poniedziałek, 26 lipca 2010

Mianowanie gen. Davida Petraeusa głównodowodzącym amerykańskich sił w Afganistanie, w zastępstwie zwolnionego za zbyt długi język swoich podwładnych gen. Stanleya McChrystala, powszechnie uznano za właściwe posunięcie. Petraeus jest bodaj najbardziej cenionym amerykańskim dowódcą, autorem strategii uspokojenia sytuacji w Iraku.

Bez wątpienia Petraeus jest wybitnym fachowcem i nadaje się do pracy, którą wyznaczył mu prezydent Obama. Z drugiej strony, czy mianowanie akurat tego generała nie wskazuje na dramatyzm sytuacji? Czy trzeba było stawiać na wunderwaffe? Czy położenie Ameryki w Afganistanie jest tak trudne, że tylko jedna osoba jest w stanie unieść ciężar walki? Dodatkowo jest to walka z jedną ręką zawiązaną z tyłu, ponieważ prezydent Obama wyznaczył wstępną datę rozpoczęcia wycofywania żołnierzy z Afganistanu na połowę przyszłego roku. Petreaus może nie mieć czasu na wykonanie zadania, które i bez politycznej wojny wokół afgańskiej misji - a ta nabiera rozmachu - jest niemal tytaniczne.

Nixon i wietnamizacja wojny

grafikaTemat Afganistanu powraca dzisiaj na łamy Dyplomacji nie jako wakacyjna zapchajdziura, tylko z pewnej okazji. Moim zdaniem bardzo ważnej okazji. Otóż 25 lipca 1969 roku ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon wygłosił na konferencji prasowej na wyspie Guam przemówienie, w którym wyłożył doktrynę polityki zagranicznej. Jednym z elementów wspomnianej doktryny miało być przeniesienie ciężaru walki z wrogami (wówczas komunistami) na sojuszników. To oni mieli walczyć, a Ameryka zapewniała wsparcie - pieniądze, sprzęt, doradcy etc.

Doktryna Nixona odmieniła losy wojny w Wietnamie. Nixon postawił na jej wietnamizację, stopniowo wycofując amerykańskich żołnierzy. Wycofywaniu wojsk z frontu towarzyszyło położenie nacisku na szkolenie południowowietnamskiej armii. W Afganistanie Amerykanie także coraz więcej uwagi poświęcają szkoleniu miejscowej armii i policji. Obecne zwiększenie kontyngentu bojowego jest krótkotrwałe i raczej nie zostanie już powtórzone. Administracja Obamy chciałaby afganizacji działań wojennych. Coraz silniejsze są także głosy wzywające do wycofania wojsk w całości, zakończenia kosztującej miliardy dolarów misji w kraju, którego znaczenie dla USA jest de facto niewielkie.

Podobieństwa do poprzedniej wojny

Warto w tym miejscu przytoczyć kilka fragmentów pamiętnego wystąpienia Nixona. Na wstępie Nixon stwierdza, że mógłby wycofać żołnierzy natychmiast i zyskać poklask opinii publicznej. "Mógłbym zrzucić winę za porażkę, która byłaby wynikiem mojej decyzji, na poprzednika, a sam przedstawiłbym się jako rozjemca". Obama również odrzucił taką możliwość, określając wojnę w Afganistanie mianem wojny z konieczności. Zamknął tym samym drogę do szybkiego jej zakończenia.

W dalszej części przemówienia Nixon przywołuje argumenty na obronę swojego stanowiska. Twierdzi m.in., że porzucenie sojuszników w Południowym Wietnamie zostałoby odebrane jako klęska przez państwa sojusznicze i jako oznaka słabości przez przeciwników. Dziś słyszymy dokładnie to samo, wzmocnione tezą o rzekomej katastrofie dla NATO. Można tutaj przypomnieć, że Stany Zjednoczone odmówiły sojusznikom ws. skorzystania z art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, czyli nie zgodziły się na wspólną obronę w obliczu ataku na jednego z członków Sojuszu. Trudno więc mówić o klęsce NATO, które prowadzi w Afganistanie misję nie mającą nic wspólnego ze swoimi podstawowymi zadaniami.

Wracając do Nixona, odmówił on upublicznienia terminu rozpoczęcia wycofywania wojsk i zapewnił, że "Północny Wietnam nie może pokonać ani upokorzyć Ameryki. Mogą to zrobić tylko Amerykanie". Wojna może zostać przegrana w głowach i w sercach. Nixon powoływał się także, co czynią aktualnie zwolennicy długotrwałej okupacji Afganistanu, na straszliwy los, jaki czeka miejscową ludność, jeśli przeciwnik zwycięży. Czy to może być jednak argument decydujący o pozostaniu w Afganistanie? Czy Polacy, Brytyjczycy, Niemcy i kilkadziesiąt innych narodów ponoszą odpowiedzialność za zdrowie i życie mieszkańców Afganistanu?

Podrzucić innym gorącego kartofla

W kolejną rocznicę ogłoszenia Doktryny Nixona, prezydent Obama powinien poważnie zastanowić się nad przyszłością misji afgańskiej. Sprawa dotyczy nie tylko Ameryki, ale także szerokiego grona sojuszników USA, w tym Polski. Należy bowiem zgodzić się z tezą  Richarda Haassa, prezydenta wpływowego think-tanku Council on Foreign Relations, iż okupacja Afganistanu nie jest warta ceny, jaką płaci głównie amerykański podatnik i wykrwawiające się armie.

Zgadzając się ze stanowiskiem Haassa, który wielokrotnie wskazywał inne wyzwania (Chiny, Indie), chciałbym pójść o krok dalej od wytrawnego znawcy tematu. Wycofanie się Amerykanów z Afganistanu (mam na myśli prawie całkowite lub całkowite wycofanie) nie musi być bowiem geopolityczną klęską. Wręcz przeciwnie, może być geopolitycznym zwycięstwem. Obecnie zdecydowaną większość kosztów "afgańskich" ponoszą Stany Zjednoczone. Po ich wycofaniu obowiązek ten spadnie na regionalne potęgi: Rosję, Chiny, Pakistan, Indie, Iran.

Rosja i Chiny są bezpośrednio zagrożone islamskim radykalizmem. Co więcej, Chiny inwestują w wydobycie surowców w Afganistanie - a mało kto wyrzuca pieniądze w błoto. Pakistan nie odpuści Afganistanu z powodu strachu przed Indiami. Iran był największym wrogiem reżimu talibów zanim jeszcze Amerykanie mieli sposobność zaznajomić się ze sformułowaniem "taliban". Opuszczenie Afganistanu przez Amerykanów najpewniej spowoduje intensyfikację działań ww. państw, skupi ich uwagę i zasoby. Jeśli przypomnimy, że państwa te są raczej niechętne Zachodowi, a Ameryce w szczególności (może z wyjątkiem Indii i - taktycznie - Pakistanu), to absurdem byłoby nazwanie zakończenia misji afgańskiej klęską.

Stąd, oprócz afganizacji wojny, która pozwoli na stopniowe wycofywanie obcych wojsk z Afganistanu, zachodni stratedzy powinni wziąć pod rozwagę regionalizację tej wojny. Do tej pory to inni tworzyli problemy dla Zachodu. Może czas odwrócić sytuację i sprawdzić, jak rozrabiacy poradziliby sobie w roli porządkowych?

Piotr Wołejko

 

grafika: hydarblog.files.wordpress.com

piątek, 23 lipca 2010

Ogłoszenie przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze opinii doradczej w sprawie niepodległości Kosowa znalazło miejsce na czołówkach wielu mediach na całym świecie. Skutki tego wydarzenia celnie opisał na swoim blogu Patryk Gorgol, stąd ja skupię się na innym aspekcie - na wartości prawa międzynarodowego jako takiego.

Jakie znaczenie ma opinia ws. Kosowa?

Wspomniany powyżej trybunał jest głównym organem sądowym Organizacji Narodów Zjednoczonych, a wszyscy członkowie ONZ są ipso facto stronami statutu trybunału, stanowiącego zresztą część Karty Narodów Zjednoczonych. Można powiedzieć, że MTS jest najważniejszym autorytetem w kwestiach związanych ze sporami dotyczącymi prawa międzynarodowego. Dlatego też, choć orzeka rzadko i w niewielu sprawach, jego wyroki są przyjmowane z ogromną atencją, a media nagłaśniają je w odpowiedni sposób.

Warto przy tym przypomnieć, że w sprawie niepodległości Kosowa trybunał nie wydał wyroku, a tylko opinię doradczą. Opinia nie ma zaś żadnej mocy prawnej, jest tylko interpretacją danej sytuacji prawnej przez MTS. Serbia nie może pogodzić się z suwerennością swej niegdysiejszej prowincji. Co więcej, prowincji, w której znajduje się miejsce uważane przez Serbów za kolebkę ich państwowości. Haski trybunał stwierdził w opinii, że ogłoszenie przez Kosowo niepodległości nie było niezgodne z prawem międzynarodowym. Innymi słowy, było zgodne z prawem międzynarodowym. Mieszkańcy Kosowa mieli prawo ogłosić niepodległość.

Z prawnego punktu widzenia opinia trybunału wyjaśnia sprawę. Niestety, sprawa od samego początku była przedmiotem rozgrywki politycznej, stąd prawne wyjaśnienie sprawy wcale jej nie wyjaśnia. Przeciwnicy ogłoszenia przez Kosowo niepodległości, m.in. Rosja, Chiny, Cypr czy Hiszpania, najpewniej nadal nie zdecydują się uznać kosowskiego rządu. Natomiast zwolennicy suwerennego Kosowa zacierają ręce. Liczą też, że opinia MTS sprawi, że niezdecydowane kraje postanowią uznać Kosowo za niepodległe państwo.

Kto stoi za nowo-powstałymi państwami?

grafikaNajwiększym patronem państwa Kosowarów (kosowskich Albańczyków) były Stany Zjednoczone. Premier Kosowa Hasim Thaci świętował pomyślną dla siebie opinię haskiego trybunału właśnie w Waszyngtonie. Bez silnego wsparcia Ameryki, a przede wszystkim bez militarnej interwencji sił NATO pod koniec ubiegłego wieku, Serbowie mogli spacyfikować Kosowo dokonując tam czystek etnicznych i zmuszając Albańczyków do opuszczenia Kosowa. Kampania nalotów sił NATO, głównie amerykańskich, zmusiła Serbów do wycofania swoich sił z prowincji. Po kilku latach trwania w stanie tymczasowym, Kosowo ogłosiło niepodległość w lutym 2008 roku.

Podpierając się prawem międzynarodowym, promotorzy niepodległości Kosowa (USA, Niemcy czy Francja) dopięli swego, tworząc słabe, ubogie, ale jednak niepodległe państwo. Rosjanie nie posiadali się ze złości, tym bardziej, że rzecz dotykała tradycyjnie bliskich im Serbów. Bardziej boli ich jednak tryumf prawa do samostanowienia nad integralnością terytorialną państwa. W Rosji mieszka wystarczająco wiele narodów, by na Kremlu obawiali się o spoistość potężnej federacji.

Z drugiej strony, ci sami Rosjanie z radością uznali niepodległość powstałych po sierpniowej wojnie z Gruzją w 2008 roku państewek - Abchazji i Osetii Południowej. Niedługo przed ogłoszeniem przez Kosowo niepodległości, rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow powiedział z resztą co następuje: "Rosja będzie musiała wziąć pod uwagę proklamację niepodległości przez Kosowo, w swojej polityce wobec Abchazji i Osetii Południowej". Gdy potrzebne było osłabienie wrogiej Gruzji, obawy o integralność terytorialną nie zaprzątały specjalnie głów moskiewskich decydentów. Obserwując narastające kłopoty Rosji na Kaukazie, w tym ostatnie zamachy na strategiczną infrastrukturę, można postawić tezę, że postawa Moskwy ws. integralności terytorialnej nie jest najbardziej rozsądna. Więcej o rosyjskiej polityce ws. Kosowa w artykule z lutego 2008 r.

Prymat państw nad prawem, które tworzą

Kosowarzy, Abchazi oraz Osetyjczycy z Południa są jednak wyjątkowymi szczęściarzami. Wstawili się za nimi potężni protektorzy. Niepodległość Kosowa, Abchazji i Osetii to dzieło USA i Rosji, nie zaś prawa międzynarodowego czy jakiejkolwiek jego interpretacji. Inne narody, najlepszym przykładem są tutaj Kurdowie, nie mają takiego szczęścia. I dopóki nie znajdzie się wystarczająco potężny patron, nowe państwo czy państewko nie ma szans na powstanie.

Prawo międzynarodowe nie stoi ponad państwami. To państwa tworzą prawo międzynarodowe i decydują, kiedy korzystniej jest poddać się jego normom, a kiedy większe zyski przyniesie nadużycie bądź złamanie tegoż prawa. Wystarczająco silne państwa mogą pozwolić sobie na zachowanie wbrew normom prawa międzynarodowego i być pewne swej bezkarności. Któż bowiem zdyscyplinuje Stany Zjednoczone, Rosję, Chiny, Indie czy Francję? Słowne potępienie to maksymalny wymiar kary. Niewiele, jeśli w grę wchodzi interes narodowy, prawda?

Warto w tym miejscu przypomnieć, iż prawo międzynarodowe (mam tu na myśli umowy pomiędzy państwami) najczęściej jest zupełnie bezzębne. Brakuje silnych instytucji, które miałyby możliwość wymuszenia na państwach stosowania się do postanowień traktatów. Tylko słabi byliby gotowi poprzeć silniejsze instytucje - wiadomo przecież, że na własną rękę nie są w stanie wiele zdziałać. Wielcy nie chcą zaś, by cokolwiek krępowało ich ruchy, stawiają na pełną swobodę działania. Tak działa prawo silniejszego, tak działa świat.

PS. Witam Czytelników po przerwie związanej z urlopem. Powracam do aktywnego opisywania wydarzeń na świecie na blogu, stąd zachęcam do codziennego zaglądania na Dyplomację. Ciekawe materiały polecam, jak zwykle, za pośrednictwem Dyplomacji na Facebooku. Oprócz pisania poszukuję aktualnie pracy, więc jeśli ktoś ma interesującą propozycję, proszę o kontakt na adres: wolejko.p[at]gmail.com.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

sobota, 10 lipca 2010

Patrząc na wschód z politycznego punktu widzenia trudno uciec od cienia rzucanego przez dwie legendarne już postaci - Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Porzucenie marzeń o odzyskaniu Kresów oraz dbanie o suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi (tzw. ULB) - filary koncepcji Giedroycia - legły u podstaw polityki zagranicznej rządów demokratycznej już Rzeczypospolitej. Niestety, sprytni polityczni macherzy pominęli kolejny, bardzo istotny element myśli Redaktora z Maisons-Laffitte. Jaki? Otóż Giedroyć był daleki od antyrosyjskości i z Rosją, rozumiejąc dzielące nas różnice (w tym, co oczywiste, różnice interesów) chciał rozmawiać.

Co jest nie tak z polską polityką wschodnią?

Dzisiejsi apologeci myśli Giedroycia używają go jak młota na politycznych oponentów, którzy mają czelność negować konieczność antyrosyjskiego nastawienia Warszawy. Tymczasem, rusofobia nie jest cnotą. Jest raczej bardzo istotną wadą, negatywnie wpływającą na pozycję Polski na arenie międzynarodowej, wymuszającą trwanie w klinczu z silnym i przebiegłym rywalem. Według niektórych z Rosją nie tyle nie trzeba, co nie wolno rozmawiać, a wszelkie układy są niemalże równoznaczne ze zdradą. Z Targowicą.

Problemy są jednak nie tylko z Rosją, ale także z obszarem ULB. Po pierwsze, prowadzenie jednolitej polityki wobec nich jest już niemożliwe. Litwa zakotwiczyła się już w NATO i Unii Europejskiej, Ukraina nadal dryfuje między Wschodem a Zachodem, natomiast Białoruś jest niezależna, ale jednocześnie rządzona w sposób autorytarny. To ostatnie nie powinno stanowić problemu dla polskiej dyplomacji. W postradzieckiej rzeczywistości demokracja to nadal anomalia, a standardem są różne formy autorytarno-oligarchiczne. Ustrój nie powinien decydować o możliwości współpracy z danym państwem. Tutaj liczą się interesy.

Mniejsze i większe niepowodzenia

grafikaDrugim, istotniejszym kłopotem, jest nieumiejętność Polski w prowadzeniu polityki wobec partnerów na Wschodzie. Litwa, niby nasz bliski sojusznik i partner w dwóch ważnych organizacjach międzynarodowych, traktuje polską mniejszość narodową jak piątą kolumnę, a współpraca energetyczna (Możejki, most energetyczny, wspólna budowa elektrowni atomowej) jest, delikatnie mówiąc, sabotowana przez Wilno. Czy naprawdę nie możemy wpłynąć na niewielkie, w dodatku teoretycznie przyjaźnie nastawione państwo?

Z Ukrainą wcale nie jest lepiej. Polska i polskie partie polityczne obstawiły in gremio jednego konia w Kijowie, który w dniu dzisiejszym znajduje się w rozsypce. Sympatie sympatiami i trudno było nie sprzyjać Pomarańczowym, jednak w polityce nie mogą decydować emocje, a interes. To właśnie interes ma znaczenie nadrzędne w podejmowaniu decyzji politycznych i w polskim interesie leżało utrzymywanie kontaktów z przegranymi pięć lat temu Niebieskimi Janukowycza. Dla Polski ważne jest, by Ukraina była niezależna, a jej gospodarka dynamicznie się rozwijała. Nie powinniśmy sympatyzować z Ukrainą Pomarańczową czy Ukrainą Niebieską, a z każdą Ukrainą.

Ostatni element układanki, Białoruś, trudno uważać za klęskę naszej polityki zagranicznej. Możliwości Warszawy są ograniczone. Stosowanie zasady kija i marchewki wydaje się najbardziej właściwe, jednak mamy związane ręce w sytuacji zaostrzenia kursu, głównie wobec Polaków mieszkających na Białorusi, przez prezydenta Łukaszenkę. Nie można bowiem dopuścić do sytuacji zerwania dialogu i zamrożenia kontaktów, a możliwości blefu skryte za ostrą retoryką są niewielkie. Warto pamiętać, że Białoruś Łukaszenki jest jednak suwerenną Białorusią, co odpowiada polskiej racji stanu. Chyba nie byłoby lepiej, gdyby Białoruś znalazła się pod administracją Moskwy? Rosja jest już wystarczająco silna bez Białorusi.

Ostatnim elementem polityki wschodniej, wykształconym całkiem niedawno, jest zaangażowanie Rzeczypospolitej na Kaukazie, głównie w Gruzji i Azerbejdżanie. Łatwo się domyślić, że spojrzenie na tak odległy od granic Polski obszar uzasadniają kalkulacje energetyczne. Obszar Morza Kaspijskiego to jeden z najbardziej zasobnych w ropę naftową i gaz ziemny regionów świata. Kraj właściwie pozbawiony tych surowców musi szukać ich często bardzo daleko. Z drugiej strony, chcąc uczestniczyć w grze o ropę i gaz musimy zdawać sobie sprawę z realiów geopolitycznych. Rosja, Chiny i Stany Zjednoczone to gracze, którzy walczą o kontrolę kaspijskich bogactw energetycznych. Ani samodzielnie ani wspólnie z Gruzją, Ukrainą czy krajami bałtyckimi nie jesteśmy w stanie skutecznie rywalizować z wymienionymi wyżej państwami. Tylko w ramach UE możliwe jest włączenie się do gry.

Jaka polityka wobec Wschodu?

Czego najbardziej brakuje polskiej polityce wschodniej? Odpowiedź nie będzie oryginalna ani zaskakująca - realizmu i pragmatyzmu. Rozsądne byłoby porzucenie haseł o polityce jagiellońskiej, która m.in. drażni potencjalnych partnerów, a przy okazji jest kompletnie nieaktualna oraz powstrzymanie się od rusofobii, która nie przynosi zysków a naraża nas na straty w wielu wymiarach (politycznym, gospodarczym). Zamiast tego należy postawić na politykę braku problemów z sąsiadami, sprzyjania rozwojowi dobrobytu sąsiednich społeczeństw oraz konsekwentną realizację naszych interesów (m.in. praw Polaków mieszkających za granicą).

Powinniśmy być dla sąsiadów i państw wschodu inspiracją i wzorem do naśladowania. Aby tak było, niezbędne jest uporządkowanie wielu spraw wewnątrz kraju. Dobrobyt w Polsce powinien promieniować na państwa sąsiednie, stwarzać innym szanse na szybszy rozwój. Celem takiego kulturowo-gospodarczo-społecznego oddziaływania jest "zejście" z pozycji wysuniętego najbardziej na Wschód bastionu cywilizacji zachodniej. Nie jest w naszym interesie wieczne odgrywanie roli czyjegoś przedmurza. Jest to zbyt kosztowne zadanie.

Rozsądna i realistyczna polityka wschodnia, wolna od fobii i uprzedzeń, pozwoliłaby na optymalne wykorzystanie ograniczonych zasobów, a także miałaby większe szanse na pozytywny odbiór w państwach nią objętych. Wysiłki polskiej dyplomacji powinny być bowiem nakierowane na działania, nie zaś na retorykę czy szermierkę słowną.

 

grafika: hit1.pl

 

PS. Jest to pierwszy wpis po dłuższej przerwie, a kolejna przerwa jest już na horyzoncie. Wybaczcie proszę zmniejszoną aktywność, która potrwa do 21 lipca.

Piotr Wołejko

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook