niedziela, 28 lipca 2013

Edward Snowden dogłębnie poznaje strefę tranzytową moskiewskiego lotniska Szeremietiewo, a amerykańska Izba Reprezentantów potwierdza (chociaż niewielką przewagą głosów), że NSA (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego bądź No Such Agency) może szpiegować własnych obywateli. Program PRISM został już szeroko opisany, ja wolałbym skupić się na innym zagadnieniu – wolności.

Istotą programu PRISM i jemu podobnych jest zdobywanie coraz większej ilości informacji o obywatelach. Trudno nie przyznać racji prof. Romanowi Kuźniarowi, który udzielił szerokiego wywiadu nt. sytuacji wokół Snowdena w weekendowej Gazecie Wyborczej (20-21 lipca br.) – „Nadmiar informacji utrudnia ich wykorzystanie, a przy tym może wyrządzać poważne szkody w prawach człowieka, demokracji, która ulega erozji”.

W drodze do Wielkiego Brata

grafikaSkupmy się najpierw na pierwszej części wypowiedzi Kuźniara – na nadmiarze zbieranych informacji. W kraju i na świecie standardem jest rozmnożenie służb zajmujących się szeroko rozumianym bezpieczeństwem. Podstawą ich funkcjonowania jest gromadzenie i analizowanie informacji. Niestety, wraz z postępem w ilości zebranych danych nie następuje wystarczający postęp w ich przetwarzaniu (łączenie, kojarzenie faktów, analiza, wnioski). Przed 11 września 2001 r. różne amerykańskie służby dysponowały strzępami informacji, lecz nie dzieliły się nimi ze sobą, przez co nikt nie miał całościowego obrazu sytuacji.

Jednym z kluczowych wniosków po ataku na WTC było skoordynowanie prac agencji wywiadowczych, lecz sukcesy na tym polu nie nadążają za terabajtami informacji, które spływają z wielu różnorodnych źródeł. Jesteśmy podsłuchiwani, podglądani, rejestruje się dane dotyczące ilości, długości naszych rozmów telefonicznych, czyta się nasze mejle itp. itd. Wywiad osobowy (HUMINT), podstawę pracy służb bezpieczeństwa jeszcze kilka dekad temu, zastąpił wywiad elektroniczny (SIGINT). Potężne komputery analizują i szukają powiązań między zebranymi informacjami. Zakres prywatności jest coraz mniejszy.

Czy jesteśmy dzięki temu potężnemu nadzorowi elektronicznemu bezpieczniejsi? Pewnie tak. Tylko czy skala tego nadzoru nie jest przesadzona? Czy coraz większa inwigilacja jest uzasadniona? Mocno w to wątpię. Argument, iż należy poświęcić część naszych, obywatelskich wolności na rzecz zapewnienia większego poziomu bezpieczeństwa, jest z gruntu fałszywy (ciekawy artykuł na ten temat). Chociaż z punktu widzenia rządu, czy – szerzej – władzy – jest racjonalny i skuteczny. Pozwala bowiem zwiększać zakres władzy, zatrudniać kolejnych urzędników, a także podkręcać w odpowiednich momentach tzw. „stan zagrożenia”. Mistrzem w tej grze był w XXI w. prezydent Bush i sterujący nim neokonserwatyści. Stworzyli przemysł strachu, który pozwolił przeforsować ustawy, zorganizować aparat wywiadowczy i prowadzić wojny, które w normalnych warunkach nigdy by nie przeszły.

Zmienił się prezydent, zmieniły czasy, lecz jedno pozostało niezmienne – raz zdobytej władzy (uprawnień) nigdy nie oddamy. Obama i Kongres murem stanęli za inwigilacją. Ten sam Barry Obama, jeszcze jako senator, nie był przesadnym entuzjastą inwigilacji. Ale, wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Guantanamo też było złe i miało zostać zlikwidowane, lecz po przeprowadzce do Białego Domu sprawy się „skomplikowały”. Historia jakich świat zna wiele.

Iluzja bezpieczeństwa, realne ograniczenia wolności

Poświęcenie wolności na rzecz bezpieczeństwa to argument uniwersalny. Sięgają po niego wszelkie rodzaje rządów, od tyranów, przez autokratów, po demokracje. Niestety, nie tylko raz oddanych wolności nie uda się odzyskać, lecz coraz łatwiej przyjdzie okrajanie pozostałych. Dziś ze względów bezpieczeństwa „godzimy się” na monitoring komunikacji elektronicznej. A jutro? Może monitoring naszego życia domowego. Albo koniec wolności prasy i swobody wypowiedzi, bo ktoś mógłby powiedzieć coś, co mogłoby promować coś na kształt radykalnej postawy?

Wolność należy chronić, zapewnić jej – a przez to obywatelom – bezpieczeństwo. Nie czuję się bezpieczniej, gdy ktoś zakazuje mi mówić czy pisać, bo mógłbym nie zmieścić się w narzuconym formacie. Nie czuję się bezpieczniej, gdy NSA czy inne agencje czytają moje mejle, śledzą moje poczynania w Google, na Facebooku etc. Widzę w tym ogromne nadużycie. I obawiam się, że akceptacja tego stanu rzeczy jest bardzo groźnym precedensem. Przyzwolenie tzw. milczącej większości na postępującą inwigilację zagrażają fundamentom demokracji. Czy za dwie dekady nie zacznie nam zagrażać odpowiednik niesławnego irańskiego SAVAKu? Jeszcze kilka poświęceń i kompromisów „ze względów bezpieczeństwa” i nie można wykluczyć mało sympatycznych scenariuszy.

Tym bardziej, że inwigilacja nie zapewnia pełnego bezpieczeństwa. I nie zapewni, chociaż oddalibyśmy całą wolność. Nie jest to możliwe. Zawsze jakiś Carnajew, Breivik (samotny asasyn - czytaj więcej) czy AQIM może przeprowadzić udany atak na dowolnie wybrany cel. Możemy powstrzymać 99 prób, a 100 się – niestety – powiedzie. Decydując się na rezygnację z wolności wybieramy – tak się nam wydaje – hańbę zamiast wojny. A będziemy mieli i hańbę i wojnę.

Zamiast pointy oddam głos prof. Kuźniarowi: „Kraje demokratyczne powinny być wdzięczne Snowdenowi za wskazanie zagrożenia dla demokracji (…) Budzi mój ogromny dyskomfort moralny to, że Snowden znajdzie schronienie najprawdopodobniej w kraju niedemokratycznym lub o demokracji dekoracyjnej. To my, demokracje, nie potrafimy zareagować, zaoferować mu ochrony. To kolejne potwierdzenie, że jest z nami nie najlepiej”.

Piotr Wołejko

środa, 17 lipca 2013

Politycy nie mają łatwo. Ci u władzy tym bardziej. I chociaż władza się zawsze wyżywi, to niedługo czas jej trwania może znacząco się skrócić. Nie mówię nawet o krajach, w których chwiejne rządy to niemal element tradycji narodowej (Włochy, Japonia), lecz generalnie. Chwiejność dotyka zarówno demokracji, jak i dyktatur. Ostatnie lata pokazują, że społeczeństwa w coraz większym stopniu są zdolne do publicznego demonstrowania swojego niezadowolenia.

Prawdziwe przyczyny największych wybuchów niezadowolenia

Arabska wiosna, hiszpański ruch oburzonych, Okupuj Wall Street, coraz liczniejsze protesty w Chinach (mowa o dziesiątkach tysięcy protestów), majowo-czerwcowe protesty w Turcji, czerwcowe demonstracje w Brazylii, czerwcowo-lipcowe protesty w Egipcie. Wydarzenia tak różne i wielowątkowe. A jednak można je na różne sposoby spinać, łączyć ze sobą i wyciągać wnioski. Główny jest taki: ludzie mają dość – bezsilności i nieudolności władzy, korupcji, nepotyzmu, pustych obietnic. Arabska wiosna rozpoczęła się nie od protestu przeciwko autorytarnym rządom prezydenta Ben Alego w Tunisie, lecz z powodu poczucia braku nadziei na lepsze jutro młodego sprzedawcy, któremu nie pozwolono zarobić na życie. Ówczesne wysokie ceny żywności oraz długotrwała stagnacja społeczno-gospodarcza w krajach arabskich, w połączeniu z kolejnym przejawem arogancji funkcjonariuszy publicznych (w tym przypadku policji) okazały się iskrą, która wysadziła w powietrze lekko stęchły porządek polityczny świata arabskiego.

Hiszpańscy oburzeni oraz ich amerykańscy koledzy z ruchu Okupuj Wall Street sprzeciwiali się natomiast przerzuceniu kosztów kryzysu na społeczeństwo. Polityka ratowania stojącego na głowie świata tzw. rynków finansowych na koszt podatnika nie znalazła społecznej akceptacji. Trudno odgadnąć, dlaczego protesty te nie miały bardziej masowego ani gwałtownego charakteru. Może wybuch niezadowolenia nastąpił przedwcześnie? Niemniej, główne zarzuty oraz postulaty (z tymi trochę gorzej, bo oburzeni po obu stronach Atlantyku nie mieli jasno określonych przywódców) protestujących są nadal aktualne. Polityka tzw. luzowania fiskalnego, tego mitycznego dodruku pieniądza (dziś to bardziej pieniądz wirtualny, inaczej prasy drukarskie mogłyby nie dać rady narzuconemu tempu), nie poprawiła sytuacji realnej gospodarki, a więc także społeczeństwa. Środki te stanowią kapitał spekulacyjny, który zmienia obszary zainteresowania niczym rękawiczki, na zmianę windując bądź spuszczając ceny surowców bądź poszczególnych giełd. A co stało się, gdy szef Fedu Ben Bernanke delikatnie zasygnalizował możliwość wygaszania „dodruku pieniądza”? Panika na rynkach finansowych. Zupełnie nieuzasadniona, bo akurat pieniędzy mamy (w zasadzie to rynki mają) aż nadto. Czas wykorzystać je bardziej produktywnie niż na granie na zwyżkę cen ropy czy spadek cen kakao.

Wreszcie Turcja i Brazylia. Kraje rozwijające się, wschodzące gwiazdy i przyszłe potęgi obecnego stulecia. Ile to nasłuchaliśmy się o wspaniałych perspektywach tych dwóch państw. Wszystko to zamulało ogląd sytuacji tym, którzy patrzyli tylko na wykresy, tabelki i słupki statystyk, a nie pofatygowali się zajrzeć pod dywan. Nie było przecież żadną tajemnicą, że w Brazylii i Turcji napięcie społeczne jest duże, a modernizacja gospodarcza nie rozwiązała wielu fundamentalnych problemów. Wręcz przeciwnie, niektóre z nich stały się jeszcze bardziej palące. Powstały kontrasty, które kłuły w oczy, powodowały frustrację, gniew, a wreszcie doprowadziły do wybuchu w postaci licznych protestów.

Myśl lokalnie, działaj globalnie

W Turcji wybuch miał (jak początek Arabskiej wiosny w Tunezji) charakter stricte lokalny. Ot, mieszkańcy okolicy parku Gezi w Stambule zaprotestowali przeciwko arogancji władz, które bez konsultacji postanowiły zamienić teren zielony w nowoczesną betonową pustynię. Ten lokalny protest szybko zyskał dodatkowy kontekst ogólnonarodowy – opór wobec aroganckiej władzy umiarkowanie islamistycznej partii AKP, która sprawuje władzę już trzecią kadencję z rzędu. Władza demoralizuje, a władza absolutna… Premierowi Erdoganowi i jego partii jeszcze sporo do władzy absolutnej brakuje, lecz pozycja AKP jest bardzo silna, a sam premier nie grzeszy skromnością. Zdaje się zresztą, że w ogóle nie zrozumiał istoty niedawnych wydarzeń, a jego wypowiedzi w trakcie kryzysu tylko dolewały oliwy do ognia. Protesty wywołane zamieszaniem wokół parku Gezi przerwały jednak beztroski sen Erdogana – opór społeczny wobec jego polityki (i jego samego osobiście) jest duży i, chociaż sondaże na razie pokazują na bezpieczną przewagę nad opozycją, szef rządu ma z kim przegrać.

Sytuacja w Brazylii była jeszcze większym zaskoczeniem niż wydarzenia w Turcji. Oto do kraju zjechali mistrzowie poszczególnych kontynentów w uwielbianej przez Brazylijczyków piłce nożnej. Zamiast radosnej fiesty podczas wielkiego turnieju, a zarazem sprawdzianu przed przyszłorocznym mundialem, były demonstracje i ostra krytyka władz. Brazylia nie przestała nagle kochać futbolu. Iskrą, która wywołała pożar była podwyżka cen biletów autobusowych w jednym z miast. Jednak prawdziwe przyczyny protestów są inne (lista jest dość długa, podam więc tylko kilka): korupcja, nepotyzm, nieudolność władz, znacząco przekroczone wydatki na budowę stadionów przy jednoczesnym zaniedbaniu rozbudowy komunikacji oraz – a może przede wszystkim – instytucji użyteczności publicznej, jak szpitale czy szkoły. W przeciwieństwie do premiera Erdogana, brazylijska prezydent Dilma Rouseff uznała zarzuty protestujących za słuszne i postawiła na dialog. Zmiany zajmą jednak lata, bo miejscowa polityka to prawdziwa stajnia Augiasza.

Przeciwko filozofii „niedasie”

Kim są protestujący na ulicach Tunisu, Madrytu, Nowego Jorku, Stambułu i Rio de Janeiro? W dużej części są to młodzi i wykształceni ludzie. Ta grupa dostrzega modernizację gospodarczą, o ile w danym kraju ona nastąpiła, lecz wraz z postępem staje się coraz bardziej wymagająca. Jednak na ulice wychodzi tzw. cały przekrój społeczny (różny wiek, wykształcenie, klasa społeczna, religijność). Może teza ta jest zbyt daleko idąca, natomiast dostrzegam w tych wszystkich protestach wspólny mianownik post-ideologiczności. Protestujący na pierwszym miejscu stawiają przyziemne sprawy, które dotyczą ich bieżącego życia, a dopiero na dalszym planie pojawia się ideologia. Ludzie na ulicach chcą, żeby politycy/władza/urzędnicy zajęli się rozwiązywaniem problemów. Mają dość nieudolności i bezczynności, zasłaniania się przepisami bądź ich brakiem albo niemożnością współpracy różnych instytucji. Interesuje ich osiągnięcie celu, mniej metoda, którą władza przyjmie, by go zrealizować. A spory ideologiczne, chociaż nadal rozpalają umysły radykałów, większość społeczeństwa nużą i są traktowane jako tematy zastępcze. Protestujący zdają się nieść na transparentach hasło: „więcej pragmatyzmu, mniej ideologii”.

Na razie rządzący tracili władzę w krajach autorytarnych, lecz poważne wstrząsy dotykają także demokracji (Turcja, Brazylia). Również Europa nie jest immunizowana na ewentualne masowe demonstracje i żądania ustąpienia rządu/prezydenta. Także na starym kontynencie społeczeństwa są coraz bardziej zniecierpliwione nieudolnym przywództwem i miałkością elit rządzących. Dziś wystarczy kilkadziesiąt minut, by zorganizować wielotysięczną demonstrację. Obieg informacji jest błyskawiczny. Łatwiej się komunikować, trudniej coś ukryć. W szczególności trudno ukryć wpadki bądź niedociągnięcia. Żyjące w atmosferze panicznego wyścigu po jakąkolwiek informację media szybko podchwytują nawet najbardziej banalne i błahe sprawy, byle tylko mieć newsa.

Jak dobrze rządzić?

W takich realiach rządzącym jest naprawdę coraz trudniej. Realia instytucjonalno-prawne ograniczają zazwyczaj możliwości działania, przeprowadzania zmian. Z drugiej strony, presja społeczna na rozwiązywanie problemów jest większa niż kiedykolwiek. Sytuacji nie ułatwia to, iż u władzy zamiast wizjonerów i mężów stanu mamy bezbarwnych technokratów. Ludzie ci są często niezdolni do odważnego działania. Jednak nawet będący absolutną przeciwnością bezbarwnego technokraty premier Erdogan, który akurat zmieniał dużo i w sposób daleko idący, spotkał się w końcu z mocną kontrą ze strony społeczeństwa. Jego przypadek pokazuje, że oprócz odwagi do przeprowadzania zmian potrzebne są wrażliwość na odmienne opinie oraz zdolności koncyliacyjne.

Z daleka wygląda to na kwadraturę koła i sytuację, w której - tak czy owak - można tylko polec na polu chwały. Wcześniej można jednak zrobić wiele dobrego. Wiadomo, że nie uda się rozwiązać wszystkich problemów. Warto jednak rozwiązać ich jak najwięcej (vide prezydent Lula, który nie zmienił wiele w brazylijskiej polityce, lecz w kwestiach społecznych miał ogromne osiągnięcia – odchodząc ze stanowiska cieszył się ponad 80-procentowym poparciem). Doskonałą pointą tego tekstu będą słowa (ówczesnego premiera) Marka Belki, które padły w 2005 r. z mównicy sejmowej: „dość teatru politycznego, do roboty”. To właśnie mówią protestujący na ulicach miast i miasteczek, niezależnie od szerokości geograficznej, kierując swój gniew przeciwko rządzącym.

Piotr Wołejko

piątek, 12 lipca 2013

Obalony przez wojsko na początku lipca Muhamad Mursi był dopiero piątym prezydentem Egiptu w historii, a jednocześnie pierwszym niewywodzącym się z szeregów sił zbrojnych. Jego poprzednicy to Muhamad Nadżib, Gamal Nasser, Anwar Sadat i Hosni Mubarak. Tymczasowym prezydentem Egiptu wojskowi mianowali szefa sądu konstytucyjnego Adli Mansura, jednak wiadomo, kto pociąga za sznurki. Armia rządziła Egiptem przez blisko sześć dekad. Czy po zaledwie kilkunastomiesięcznej przerwie wraca do władzy?

Imposybilizm Mursiego

grafikaWywodzący się z Bractwa Muzułmańskiego Mursi od początku miał pod górkę. Wygrał o włos wybory z reprezentantem ancien regimu gen. Szafikiem. Chociaż jego pozycja wydawała się słaba, starał się działać szybko i zdecydowanie – głównie w kierunku konsolidacji władzy. Co zaskakiwało, wkrótce po objęciu prezydentury odstawił na boczny tor marszałka Tantawiego, szefa potężnej Wojskowej Rady Narodowej (SCAF) i wieloletniego ministra obrony pod rządami Mubaraka. Następnie narzucił krajowi nową ustawę zasadniczą, a w końcu wyłączył swoje decyzje spod kognicji sądów, rzucając wyzwanie potężnej korporacji sędziowskiej. Wszystkiemu przyglądali się wojskowi, lecz nie było z ich strony żadnej reakcji.

W tym samym czasie niewiele udawało się osiągnąć na niwie społeczno-gospodarczej. Gospodarka Egiptu kuleje, rezerwy walutowe maleją, a kraj ubiega się o znaczące kredyty zagraniczne. Turystyka nie wraca do poziomu sprzed rewolucji w 2011 roku, bezpieczeństwo znacząco się pogarsza – w szczególności na Półwyspie Synaj (co wywołuje zrozumiałe obawy po stronie izraelskiej). Brak postępów w sprawach wewnętrznych sprawia, że sytuacja w Egipcie niewiele różni się od tej sprzed rewolucji – wysokie bezrobocie, bieda, brak perspektyw, korupcja etc. Mursi nie potrafił bądź nie mógł wiele w tej materii wskórać.

Społeczeństwo obywatelskie

Trudna sytuacja społeczno-gospodarcza oraz wzmagające się niezadowolenie społeczne wśród przeciwników Bractwa Muzułmańskiego to krajobraz ostatnich miesięcy w egipskiej polityce. Niezdolna do konstruktywnego porozumienia przed wyborami prezydenckimi świecka opozycja oraz zaplecze dawnego reżimu (które coraz mniej krępowało się z publicznym ujawnianiem swej afiliacji) zawarło tymczasem sojusz, tworząc koalicję Tamarod (Bunt). Zawsze łatwiej zjednoczyć się przeciwko czemuś, a celem Buntu był prezydent Mursi i jego Bractwo Muzułmańskie. Koalicja zebrała imponującą liczbę ponad 20 milionów podpisów za rezygnacją prezydenta Mursiego. Na pierwszą rocznicę objęcia przez niego urzędu szykowano masowe demonstracje. Jak się okazało, wojsko szykowało się do obalenia Mursiego. Jest oczywiste, że tak sprawnej operacji przejęcia władzy nie przygotowuje się w kilka tygodni. Musiało to zająć długie miesiące, a kluczowa była koordynacja działań – wszystko musiało nastąpić w mniej więcej tym samym czasie.

Sprzeciw wobec Mursiego i obawy islamizacji kraju stały się dla wojskowych pretekstem do obalenia prezydenta. Jak głosił komunikat dowodzącego armią gen. Abdela Sisiego, armia wsłuchała się w głos społeczeństwa, a wojsko i naród stanowią jedność. Zapanowała prawie powszechna radość, gdyż przeciwnicy Mursiego są bardzo liczni i wyjątkowo zmobilizowani. Zwolennicy prezydenta byli chyba zaskoczeni rozwojem wypadków. Zanim zebrali siły minęło kilkadziesiąt godzin, a w międzyczasie nowa władza dokonała szeregu aresztowań istotniejszych postaci Bractwa i zamknęła islamistyczne media. Gdy Bractwo wreszcie się zebrało, zrobiło się goręcej – pojawiły się ofiary, w tym kilkadziesiąt osób zabitych w okolicach koszar w Kairze. Czy Bractwu uda się zmobilizować miliony swych zwolenników, by wymusić ustępstwa na wojsku?

Problemy i wyzwania

  1. Doprowadzenie do uspokojenia sytuacji społecznej – praktycznie niemożliwe jest prowadzenie polityki w sytuacji, gdy miliony ludzi protestują na ulicach. Przywrócenie podstawowego bezpieczeństwa wewnętrznego, które jest niezbędne do podjęcia bardziej zaawansowanych działań, chociażby na Płw. Synaj.
  2. Niezwłoczne zajęcie się problemami gospodarczymi – pomocne będą miliardy (ponad 10) dolarów obiecanych przez ZEA, Arabię Saudyjską i Kuwejt pożyczek. Widać, że konserwatywne monarchie Zatoki Perskiej cieszą się z powstrzymania Bractwa Muzułmańskiego, którego ideologia była groźna dla ich własnej stabilności. Jednocześnie mamy do czynienia z prestiżową porażką Kataru, który wspierał i lansował Braci.
  3. Przygotowanie gruntu pod inkluzyjny proces polityczny. Bractwo Muzułmańskie i bardziej radykalni od niego salafici zarzekają się, że w żadnym dialogu nie będą brali udziału, lecz stanowisko to może ulec zmianie. Ważne, by nie stawiać w tej chwili zbyt ambitnych, skomplikowanych czy dalekosiężnych celów. Na stole powinny znaleźć się podstawowe zagadnienia, w szczególności społeczno-gospodarcze. Musi być zgoda zdecydowanej większości sił politycznych co do głównych założeń. Inaczej żadna władza nie poradzi sobie z opanowaniem sytuacji, a krajowi grozi chaos.
  4. Rozpoczęcie rozmów stricte politycznych poświęconych nowemu układowi sił. Chociaż niektórzy próbują przedstawić aktualną sytuację w Egipcie jako kontrrewolucję i powrót wojska do władzy (albo kradzież rewolucji, czasem powtórną – pierwszy raz ukradło ją Bractwo Muzułmańskie), nie jest to takie proste. Przy obecnym stopniu mobilizacji społecznej, gotowości do masowych demonstracji i żądaniu szybkiego przeprowadzania zmian, wchodzenie do rzeki władzy jest dla wojskowych bardzo ryzykowne. Wskazanie sędziego Adliego Mansura na tymczasowego prezydenta pokazuje, że armia zdaje sobie sprawę z tego zagrożenia. Lepiej sterować z tyłu, a na przód wystawić cywilne zderzaki, głównie osoby cieszące się poparciem i estymą części społeczeństwa i społeczności międzynarodowej (Mohamed El-Baradei). Bezpośrednie rządy wojska to nie tylko ryzyko utraty poparcia narodu (a siły zbrojne to instytucja ciesząca się ogromnym zaufaniem), lecz również konfrontacji z Bractwem i bardziej radykalnymi islamistami. Chociaż wariant algierski raczej wykluczam (islamiści wygrali na początku lat 90. wybory parlamentarne, lecz wojsko unieważniło wyniki – w rezultacie trwającej dekadę wojny domowej zginęło ok. 200 tys. osób), to w obliczu łatwego dostępu do różnego rodzaju uzbrojenia (arsenały libijskie rozchodzą się po całej Afryce Północnej), nietrudno wyobrazić sobie mniejsze bądź większe akty przemocy i terroru wymierzone w siły bezpieczeństwa (wojsko, policja), instytucje publiczne, a nawet cywilów.

Kontekst międzynarodowy

Obalenie Mursiego przez wojsko nie spotkało się ze zbyt głośnym potępieniem tzw. wspólnoty międzynarodowej. Najbliższy sojusznik Egiptu – Stany Zjednoczone „stawał na głowie”, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, czyli nie użyć sformułowania „zamach stanu”. Nic dziwnego, gdyż wówczas Waszyngton musiałby (zgodnie z własnym ustawodawstwem) wstrzymać wypłacanie pomocy finansowej, która w lwiej części trafia do egipskiej armii (bagatela 1,5 mld dolarów rocznie). W regionie ulgę odczuły nie tylko sunnickie monarchie Zatoki, lecz przede wszystkim Izrael. Pragmatyczne relacje Izraelczyków z egipskim wojskiem były gwarantem stabilności południowej granicy Państwa Żydowskiego, a także pozwalały na swobodniejszą postawę wobec państw arabskich. Ucieszył się nawet prezydent Syrii Baszar Assad, który przedstawia się jako ofiara międzynarodowego spisku zwalczająca sannickich terrorystów spod znaku Bractwa Muzułmańskiego & Co.

Gdy w Jerozolimie strzelały korki od szampana, w Ankarze panowały minorowe nastroje. Turcja, główny obok Kataru promotor Braci Muzułmanów, nie może pogodzić się z rozwojem wypadków. Premier Erdogan doskonale rozumie sytuację, gdyż w jego kraju wojsko niejednokrotnie obalało cywilne rządy pod pretekstem islamistycznego zagrożenia dla świeckiej republiki. Erdogan znalazł z Mursim nić porozumienia i liczył, że Egipt będzie czerpał z tureckich wzorców. Swoją drogą był to ciekawy koncept i być może dobra droga do ukształtowania się nowej kultury politycznej w świecie arabskim. Mimo wielu mankamentów, na które szczególnie wyczuleni są Europejczycy, Turcja jest krajem demokratycznym i stabilnym. Tej oceny nie zmienia postawa władz wobec czerwcowych protestów, które zaczęły się na placu Taksim w Stambule.

Quo vadis Egipcie?

Próba przewidzenia rozwoju zdarzeń w średniej i dłuższej perspektywie wymaga szklanej kuli albo zmysłu hazardzisty. Wydaje się, że armia nadal jest na tyle silna, by nie dopuścić do chaosu czy anarchii, natomiast nie wiem, czy jest na tyle silna, by powrócić do bezpośrednich rządów. Wygodniejszy jest model najbardziej nawet fasadowego gabinetu cywilnego, przy jednoczesnym zachowaniu imperium armii w postaci braku cywilnej kontroli nad budżetem sił zbrojnym oraz utrzymaniu stanu posiadania w gospodarce (mówi się, że wojsko i wojskowi kontrolują nawet 40% egipskiej gospodarki). Nie można wykluczyć jakiegoś modelu porozumienia wojska, partii świeckich i islamistów (przynajmniej ich części) i powstania choćby chybotliwego i krótkotrwałego konsensusu politycznego. Pytanie, czy znowu górę wezmą spory ideologiczne i animozje osobiste, czy odpowiedzialność za państwo?

Wbrew powszechnej narracji uważam, że masowe protesty przeciwko rządom Mursiego miały nie tylko podłoże ideologiczne, lecz także socjalne. W niemal dwa i pół roku od rewolucji i obalenia Mubaraka ludziom nie żyło się lepiej, a wielu żyje się gorzej. Protestowali nie tylko młodzi czy elity z Kairu, lecz mieszkańcy dziesiątek innych miast i miejscowości. Ci ludzie domagają się poprawy warunków bytowych. I to od zaraz. Ideologia jest na drugim miejscu. Dostrzegam tutaj liczne podobieństwa z protestami w Turcji i Brazylii, ale to temat na odrębny wpis.

Piotr Wołejko

wtorek, 09 lipca 2013

Zupełnie bez ostrzeżenia do tzw. mainstreamu przebił się temat europejski. Chodzi oczywiście o awanturę medialną związaną z tzw. polityką klimatyczną. Obserwowane przez polowanie z nagonką na winnych całego zamieszania walki z ocieplaniem klimatu było niczym więcej niż operacją ratowania twarzy przez naszych decydentów, która daje – wyjątkową w Polskich realiach - możliwość obserwacji mechanizmów tzw. dyplomacji multilateralnej.

O co chodzi w unijnej polityce klimatycznej

Polityka ta ma niewiele wspólnego z troską o klimat. Prawdziwym celem jest oczywiście walka ze skutkami globalizacji, poprzez zablokowanie albo przynajmniej opóźnienie delokalizacji sfery produkcji do krajów rozwijających się. Oczywiście nie dokona tego dwutlenek węgla ale koszty energii, które generuje walka z tzw. emisjami. A to zmniejszy opłacalności produkcji w Chinach, Indiach czy Bangladeszu. Jak podnieść innym rachunki za prąd? Przez narzucenie własnych standardów.

Geneza polityki klimatycznej

Wybór kryterium emisji CO2 jako decydującego dla oceny poprawności politycznej energii nie jest oczywiście przypadkowy. Wynika tak naprawdę z historii. Kraje rozwinięte w czasach zimnej wojny były pośrednio bądź bezpośrednio zaangażowane w atomowy wyścig zbrojeń. Jego paliwem był głównie pluton – sztuczny pierwiastek powstający w wyniku reakcji pomiędzy promieniotwórczymi izotopami uranu. Jako że produktem ubocznym tej reakcji była energia elektryczna – dało to możliwość skonstruowania opowieści o „pokojowej energii atomowej” w postaci cywilnych reaktorów atomowych, produkujących - oprócz prądu – pluton i szereg innych izotopów koniecznych dla poprawnego napełniania rakiet i pocisków, które na szczęście nigdy nie zostały wystrzelone.

Jednocześnie prowadzone pomiędzy latami 30. a 60. ubiegłego wieku wielkie programy robót publicznych budowały nie tylko autostrady, ale regulowały rzeki przy pomocy projektów hydroinżynieryjnych (przykład). Cechą wspólną tych źródeł tzw. czystej energii jest ogromna kapitałochłonność i fakt, że większość krajów – promotorów walki z emisją CO2 – wydała te kapitały już jakieś 20-30 lat temu, w ramach budżetów wojskowych poutykanych w cywilnych – z nazwy - dziedzinach albo w programach robót publicznych gromadzących ludzi na placach budów, a nie na ulicach.

Spadkiem po tym – z dzisiejszej perspektywy – złotym wieku krajów zachodu jest potężna i droga w utrzymaniu infrastruktura. Oczywiście produkowana w ten sposób energia nie jest czysta ekologicznie - mniej więcej raz na dekadę mamy poważny wypadek w elektrowni atomowej, kończący się skażeniem obszarów liczonych w dziesiątkach tysięcy kilometrów kwadratowych, a co roku powodzie wynikające głównie z naruszenia naturalnego biegu rzek najczęściej nieprzemyślaną działalnością człowieka. Typowa energetyka oparta na spalaniu paliw kopalnych jest znacznie tańsza i elastyczna. Niechcianą elektrownię węglową można po prostu wyłączyć czy zburzyć. Z atomową jest już spory problem, o hydroelektrowniach nie wspominając. Przyjęcie kryterium poprawności produkowanej energii według emisji – co widać doskonale na przykładnie Polski – oznacza z jednej strony podniesienie cen, a z drugiej konieczność przeznaczenia ogromnych nakładów na własne projekty atomowe czy hydrologiczne. Choć polityka klimatyczna – wbrew niektórym krajowym komentatorom – nie jest wymierzona w Warszawę, pech Polski polega na tym, że pomimo położenia w Europie też jest krajem rozwijającym się i narzędzie to jest dla niej równie niebezpieczne jak dla Pekinu czy Delhi.

W wymiarze geopolitycznym polityka klimatyczna to typowe działanie metodą soft power, gdzie zamiast czołgów wysyła się do boju ekologów albo urządza bojkoty w supermarketach. Podobnych środków, opakowanych w szczytne hasła - na przykład bezpieczeństwa w ruchu drogowym (walka z samochodami made in China), czy też ochroną zdrowia (sławna krzywizna bananów pasująca tylko do tych z dawnych kolonii Francji i Anglii, te krzywe „inaczej” są oczywiście szkodliwe dla konsumentów).

Siła soft power zależy właśnie od dobrego opakowania, które umożliwia jego sprzedaż. Im szerszy krąg odbiorców tym marketing musi być silniejszy, czyli trzeba być na tyle silnym, żeby narzucić swój punkt widzenia innym. Unia Europejska nadaje się do tego celu znakomicie.

Polityka klimatyczna UE

Kluczową kwestią dla każdej organizacji międzynarodowej jest relacja pomiędzy interesami poszczególnych jej członków, a konkretnie - na ile interesy jednego członka mogą naruszać interesy drugiego. Polityka klimatyczna wspólnoty jest doskonałym przykładem takiego dylematu. Stworzono ją jednoznacznie dla wsparcia bogatych krajów „starej unii” (czyli decydentów w Brukseli), naruszając przy tym interesy krajów „nowej unii” - szczególnie tych uboższych, z dawnego bloku komunistycznego. Paradoksalnie właśnie ten, wydawałoby się głęboko teoretyczny, aspekt dyplomacji multilateralnej jest osią konfliktu. Aby polityka klimatyczna mogła być skutecznym narzędziem wywierania presji na globalnych konkurentów musiała ona uzyskać odpowiednie umocowanie we wspólnocie. Można było to uzyskać poprzez wprowadzenie kwestii emisji dwutlenku węgla jako jednej ze wspólnotowych polityk. To z kolei wymagało odpowiedniej zmiany traktatów i, co za tym idzie, uzyskania dla takiej zmiany zgody wszystkich członków wspólnoty, a następnie wypracowania szczegółów technicznych takiego porozumienia. Proces ten jest klasycznym przykładem pracy dyplomacji multilateralnej, czyli wielostronnej.

Pogubili się w nim nie tylko nasi główni decydenci, ale przede wszystkim komentatorzy. Nie jest to zresztą dziwne, ponieważ - w przeciwieństwie do krajów zachodnich - nie mamy doświadczeń związanych ze wielostronnymi negocjacjami. W praktyce „na poważnie”  uczestniczyliśmy tylko w jednej konferencji międzynawowej  - czyli pokoju wersalskim z 1918 roku, nie licząc nieustającej konferencji międzynarodowej, za którą niektórzy uznają Unię Europejską.

Czym dyplomacja klasyczna, czyli bilateralna, różni się od tej z prefiksem multi? Ta druga jest z zasady bardziej skomplikowana (stron jest więcej niż dwie) i ma najczęściej dualny charakter. Zasadnicze elementy porozumienia są osobiście uzgadniane przez przywódców państw (kiedyś królów, cesarzy, a obecnie prezydentów i premierów), natomiast szczegóły techniczne (a dokładniej implementacja uzgodnień) jest pozostawiana dyplomatom niższej rangi oraz ekspertom z danej dziedziny. Dokładnie tak wygląda system decyzyjny Unii Europejskiej, gdzie tzw. szczyty wypracowują dość ogólne uzgodnienia przywódców – tzw. konkluzje, które następnie są podstawą pracy innych forów wspólnoty, takich jak Rada Unii Europejskiej czy Parlament Europejski. Oczywiście właśnie taki tryb prac znalazł zastosowanie w odniesieniu do polityki klimatycznej. Bez podjęcia decyzji na szczeblu przywódców państw członkowskich wspólnoty nie byłoby możliwe jej wkomponowanie w architekturę Unii Europejskiej. Dokonała tego Rada Europejska.

Czy Polska, jako jeden z uczestników tej Rady Europejskiej, mogła zablokować wprowadzenie walki z emisją dwutlenku węgla na agendę prac unii? Wydaje się, że nie. Choć decyzje Rady Europejskiej charakteryzuje jednomyślność, to w praktyce prawo weta przysługuje – zgodnie z maksymą „duży może więcej” - jedynie najsilniejszym graczom. Przy czym nie wydaje się, żeby była to presja niemiecka, bo sam pomysł walki z ociepleniem klimatu powstał nad Sekwaną. O determinacji Merkozego w walce z CO2 świadczy fakt utworzenia stanowiska komisarza ds. klimatycznych, co jest wydarzeniem nadzwyczajnym, ale zrozumiałym patrząc na zewnętrzne ostrze tego narzędzia

Jedyną szansą nawet nie na zablokowanie wejścia klimatu na agendę, co wywalczenie ulgowego traktowania własnych „unijnych” emitentów złego gazu, było powstanie opozycyjnej wobec tego pomysłu grupy państw, która musiałby być na tyle liczna, żeby uzasadnić w miarę ulgowe potraktowanie jej przez Merkozego. Ulgą mogłoby być nie tyle wyłączenie ze stosowania zasad tej polityki, ale uzyskanie odpowiednio długich okresów przejściowych. Chociaż nie ma medialnych śladów silnej opozycji na forum Rady Europejskiej, to jednak pewne gesty wobec krajów takich jak Polska zostały uczynione – jak chociażby pula bezpłatnych zezwoleń na emisję CO2. Warto tutaj wspomnieć o innych gestach czynionych już – poza forum wspólnotowym – przez prezydenta Sarkozego, który oferował nie tylko kredyty na budowę elektrowni atomowych czy zakup okrętów podwodnych (co prawda nie atomowych ale też francuskich).  Jest za wcześnie żeby oceniać czy te gesty były zapowiedziami realnych posunięć, czy jedynie działaniami z zakresu polityki wizerunkowej. Wydaje się jednak, że przyczyniły się do uśpienia czujności polskich decydentów.

Nadmierna wiara w sojuszników

Wydaje się, że zasadniczym błędem Warszawy w latach 2007-2012 była nadmierna wiara w niemoc wspólnoty w zakresie promocji jej pomysłów klimatycznych na szerszym forum międzynarodowym.  Osamotnienie Unii Europejskiej w walce z CO2 było faktem i odnosiło się nie  tylko do USA i Rosji, ale nawet sygnatariuszy tzw. protokołu z Kioto. Na forach ONZ np. konferencji klimatycznej, oficjalnie wyśmiewano raporty tzw. panelu klimatycznego, któremu przewodził inżynier kolejnictwa. Wszystkie te czynniki spowodowały, że prowadzone w ramach Unii prace nad przekuciem politycznych decyzji na konkretne narzędzia walki z dwutlenkiem węgla (na przykład wysokość redukcji emisji), nie wydawały się wielkim zagrożeniem i nawet nasze wywrotki w tym zakresie nie wzbudzały większego zainteresowania  – artykuł 1, artykuł 2 - a sama dyskusja nad pakietem toczyła się w niszowych mediach.

Obama zmienia warunki gry

Skąd więc nagła zmiana i awans tematów klimatycznych do newsroomów praktycznie wszystkich programów informacyjnych? Zapewne przyczyną było następujące wydarzenie, które oznacza, że zasadnicza przeszkoda przed wprowadzeniem pakietu klimatycznego przestała istnieć. Będące konsekwencją oświadczenia Obamy poszukiwanie winnego w sprawie pakietu klimatycznego wydaje się być kolejnym smutnym dowodem, że naszą klasę polityczną (i nie tylko) po raz kolejny zaskoczyło zmieniające się otoczenie międzynarodowe. Czy można założyć, że powyższa deklaracja zaskoczyła naszą klasę polityczną i nie tylko? Czytając zalinkowane powyżej komentarze prasowe wydaje się, że chyba tak właśnie było, bo bez wątpienia agreement nad Atlantykiem w sprawie polityki klimatycznej był do przewidzenia. Nie tylko zresztą ze względu na znane ekologiczne skrzywienie administracji Obamy. Znacznie ważniejsze jest tutaj – realne – doświadczenie USA w wykorzystywaniu cen energii w walce z delokalizacją przemysłu. Co ciekawe zastosowanym narzędziem były własne złoża gazu łupkowego i ropy, które pozwoliły w niektórych branżach przebić niskie koszty robocizny w Chinach oraz ugłaskać swój kompleks paliwowo-energetyczny, który dostał w ten sposób niskoemisyjny surowiec. Dlatego poparcie unijnego pakietu klimatycznego było dla Obamy w zasadzie bezkosztowym prezentem dla Francji, starającej się opóźnić podpisanie umowy o wolnym handlu pomiędzy Unią a USA.

Jakie są wnioski? W przyszłości trzeba mniej liczyć na innych, a bardziej na siebie.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

poniedziałek, 01 lipca 2013

Chorwacja oficjalnie jest już członkiem Unii Europejskiej, co zapowiedział w języku chorwackim przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. To drugie państwo powstałe w wyniku rozpadu Jugosławii, które wstąpiło do UE (po Słowenii). W kolejce czekają Serbia, Kosowo, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra czy Macedonia. Czy unia powinna wchłonąć państwa bałkańskie, utwierdzając w ten sposób terytorialno-narodowościowy status quo?

grafikaPrzyjmując Chorwację unia "zapewniła" sobie blisko 1000-kilometrową granicę z Bośnią i Hercegowiną, więc od problemów bałkańskich nie ma ucieczki. Bruksela jest zresztą bardzo zaangażowana w problemy regionu, m.in. w proces normalizacji relacji między Serbią a Kosowem. Teraz wymiar bałkański z pewnością zyska na znaczeniu, gdyż Chorwacja będzie zabiegać o stabilizację swojej najbliższej okolicy. Z pomocą instrumentów unijnych można zdziałać dużo więcej niż w pojedynkę.

Wydaje się, że Chorwacja na pewien czas wyczerpuje potencjał akcesyjny UE. Negocjacje z Turcją są farsą, Ukraina nadal nie określiła swojej tożsamości międzynarodowej, Szwajcaria, Norwegia czy Islandia nie mają zamiaru do unii wstępować, a pozostałe kraje bałkańskie są lata świetlne od gotowości do akcesji. Unia może zająć się więc temu, czemu poświęciła znaczną część ostatniej dekady, a w zasadzie większość czasu od swego powstania - sprawom wewnętrznym. Jest co robić. Nawet bez kryzysu gospodarczego spraw do załatwienia nie brakowało. Traktat lizboński pozwolił bowiem na "wzmocnioną współpracę" i mechanizm ten powoli rozkwita. Zdaje się, że "unia wielu prędkości", której wielu w Polsce się obawia, to wzór przyszłej integracji

Unia wielu prędkości może być zagrożeniem, lecz może być też szansą. Trudno nawigować okrętem, w którym jest 28. kapitanów. Zrozumiano to zaraz po rozszerzeniu z 2004 r., gdy do 15 ówczesnych członków UE dołączyło 10 państw. Mechanizm wzmocnionej współpracy pozwala na zachowanie daleko idącej elastyczności. Unia przestaje być jednym organizmem. Zamiast tego staje się federacją państw funkcjonujących w rozmaitych konfiguracjach. Pozwala to na pełniejszą realizację wspólnych interesów. Z drugiej strony, naturalnie ogranicza kompetencje takich instytucji jak Komisja czy Parlament Europejski - są to przecież instytucje wspólnotowe, powszechne, a ich władza może nie sięgać do integrujących się podgrupek. Kolejna odsłona, wpisanego w historię UE, kryzysu instytucjonalnego? Na to wygląda.

Akcesja Chorwacji powinna przejść niepostrzeżenie, ponieważ jest to mały kraj, do tego położony na uboczu. Pewne problemy mogą wyniknąć z trudnej sytuacji gospodarczej kraju - czy nie będzie potrzebny pakiet ratunkowy? Co więcej, korupcja może wywołać poważne zakłopotanie. Niemniej, unia ma teraz większe problemy niż niewielka Chorwacja. Za rok wymianie ulegnie skład Parlamentu oraz Komisji, a wzmocniona współpraca w różnych dziedzinach (vide podatek od transakcji finansowych) będzie coraz bardziej widoczna na europejskim horyzoncie.

Piotr Wołejko

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook