest merkantylistyczna, a dyplomacja pasywna. Na koniec zauważa, że „Chiny są samotną potęgą”, pozbawioną sojuszników i zmagającą się z nieufnością oraz kiepskimi relacjami z większością państw świata.

Kansas City Shuffle – patrzysz na zagranicę, a gra idzie o sprawy wewnętrzne

Ciekawe jest także spojrzenie Johna Garnauta, korespondenta Sydney Morning Herald w Chinach, który na łamach Foreign Policy przybliża sylwetkę Xi Jinpinga. Garnaut zwraca uwagę na silne związki Xi z armią oraz sugeruje, że to nowy chiński przywódca stoi za eskalacją sporów morskich z państwami regionu, w szczególności z Japonią (Senkaku/Diaoyu). Argument Garnauta jest wart rozważenia – wydarzenia ostatnich miesięcy to próba oddzielenia ziarna od plew, lojalnych i twardych generałów od tych bardziej ostrożnych, a celem tej próby nie jest wywołanie konfliktu międzynarodowego, tylko zabezpieczenie interesów Komunistycznej Partii Chin. Obserwując działania zewnętrzne powinniśmy zatem skupiać się na sprawach wewnętrznych Chin. Co takiego dzieje się w Chinach, że szef partii objeżdża garnizony wojskowe i mobilizuje swoich dowódców? Dziesiątki tysięcy protestów rocznie, wszechobecna korupcja i nepotyzm oraz zwalniający wzrost gospodarczy (bliżej 7-8 niż 10%) to główne wyzwania dla władzy. Xi chce mieć pewność, że w sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Z analizy Garnauta wyłania się jednak niebezpieczna analogia – nikt inny tylko Deng Xiaoping wywołał w 1979 r. wojenkę z Wietnamem, która posłużyła mu jako narzędzie do konsolidacji wpływów w armii. Warto pamiętać, że chińska armia należy do partii, a nie do państwa i w ostatecznym rozrachunku ma realizować interesy partyjne.

Czy powinniśmy się zatem spodziewać „awantury Pana Xi” z jednym z państw regionu? I kto mógłby być celem takiej awantury? Garnaut zwraca uwagę, iż mimo ogromnych inwestycji i dwucyfrowego wzrostu budżetu, chińskie siły zbrojne nie przedstawiają większej wartości bojowej. Czy to czynnik odstraszający czy zachęcający do walki? Gdzież można zdobyć lepszą lekcję niż w prawdziwym boju? Chiny mogą być spokojne o wynik konfliktu nawet w przypadku porażki – nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada, że ktoś zaatakuje terytorium Chin. Takie przekonanie może rodzić poczucie bezkarności i stanowić zachętę do podjęcia „awantury”. Porażka mogłaby oczywiście poważnie zaszkodzić rządom KPCh, lecz poczucie krzywdy i nacjonalistyczny ferwor można zagospodarować z pożytkiem dla partii. A ta nauczyła się już zarządzać nacjonalizmem. Znowu Chiny wystąpiłyby w roli pokrzywdzonych, a propaganda szybko spięłaby dzisiejszą porażkę z okresem słabości sprzed stu lat, gdy zagraniczne mocarstwa zdominowały Państwo Środka.

Nerwowo, lecz stabilnie

Jak zauważa profesor Stephen Walt, relacje w świecie bipolarnym bywają burzliwe, lecz generalnie są stabilne. Jednak wspomniane burze powodują, że na styku dwóch mocarstw sypią się iskry i możliwe są konflikty na mniejszą skalę. Na razie nie żyjemy też w świecie bipolarnym, chociaż wzrost Chin powoduje, że ich pozycja względem USA i pozostałych graczy na arenie międzynarodowej rośnie. Różne tradycje i tożsamości głównych graczy dodatkowo utrudniają sytuację – ciężko rozmawia się z partnerem, który w inny sposób rozumie podstawowe pojęcia, niektórych nie zna bądź nie może pojąć. I tu pojawia się pewna wartość dodana spotkań takich jak w Sunnylands.

Piotr Wołejko

 

Grafika: whitehouse.gov (fot. Pete Souza)

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook