piątek, 31 lipca 2009

Droga do zaopatrzenia w gaz planowanego gazociągu Nabucco stoi przed Rosją otworem. Tak stwierdził Richard Morningstar, specjalny wysłannik sekretarz stanu USA ds. eurazjatyckiej energii. Nietrudno się domyślić, jak na podobne sugestie reagują na Kremlu oraz w kancelarii premiera Putina.

grafikaDługo uznawany za martwy zanim się narodził projekt Nabucco odżył 13 lipca br., gdy odpowiednie umowy międzyrządowe pomiędzy Austrią, Bułgarią, Rumunią, Węgrami a Turcją zostały podpisane w Ankarze. Ceremonię składania podpisów obserwowali m.in. szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, komisarz ds. energii Andris Piebalgs, senator Dick Lugar z USA oraz wspomniany wcześniej Morningstar. Budowa gazociągu pochłonie ok. 11 miliardów dolarów (wstępne szacunki), jego długość wyniesie 3,300 kilometrów. Dzięki Nabucco do 31 miliardów metrów sześciennych gazu z regionu Morza Kaspijskiego będzie mogło trafić do odbiorców europejskich oraz do Turcji.

Niewielka ulga, ale wielkie znaczenie dla Europy. Nabucco może zaspokoić między 5 a 10 procent zapotrzebowania Unii Europejskiej na błękitne paliwo. Po siedmiu latach zamieszania, długich i trudnych negocjacjach, wreszcie podpisano umowy umożliwiające realizację projektu zawdzięczającego swą nazwę operze Verdiego. Jak napisał na swoim blogu komisarz Piebalgs, projekt przyjęto w europejski sposób, "długie i szczegółowe negocjacje". Z uwagą traktowano wszystkich partnerów oraz przedstawiane przez nich obawy i wątpliwości. "Po to jest Europa", pisze Piebalgs, "aby rozwiązywać różnice zdań, załatwiać problemy, znajdować rozwiązania".

Mimo dużego kroku w dobrą stronę, urzeczywistnienie idei Nabucco jest nadal kwestią (niepewnej) przyszłości. Należy oczekiwać na reakcję Rosji, dla której wszelkie projekty podważające rosyjski monopol na surowce energetyczne w krajach byłego ZSRR stanowią istotne zagrożenie ekonomiczno-polityczno-psychologiczne. Ekonomiczne, gdyż pojawia się szansa na zwiększenie podaży surowca na najbardziej lukratywnym dla Gazpromu rynku europejskim; polityczne, gdyż zmniejsza się skuteczność tzw. "kurka gazowego" jako narzędzia nacisku na państwa trzecie; psychologiczne, ponieważ po raz kolejny pokazuje Moskwie, że Zachód nie zamierza respektować żadnych stref wpływów bądź uprzywilejowanych interesów, gdy chodzi o jego strategiczne interesy.

Wielokrotnie uśmiercano już Nabucco, po raz ostatni zaledwie dwa tygodnie przed podpisaniem stosownych umów w tureckiej stolicy. Popłoch wśród części komentatorów wywołała umowa azersko-rosyjska, w myśl której Baku wznowi z początkiem 2010 roku dostawy gazu do Rosji, na początek - pół miliarda metrów sześciennych. Nerwy były przedwczesne. Symboliczna ilość gazu, wznowienie wstrzymanych wcześniej dostaw oraz wielka otwartość Azerbejdżanu na Nabucco nakazują nie brać na poważnie przewrażliwionych ekspertów i publicystów.

W Ankarze obecni byli również przedstawiciele państw, które teoretycznie mogą zapewnić odpowiednie ilości gazu. Oprócz bardziej egzotycznych opcji, jak Irak czy Egipt, pod uwagę bierze się Kazachstan i Turkmenistan. W szczególności ten ostatni kraj może wydatnie pomóc w urzeczywistnieniu Nabucco. Niektórzy zwracali uwagę, że niedawna umowa turkmeńsko-irańska, przewidująca zwiększenie eksportu gazu do Iranu z 8 do 14 miliardów metrów sześciennych, wskazuje na możliwość tranzytu paliwa przez republikę islamską. Oznacza to jednak bardziej rosnące potrzeby mieszkających na północy kraju Irańczyków. Iran, według Morningstara, nie jest brany pod uwagę jako partner w projekcie Nabucco - ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Odmiennego zdania jest co prawda Turcja, ale o tym później.

Aby Nabucco mogło powstać, należy rozwiązać w jakiś sposób kwestię dostaw gazu z pól kazachskich i turkmeńskich. Można go co prawda skraplać, przesyłać tankowcami, regazyfikować i przesyłać rurociągiem aż do Baumgarten w Austrii. Jest to rozwiązanie dość kosztowne. Może jednak okazać się jedyne, gdyż węzeł gordyjski Morza Kaspijskiego mocno utrudnia zastosowanie najprostszego rozwiązania - położenie gazociągu po dnie zbiornika. Dlaczego tak jest? Ponieważ status prawny Morza Kaspijskiego jest nieuregulowany.

grafika2Nie wiadomo, czy jest to morze, czy jezioro. Kraje przybrzeżne od upadku ZSRR spierają się o stan prawny, a w rzeczywistości o pieniądze. Otóż od kwalifikacji prawnej Morza Kaspijskiego zależy komu i w jakiej proporcji przypadają bogactwa naturalne znajdujące się pod dnem zbiornika. Opcja "jezioro" oznacza kondominium państw przybrzeżnych, czyli wspólną pieczę nad wartymi grube miliardy zasobami ropy i gazu. Opcja "morze" tymczasem oznacza dokonanie skomplikowanego podziału dna morskiego pomiędzy wszystkie zainteresowane państwa według zasad prawa międzynarodowego oraz międzynarodowej Konwencji Prawa Morza. W efekcie najbardziej "poszkodowany" będzie Iran, któremu przysługiwać będzie ok. 12-13 procent dna Morza Kaspijskiego.

Negocjacje dotyczące uregulowania statusu prawnego Morza Kaspijskiego trwają już blisko dwie dekady i nic nie wskazuje na ich rychłe zakończenie. Na pierwszy plan wysuwają się także inne problemy, takie jak spory pomiędzy Turkmenistanem a Azerbejdżanem o konkretne złoża znajdujące się pod dnem morza. Czy mogą one zagrozić powstaniu Nabucco? Sytuacji nie ułatwiają także Rosjanie (w mniejszym stopniu również Irańczycy), którzy oprócz blokowania rozwiązania sporu wokół Morza Kaspijskiego zapewniają, że na budowę żadnych rurociągów na dnie morza się nie zgodzą z powodów... ekologicznych. Serce się kraje słysząc taką argumentację, zważywszy na ogromne niezadowolenie Moskwy z powodu blokowania Nord Stream z powodów ekologicznych właśnie. Te same powody stały także za wyrugowaniem zachodnich firm z projektu Sachalin-II, aby zrobić miejsce dla Gazpromu, jako większościowego udziałowca. Również pod pretekstem m.in. ekologii Rosjanie chcieli wyrzucać BP z pola gazowego w Kowykcie, gdy Kreml miał na pieńku z brytyjskim gigantem energetycznym.

Czas jednak wrócić to głównej myśli wpisu, a to wymaga spojrzenia na szczególną rolę odgrywaną przez Turcję. Ankara wynegocjowała prawo do pobierania 15 procent gazu transportowanego przez Nabucco, a także inne korzyści. Umowa dotycząca projektu wspieranego przez Unię Europejską została podpisana świeżo po wizycie tureckiej delegacji ministerialnej w Moskwie. Rosjanie zapraszali Turcję do udziału w rosyjskich projektach (Blue Stream, South Stream) i, podobno, zniechęcali do udziału w Nabucco. Turcy zaś unikali jasnych deklaracji, nie chcąc urazić żadnego ze swoich partnerów. Jak zauważył Saban Karadas na łamach Asia Times: "Turcja zamierza maksymalizować swoje polityczne i handlowe zyski poprzez rozgrywanie konkurencyjnych projektów rurociągów przeciwko sobie". Ankara zostawia sobie otwarte drzwi, także te w Teheranie.

Turecka polityka zagraniczna opiera się o założenie, aby mieć jak najmniej problemów ze swoimi sąsiadami. Drugim jej filarem jest tzw. strategiczna głębia, czyli "sfera politycznych, gospodarczych oraz kulturowych wpływów, głównie wśród sąsiadów na Bałkanach, Południowym Kaukazie oraz Bliskim Wschodzie" (część obszaru byłego Imperium Otomańskiego). The Economist zauważa, że polityka Turcji to "połączenie realpolitik z wielką dumą". Turcy pokazują Europie, jak ważny jest ich kraj dla bezpieczeństwa energetycznego Starego Kontynentu, a także odgrywają istotną rolę w amerykańskiej układance w regionie. Jak niedawno pisałem, odrzucenie Turcji przez Europę byłoby fatalnym błędem. Nabucco pokazuje, jak bardzo fatalnym. Projekt co prawda zaspokaja także gwałtownie rosnące potrzeby samej Turcji, ale Ankara ma więcej opcji do wyboru i realizacji, niż odległa o setki kilometrów na zachód i północ Europa.

"Nabucco zrodziło się pod szczęśliwą gwiazdą", powiedział Giuseppe Verdi o swojej operze. Cytat wspaniałego twórcy przytacza w komentarzu dot. gazociągu M K Bhadrakumar na łamach Asia Times. Na tych samych łamach Robert Cutler zauważa, że przewidywane wycofanie się Bułgarii (gdzie zmienił się rząd po niedawnych wyborach) z rosyjskiego projektu South Stream stanowi dla Rosjan poważny problem. Co więcej, teraz to Rosjanie muszą walczyć o to, aby ich projekt nie umarł zanim się narodzi.

grafika3

Bez zbytniej egzaltacji. Należy podejść do sprawy na chłodno. Do realizacji Nabucco nadal jest daleko. Zwraca się uwagę, że podobny pesymizm odnośnie przyszłych dostaw surowca towarzyszył pierwszemu, przełomowemu rurociągowi, tj. ropociągowi Baku-Tbilisi-Ceyhan. Wówczas wielką rolę odegrały Stany Zjednoczone oraz nie kto inny jak Richard Morningstar. Rosjanie z pewnością pamiętają mu zaangażowanie w ten projekt sprzed dekady i trafia ich szlag, kiedy Amerykanin zaprasza ich do zaopatrzenia Nabucco w gaz.

Warto wziąć pod uwagę także czynnik militarny, w szczególności mając w pamięci zeszłoroczną wojnę w Gruzji. Niektórzy przewidują nawet "dogrywkę", tj. dokończenie Tbilisi, głównie po to, aby pokrzyżować plany przełamania rosyjskiego monopolu na tranzyt surowców z regionu Morza Kaspijskiego.

Z drugiej strony, Rosja sama podminowuje swój monopol poprzez zachowania takie, jak w przypadku Turkmenistanu. Mający problemy ze spadającą sprzedażą gazu Gazprom nie mógł przyjmować ogromnych ilości błękitnego paliwa z Turkmenistanu, więc pojawiły się problemy techniczne w postaci eksplozji gazociągu. Stary chwyt, stosowany przez Rosjan już wielokrotnie w niedawnej przeszłości. Lekcja dla Aszchabadu i innych ex-republik radzieckich jest jasna - dla własnego dobra, lepiej nie polegać wyłącznie na Moskwie.

Obserwacja postępów, bądź ich braku, w realizacji Nabucco będzie bez wątpienia interesująca, a ilość zaangażowanych graczy sprawia, że należy spodziewać się rozmaitych zwrotów akcji. Rację ma Morningstar mówiąc, że projekty takie jak Nabucco wzmacniają współpracę. Czasem także wymierzoną przeciwko tym projektom.

Piotr Wołejko


grafika: blogs.ec.europa.eu, economist.com (Claudio Munoz), economist.com

22:42, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 lipca 2009

Godność i szacunek dla siebie, a także akceptacja i możliwość współtworzenia i partycypowania w dobrobycie regionu. Tak podstawowe korzyści z zawarcia palestyńskiego-izraelskiego porozumienia przedstawia Zbigniew Brzeziński, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Jimmy'ego Cartera. Zdaniem profesora Brzezińskiego, Żydzi i Palestyńczycy mogą stworzyć Singapur Bliskiego Wschodu.

Niniejszy wpis jest kontynuacją tekstu pt. Idą w zaparte. Izrael odrzuca wezwania Obamy, z dn. 21 lipca br.

Podobnie uważa Brent Scowcroft, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydentów Geralda Forda i Georga H.W. Busha. Scowcroft twierdzi, że porozumienie izraelsko-palestyńskie będzie swego rodzaju game changerem, zmieni klimat w regionie, m.in. spychając Iran do defensywy. Organizacje takie jak Hamas czy Hezbollah stracą grunt pod nogami, gdyż podstawowy powód ich funkcjonowania i potęgi przestanie istnieć. Porozumienie bardzo pozytywnie wpłynie również na obraz Izraela oraz Stanów Zjednoczonych w świecie, w szczególności wśród miliarda wyznawców islamu.

Warunki porozumienia oraz korzyści wynikające z jego zawarcia w świetny sposób zostały zaprezentowane w niespełna 11-minutowym wideo, w którym wypowiadają się wspomniani wyżej Brzeziński, Scowcroft i Carter oraz James Baker, sekretarz stanu w administracji Georga Busha seniora. Podsumowanie szczegółów wielce interesującego projektu tzw. Porozumienia Genewskiego, znajduje się tutaj. Porozumienie jest dziełem Yossi Beilina, Yassera Abeda Rabbo i Jimmy'ego Cartera. Ta trójka, działając niezależnie od władz własnych państw oraz władz Organizacji Wyzwolenia Palestyny w przypadku Rabbo, wypracowała kompleksową propozycję porozumienia akceptowalnego dla zdecydowanej większości zainteresowanych, Żydów i Palestyńczyków, a także państw arabskich, Stanów Zjednoczonych i społeczności międzynarodowej.

grafikaNawiązując do wpisu z dnia 21 lipca br., w którym napisałem, że "warunki porozumienia są z grubsza dobrze znane", chciałem wymienić te najważniejsze, będące podstawą propozycji: wzajemne uznanie prawa do istnienia państw palestyńskiego i żydowskiego; rozwiązanie problemu uchodźców poprzez przyznanie im prawa do powrotu do nowo-powstałego Państwa Palestyńskiego oraz odpowiednie odszkodowania za utraconą własność, względnie inne krzywdy; anektowanie przez Izrael terytoriów największych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, głównie znajdujących się w pobliżu Jerozolimy oraz granicy Zachodniego Brzegu - w zamian przekazanie przez Izrael gruntów o takiej samej powierzchni na rzecz Palestyńczyków; uznanie Jerozolimy za stolicę obu zainteresowanych państw; powrót Izraela do granic sprzed wojny w 1967 roku; Państwo Palestyńskie będzie zdemilitaryzowane, posiadając jednocześnie silne i sprawne siły bezpieczeństwa; wyrzeczenie się terroryzmu jako metody walki przez Palestyńczyków.

Nie są to żadne nowości i każdy zdroworozsądkowy komentator, posiadający choćby przeciętną wiedzę o konflikcie izraelsko-arabskim, mógłby wydedukować większość z przedstawionych powyżej założeń porozumienia. Tak samo jak konieczność powołania odpowiedniej grupy międzynarodowych obserwatorów, których zadaniem byłoby nadzorowanie realizacji porozumienia przez zainteresowane strony.

Niezbędne są wyrzeczenia i dobra wola. Jednak przede wszystkim konieczna jest odwaga rządzących po obu stronach do przełamania pewnego tabu. Otóż, choć milcząca większość popiera obustronne ustępstwa oraz zawarcie pokoju, władze izraelskie i palestyńskie są zakładnikami radykałów, dla których nawet gotowość do jakichkolwiek istotnych ustępstw to gorzej niż zdrada. Po stronie izraelskiej wszelkie inicjatywy pokojowe blokuje prawica oraz partie religijne, po palestyńskiej zaś radykałowie spod znaku Hamasu bądź Islamskiego Dżihadu.

Nawet odwaga obu stron nie wystarczy, a właściwie nie uda się jej wykrzesać, jeśli Stany Zjednoczone nie przestaną jednoznacznie wspierać stanowiska Izraela i nie zmuszą swojego sojusznika do ustępstw. Nie ulega wątpliwości, że więzy łączące Izrael z Ameryką są wyjątkowe i Waszyngton w dającej się przewidzieć przyszłości nie zerwie sojuszu z Izraelem. Niezależnie od tego, czy w Białym Domu będzie zasiadał Demokrata czy Republikanin.

Pewne jest, że obecny stan rzeczy nie zwiększa bezpieczeństwa Izraela ani całego regionu. Stosowany przez Izrael zorganizowany system apartheidu wymierzony w Palestyńczyków oraz arabską społeczność zamieszkałą w Izraelu buduje tylko pokłady wrogości oraz nienawiści. Przemoc oraz represje nie są właściwą odpowiedzią, tak samo jak ostrzeliwanie rakietami żydowskich domów oraz samobójcze zamachy w izraelskich restauracjach. Spirala niezrozumienia i śmierci musi zostać przerwana.

Wielką szansę ma na to prezydent Barack Obama. Jego własna historia i doświadczenia życiowe, ogromna popularność oraz charyzma predestynują go do odegrania kluczowej roli w doprowadzeniu do porozumienia pokojowego pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Za pierwszym krokiem w dobrą stronę, tj. presją na wstrzymanie rozbudowy żydowskich osiedli na palestyńskiej ziemi, muszą podążyć kolejne. Przede wszystkim, o czym wspomina Zbigniew Brzeziński, amerykańska administracja musi przedstawić w sposób jasny i precyzyjny swoje stanowisko w omawianej sprawie. Dotychczas bowiem nie zostało ono sformułowane, co podważa wiarygodność Ameryki i poddaje w wątpliwość rzeczywiste zaangażowanie Obamy w proces pokojowy.

Obama musi zetrzeć się nie tylko z prawicowo-religijnym rządem Beniamina Netaniahu, ale także - a może przede wszystkim - z armią oddanych izraelskiej prawicy lobbystów w Stanach Zjednoczonych. Biały Dom musi odzyskać całkowity wpływ na politykę amerykańską wobec Izraela oraz Bliskiego Wschodu, kończąc z neokonserwatywną ideologią tożsamości interesów Izraela i Ameryki. Gdzie interesy są zbieżne, Waszyngton bez wątpienia będzie działał po myśli także Izraela; jednak w każdym innym przypadku będzie realizował własną politykę.

Gdy o takiej oczywistości napisali amerykańscy politolodzy John Mearsheimer oraz Stephen Walt, nie tylko poddano ich druzgocącej krytyce, ale próbowano przyczepić im łatkę antysemitów. Tak samo potraktowano ex-prezydenta Jimmy'ego Cartera, człowieka całym sercem oddanego pokojowi na Bliskim Wschodzie. Jego książka "Palestine. Peace Not Apartheid", będąca inspiracją do bieżącego oraz poprzedniego wpisu na blogu, spotkała się z gruntowną krytyką, a Carter także został mianowany antysemitą. W założeniu ma to eliminować głos nazwanych w ten sposób osób z dyskusji, jednak magiczne zaklęcie przestaje działać. Coraz więcej osób w Ameryce zdaje sobie sprawę z tego, że niemal bezwarunkowe i bezkrytyczne popieranie Izraela oraz zezwalanie na stosowanie apartheidu wobec Palestyńczyków szkodzi Stanom Zjednoczonym.

Szermujący łatkami antysemityzmu, krytykujący wszelkie głosy wzywające do pokoju krytykanci uwielbiają określać wpisy takie jak ten mianem utopijnego lewactwa. Będąc w towarzystwie Brzezińskiego, Cartera czy Bakera, mogę być lewakiem wierzącym w utopię pokoju na Ziemi Świętej i współistnienia dwóch przyjaznych sobie państw.

Pokój jest na wyciągnięcie ręki. Jest coraz bliżej. Nawet mimo obstrukcji stosowanej przez rząd pod wodzą Netaniahu. Neokoni i reszta prawicowego betonu może histeryzować, lamentować i krzyczeć - ale fakty są nieubłagane. Konsensus pokojowy zdobywa poparcie, a zdrowy rozsądek musi wreszcie zwyciężyć. Czy będzie to za rok, pięć czy piętnaście, tego nie wie nikt. Jednak głos większości zwycięży. Im szybciej, tym lepiej. Dla wszystkich.

Piotr Wołejko

grafika: geneva-accord.org/

 

Wpisy na podobny temat:

 

Dyplomacja jest dostępna także na Twitterze. Krótkie komentarze oraz linki do artykułów i tekstów, które warto przeczytać. Śledź Dyplomację na bieżąco!


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

wtorek, 21 lipca 2009

Oberwało się prezydentowi Barackowi Obamie za jego nieliczne, nieśmiałe kroki zmierzające do pokoju na Bliskim Wschodzie. Neokonserwatywny publicysta Jonathan Tobin, wspierający prawą ścianę izraelskiej polityki, zrównał Obamę z ziemią na łamach Jerusalem Post, wydanie z dnia 19 lipca br.

Co takiego zrobił Obama? Wezwał izraelski rząd do "zamrożenia" rozbudowy osiedli żydowskich na terytoriach okupowanych, głównie na Zachodnim Brzegu Jordanu oraz we Wschodniej Jerozolimie. Prezydent Stanów Zjednoczonych zaapelował także do władz w Jerozolimie, aby zaangażowały się w autorefleksję w stosunku do procesu pokojowego. Dla Tobina jakiekolwiek dogadywanie się z Palestyńczykami nie ma sensu. Twierdzi on m.in., że zarówno bardziej umiarkowani przedstawiciele Autonomii Palestyńskiej, jak i ekstremiści z Hamasu rządzący Gazą nie mają interesu w zawarciu pokoju i odrzucą każdą, nawet najbardziej hojną ofertę izraelską, a więc presja Obamy jest bezcelowa.

Artykuł Tobina jest świetnym przykładem poglądów większości tzw. przyjaciół Izraela, zwanych również żydowskim lobby. W ich mniemaniu dobry Izrael jest okrążony przez dziesiątki milionów wrogich Arabów, którzy mają wyrytą w DNA nienawiść do Żydów i zrobią wszystko, aby zniszczyć Państwo Żydowskie. Środowisko najbardziej wpływowych lobbystów przedstawia wizję historii oraz rzeczywistości z prawicowego punktu widzenia, silnie podlanego religijnym sosem. Wielu mędrców tego obozu wspiera ideę tzw. Wielkiego Izraela, obejmującego nie tylko całą Palestynę, ale także Wzgórza Golan czy część Libanu. Oddanie choć piędzi ziemi uważane jest za zdradę narodu oraz judaizmu.

Na wstępie swego tekstu Tobin przedstawia krótki rys historyczny niewdzięcznej postawy Palestyńczyków, którym Izrael gotów był przychylić nieba, byle tylko wyrzekli się przemocy, a oba narody mogły żyć w wieczystym pokoju. Niestety, zamiast rzetelnie podanych faktów otrzymujemy propagandową papkę, z której wynika jednoznacznie, że Palestyńczycy są sami sobie winni, a Izrael robił co mógł. Nawet wycofał się z Gazy (pamiętajmy, Wielki Izrael i zdrada), a ataki i zamachy nie ustały. Tobin powraca też do mitycznego już szczytu pokojowego w Camp David w 2000 roku, podczas którego Izrael miał rzekomo przedstawić wielce korzystną propozycję pokoju, a Palestyńczycy bez mrugnięcia okiem ją odrzucili. Nie trzeba chyba dodawać, że żadnej wspaniałej oferty nie było, a więc Palestyńczycy nie mogli jej odrzucić.

W dalszej części artykułu Tobin ubolewa nad wzrastającymi wpływami lewej strony żydowskiego lobby w Stanach Zjednoczonych, podkreślając przy tym, że izraelska lewica (chociażby Partia Pracy) została zmarginalizowana przez pasmo porażek na drodze do palestyńsko-izraelskiego porozumienia pokojowego. I tutaj konieczne jest sprostowanie, gdyż nastawieni pokojowo członkowie lobby wcale nie są bardzo silni, a ich głos nie jest ani bardzo słyszalny, ani wielce wpływowy.

Wręcz przeciwnie, od początków istnienia proizraelskich grup wpływu w USA zdecydowaną przewagę ma "prawa strona", tj. zwolennicy twardej ręki wobec Arabów. Radykalna mniejszość zawłaszczyła sobie prawo do reprezentowania większości pokojowo i ugodowo nastawionej żydowskiej diaspory w Ameryce. Pozbawiona głosu większość dopiero podnosi głowę i zaczyna być dostrzegana, także przez administrację Baracka Obamy. Startuje jednak z praktycznie zerowej pozycji, która jest efektem ośmiu lat absolutnej dominacji prawicy spod znaku AIPAC czy Zionist Organization of America, wywalczonej za prezydentury Busha juniora.

Na końcu Tobin wzywa żydowskich wyborców, donatorów oraz fundraiserów (zbieraczy pieniędzy dla polityków) Partii Demokratycznej do wywierania presji zarówno na członków Kongresu, deputowanych Izby Reprezentantów oraz Senatorów, jak i na administrację Baracka Obamy. W jakim celu? Wiadomo. Żeby zdyscyplinować nowego prezydenta, wskazać mu miejsce w szeregu, dać po łapach i wyraźnie powiedzieć: ręce precz od Izraela. Podobny los spotykał wielu poprzednich prezydentów, ale apogeum potęgi prawicowego lobby proizraelskiego obserwujemy od około dwóch dekad.

Szczyt przypadł oczywiście na prezydenturę Georga W. Busha. Nie był on jednak gorącym zwolennikiem polityki izraelskiej prawicy w momencie obejmowania urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przez pierwsze kilkanaście miesięcy urzędowania jego stosunek do Izraela pozostawał umiarkowanie chłodny. Wkroczenie Izraela do Gazy w 2001 roku zostało potępione przez ówczesnego sekretarza stanu Colina Powella oraz prezydenta Busha. Wtedy, po raz kolejny, zadziałała siła lobby wewnątrz i na zewnątrz administracji. Bush dokonał nagłej wolty i wsparł interwencję prowadzoną przez Ariela Szarona. Tego samego Szarona, który w drugiej połowie lat 90. skutecznie blokował, w ramach gabinetu nie kogo innego jak obecnego premiera Beniamina Netaniahu, realizację Porozumień z Oslo.

Nauczka, jaką dostał wówczas Bush sprawiła, że przestał on sprzeciwiać się poczynaniom Izraela oraz zaprzestał jakichkolwiek samodzielnych (zarazem mogących doprowadzić do sukcesu) inicjatyw pokojowych. Upokorzenie Busha jest lekcją dla Obamy, którą obecny prezydent powinien mieć odrobioną. Początek prezydentury Obama ma w kwestii relacji z Izraelem naprawdę imponujący. Twarda, zdecydowana postawa w sprawie wstrzymania rozwoju żydowskich osiedli na terytoriach okupowanych to pierwszy, istotny krok w stronę pokoju.

Jednocześnie jest to uderzenie w serce proizraelskiego lobby w Stanach oraz w wyborczą bazę rządzącej aktualnie w Izraelu prawicowo-religijnej koalicji (Partia Pracy robi za listek figowy, nie mając rzeczywistego wpływu na kluczowe decyzje). Na Likud, ugrupowanie Netaniahu, gremialnie głosują m.in. żydowscy kolonizatorzy Zachodniego Brzegu oraz Wschodniej Jerozolimy. Żydowska populacja na tych terenach, prawnie należących do Arabów, przekracza już 450 tysięcy. Uwzględniając kolonizatorów Wzgórz Golan (terytorium należące do Syrii), żydowska populacja na nie-izraelskich ziemiach niewiele brakuje już do pół miliona.

Należy nadmienić, że już rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ 242 z 1967 roku stwierdzała, że pozyskiwanie terytorium dzięki wojnie jest niedopuszczalne, a dla zawarcia pokoju niezbędne jest wycofanie się Izraela ze wszystkich zdobytych w wojnie z 1967 roku terytoriów. Zamiast tego, Izrael zdobył kolejne terytoria i nadal poszerza swoje granice, kolonizując arabską ziemię, rozwijając sieć osiedli na Zachodnim Brzegu oraz we Wschodniej Jerozolimie. Jest to polityka faktów dokonanych. Izrael nie ma zamiaru oddać ziemi, którą zajął na osiedla dla własnych obywateli.

Oprócz najnormalniejszej w świecie grabieży ziemi, władze izraelskie (społeczeństwo wcale nie popiera takich kroków) stworzyły system na modłę południowoafrykańskiego apartheidu, w którym Żydzi pełnią rolę Białych, a Palestyńczycy Czarnych i Kolorowych. Wokół Strefy Gazy oraz Zachodniego Brzegu wyrósł sięgający kilku metrów mur, zwany barierą bezpieczeństwa. Poza sankcjonowaniem kradzieży ziemi jego celem jest powstrzymanie ataków terrorystycznych. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że całe to przedsięwzięcie jest nielegalne i niezgodne z prawem międzynarodowym, ale Izrael budowy muru nie zaprzestał i ani myśli go burzyć.

Oprócz nielegalnego muru, Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu są praktycznie pozbawieni prawa do swobodnej komunikacji (setki punktów kontrolnych i blokad dróg), a także obowiązują ich inne restrykcje. W porównaniu do Strefy Gazy i tak żyje im się luksusowo. Gaza jest niczym oblężona twierdza, której ok. półtora miliona mieszkańców stało się zakładnikami Izraela. Szczelnie zamknięte granice, wydzielanie żywności, lekarstw, uzależnienie od dostaw prądu czy wody, a także - nie do pogardzenia dla władz izraelskich - możliwość do bezkarnego atakowania mieszkańców. Pokazała to chociażby grudniowo/styczniowa operacja Płynny Ołów. Owszem, celem byli strzelający w Izraelczyków z rakiet terroryści, ale trudno nie trafić cywilów na terytorium o gęstości zaludnienia podobnej jak na Manhattanie czy w Hong Kongu.

Władze Izraela kontynuują politykę, która do niczego dobrego nie doprowadzi. Premier Netaniahu odrzucił właśnie wezwanie Obamy do wstrzymania projektów osiedli we Wschodniej Jerozolimie. O żadnych rozmowach pokojowych również nie ma mowy. Tym samym podtrzymywany jest stan, który wywołuje napięcie w regionie, mobilizuje sprzeciw wobec Izraela oraz Ameryki, a także zwiększa zagrożenie dla Izraela. Paradoksalnie, bo przecież w zamyśle izraelskiej prawicy wszystkie realizowane przez nią posunięcia mają bezpieczeństwo zwiększyć.

Nie będzie jednak bezpieczeństwa bez spojrzenia prawdzie w oczy, czyli bez prawdziwego porozumienia z Palestyńczykami. Warunki takiego porozumienia są z grubsza dobrze znane. W następnym wpisie przedstawię te warunki, a także będę kontynuował rozważania rozpoczęte tutaj. Warto spojrzeć do książki byłego prezydenta USA Jimmy'ego Cartera pt. "Palestine. Peace Not Apartheid", z której będę czerpał pisząc następny artykuł.

Piotr Wołejko

Wpisy na podobny temat:

 

Dyplomacja jest dostępna także na Twitterze. Krótkie komentarze oraz linki do artykułów i tekstów, które warto przeczytać. Śledź Dyplomację na bieżąco!


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 

niedziela, 19 lipca 2009

Próba wyjścia z cienia przez marginalizowaną sekretarz stanu, czy ważne przemówienie [pełny tekst tutaj] kluczowej postaci amerykańskiej administracji? Pomijając spekulacje o konflikcie między Białym Domem a Departamentem Stanu oraz o centralizowaniu kierownictwa nad amerykańską polityką zagraniczną przez Baracka Obamę, warto przyjrzeć się bliżej przemówieniu Hillary Clinton w waszyngtońskim oddziale Council on Foreign Relations.

Clinton przedstawiła priorytety Stanów Zjednoczonych, wśród których prym wiedzie zapobieganie proliferacji broni jądrowej (stąd należy spodziewać się skupienia uwagi na Korei Północnej oraz Iranie) oraz, co jest osobistym numerem jeden pani sekretarz, podniesienie rangi wsparcia rozwojowego (development) jako podstawowego filaru amerykańskiej polityki zagranicznej. Do tej pory, co samokrytycznie zauważa Hillary, Ameryka przekazywała mniejszy odsetek PKB na pomoc rozwojową od innych państw rozwiniętych.

Sekretarz stanu na wstępie stwierdza, że nie ma powrotu do XIX-wiecznego koncertu mocarstw lub XX-wiecznej równowagi sił. Z dwóch powodów jest niemożliwe. Po pierwsze, żaden kraj nie jest w stanie poradzić sobie z globalnymi wyzwaniami samodzielnie; po drugie, przed wieloma państwami stoją podobne zagrożenia. Jak temu zaradzić? Niezbędna jest nowa architektura globalnego systemu, wyraźnie ukierunkowana na współpracę i wypełnianie swoich zobowiązań oraz zniechęcającą do bierności bądź siania niezgody i zachęcania do podziałów.

Ameryka będzie działać w ramach istniejących instytucji i reformować je, jednocześnie tworząc nowe formy współpracy. Przewodnia rola Waszyngtonu będzie sprowadzała się do zachęcania do współpracy jak najszerszej grupy partnerów, nie tylko państw, ale NGO-sów oraz osób indywidualnych. Ujmując to prościej, Stany Zjednoczone retorycznie podkreślając przywiązanie do świata wielobiegunowego, wcale nie zamierzają działać w jego ramach. Raczej, zmierzają w stronę minilateralizmu, koalicji zainteresowanych państw (coalition of the willing, tudzież ad hoc coalition - brzmi znajomo?), dzięki którym będą mogły realizować własne interesy. O koncepcji minilateralizmu szerzej na portalu Polityka Globalna, w artykule Jana Barańczaka.

Wspomniane partnerstwa mogą także służyć, w razie podminowywania działań Waszyngtonu, jako koalicje do ograniczania lub powstrzymywania przeciwników Ameryki. Clinton jasno stwierdza, żeby nie liczyć na naiwność Stanów Zjednoczonych: "Nasza gotowość do rozmów nie jest oznaką słabości, która może być wykorzystana. Nie zawahamy się bronić naszych przyjaciół, naszych interesów (...) w razie potrzeby wykorzystując najsilniejszą armię na świecie".

Z drugiej strony, słowa Hillary Clinton dotyczące NATO nakazują postawić duży znak zapytania dotyczący obietnicy ochrony przyjaciół przez Amerykę. Zdaniem Clinton NATO jest "najwspanialszym sojuszem w historii", ale stworzono go na potrzeby Zimnej Wojny. "Nowe NATO jest demokratyczną wspólnotą prawie miliarda ludzi, rozciągającą się od Bałtyku na wschodzie po Alaskę na zachodzie". Demokratyczną wspólnotę trudno uważać za synonim sojuszu wojskowego, którego zadaniem jest zbiorowa obrona.

Clinton broni także otwartości na dialog, w domyśle z krajami takimi jak Iran czy Syria. Wyraźnie nawiązując do słów Georga W. Busha, Hillary stwierdza, że dzielenie państw według kryterium: jesteś z nami albo przeciwko nam, jest zbyt kosztowne, aby znalazło zastosowanie w dzisiejszym świecie. Przywiązanie do naszych wartości nie może blokować współpracy tam, gdzie to możliwe - mówi Clinton.

Kończąc wybiórcze podsumowanie wystąpienia amerykańskiej sekretarz stanu, należy zwrócić uwagę na wolę powrotu Ameryki do roli moralnego i ekonomicznego lidera świata. Rezygnacja z obozu w Guantanamo ma podkreślić zerwanie z czasami Busha, a twarz, biografia i słowa Baracka Obamy świadczyć o głębokiej zmianie w zakresie pierwszego. Jeśli zaś chodzi o gospodarkę, Clinton zapowiada przywrócenie istotnej roli Departamentu Stanu, w ramach administracji prezydenckiej, w tworzeniu i realizowaniu międzynarodowej polityki gospodarczej.  Polityka ekonomiczna ma być ważnym instrumentem w rękach Stanów Zjednoczonych.

W swoim wystąpieniu Clinton przywołała także termin smart power (mądra siła), który ma opisywać "nową" amerykańską politykę zagraniczną. Według sekretarz stanu smart power to: "pełen zakres narzędzi, którymi dysponujemy - dyplomatyczne, ekonomiczne, wojskowe, polityczne, prawne i kulturowe - wybierając odpowiednie narzędzie, bądź ich kombinację, w każdej konkretnej sytuacji."

Jak wizja Hillary Clinton przekłada się na wspomniane wyżej konkretne sytuacje? W relacjach z Rosją, które dla Polaków są zawsze istotne, Waszyngton chce ugrać jak najwięcej (rozbrojenie atomowe, Iran, Afganistan, Korea Północna), jednocześnie nie dopuszczając do realizacji postulatu Moskwy, tj. powrotu do koncertu mocarstw. Ameryka liczy na współpracę z Rosją, dopuszcza nawet pewien handel, ale windowania kogokolwiek do roli globalnego decydenta nie będzie. Podkreślanie wagi współpracy z potęgami oraz pozostałymi państwami obwarowane jest warunkiem realizowania interesów Ameryki. Zmiana z Busha na Obamę jest więc raczej kosmetyczna: multilateralizmu nie będzie, minilateralizm tylko tam, gdzie współgra to z interesem Waszyngtonu. Pomijam już fakt, iż Ameryka musi przewodzić.

Rozmowy z Iranem czy Koreą Północną mogą być kontynuowane, ale to Teheran i Phenian muszą odpowiedzieć na amerykańskie otwarcie. Oferta Ameryki jest również ograniczona czasowo. Jeśli zostanie odrzucona, Stany wrócą do sankcji i innych podobnych mechanizmów. Pewna miękkość i elastyczność, marchewki, ale jeśli to nie przyniesie zmiany postawy, gruby kij.

Stawianie za główny cel polityki zagranicznej redukcji arsenałów jądrowych, a w dalszym rzędzie walkę z jej proliferacją, jest w dużej mierze obliczone na dobry PR Wujka Sama. Redukcja nie jest trudna do osiągnięcia, większość opinii publicznej na świecie tylko przyklaśnie takiej idei, a przez to stosunkowo łatwo o odniesienie sukcesu. Druga część, tj. non-proliferacja, jest o wiele trudniejsza, a perspektywa powstrzymania Korei Północnej i Iranu daleka.

Trudno uznać wystąpienie Clinton za przełomowe, gdyż nie poświęciła ona ani sekundy rozważaniom dotyczącym amerykańskiej polityki wobec Azji, Afryki, Ameryki Południowej bądź Europy (w tym jej Środkowo-Wschodniej części, której przedstawiciele wystosowali do Baracka Obamy ważny list owarty). Można powiedzieć, że Hillary nie mówi, a działa - wizytując głównie kraje azjatyckie. Spodziewałem się jednak, że w swoim wystąpieniu przedstawi główne założenia polityki wobec poszczególnych regionów, w szczególności Azji.

Amerykański okręt tylko częściowo zmienia kierunek na globalnym oceanie. Kapitan jest bardziej skory do współpracy i dialogu, jednak priorytetem pozostają interesy Stanów Zjednoczonych. Amerykanie nie zamierzają dzielić się władzą z kimkolwiek, a przywrócić blask własnemu przywództwu oraz powab marce USA. Zagrożeniem dla Polski może być ignorowanie takich państw jak nasze (i mniejszych), kosztem dogadywania się z większymi i silniejszymi. Jednak zagrożeniem teoretycznym, które jeszcze się nie zmaterializowało i któremu można zapobiec.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy o podobnej tematyce:

Dyplomacja jest dostępna także na Twitterze. Krótkie komentarze oraz linki do artykułów i tekstów, które warto przeczytać. Śledź Dyplomację na bieżąco!


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 

poniedziałek, 13 lipca 2009

"Proszę [izraelskiego premiera] Rabina, aby zgodził się na ustępstwa, a on odpowiada, że nie może ustąpić, ponieważ Izrael jest za słaby. Daję mu więc więcej broni, a on mówi, że nie ma potrzeby ustępować, ponieważ Izrael jest silny" - powiedział Henry Kissinger, wytrawny amerykański polityk i dyplomata, sekretarz stanu w okresie przygotowywania gruntu pod zawarcie pokoju Izraela z Egiptem w latach 70. ubiegłego wieku.

Słowa Kissingera wskazują, że Stany Zjednoczone miały ogromny problem z wywarciem wpływu na Izrael, aby kraj ten realizował politykę po myśli Waszyngtonu. Na nic zdały się szczególne więzy łączące Izrael z Ameryką, czy też idąca w miliardy pomoc finansowa oraz wojskowa. Gdy izraelscy politycy uznawali, że sugestie ze strony USA stoją w sprzeczności z interesami Izraela, te ostatnie zawsze zwyciężały.

Można powiedzieć, że prawdziwy wpływ na Izrael, jako ostatni z amerykańskich prezydentów, posiadał Dwight Eisenhower. Potrafił on zmusić Izrael oraz Wielką Brytanię i Francję do wycofania się z regionu Kanału Sueskiego po interwencji w 1956 roku. Późniejsi lokatorzy Białego Domu mieli coraz mniejszy wpływ na Izrael. Warto jednak zauważyć, że za Eisenhowera Izrael nie był jeszcze uznawany za klienta Stanów Zjednoczonych. Dopiero lata 60. przyniosły ściślejszą współpracę Izraela z Ameryką i coraz większe wsparcie finansowo-militarne ze strony Waszyngtonu.

Stosunki amerykańsko-izraelskie mogłyby służyć za modelowy przykład niewielkiego wpływu patrona na swego klienta, jednak duży wpływ tzw. żydowskiego lobby na amerykańską politykę wobec Izraela sprawia, że inne przykłady wydają się bardziej trafne. Z tego samego względu, choć innych powodów, należy pominąć Arabię Saudyjską. Relacje z Rijadem oparte były na eksporcie ropy do Ameryki w zamian za wsparcie reżimu rodu Saudów. W latach 70. Saudyjczycy czuli się na tyle silni (warto pamiętać, w 1973 roku miało miejsce embargo na eksport arabskiej ropy, głównie do USA), że dość pogardliwie odnosili się do sugestii, iż mogą być  amerykańskiego wsparcia, głównie nowych rodzajów broni, pozbawieni. Jeden z generałów powiedział wprost: płacimy gotówką.

Gdy jednak spojrzymy na Jordanię po jednej oraz Egipt i Syrię po drugiej stronie, dostrzeżemy klasyczny problem występujący w relacji patron-klient, mianowicie niewielki wpływ pierwszego na drugiego. Jordania, która swe istnienie zawdzięcza Wielkiej Brytanii, od początku była zależna od wsparcia finansowego oferowanego przez szeroko rozumiany Zachód (z bardzo krótką przerwą, gdy pieniądze zapewniała Arabia Saudyjska). Umiarkowana prozachodniość reżimu jordańskiego była utrzymywana dzięki strumieniowi dolarów oraz uzbrojenia made in USA.

Egipt oraz Syria znalazły się z kolei w orbicie wpływów Związku Radzieckiego. Choć daleko im było do przyjęcia komunizmu i poddania się Wielkiemu Bratu, ich rewolucyjni przywódcy i antyimperialistyczne nastawienie wystarczały Moskwie, aby udzielać tym krajom istotnego wsparcia. Jednak mimo pompowania w Egipt i Syrię miliardów rubli oraz przekazywania im wartego kolejne miliardy uzbrojenia, wpływ Związku Radzieckiego na politykę Kairu i Damaszku zawsze był wielce ograniczony. Nawet prześladowanie komunistów uchodziło przywódcom egipskim i syryjskim na sucho - w zimnowojennej grze państwa te były warte więcej niż ideologiczna więź.

Warto odnotować, że klienci stawiali czasem swych patronów w bardzo niekomfortowych, trudnych sytuacjach. W ten sposób należy określić chociażby usunięcie sowieckich doradców z Egiptu przez Anwara Sadata w lecie 1972 roku. Egipski przywódca liczył na wywołanie szoku w Moskwie, którego efektem miała być zgoda na jego żądania dotyczące zaopatrzenia Egiptu w odpowiednie ilości nowoczesnego uzbrojenia. Sadat się nie przeliczył. Dla Kremla Kair był zbyt ważny, aby nawet taki policzek spowodował rezygnację z Egiptu. Sowieci podkulili ogon i spełnili żądania Sadata, który szykował się do wojny z Izraelem.

Gdy ofensywa podczas święta Jom Kippur w roku następnym okazała się kolejną klęską wojsk arabskich, a egipskich w szczególności, Sadat bez wahania postanowił zmienić patrona, uciekając spod sowieckich pod amerykańskie skrzydła. Po prawie dwóch dekadach w orbicie Związku Radzieckiego, Sadat niemalże z dnia na dzień zmienił front, stawiając bezradnych Sowietów przed faktem dokonanym.

Sowieckie wpływy były stosunkowo najsilniejsze w Syrii, która po wojnach z Izraelem w 1967 i 1973 roku była szczególnie zależna od wsparcia Moskwy. Mimo to, Syria prowadziła politykę niezależną i w kluczowych punktach nigdy nie ustąpiła, lekceważąc sugestie Kremla. Było tak chociażby podczas syryjskiej interwencji w Libanie w 1976 roku. Sowieci byli jej przeciwni, jednak Damaszek pozostał głuchy na sowieckie wezwania.

Dlaczego sięgająca miliardów dolarów pomoc ekonomiczna oraz militarna nie pozwala patronowi kontrolować posunięć klienta? Dlaczego, widząc swój niewielki wpływ na klienta, patron nie wstrzyma strumienia pomocy? Na oba pytania należy odpowiedzieć jednocześnie.

Kluczowa w kwestii podejmowania decyzji dotyczących polityki zagranicznej jest asymetria motywacji. Coś, co dla patrona jest zaledwie jedną z wielu spraw, często bywa sprawą wielce istotną dla klienta. Stąd presja na klienta, aby działał wbrew własnemu interesowi jest z góry skazana na porażkę. Dopiero postawienie sprawy na przysłowiowym ostrzu noża może, ale nie musi, pchnąć klienta w pożądanym przez patrona kierunku. Odpowiednia kombinacja marchewki i kija stosowana wobec Izraela oraz Egiptu doprowadziła w 1979 roku do podpisania przełomowego porozumienia pokojowego. Zawarcie pokoju poprzedził jednak długi okres twardych negocjacji oraz dyplomatycznych gierek, których jednym z wielu podsumowań jest cytat rozpoczynający niniejszy wpis.

Asymetria motywacji to najważniejszy, choć niejedyny powód dużej swobody klienta wobec swego patrona. Dla tego ostatniego wspieranie klienta to często kwestia prestiżu. Kissinger tłumaczył w latach 70., że klienci Stanów Zjednoczonych po prostu nie mogą przegrać w walce z klientami Związku Radzieckiego. Waszyngton nie może sobie na to pozwolić. Utrzymywanie klientów podwyższa prestiż patrona, jednocześnie wiążąc go dość niekomfortowym węzłem - klienci często domagają się większej pomocy pod groźbą zmiany frontu. Ponieważ nigdy nie osiągnęliśmy stanu całkowitej hegemonii jednego państwa nad całym światem, zawsze istnieje alternatywna potęga, która może zastąpić dotychczasowego patrona.

Z taką groźbą spotkali się Amerykanie w przypadku Jordanii, która postawiła sprawę otwarcie: przekażecie nam nowoczesny system obrony powietrznej I-HAWK albo zmienimy patrona i Związek Sowiecki z radością wyposaży nas w radziecki odpowiednik. Waszyngton nie mógł pozwolić sobie na stratę cennego sojusznika i na propozycję nie do odrzucenia przystał. Egipt natomiast zmienił patrona po przegranej wojnie w 1973 roku widząc, że tylko sprzymierzenie się ze Stanami Zjednoczonymi daje nadzieje na odniesienie korzyści, głównie terytorialnych.

Zaangażowanie patrona we wspieranie klienta zazwyczaj tylko rośnie, gdyż utrata sojusznika, nawet mało lojalnego i spolegliwego, często wydaje się zbyt kosztowna. Klient łatwiej będzie poddawał się presji patrona tylko wtedy, gdy sam będzie bardzo słaby, przede wszystkim gdy będzie czuł się zagrożony z zewnątrz oraz od wewnątrz. Nawet pokiereszowany wojną w 1967 roku Egipt, mimo zgody na sporą obecność wojskową Sowietów na egipskiej ziemi, nie stał się bezwolnym narzędziem w rękach Moskwy. To samo można powiedzieć o Syrii po wojnie z 1973 roku.

Asymetria motywacji, możliwość znalezienia alternatywnego źródła wsparcia (głównie zbrojeń) oraz poczucie zagrożenia - to trzy główne czynniki decydujące o wpływie patrona na klienta. Jeśli patron domaga się od klienta działań wbrew jego interesom narodowym, istnieje alternatywne źródło wsparcia, a poczucie zagrożenia jest niewielkie (państwo jest choć w miarę silne), wpływ patrona na klienta będzie minimalny. Wyłącznie silna determinacja patrona może wymóc na kliencie odpowiednie postępowanie, jednak z taką sytuacją mamy do czynienia niezwykle rzadko.

grafikaBazując na doświadczeniach historycznych, świetnie podsumowanych przez amerykańskiego politologa Stephena M. Walta w książce "The Origins of Alliances" [czytaj całą książkę za darmo], możemy z łatwością wyjaśnić, dlaczego Chiny mają niewielki wpływ na Koreę Północną, a Rosja na Iran (choć ja nie dostrzegam w tym przypadku typowej relacji patron-klient). Interesy Phenianu i Teheranu wyznaczają ich tryb postępowania, a Rosja i Chiny bardzo rzadko protestują przeciwko działaniom swych klientów. Asymetria motywacji, alternatywni patroni oraz poczucie zagrożenia - wszystkie trzy czynniki przemawiają na korzyść Korei oraz Iranu.

Kwestia asymetrii motywacji nie wymaga omówienia, gdyż jest oczywista. Alternatywni patroni, w przypadku Korei Północnej - Rosja, a w przypadku Iranu - Chiny, są obecni i gotowi do objęcia swej roli. Tym samym margines swobody klientów jest większy, a wpływ dotychczasowych patronów odpowiednio mniejszy. Obaj klienci są też względnie silni i nie mają podstaw do obawiania się o własne bezpieczeństwo. Amerykański atak na Iran, podobnie jak na Koreę Północną, jest praktycznie nieprawdopodobny, a z lokalnymi potęgami Teheran i Phenian samodzielnie sobie poradzą. Co więcej, bez przyzwolenia Waszyngtonu nic tym reżimom z zewnątrz nie zagraża.

Warto pamiętać o powyższym, w szczególności o braku większego wpływu Rosji na Iran, w obliczu niedawnej wizyty Baracka Obamy w Moskwie. Plotki o handlowaniu tarczą za Iran należy uznać za fantasmagorię, a wiarę w możliwość zmuszenia Ahmadineżada & Co. przez Miedwiediewa bądź Putina do rezygnacji z programu atomowego określić jako ułudę.

Jeśli Iran zdecyduje się wstrzymać prace lub prowadzić je w bardziej transparentny sposób (pierwsze rozwiązanie jest mało prawdopodobne, sprawa ma ogromne poparcie społeczne i jest już traktowana jako przedmiot dumy narodowej), zrobi to samodzielnie i żadne płacze i krzyki ze strony Moskwy, Waszyngtonu bądź innych państw nie będą miały wpływu na władze irańskie. Mówiąc krótko: będzie to suwerenna decyzja Iranu, a nie decyzja podjęta po telefonie Miedwiediewa do Teheranu, po jego spotkaniu z Obamą.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone sprawom globalnym:

grafika: flipkart.com

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook