poniedziałek, 30 lipca 2007
urlop

Ostatni wpis sprzed kilku dni, a nowego brak. Taki stan potrwa jeszcze ok. 3 tygodnie, gdyż udałem się na urlop. Prawdziwy urlop, gdyż niedługo stracę dostęp do sieci na kilkanaście dni. Dlatego też proszę wszystkich o cierpliwość i wyrozumiałość. Po powrocie, czyli ok. 25 sierpnia, wracam do pracy :) We wrześniu także pożegnam się z Wami na blisko dwa tygodnie, a następnie będę już regularnie opisywał najciekawsze, moim zdaniem, wydarzenia. Życzę wszystkim udanego wypoczynku.
19:36, p.wolejko
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2007

 

Ahmadineżad

Takie słowa wypowiedział dzisiaj w irańskiej telewizji prezydent Islamskiej Republiki Iranu Mahmud Ahmadineżad. "Nasze działania są legalne, więc dlaczego mielibyśmy wstrzymywać prace?" - zapytał retorycznie i dodał, że w razie zastopowania prac nad wzbogacaniem uranu, nie byłoby żadnego powodu do rozmów [z Zachodem]. Doniosła o tym agencja Reutera.

Jednocześnie możemy przeczytać na internetowych stronach IRNA (Islamic Republic News Agency), że irański negocjator ds. programu nuklearnego - Ali Larijani - zapewniał, iż "Nawet gdyby prezydent Stanów Zjednoczonych zapewnił Iranowi gwarancje bezpieczeństwa, Teheran nie powstrzyma prac nad wzbogacaniem uranu". Zarazem dodał, że "nie potrzebujemy amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, a obu spraw nie można łączyć". Irański oficjel odniósł się także do propozycji Javiera Solany, wysokiego przedstawiciela UE ds zagranicznych, który proponował, aby Iran wstrzymał prace nad wzbogacaniem uranu w zamian za obietnicę braku forsowania kolejnej (trzeciej już) rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Larijani stwierdził, że rezolucja będzie odbierana jako naruszenie traktatów o pokojowym wykorzystaniu atomu. Na marginesie należy zauważyć, że groźba ze strony przedstawiciela UE jest zaprawdę komiczna, gdyż Iran nie wykonał postanowień wcześniejszych dwóch rezolucji Rady Bezpieczeństwa i nie poniósł z tego powodu żadnych konsekwencji. Co prawda Stany Zjednoczone (zdecydowanie) i Unia Europejska (mniej zdecydowanie) nałożyły szereg ekonomicznych sankcji na Islamską Republikę, jednak w niczym nie wpłynęło to na postawę władz w Teheranie.

Główny irański negocjator po raz kolejny powiedział też, że Iran nie ma najmniejszego zamiaru prowadzić prac nad zbudowaniem bomby atomowej, "inaczej, niż w przypadku Korei Północnej". Larijani wskazał również na wypowiedzi imama Chomeiniego oraz najwyższego przywódcy Chameneiego, którzy potępiali istnienie i użycie bomby atomowej.

Argument o Korei Płn. brzmi dość zabawnie, gdyż tylko dzięki intensywnej współpracy z Phenianem, Iran poczynił błyskawiczne postępy w swoim programie rakietowym. Na bazie koreańskich rakiet Taepodong i Nodong powstały irańskie odpowiedniki, m.in. Shahab. Pół roku temu wiele mówiło się także o wystrzeleniu przez Iran pierwszego satelity w przestrzeń kosmiczną (co oznaczałoby ogromny postęp w budowie rakiet balistycznych, czyli mogących przenosić głowice atomowe na bardzo dalekie odległości), ale okazało się to tylko plotką. Współpracy na linii Teheran-Phenian nie da się jednak zaprzeczyć, stąd uzasadniona podejrzliwość Zachodu (głównie USA) w kwestii irańskiego programu nuklearnego. Amerykanów może też niepokoić irańska retoryka, która często ma wymowę prowokacyjną. Jak kilkakrotnie pisałem (Ajatollahowie ze strachem w oczach, Iran nie jest tak mocny, jak się wydało, W co gra Teheran?) słabnące władze ultrakonserwatystów liczą na sprowokowanie jakiekogolwiek ataku Ameryki lub Izraela, gdyż tylko w taki obrót spraw pozwoliłby im utrzymać się przy władzy.

Nie można jednak przyjmować optyki niektórych polityków i ekspertów, dla których budowa przez Iran bomby atomowej to pewnik, a nieznany pozostaje tylko stopień zaawansowania prac nad nią. Badania irańskiej opinii publicznej przeprowadzone przez WorldPublicOpinion.org wskazują, że dla zdecydowanej większości Irańczyków (84%), kwestia rozwoju programu nuklearnego jest bardzo istotna. Prawie 7 na 10 Irańczyków uważa również, że traktat o nieproliferacji broni jądrowej (NPT) to dobry pomysł i popiera uczestnictwo Iranu w systemie stworzonym w ramach tego traktatu. Jednocześnie, Irańczcy są pewni, iż broń jądrowa w przeciągu 50 lat znajdzie się w posiadaniu większej liczby państw, niż dzisiaj, ale zaledwie 27% z nich uważa, że w posiadanie broni A wejdzie Iran.

Program prac nad atomem stał się powodem do dumy Irańczyków, którzy potrzebują dowartościowania w kwestiach technicznych. Zdają sobie sprawę z zacofania spowodowanego rewolucją oraz sankcjami gospodarczymi i są dumni, że ich kraj jest zdolny opanować potęgę atomu. Wierzą też, że potęga ta zostanie wykorzystana pokojowo - 3/4 chce wykorzystania atomu do pozyskiwania energii. W obliczu takiego poparcia społecznego niewielkim ryzykiem jest postawienie tezy, że program atomowy stał się programem narodowym. Wszelkie ataki na tenże program stanowią więc atak na naród irański i w zasadzie jedyne ich wielkie osiągnięcie. Kto dziś pamięta o wspaniałej perskiej poezji czy obszernych terytorialnie imperiach ze starożytności i średniowiecza. Są to powody do dumy, ale dziś liczy się technika - a symbolem postępu w tej dziedzinie stały się prace nad atomem.

Iran, co potwierdza choćby traktat NPT (którego Teheran jest sygnatariuszem) posiada prawo do pokojowych prac nad atomem. Nie można tego prawa Irańczykom odmawiać tylko dlatego, że rząd ajatollahów nie podoba się w kilku zachodnich stolicach. Nie można także lekceważyć opinii społeczeństwa, które w zdecydowanej większości popiera dalsze prace nad atomem. Warto wziąć zapewnienia o pokojowym przeznaczeniu programu za dobrą monetę, zwłaszcza te wiążące się z nazwiskami dwóch najważniejszych polityków irańskich od momentu rewolucji - imama Chomeiniego i Alego Chamenei. Wielokrotnie przytaczano ich słowa, a Chamenei nieustannie powtarza, że broń jądrowa jest zła i Iran nigdy nie wejdzie w jej posiadanie. Ciężko jednak uwierzyć wyłącznie na słowo, nawet jeśli wypowiadają je osoby z najwyższych kręgów władz. Jednakże rozwiązanie "problemów" narosłych w ciągu kilkunastu miesięcy jest banalnie proste.

Po pierwsze, obie strony (Zachód i Iran) muszą odejść od "wojennej" retoryki, która stanowi pretekst do nie kontynuowania negocjacji. Po drugie, Zachód musi wycofać swoje postulaty związane ze wstrzymaniem prac nad wzbogacaniem uranu, a Iran przywrócić pełen nadzór prac przez niezależnych inspektorów z IAEA (Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej). Jeśli program jest naprawdę pokojowy, Teheran nie ma nic do stracenia wpuszczając inspektorów. Paradoksalnie, to Iran może zyskać najwięcej na takim rozwiązaniu, ponieważ gdyby podejrzenia Waszyngtonu o militarnym programie niepotwierdziłyby się, administracja Busha poniosłaby kolejną bardzo poważną klęskę. Co stoi na przeszkodzie, aby załagodzić ten sztuczny spór? Duma i pycha Teheranu i Waszyngtonu, z dużym naciskiem na mentalność obecnej ekipy rządzącej w Iranie. Mając czyste ręce Irańczycy mogliby wiele ugrać na pełnej transparentności swego programu, jednak duma powstrzymuje ich przed tym. Oby była to tylko duma, gdyż Iran z bombą atomową mógłby ostatecznie rozsadzić Bliski Wschód.

Zdjęcie: msnbcmedia1.msn.com

wtorek, 24 lipca 2007

Blair w nowej roliUstąpił z urzędu niespełna miesiąc temu, zamieniając Downing Street 10 na posadę specjalnego wysłannika tzw. Kwartetu Bliskowschodniego (USA, ONZ, UE i Rosja) i już rzucił się w wir podróży, spotkań i negocjacji. Tony Blair, były brytyjski premier, zwany także "teflonowym" Tony'm - gdyż żadne problemy i skandale polityczne nie pozostawiały na nim żadnej rysy, a wszystko "po nim spływało"; Blair pozostawał zarazem niewstrząśnięty i niezmieszany - podjął się wyjątkowo trudnego zadania. Próba doprowadzenia do porozumienia pokojowego między Izraelem a Palestyńczykami to zadanie dla prawdziwego sztukmistrza, ale nawet osoba o wyjątkowych umiejętnościach może polec w obliczu obecnej sytuacji. Nie da się ukryć, że "okoliczności przyrody" nie mogły być mniej sprzyjające.

Przejęcie przez radykalnych islamistów z Hamasu władzy nad Strefą Gazy w zeszłym miesiącu doprowadziło do faktycznego podziału Autonomii Palestyńskiej na dwa quasi-państwa - nazwane przez ekspertów Hamastanem i Fatahlandem (obejmującym Zachodni Brzeg Jordanu). Prezydent Abbas powołał nowy rząd, choć zgodnie z prawem gabinet Hamasu, który zwyciężył zeszłoroczne wybory parlamentarne, nadal działa. Islamiści spod znaku Hamasu zaprowadzili względny porządek w Strefie Gazy, ale nadal odmawiają spełnienia trzech warunków postawionych im przez Kwartet - uznania Izraela, uznania zawartych wcześniej porozumień oraz wyrzeczenia się terroru (choć to właśnie Hamas powstrzymuje inne palestyńskie ugrupowania przed atakowaniem, m.in. ostrzeliwaniem rakietami, Izraela).

Dwa odrębne palestyńskie byty oznaczają, że jakiekolwiek porozumienie musi być zawarte z obiema częściami Autonomii jednocześnie. Układ z jedną częścią palestyńskiego państwa nie rozwiąże problemu drugiej części. Tym bardziej, że układ może zawrzeć tylko Fatahland rządzony przez prezydenta Mahmuda Abbasa. Akurat ta część Autonomii nie stanowi problemu i nie skupia uwagi świata. Abbas i Fatah to partnerzy w miarę wiarygodni i otwarci na rozmowy, natomiast Hamas stanowi dla Zachodu oraz Kwartetu prawdziwą zagadkę. Przez ponad rok bojkotu finansowo-politycznego ze strony USA, ONZ i UE radykałowie poradzili sobie świetnie, stworzyli dobrze wyposażoną i zwartą strukturę bezpieczeństwa (tzw. Executive Force) i w czerwcu przejęli całkowitą władzę nad Strefą Gazy. Ich pozycja negocjacyjna wzrosła, jednak niewiele wskazuje na to, żeby jakiekolwiek negocjacje miały się rozpocząć.

W całe to zamieszanie desantuje się na spadochronie teflonowy Tony, lekko wstrząśnięty i zmieszany swoim odejściem, a konkretnie dwoma ostatnimi latami swojego premierostwa. Wojna w Iraku pozostawiła poważną rysę na teflonie, który wcześniej wydawał się nie do zdarcia. I choć afera zwana "peers for cash" (tytuły szlacheckie w zamian za finansowanie Labour Party) zakończyła się brakiem postawienia jakichkolwiek zarzutów, pewien niesmak pozostał. Pozycja Blaira na Bliskim Wschodzie także nie jest zbyt mocna, gdyż poza Irakiem i wszelkimi związkami z Georgem W. Bushem, były premier poparł zeszłoroczny atak Izraela na Hezbollah, który przekształcił się w atak na libańskich cywilów oraz infrastrukturę tego kraju. Muzułmanie w większości nie ufają Blairowi, a w najlepszym razie podchodzą do niego z wielką rezerwą i dystansem. Poparcie znajdzie głównie w Izraelu oraz Egipcie i Jordanii, czyli kluczowych sojusznikach USA i Wielkiej Brytanii w regionie.

Główna rola Blaira na najbliższe miesiące to zdobycie zaufania oraz wyzbycie się wizerunku "pudla Busha" (moim zdaniem krzywdzącego byłego premiera Jej Królewskiej Mości). Aby to osiągnąć, Blair musi wrócić "do dobrej formy" sprzed kilku lat, kiedy byl naprawdę teflonowy. Musi z jednej strony zdystansować się od Izraela, żeby zdobyć zaufanie arabskich partnerów, a z drugiej robić to na tyle umiejętnie, aby nie urazić Izraelczyków. Balansowanie na linie z groźbą spadnięcia w paszczę lwa - tak pokrótce można opisać zadanie stojące przed Blairem.

Jeśli tylko będzie on potrafił odzyskać swój wigor, urok i błyskotliwość, karkołomna misja, jaką powierzył mu Kwartet, ma pewne szanse na sukces. Oczywiście nie mam tu na myśli osiągnięcia końcowego porozumienia, ale stworzenie mechanizmów negocjacyjnych w trójkącie Hamas-Fatah-Izrael oraz dołączenie do tego grona przedstawicieli Kwartetu. Trudno jednak wróżyć sukces takiego przedsięwzięcia, gdyż tak naprawdę, niewiele zależy tu od Tony'ego Blaira, a wiele może nie udać się właśnie dlatego, że to on został wysłannikiem ONZ, USA, UE i Rosji. Decyzję tę należy uznać za niezbyt fortunną, gdyż Tony Blair byl przez lata najbliższym i najwierniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a amerykańska "soft power" jest w wyraźnej defensywie. Lepszym pomysłem było mianowanie kogoś bardziej neutralnego, najlepiej poważanego przez Palestyńczyków i - szerzej - przez Arabów. Rozumiem, że kwestia zaufania do takiej osoby mogłaby stworzyć pewne trudności, jednak trudniej byłoby Lidze Arabskiej i Palestyńczykom bojktować dobre pomysły wysnuwane przez kogoś takiego. W przypadku Tony'ego Blaira, wiele sensownych inicjatyw może być odrzuconych z powodu uprzedzeń do jego osoby. "Good night, good luck" - można życzyć Blairowi, z pewnością będzie potrzebował wiele szczęścia, aby cokolwiek osiągnąć.

Więcej: Jerusalem Post

Zdjęcie: jpost.com

niedziela, 22 lipca 2007

Recep Erdogan...ale opozycja także poradziła sobie dużo lepiej. W przedterminowych wyborach w Turcji zwycięstwo odniosła rządząca od 2002 roku partia Sprawiedliwości i Rozwoju, zdobywając niemalże połowę oddanych głosów - 47 procent. Próg wyborczy, wynoszący 10 procent, przekroczyły także dwa ugrupowania opozycyjne, tzw. sekularystyczne, centrolewicowa CHP oraz prawicowa, nacjonalistyczna MHP - odpowiednio zebrały one 20 i 15 procent głosów.

Wynik wyborów to więc ogromny sukces nacjonalistów z MHP, którzy po raz pierwszy znajdą się w parlamencie. CHP również poprawiło się w stosunku do elekcji z 2002 roku, kiedy tylko ona wraz z AKP przekroczyły próg wyborczy. Umiarkowani islamiści, jak określa się partię premiera Erdogana, zdobyli pięć lat temu samodzielną władzę, jednak dostali zaledwie czwartą część głosów. Dzisiaj ich mandat został prawie dwukrotnie wzmocniony, jednak paradoksalnie (gdyż do parlamentu dostały się 3, a nie 2 partie) AKP może stracić część posiadanych mandatów. Raczej zabraknie niezbędnej większości do wyboru prezydenta, a to właśnie nieudana próba wyboru głowy państwa - proponowanego przez AKP Abdullaha Gula, obecnie ministra spraw zagranicznych - doprowadziła do poważnego kryzysu politycznego i przedterminowych wyborów.

Sytuacja była trudna, istniała dość realna groźba interwencji armii, której nie podobało się przejmowanie kolejnych instytucji świeckiego państwa przez partię, która wywodzi się z politycznego islamu, a jej poprzedniczkę rozwiązano pod naciskiem armii pod koniec ubiegłego wieku. Sekularystyczna elita, składająca się głównie z biurokratów oraz sił zbrojnych, stanęła okoniem wobec rządzących, a w kraju miały miejsce liczące miliony uczestników demonstracje. Wobec niemożności zebrania kworum, niezbędnego do wyboru głowy państwa (obecnemu prezydentowi, Ahmedowi Secdetowi Nezerowi, sekularyście z krwi i kości, skończyła się w kwietniu kadencja), AKP zmuszone było rozpisać nowe wybory.

Ich wynik okazał się, zgodnie z przewidywaniami, druzgocącym zwycięstwem rządzących. Premier Recep Erdogan dostał wyraźny mandat do dalszego reformowania kraju, co - trzeba przyznać - czynił do tej pory bez zarzutu. Znajdująca się na skraju bankructwa na początku XXI stulecia Turcja rozwija się dynamicznie, a wolnorynkowe reformy sprzyjają bogaceniu się społeczeństwa. Erdogan sumiennie wykonywał także zalecenia płynące z Brukseli, co zaowocowało otwarciem negocjacji akcesyjnych z Ankarą. Obecnie tkwią one jednak w martwym punkcie, zawieszono kilka rozdziałów a nad pozostałymi nie toczą się żadne poważniejsze prace. Poparcie dla UE w społeczeństwie systematycznie spada, a południowym-wschodem kraju wstrząsają coraz to nowe zamachy kurdyjskich rebeliantów z Partii Pracujących Kurdystanu. Istnieje poważna groźba intwerwencji tureckich sił zbrojnych po irackiej stronie Kurdystanu.

Choć kraj ma się lepiej, przed rządem stoi wiele istotnych problemów, które wymagają szybkiego rozwiązania. Posiadając tak silny mandat wyborczy - 47% głosów oddano na AKP - Recep Tayyip Erdogan ma duże szanse na odniesienie sukcesu. Jednak go osiągnąć, będzie musiał zmarginalizować, maksymalnie jak się da, wpływy armii - wrogo nastawionej do AKP oraz jego osobiście. Wątpliwe, aby zdecydował się na konfrontację, gdyż historia Turcji pokazuje, że w starciu z armią rząd stoi na straconej pozycji. W ciągu ostatnich 50 lat armia czterokrotnie obalała demokratycznie wybrane gabinety. Teraz sytuacja jest trochę inna, ponieważ niemal połowa głosujących poparła partię Sprawiedliwości i Rozwoju, jednak zamiast działać ostro, lepiej dwa razy pomyśleć i zawrzeć układ.

Armia oraz sekularystyczne elity obawiają się islamizacji kraju, kiedy AKP przejmie wszystkie instytucje - a zwłaszcza symboliczny urząd prezydenta, sprawowany niegdyś przez Mustafę Kemala Ataturka. Mimo ogromnego sukcesu wyborczego, nie warto obsadzać tego urzędu kimś jednoznacznie związanym z AKP. W Turcji jest wielu umiarkowanych i znanych polityków, czy - szerzej - autorytetów, osobistości. Aby zadowolić sekularystów AKP mogłoby zdecydować się na poparcie kandydatury takiej osoby, pokazując zrozumienie obaw politycznych przeciwników i zabijając im niejako klina. Jeśli bowiem wybrana osoba byłaby naprawdę umiarkowana i centrowa, a do tego znana i w miarę popularna, brak poparcia takiej kandydatury byłby kompromitacją opozycji (głównie CHP, poprzedniczki partii Ataturka) oraz armii. Brak poparcia pokazałby, że tak naprawdę nie chodzi o islamizację kraju, ale o brak akceptacji AKP w ogóle. W obliczu wyniku wyborczego z dnia dzisiejszego takie posunięcie byłoby samobójstwem. Armia nie zdecydowałaby się bowiem na zamach stanu i obalenie rządu, który cieszy się tak wielkim poparciem.

Choć na czele sztabu generalnego stoi "jastrząb"- gen. Yasar Buyukanit - generałowie nie są głupi. Wiedzą, że w obecnej sytuacji ich interwencja nie ma sensu. Mogłaby skończyć się czymś więcej niż liczonymi w milionach demonstracjami. Ostoja sekularyzmu spróbuje raczej przeczekać trudny okres, jaki teraz się rozpoczyna i odbudować swoje wpływy. Generałowie może nie będą siedzieć cicho, ale będą wypowiadać się radziej, a skupią się na zakulisowych działaniach. Aby ich jeszcze bardziej zneutralizować, premier Erdogan może zgodzić się na - podobno drobiazgowo już zaplanowaną - interwencję w irackim Kurdystanie. Kolejnym krokiem ku osłabianiu wpływów wojskowych jest wznowienie negocjacji z Unią Europejską. Niestety, niewiele tak naprawdę zależy tutaj od Ankary, a wobec jawnej niechęci prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego w stosunku do Turcji, nawet istotne gesty strony tureckiej mogą pozostać bez odpowiedzi (lub, co gorsza, Turcy mogą otrzymać odpowiedź odmowną).

Z pewnością premier Erdogan zdaje sobie sprawę z wagi problemów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć. Nie wspominałem tu jeszcze o kwestii kurdyjskiej, jednak wszyscy zainteresowani wiedzą jak trudno będzie znaleźć zadowalające wszystkich rozwiązanie. Na razie, przynajmniej przez kilka najbliższych dni, Recep Erdogan oraz jego partia powinni świętować. Jednak nie za długo, gdyż czeka ich wiele pracy. Większe poparcie społeczne i zarazem większy mandat, oznaczają równocześnie większą presję społeczeństwa na rządzących. Na gabinet niechętnie spoglądać będą także, dziś osłabieni, generałowie, którzy z pewnością wykorzystają najmniejszą nawet szansę na poprawienie swojej sytuacji. Druga kadencja partii Sprawiedliwości i Rozwoju z pewnością nie będzie sielanką.

Zdjęcie: qantara.de; informacje o wynikach - za Reuters.com

22:44, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 lipca 2007

Blowing up RussiaKiedy w poniedziałek David Miliband, brytyjski sekretarz ds. zagranicznych, ogłaszał decyzję swojego rządu o wydaleniu z kraju czterech rosyjskich dyplomatów - a właściwie oficerów służb specjalnych pod przykrywką dyplomatyczną - oraz o utrudnieniach wizowych dla rosyjskich urzędników i biznesmenów, musiał spodziewać się adekwatnej odpowiedzi ze strony Federacji Rosyjskiej. Rosjanie odpowiedzieli wczoraj, uznając czterech brytyjskich dyplomatów za persona non gratae, zapowiadając utrudnienia wizowe dla urzędników oraz grożąc wstrzymaniem wymiany informacji wywiadowczych dotyczących terroryzmu. Nic, czego nie można było się spodziewać. Oczywiście pojawia się jeszcze kwestia dwóch rosyjskich bombowców Tu-95 (w kodzie NATO - Bear), które zbliżyły się do przestrzeni powietrznej Wielkiej Brytanii i zawróciły tuż przed wlotem do niej - Brytyjczycy wznieśli w powietrze dwa myśliwce Tornado, a Norwegia dwa F-16. Należy to uznać za wybryk zblazowanych generałów (ukazujący mentalność rosyjskiego przywództwa), czy ogólniej - lobby siłowików - które z nostalgią wspomina sowieckie czasy.

Rosja liczy się tylko się z silnymi partnerami/przeciwnikami (proszę wybrać właściwe określenie), dlatego podjęła brytyjską grę i powiedziała - "sprawdzam", aby przekonać się, czy Londyn nie blefuje (vide kwestia informacji wywiadowczych nt. terroryzmu). Z drugiej strony, Władimir Putin powiedział wczoraj, że wkrótce stosunki brytyjsko-rosyjskie poprawią się. Przewidział więc, moim zdaniem słusznie, dalszy bieg wypadków. A będzie on abslotunie niezaskakujący: sprawa rozmyje się w ciągu kilku tygodni (tak jak stało się to po śmierci Litwinienki). Z pewnością będzie powracać, a retoryka Rosjan i Brytyjczyków może być ostra, jednak rzeczywistość jest taka, że z Rosją trzeba robić interesy i zabiegać o jej poparcie w wielu kluczowych sprawach.

Dobrze podsumowuje to The Economist, pisząc o Rosji jako o "dysfunkcjonalnym, gansterskim - ale ponownie światowym graczu". Brytyjski tygodnik wskazuje, że Rosję trzeba potępiać za autorytaryzm oraz metody rodem z sowieckich czasów, ale jednocześnie nie można bez niej załatwić wielu kluczowych spraw. Matiuszka Rassija to w końcu nie tylko potęga nuklearna i energetyczna, ale także jeden z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Bez rosyjskiego wsparcia nie ma mowy o rozwiązaniu problemów Korei Płn., Iranu czy Kosowa. I choć obecnie wydaje się, że Moskwa - przynajmniej w kwestii Iranu i Kosowa - prowadzi obstrukcję i gra przeciwko Zachodowi, nie będzie możliwe satysfakcjonujące wszystkich rozwiązanie, jeśli Kreml nie przyłoży do niego ręki.

Sprawa Ługowoja może mieć jednak istotne znaczenie. Pokazała, jakim krajem jest Rosja i jakimi metodami posługuje się, aby realizować własne interesy. Pokazała, że rządzące Rosją służby specjalne są gotowe na wszystko, aby bronić swych interesów. Będąc w trakcie lektury książki zmarłego w listopadzie zeszłego roku Aleksandra Litwinienki - "Blowing up Russia" muszę stwierdzić, że obraz Rosji nakreślony przez Litwinienkę i Jurija Felsztyńskiego jest przygnębiający i szokujący zarazem. Wiele wskazuje na to, że na Kremlu władzę sprawuje bezwzględna i cyniczna grupa przestępcza, która celem utwierdzenia swych wpływów prowadziła działania przeciwko własnemu narodowi. Oczywiście zaraz pojawią się głosy, że "Blowing up Russia" to książka wybitnie jednostronna i oparta na domysłach. Jeśli jednak spojrzy się na dzisiejszą Rosję i kastę rządzących nią osób trudno oprzeć się wrażeniu, że Litwinienko miał wiele racji. Pewnie dlatego zginął.

Więcej: Komentarz redakcyjny w Financial Times  

Zdjęcie: host.puntoinformatico.it

10:18, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook