wtorek, 29 lipca 2008

grafikaRepublikańska machina wyborcza znana jest ze swojej brutalności. Najpierw bada dokładnie swojego przeciwnika i wynajduje wszystkie jego słabości. Następnie analizuje dane i przygotowuje plan ataku. Potem jest już tylko, modne ostatnio słowo, masakra. Jak to ujął w 2004 roku Karl Rove: "Kiedy skończymy, ludzie nie będą wiedzieć, po której stronie walczył w Wietnamie" - odnosząc się do Johna Kerry'ego i jego problemu z pewną organizacją weteranów wojennych. 

Muhammad Cohen, na łamach Asia Times, proponuje nam przeprowadzenie interesującego doświadczenia: spójrzmy na Johna McCaina jak na kandydata Demokratów. Nie jest to takie trudne, gdyż jak na Republikanina, senator z Arizony jest wyjątkowo mało prawicowy, religijny i niechętny zmianom. Reforma finansowania wyborczego, której współautorami są McCain i Demokrata Russ Feingold, popieranie reformy imigracyjnej (wspólnie z senatorem Kennedym) czy uznanie konieczności walki z globalnym ociepleniem - dość oryginalne działania i poglądy jak na republikańskiego kandydata na prezydenta. Wyborcy GOP wybrali najmniej konserwatywnego i najbardziej koncyliacyjnego kandydata. Chyba jedynego, który może liczyć na pokonanie demokratycznego rywala.

Wyobraźmy sobie, że McCain jest demokratycznym kandydatem, którego na celownik weźmie republikańska machina wyborcza. Na pierwszy ogień należy wziąć najmocniejszą stronę kandydata, jego bohaterską przeszłość wojenną. McCain obnosi się ze swoim patriotyzmem i doświadczeniami z czasów wietnamskiej niewoli. Wszystko to można jednak skruszyć. Jak by to wyglądało? Cohen pisze językiem wprost wyjętym z republikańskiej agitki:

"When he faced the biggest challenge of his life, John McCain failed himself and his country," the commercial would say. "A navy flier, John McCain made one mistake: getting shot down. He made a bigger mistake when he gave his captors more than his name, rank and serial number. McCain cracked. He confessed to war crimes, slandering US fighting forces and our nation in a propaganda film made to order for the North Vietnamese communists." 

Tłumacząc na polski: "Kiedy zmierzył się z największym wyzwaniem swojego życia, John McCain zawiódł siebie i swój kraj. Pilot marynarki John McCain popełnił jeden błąd: dał się zestrzelić. Potem popełnił jeszcze większą pomyłkę, podając więziącym go komunistom inne informacje poza imieniem, stopniem wojskowym i numerem z tzw. nieśmiertelnika. McCain dał się złamać. Przyznał się do zbrodni wojennych, pomawiając walczących żołnierzy amerykański oraznasz naród w propagandowym firmie nakręconym z rozkazu północnowietnamskich komunistów". Mocne, prawda? Tym bardziej, że wielu nie dało się złamać.

Republikanie użyliby także przeciwko McCainowi wypominanego mu teraz przez Demokratów "Bomb Iran", które kandydat GOP podśpiewywał na jednym ze spotkań wyborczych. Spot przedstawiałby McCaina jako kandydata niezrównoważonego psychicznie, który uległ "brutalizacji" w trakcie niewoli. Uznawany powszechnie za wiarygodnego i czystego polityka John McCain musiałby zmierzyć się także z przypominaniem afery tzw. Keating Five, która naraziła podatników na miliardowe straty. Dopiero po "skarceniu" McCaina przez komisję etyki Senatu obecny kandydat na prezydenta stał się adwokatem zmian w prawie wyborczym oraz przeciwnikiem lobbystów. 

McCain miałby ręce pełne roboty przy otrzepywaniu się z błota wyrzucanego z ogromną siłą i w zastraszających ilościach przez republikańską machinę wyborczą, składającą się z setek różnych organizacji i ruchów. Senator z Arizony już w 2000 roku padł ofiarą niewybrednych plotek i oskarżeń o posiadaniu nieślubnego, czarnego dziecka itp. McCaina czekałaby ciężka przeprawa z atakami Republikanów.

Oczywiście należy pamiętać, że druga strona wcale nie jest lepsza i szlachetniejsza. Jak mawiał zacytowany przez Cohena Don Vito Corleone: "It's not personal, it's business." (To nic osobistego, to tylko interesy). 

Piotr Wołejko

grafika: taylormarsh.com

poniedziałek, 28 lipca 2008

grafikaIndie, Irak, Nigeria, Turcja. Ostatnie kilkadziesiąt godzin przyniosło nam serię ataków terrorystycznych na kilku kontynentach. Trzy z nich skierowane były przeciwko cywilom, natomiast w Nigerii ponownie uderzono w ropociągi. Od tego ataku także zaczniemy.

Separatyści z prowincji Delta, gdzie wydobywa się większość ropy w Nigerii są coraz skuteczniejsi w niszczeniu infrastruktury transportowej i wydobywczej. Miesiąc temu skutecznie zaatakowali infrastukturę należącą do Shella oraz ropociąg należący do Chevronu. Jak pisałem 21 czerwca br., "w ciągu dwóch dni możliwości eksportowe Nigerii zmniejszyły się o ponad 300 tysięcy baryłek dziennie". Teraz spadną o kolejne 130 tysięcy baryłek, gdyż wysadzenie ropociągu uniemożliwi dostarczenie surowca do terminala w Bonny. Ósmy eksporter ropy na świecie jest zakładnikiem garstki ludzi. Dlaczego? Z powodu korupcji i nieudolności władz mieszkańcy zasobnych w ropę terenów nie otrzymują wystarczającej ilości pieniędzy z jej sprzedaży. Czują się okradani. Chwycili więc za broń i od kilku lat coraz skuteczniej uderzają w zachodnie koncerny (porywając także pracowników lub ich rodziny) oraz rząd centralny i władze prowincji.

W Iraku zdawało się przez chwilę, że zamachy zostały opanowane. Sytuacja rzeczywiście ustabilizowała się. Zamachy jednak nie zniknęły.Trzy kobiety wysadziły się w powietrze w Bagdadzie, a jeden mężczyzna w Kirkuku. Zginęło co najmniej 50 osób, rannych jest prawie 250 - jak donosi Reuters. Zwłaszcza ten drugi zamach powinien zwrócić naszą uwagę. Pod koniec br. lub na początku przyszłego ma się odbyć referendum, które rozstrzygnie o przyszłości miasta Kirkuk i jego okolicy. Kurdowie twierdzą, że Kirkuk historycznie należy do irackiego Kurdystanu, a arabska ludność (sunnici) osiedlali się w nim z nakazu Saddama Husajna, który chciał "zarabizować region".

Nikt nie spierałby się o Kirkuk, gdyby nie pokaźne złoża ropa naftowej, które mogą zapewnić zamożność regionowi na dekady. Nic więc dziwnego, że ani Arabowie (sunnici) ani Kurdowie nie chcą zrezygnować z posiadania Kirkuku. Jakakolwiek będzie decyzja wyborców, przegranym trudno będzie pogodzić się ze stratą ropy. Zwłaszcza sunnitom, hołubionej przez Husajna mniejszości wyznaniowej, którzy w nowym Iraku nie mogą się odnaleźć i są marginalizowani przez uciskaną dotychczas większość szyicką (na której terenach znajdują się pozostałe zasoby ropy naftowej).

Zaniepokojenie budzą także coraz częstsze próby poróżnienia hinduskiej większości z muzułmańską mniejszością w Indiach. Największa demokracja świata do tej pory uznawana była za kraj w miarę tolerancyjny, gdzie muzułmanie "rozpłynęli się" wśród wyznawców innych religii. Oczywiście incydenty skrajnych grup, zwłaszcza hinduistów, zdarzały się i często były krwawe, ale skala takich wystąpień była niewielka. Od kilkunastu miesięcy nabierają na sile ataki terrorystyczne skierowane przeciwko wyznawcom konkretnej religii.

W weekend w Bangalore i Ahmedabadzie (największe miasto prowincji Gujarat) wybuchły bomby, z czego w Ahmedabadzie wybuchów było aż 16. Nieznana dotąd grupa "Indyjscy Mudżahedini" przyznała się do zamachu i stwierdziła, że jest on odwetem za śmierć blisko 2,500 osób, głównie muzułmanów, w 2002 roku, podczas masakr dokonywanych przez hinduistów w stanie Gujarat. Dziś premier Singh oraz szefowa największej partii koalicyjnej Sonia Gandhi odwiedzili szpital w Ahmedabadzie. W perspektywie zbliżających się wyborów zamachy skierowane przeciwko muzułmanom (i spodziewane odwety hinduistów) nie wróżą niczego dobrego. 

Na sam koniec Turcja i wczorajsze wybuchy w handlowej dzielnicy Stambułu. Niektóre media na początku nie wiedziały, czy był to zamach terrorystyczny czy też wybuch gazu. Szybko jednak wyjaśniło się, iż winni są terroryści. Kto konkretnie? Obwinianie kurdyjskich separatystów z Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) to już tradycja. Byłbym ostrożny w tak szybkim wydawaniu wyroków. Napięta sytuacja wewnętrzna w Turcji i rozpoczęcie rozpoznawania przez Trybunał Konstytucyjny wniosku o rozwiązanie partii rządzącej każą zachować daleko posuniętą ostrożność. Trudno obwiniać rząd czy armię o zamachy, ale obu stronom jest on wyraźnie na rękę. 

Premier Erdogan niemal natychmiast wezwał do zjednoczenia narodu oraz przeciwstawienia się terrorowi. Szef sztabu generalnego gen. Yasar Buyukanit stwierdził, że ten zamach po raz kolejny potwierdza obrzydliwość i desperację terrorystów, którzy uderzyli we wszystkich - w tym kobiety i dzieci. 

Zamachy stały się naszą codziennością, często nie poruszają już nas, gdyż w mediach wszędzie ich pełno. Niektóre mają jednak daleko większe konsekwencje od pozostałych. 

Piotr Wołejko

grafika: img.dailymail.co.uk

piątek, 25 lipca 2008

grafikaRząd jedności narodowej to rozwiązanie, które niezbyt często przynosi porządane efekty. Jest to bowiem zwykle instrument służący utrzymaniu się przy władzy przez słabący reżim. Władza jest gotowa podzielić się stołkami z opozycją, byle nie wylądować na bruku. Lepiej przecież oddać część zabawek, niż wszystkie. Trudno jednak mówić o wielkich szansach na powodzenie takiego rządu, w którym zasiadają przeciwnicy. Jasne jest także, iż rządzący nie mają zamiaru oddać kluczowych działów, jak sprawy wewnętrzne czy wojsko. Opozycji przypadną więc niewiele znaczące ministerstwa oraz te, które są politycznie najtrudniejsze.

Rozważania o rządzie jedności narodowej naszły mnie oczywiście w związku z sytuacją w Zimbabwe. W ostatnim czasie pojawiały się bowiem informacje, jakoby opozycyjny Movement for Democratic Change Morgana Tsvangirai miał porozumieć się z ZANU-PF prezydenta Mugabe. Mocno naciska na to Thabo Mbeki, prezydent sąsiadującej z Zimbabwe Republiki Południowej Afryki. Mbeki do tej pory nie popisał się niczym szczególnym, choć mediuje między opozycją a Mugabe od wielu miesięcy. Skutki mediacji są takie, że Mugabe zapewnił sobie kolejną kadencję w procesie, który trudno nazwać wyborami. Teraz także efekty starań i wysiłków Mbekiego nie będą nadzwyczajne.

Opozycja i Mugabe zgodziły się rozmawiać, ale kwestia gabinetu jedności narodowej może uniemożliwić porozumienie. Mugabe domaga się bowiem głównej roli dla siebie (chce stać na czele RJN), a opozycja ma uznać wyniki „wyborów” z 27 czerwca br., w których Mugabe uczestniczył samodzielnie – atmosfera terroru zmusiła Morgana Tsvangirai z MDC do wycofania się z drugiej tury głosowania. Trudno sądzić, aby Tsvangirai w jakikolwiek sposób zechciał uwiarygadniać krwawego tyrana, który nie może rozstać się z władzą.

W ogóle trudno mówić o rządzie jedności narodowej i próbie naprawy sytuacji, dopóki u władzy pozostaje Mugabe i jego siepacze, odpowiedzialni za lata katastrofalnych dla kraju i obywateli rządów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi chyba, że Mugabe wraz z kolegami poczuwa się do jakiejkolwiek odpowiedzialności czy skruchy. Nikt nie sądzi też, że oddanie części władzy jest cudownym środkiem na poważne kłopoty państwa i gospodarki. Opozycja nie ma zamiaru firmować dalszego pogorszenia sytuacji. A żadne niezbędne zmiany nie nastąpią, dopóki Mugabe ma cokolwiek do powiedzenia.

Nauczką dla wszystkich powinna być sytuacja w Kenii, w której rząd jedności narodowej powstał i zapobiegł krawym walkom międzyplemiennym. Tam także sfałszowano wybory prezydenckie, które wygrał urzędujący wówczas Mwai Kibaki. Pokonany Raila Odinga, po mediacji Kofiego Annana, zgodził się zostać premierem (specjalnie zmieniono konstytucję) i sformować gabinet. Jest to jednak rząd bardzo liczny (trzeba rozdać stołki kolesiom z dwóch ekip) i choć sytuacja się ustabilizowała, rząd nie podejmuje przełomowych decyzji. Mała stabilizacja, którą można określić jako grzęźnięcie w mule. [Poprzednie wpisy o Kenii: Kenia - marzenia o demokracji, Jest porozumienie w Kenii].

O ile jednak w Kenii panuje jako-taka demokracja, Zimbabwe jest autokracją rządzoną twardą ręką przez jednego człowieka i garstkę lojalnych mu towarzyszy. Prezydent Mbeki zamiast wymuszać porozumienie między opozycją a skrajnie niepopularnym Mugabe, powinien zająć się wywieraniem presji na Mugabe, aby odszedł i oddał pole. Dość już niszczenia państwa, kolesiostwa i lekceważenia dla życia zwykłych obywateli. Mbeki zapisze się na kartach historii jako promotor rządów krwawego dyktatora.  Oby Tsvangirai nie dał się zmusić Mbekiemu, prącemu do porozumienia. Nic dobrego z układu z ludźmi Mugabe dla Zimbabwe nie wyniknie.

Piotr Wołejko

Ostatnie wpisy o Zimbabwe:

grafika: hararetribune.com

16:30, p.wolejko , Afryka
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 lipca 2008

Do dziś sytuacja jest patowa. Ze Strefy Gazy trwa ostrzał rakietowy izraelskich miast, z którym Hamas teoretycznie nie może sobie poradzić. W odwecie, co jakiś czas, Izrael przeprowadza naloty, w których oprócz terrorystów giną palestyńscy cywile. Kilka tygodni temu zawarto nawet rozejm, zakładający odstąpienie od blokady w zamian za wstrzymanie ostrzału, ale nie ostał się on chyba zbyt długo, gdyż już następnego dnia rakiety uderzyły w izraelskie osady. Nadal pat i brak widoków na jakikolwiek postęp.

Co musi nastąpić, aby powstało wreszcie niepodległe państwo palestyńskie? Wszyscy, po obu stronach, dobrze wiedzą, co. Po pierwsze, Izrael wycofa się do granic z 1967 roku, z drobnymi korektami („wymuszonymi” przez izraelskie osadnictwo na Zachodnim Brzegu). Po drugie, Jerozolima zostanie podzielona albo przyznany zostanie jej specjalny status, gdyż zarówno Izrael, jak i Palestyńczycy nie wyobrażają sobie, aby jakiekolwiek inne miasto było stolicą ich państwa. Po trzecie wreszcie, nie ma mowy o powrocie palestyńskich uchodźców ani tym bardziej ich potomków do Izraela. W tej materii możliwe są co najwyżej odszkodowania, a i to raczej symboliczne.

Przywódcy izraelscy i palestyńscy, liderzy Ligi Arabskiej, Amerykanie, Europejczycy – wszyscy zdają sobie sprawę, że tak właśnie należy rozwiązać najbardziej sporne sprawy. Palestyńczykom i Izraelczykom brak jednak odwagi, aby powiedzieć swoim obywatelom, że tak właśnie musi być, że nie da się inaczej. Ile jeszcze osób musi zginąć, aby porozumienie, które jest na wyciągnięcie ręki, zostało zawarte?

Bardzo żałuję, że poważne kłopoty zdrowotne uniemożliwiły premierowi Arielowi Szaronowi dokończenie dzieła, czyli niejako wymuszenie pokoju. Szaron, bohater wojenny, znany z twardej ręki i zdecydowanych poglądów wobec Palestyńczyków był najlepszą osobą do zakończenia procesu pokojowego. Mimo masowych protestów osadników, doprowadził do usunięcia izraelskich osad z Gazy. Niestety, Szaron od kilkunastu miesięcy znajduje się w stanie śpiączki i nie ma dla niego powrotu nie tylko do władzy, ale nawet do normalnego życia.

Rządzący w Gazie Hamas nie może być obwiniany jako wyłączna przyczyna braku postępu w negocjacjach pokojowych. Brak woli po obu stronach. Brak wsparcia obywateli. Panuje ogromne rozczarowanie, do głosu dochodzą radykalne głosy i radykalni politycy. Jednak nie da się ukryć, że dopóki Hamas nie stanie się bardziej elastyczny i nie zmieni choć częściowo swego stanowiska, marzenie o niepodległej Palestynie się nie ziści. Przy wsparciu Ameryki Izrael będzie trwał, a los kolejnych pokoleń Palestyńczyków się nie poprawi.

Brak odważnych, charyzmatycznych polityków, którzy potrafiliby przekonać obywateli do swoich racji – i to po obu stronach – a także brak zaangażowania ze strony Ameryki (obecna administracja stoi po stronie Izraela i zmarnowała osiem lat) sprawia, że brakuje wszystkich elementów układanki niezbędnych do rozwiązania problemu. Już nawet Liga Arabska zaproponowała Izraelowi powrót do formuły „ziemia za pokój” oraz uznanie dyplomatyczne Izraela przez kraje arabskie.

W dającej się przewidzieć przyszłości nie widzę szans na przełom. Wśród Palestyńczyków chaos, w Izraelu słaby premier, borykający się z oskarżeniami o korupcję (a w perspektywie przejęcie władzy przez prawicowy Likud, który nie jest skłonny do ustępstw), a także nowa administracja w Stanach Zjednoczonych. Żaden z dwóch kandydatów nie pozwala mieć nadziei na zmianę stanowiska Ameryki – obaj zdają się zdecydowanie trzymać stronę Izraela (pozostaje mieć nadzieję, że to tylko gra mająca na celu zdobycie poparcia żydowskich wyborców w Stanach).

Na koniec zaś banał – bez rozwiązania problemu palestyńsko-izraelskiego nie ma mowy o ustabilizowaniu Bliskiego Wschodu. Załatwienie tej sprawy pozwala liczyć na rozwiązanie innych problemów – Wzgórz Golan, Libanu, Iraku itd. Diabeł tkwi nawet nie w szczegółach a w tym, że kilku graczy dzierży klucze do rozwiązania problemu. Drzwi pozostaną zamknięte, dopóki wszyscy klucznicy nie stawią się jednocześnie i nie otworzą odpowiadającego kluczowi zamka. Nic nie wskazuje na to, aby udało się nakłonić wszystkich kluczników do użycia swojego klucza.

Piotr Wołejko

Więcej: Prawo międzynarodowe a konflikt izraelsko-palestyński (Wikipedia), Hamas (Council on Foreign Relations)

Poprzednie wpisy o Bliskim Wschodzie:

grafikaHezbollah przejmuje Liban, o czym pisałem niedawno, a Hamas już przejął Strefę Gazy. Tym samym kontynuujemy rozważania o państwach upadłych, terytoriach idealnych dla wszelkiej maści radykałów oraz ugrupowaniach, które przejmują, zawłaszczają terytorium i wykorzystują je dla własnych potrzeb. Na końcu wspomnianego artykułu pada pytanie: „jak określić Strefę Gazy, rządzoną i administrowaną przez inne ugrupowanie terrorystyczne – Hamas?”.

O ile Liban jest państwem, sytuacja Palestinian Authority (jak powinno się mówić poprawnie, a nie Autonomia Palestyńska) jest o wiele bardziej zagmatwana. PA nie jest państwem, a coś takiego jak państwo palestyńskie nie istnieje. Trudno uzasadnić także tezę, iż PA jest rządem. Nazywanie więc Ismaila Hanije premierem, a Mahmuda Abbasa prezydentem jest więc kurtuazją światowych przywódców.

Palestinian Authority, czy – po polsku – Palestyńskie Władze Narodowe to organizm powołany do życia na podstawie porozumień pokojowych z Oslo z 1994 roku. PA to twór prawny stworzony do administrowania terytoriami palestyńskimi, nie posiadający uznania międzynarodowego, które posiada natomiast Organizacja Wyzwolenia Palestyny. Używanie formy Autonomia Palestyńska w poważny sposób zaciemnia obraz i jest nielogiczne.

Do śmierci to Jaser Arafat pociągał za wszystkie sznurki i był niepodważalnym przywódcą ruchu dążącego do stworzenia niepodległej Palestyny. Po jego śmierci w 2004 roku prezydentem został wybrany Mahmud Abbas, były premier i współpracownik Arafata. Brak postępu w negocjacjah pokojowych z Izraelem, kolejne zamachy palestyńskich terrorystów i akcje odwetowe armii izraelskiej, wszechobecna korupcja i sobiepaństwo polityków Fatahu (i osób z ugrupowaniem powiązanych) sprawiło, że w wyborach parlamentarnych w 2006 roku Fatah utracił władzę na rzecz Hamasu. Radykalna organizacja zdobyła 76 spośród 132 mandatów i samodzielnie mogła stworzyć rząd.

Czym jest Fatah? Założoną przez Jasera Arafata pod koniec lat 50. organizacją polityczno-wojskową, która stała się największą frakcją Organizacji Wyzwolenia Palestyny. OWP powstało w 1964 roku, skupiając różne organizacje i ugrupowania, których celem była walka o niepodległe państwo palestyńskie. Liga Arabska uznała OWP za jedynego reprezentanta „sprawy palestyńskiej”. Wracając do Fatahu, jego dominująca rola w Palestyńskich Władzach Narodowych była oczywista, skoro ugrupowanie założył sam Arafat. „Rządy” Fatahu nie przyniosły wiele dobrego Palestyńczykom. Nieustanne frakcyjne walki i wojenki podjazdowe, brak pomysłu oraz politycznej woli i odwagi, a także osoba samego Arafata stały na przeszkodzie osiągnięciu postępu w kwestii najważniejszej – utworzeniu niepodległej Palestyny.

Kolejne intifady, czyli zbrojne powstania przeciwko Izraelowi, nie przyniosły żadnych efektów poza śmiercią oraz zniszczeniem. Po śmierci Arafata pokładano duże nadzieje w Mahmudzie Abbasie (lub, jak go zwą, Abu Mazenie). Nowy przywódca jest jednak człowiekiem chwiejnym i niezdecydowanym, pozbawionym charyzmy. Brak mu autorytetu i posłuchu nie tylko wśród obywateli, ale nawet własnych podwładnych. Władza Abbasa i Fatahu i rozsypała się jak domek z kart w 2006 roku, kiedy Hamas odniósł wspaniałe zwycięstwo w wyborach do legislatywy Palestyńskich Władz Narodowych. Zdruzgotany Fatah nie wiedział jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Klęska wyborcza Fatahu a zarazem ogromny sukces Hamasu poddały w wątpliwość możliwość porozumienia z Izraelem. Radykalny Hamas, założony w 1987 r. przez szejka Ahmeda Jassina oraz Mohameda Tahę, członków Bractwa Muzułmańskiego, miał jasne przesłanie – Izrael należy zniszczyć, Żydów wypędzić, a na terytorium Palestyny stworzyć republikę islamską. Hamas to organizacja bardzo podobna do Hezbollahu. Hamas, czy też w tłumaczeniu z arabskiego – Ruch Oporu Muzułmańskiego (Islamskiego) to nie tylko organizacja terrorystyczna. Oprócz skrzydła militarnego istnieje skrzydło polityczne oraz socjalne (społeczne), zajmujące się świadczeniem usług i zapewnianiem opieki obywatelom. Hamas prowadzi i organizuje więc szkoły, biblioteki, szpitale, a także rozwinął programy opieki społecznej. Główna różnica między Hamasem a Hezbollahem to afiliacja religijna – Hezbollah jest szyicki, a Hamas sunnicki.

Dualizm władzy wykonawczej – prezydent Abbas z Fatahu i premier Hanije z Hamasu – nie wróżył niczego innego poza chaosem. Stanowisko Hamasu – żadnych negocjacji z Izraelem, brak uznania Izraela jako państwa i walka z Żydami było nie do pogodzenia z ugodową postawą Fatahu – zgoda na istnienie dwóch państw, popieranie negocjacji pokojowych. Swoją cegiełkę do wzrostu napięcia pomiędzy największymi palestyńskimi ugrupowaniami dołożył Izrael, który wywierał nieustanny nacisk na władze palestyńskie, aby potwierdziły wolę kontynuowania procesu pokojowego.

Dla wszystkich było oczywiste, że wcześniej czy później dualizm władzy wykonawczej dopowadzi do starć. Przy wsparciu Stanów Zjednoczonych Fatah zamierzał pozbawić władzy Hamas, przejmując kontrolę nad Strefą Gazy – gdzie znajduje się baza polityczna i matecznik Hamasu. Radykałowie są o wiele słabsi na Zachodnim Brzegu Jordanu, który kontroluje Fatah. Siepacze i bojówki lojalne wobec Mohameda Dahlana (z Fatahu) zamierzały siłą odbić Gazę. Hamas uprzedził jednak atak ludzi Dahlana i w błyskawicznym tempie przejął kontrolę nad Strefą Gazy. Flagę PA nad pałacem prezydenckim w Ramallah zastąpiła zielona flaga Hamasu.

Od czerwca 2007 roku administrowane przez władze palestyńskie terytorium zostało podzielone na dwie części (choć geograficznie i tak jest podzielone). Na Zachodnim Brzegu rządził prezydent Abbas, w Strefie Gazy premier Hanije. W odpowiedzi na przejęcie władzy nad Gazą przez terrorystów Izrael wprowadził praktycznie całkowitą blokadę tego terytorium, wstrzymując eksport i import towarów oraz ograniczając dostawy wody, prądu i elektryczności. Zadowoleni, w większości, mieszkańcy Gazy – z powodu zaprowadzenia porządku i poskromienia lokalnych watażków przez siły Hamasu – zostali odcięci od świata. Izrael warunkował zdjęcie blokady od uznania swego istnienia, wykreślenia z karty Hamasu zapisu o dążeniu do zniszczenia Izraela oraz porzuceniem przez ugrupowanie przemocy. Hamas nie zamierzał spełnić żadnego z tych warunków.

Piotr Wołejko

Więcej: Prawo międzynarodowe a konflikt izraelsko-palestyński (Wikipedia), Hamas (Council on Foreign Relations)

Poprzednie wpisy o Bliskim Wschodzie:

grafika: jewishvirtuallibrary.org

CDN.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook