piątek, 31 sierpnia 2007

 

Kadr z filmu
Polska jako pierwszy kraj miała okazję obejrzeć film Andrieja Niekrasowa pt. "Bunt. Sprawa Litwinienki". Dokument o życiu i śmierci byłego agenta FSB oraz - a może przede wszystkim - o władcach państwa rosyjskiego oglądałem dziś w jednym z warszawskich multipleksów. Na sali oprócz mnie były zaledwie trzy osoby. Zdecydowanie za mało.

Po filmie podszedłem do jednego z widzów i zapytałem, co kierowało nim, kiedy kupował bilet. Powiedział, że "trochę interesuję się polityką". Na pytanie, dlaczego jego zdaniem sala świeciła pustkami, odpowiedział, iż "brak było odpowiedniej reklamy. Nigdzie, poza radiem TOK FM, nie spotkał się z promocją filmu". Dodał też, że w obliczu obecnej sytuacji w kraju, ludzi mało interesuje to, co dzieje się poza granicami Polski. Którakolwiek z tych przyczyn (czy jakakolwiek inna) jest najbliższa prawdzie - wielka szkoda, bowiem "Bunt. Sprawa Litwinienki" to z pewnością obraz warty zobaczenia.

Do kina udałem się w kilkanaście tygodni po lekturze książki Litwinienki i Jurija Felsztyńskiego "Blow up Russia". Miałem więc niezbędne "przygotowanie" faktograficzne oraz światopoglądowe. Zarówno książka, jak i film przedstawiają drogę służb specjalnych w Rosji do przejęcia władzy, a następnie jej utrzymania. Widzimy historię smutną, tragiczną, często szokującą. Dla jednych jest to "spiskowa teoria dziejów" i zgrabnie zmanipulowana historyjka składająca się z "półprawd i całkowitych kłamstw". Pozostali traktują wyznania Litwinienki oraz zebrane przez niego materiały dowodowe niczym prawdy objawione i przecierają oczy ze zdumienia, wydając przy tym westchnięcie: "a więc to tak". Trzecia grupa natomiast znajduje się w "rozkroku" pomiędzy dwiema pierwszymi - generalnie ufają (mniej lub bardziej) Litwinience, ale uważają wiele jego ocen za przesadzone.

W filmie znajduje się pełne spektrum powyżej przedstawionych opinii. Duża część podawanych widzowi informacji jest przerysowana, a niektóre zakrawają na ponury żart. Mam tu na myśli głównie rzekomą misję byłego agenta FSB, polegającą na pojednaniu muzułmanów z chrześcijanami. Ten mesjanizm jest zupełnie niepotrzebny - sprawia, że reszta informacji staje się mniej wiarygodna, a Litwinienkę można uważać za osobę niespełna rozumu. Mimo to, ktokolwiek obniża ocenę filmu i jego wiarygodności z tego właśnie powodu, wykazuje dużą dozę złej woli oraz ignorancji. Dlaczego? Ponieważ zupełnie nie dostrzega, że nie o to w filmie chodzi. Wątek przyjęcia drugiego wyznania jest czysto poboczny, i - moim zdaniem - reżyser umieścił go w celu wzbogacenia portretu Saszy Litwinienko, aby film nie był - o co (słusznie) oskarżano książkę autorstwa jego i Jurija Felsztyńskiego, suchą faktografią.

Krytycy filmu starają się porównać obraz Niekrasowa z "dziełem" Michaela Moore'a "Fahrenheit 9/11". Dawno nie spotkałem się z tak nietrafnym porównaniem. Począwszy od celów reżyserów, przez prezentowane rozmowy i wydarzenia, wszystko obu autorów różni. Fahrenheit jest komediowym opisem paranoi antysaudyjskiej oraz antybushowskiej, natomiast "Bunt (...)" stanowi przedłużenie wydanej wcześniej książki. Piszę o przedłużeniu, gdyż dowiadujemy się kilku nowych, wstrząsających faktów. O ile kariera niejakiego Czerkiesowa, komunistycznego "dupoliza" z sowieckiego więzienia - później hołubionego przez Putina szefa jednego z siedmiu rosyjskich regionów, których jedynym celem istnienia było pozbawienie władzy (wybieranych wówczas niezależnie od Kremla) gubernatorów obwodów i podmiotów Federacji Rosyjskiej, nie robi większego wrażenia na osobach obeznanych z rosyjską rzeczywistością, to historia o terroryście z teatru na Dubrowce jest - modne ostatnio określenie - porażająca. Niekrasow w swoim filmie umieścił fragment rozmowy z zamordowaną w zeszłym roku dziennikarką Nowej Gaziety Anną Politkowską, w którym opisuje ona losy terrorysty z "Nord-Ost", który wprowadził swoich kompanów do teatru, a następnie dostał pracę w administracji prezydenta Putina. Tylko on "przetrwał" atak sił specjalnych, podczas którego śmierć poniosło kilkaset niewinnych osób. Dla FSB jednak ich śmierć była niezbędna z punktu widzenia propagandy i wprowadzenia odpowiedniej atmosfery. Życie ludzkie nie ma dla rządzących na Kremlu większego znaczenia. Tym bardziej, że dzięki morderstwom i aktom terrorystycznym doszli oni do władzy.

Wracając do myśli z początku wpisu, wielka szkoda, że tak mało osób widziałem dziś na sali kinowej. Mam nadzieję, że było to wynikiem wczesnej pory i dnia powszedniego. Mimo wszystkich zarzutów, jakie można postawić autorowi dokumentu, wykonał on kawał dobrej roboty. Kończąc, muszę podzielić się smutną konstatacją, którą w filmie wypowiedział Aleksander Litwinienko. Mianowicie, w ZSRR obowiązywały dwie ideologie: komunistyczna i kryminalna. Po 1991 roku pozostała tylko kryminalna. Jak powiedział ex-agent, jedyną drogą, aby nielegalne działania służb stały się legalne, było zdelegalizowanie państwa. Temu celowi służyła wojna w Czeczenii, zarówno pierwsza, jak i druga. Kiedy państwo straciło legitymację, działania służb przestały być nielegalne.

Jakkolwiek oceniać film "Bunt. Sprawa Litwinienki", należy wyciągnąć wnioski z przedstawionej w nim sytuacji i sekwencji wydarzeń. Rola specsłużb ma być służebna w stosunku do państwa. Gdy staje się inaczej, umiera liberalna demokracja, a w kraju powstaje rząd autokratyczny. W Rosji "przemiana" już nastąpiła. Czy możliwy jest powrót do demokracji? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Zdjęcie: stopklatka.pl

18:38, p.wolejko , Rosja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 sierpnia 2007

Prezydent GulPierwszy w historii Republiki Tureckiej prezydent wywodzący się z "politycznego islamu". Doświadczony polityk i były już minister spraw zagranicznych. Abdullah Gul to jedna z najbardziej świetlanych postaci tureckiego życia publicznego ostatnich lat.

Jego prezydentura, którą osiągnął dopiero dziś - w trzeciej (i ostatniej) turze głosowań w parlamencie, była przyczyną poważnego kryzysu politycznego późną wiosną bieżącego roku. Rządząca partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) przegrała wówczas batalię o wybór Gula na głowę państwa i pierwszy raz w historii Republiki Tureckiej urzędujący prezydent musiał pozostać na stanowisku, mimo minięcia czasokresu jego kadencji. W efekcie walki między AKP oraz sekularystyczną opozycją (biurokracją i armią) rządzący zdecydowali się na przedterminowe wybory oraz referendum ws. zmian w konstytucji, m.in. dotyczace wyboru prezydenta (zamiast przez parlament - przez naród, z możliwością reelekcji) oraz kadencji parlamentu (cztery, zamiast pięciu lat). Wybory 22 lipca okazały się ogromnym sukcesem wywodzących się z islamistycznych korzeni polityków AKP. Zdobyli oni niemal połowę ważnie oddanych głosów i zyskali mandat do kontynuowania programu reform, z akcesją do Unii Europejskiej w tle.

Oczywistą konsekwencją wyniku wyborów parlamentarnych był wybór Abdullaha Gula na stanowisko prezydenta republiki. W pierwszych dwóch turach zabrakło głosów, gdyż wymagana jest większość 2/3, jednak w trzeciej turze wystarczy 50% głosów + 1. Gul został więc prezydentem bez większych problemów - za jego wyborem głosowało 339 na 341 deputowanych AKP. Kandydaci opozycji nie zebrali wspólnie nawet 100 głosów.

Jak wspominałem na początku, korzenie polityczne Gula sięgają "politycznego islamu". Jego partia wywodzi się wprost z ugrupowania, które w 1997 roku zostało odsunięte od władzy przez wojsko - w obawie przed "zamachem na świeckie wartości" Republiki Tureckiej. Sekularystyczna elita z wielką nieufnością patrzy na przejmowanie symbolicznej reduty kemalizmu - prezydentury - przez islamistycznego polityka. Wyjątkowo podejrzliwie do Gula odnosi się armia, czego manifestacją był brak wojskowej wierchuszki na ceremonii zaprzysiężenia nowego prezydenta.

Tymczasem Gul przysięgał, powtarzając rotę przysięgi z konstytucji, "przed wielkim Narodem tureckim", że będzie "lojalny wobec demokracji i sekularystycznej Republiki (...) a także, że będzie wypełniał swoje obowiązki bezstronnie". Jak podaje serwis Turkishpress.com, Gul w geście wobec armii powiedział, że "siła odstraszająca powinna być utrzymana na wysokim poziomie". Czy przekonał generałów? Wydaje się to wątpliwe, zważając na wypowiedź szefa sztabu Yasara Buyukanita, który przestrzegał przed siłami dybiącymi na laicką republikę. Nowa głowa państwa będzie miała jednak wiele czasu na zdobycie zaufania wojskowych - kadencja prezydencka trwa siedem lat. Oczywiście, zakładając w ogóle istnienie takiej możliwości. Oddajmy jeszcze raz głos szefowi sztabu: "Tureckie Siły Zbrojne nie poczynią żadnych ustępstw dotyczących obowiązku strzeżenia Republiki Tureckiej".

Na ceremonii zaprzysiężenia nieobecna była także żona nowego prezydenta - Hayrunisa Gul. Postać to wielce kontrowersyjna dla zwolenników odseparowania religii od państwa oraz świeckości republiki, z powodu noszenia przykrywającej włosy chusty muzułmańskiej na głowie. Zwyczajna chustka, można powiedzieć, ale dla laickiej części społeczeństwa stanowi ona symbol ustroju oraz ładu społecznego. Sam Kemal Ataturk uważał chustę za przejaw islamizacji społeczeństwa i zakazywał jej noszenia. Teraz w pałacu założyciela nowoczesnego państwa tureckiego przez siedem lat rezydować będzie prezydent nie tylko nie zakazujący ich noszenia, ale wręcz popierający takie zachowanie. Tylko symbolika, a zarazem aż symbolika. Zdaje się jednak, że bardziej elektryzująca komentatorów (i to w większości zagranicznych), gdyż publikowane w prasie tureckiej sondaże wskazują, że zdecydowana większość społeczeństwa (nawet 80%) sprzeciwia się zakazowi noszenia chust.

Mimo to, Hayrunisa Gul nie zdecydowała się pojawić na zaprzysiężeniu męża i wiele wskazuje, że nie będzie pojawiać się publicznie zbyt często. Otwarcie powiedział o tym sam Abdullah Gul, przy okazji kąśliwie wypowiadając się o swoim głównym politycznym rywalu - szefie sekularystycznej partii CHP Denizie Baykalu. - "Żona Baykala nigdzie się pokazuje, tak samo będzie czynić moja żona."

Optymistycznie podsumowując dzisiejsze wydarzenia, warto przytoczyć wypowiedź Ufuka Urusa, lewicowego deputowanego ODP (Partia Wolności i Solidarności), który odrzucił dominujące w kampanii wyborczej oskarżenia o zagrożenie stwarzane przez AKP dla świeckości państwa. Jego zdaniem, Partia Sprawiedliwości i Rozwoju to najzwyczajniejsza w świecie "neoliberalna, neokonserwatywna partia, typowa dla procesu globalizacji". Urus dodał, że ważną rzeczą jest dziś ujrzenie, w jakim kierunku powędruje Turcja - czy będzie to "militarystyczna republika, republika strachu", czy też "republika socjalnych i demokratycznych wartości." Polityk lewicy nie kryje też, że o wiele większym zagrożeniem - jego zdaniem - jest interwencja wojska w sprawy polityczne, niż jakiekolwiek działania podjęte przez AKP.

Objęcie przez Gula prezydentury pozytywnie przyjął już m.in. Jose Manuel Barosso - szef KE, oraz amerykański Departament Stanu. Zdaniem zachodnich polityków AKP oraz prezydent Gul stanowią gwarancję prozachodniego i reformatorskiego kursu Turcji. Nawet prezydent Sarkozy, niechętny akcesji Ankary do UE, złagodził dziś swoją retorykę. Z całą pewnością rząd AKP oraz nowy prezydent bardzo tego potrzebują. Mimo wielkiego poparcia w społeczeństwie muszą bowiem liczyć się z opozycją potężnych sił - z armią na czele. Dla dobra republiki wojsko powinno ustąpić i w tak otwarty sposób nie występować przeciwko popularnemu rządowi. Generałowie z pewnością będą jednak uważnie się AKP przyglądać. Oby z daleka, gdyż próba obalenia premiera Erdogana i prezydenta Gula może spowodować niedające się dziś przewidzieć konsekwencje - poza tym, że wstrząsnęłoby to państwem i sprawiło, że nigdy nie będzie już tak, jak było przedtem.

Więcej: Reuters, Gazeta.pl, Turkishpress.com, Turkish Daily News  

Zdjęcie: middle-east-online.com 

20:40, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 sierpnia 2007
Zanieczyszczenia fabryczneDwucyfrowa dynamika wzrostu gospodarczego utrzymywana przez wiele lat, rosnący w tempie kilkudziesięciu procent rocznie eksport, dziesiątki miliardów dolarów napływających inwestycji zagranicznych, nieustannie wzrastająca produkcja przemysłowa... Długo by wymieniać czynniki przyczyniające się do umacniania chińskiej potęgi. Niestety, pekińscy władcy będą musieli stawić czoła ogromnemu problemowi - zdewastowanemu środowisku. Koszty industrializacji i urbanizacji są wprost proporcjonalne do rozwoju gospodarczego.

Blisko 500 milionów Chińczyków jest pozbawionych dostępu do wody pitnej, która nie zagrażałaby ich zdrowiu. Tylko 1 procent spośród 560 milionów mieszkańców chińskich miast oddycha powietrzem uznawanym przez normy Unii Europejskiej za bezpieczne. Nad większością wschodniego wybrzeża ChRL - stanowiącego motor napędowy rozpędzonej gospodarki - unosi się szkodliwy dla życia smog, często ograniczający widoczność do kilkuset metrów. W smogu pogrążony jest Pekin, w którym za niespełna 12 miesięcy odbędą się Igrzyska Olimpijskie. Istnieje obawa, że będzie on niebezpieczny dla walczących o medale sportowców. Lekkoatleci jednak szybko wyniosą się ze stolicy Chin, a zatrute powietrze pozostanie. Stanowi ono coraz poważniejszy problem dla Japonii czy Hong Kongu, w kierunku których spycha zanieczyszczenia wiatr.

Chiny już wkrótce wyprzedzą Stany Zjednoczone w rankingu największych światowych trucicieli. Może to nastąpić już pod koniec obecnego roku, choć wcześniej wskazywano, że "magiczna" granica zostanie przekroczona dopiero w roku 2010. Okazało się jednak, że dynamika chińskiego wzrostu jest dużo szybsza. Jeszcze 10 lat temu Chiny i Stany Zjednoczone produkowały po ok. 13% stali w skali światowej. Od tego czasu produkcja w USA zmniejszyła się o 5%, a w Chinach zwiększyła się do 35 procent! W największym pod względem ilości mieszkańców państwie świata rocznie oddaje się 7,5 miliarda metrów kwadratowych mieszkań oraz przestrzeni komercyjnych. Stanowi to więcej od całkowitej powierzchni tzw. malli (coś w rodzaju galerii handlowych) w Ameryce. Konstrukcja tak ogromnych ilości budynków wymaga milionów ton stali oraz materiałów budowlanych, m.in. cementu. Wytworzenie ich "kosztuje" wiele zanieczyszczeń oraz szkodliwych substancji. Jakby tego było jednak mało, chińskie konstrukcje są bardzo nieenergooszczędne - przeciętne ogrzanie budynków budowanych w Chinach wymaga dwukrotnie większej ilości energii, niż w Unii Europejskiej czy Stanach Zjednoczonych.

 

Smog w Pekinie
Smog w Pekinie

Oprócz przeniesienia do Chin produkcji większości szkodliwych dla środowiska towarów, jak m.in. cement czy tekstylia, drugim poważnym zagrożeniem dla natury jest energetyka. Co roku Chiny zwiększają produkcję energii elektrycznej o niesamowite dla nas ilości. W 2005 roku dodały 66 gigawatów energii do swoich mocy (tyle, ile Wielka Brytania generuje w ciągu roku), a w roku ubiegłym 102 gigawaty -co stanowi ekwiwalent energii produkowanej przez Francję w ciągu roku. W Chinach niemal codziennie oddaje się do użytku elektrownię węglową, a "czarne złoto" XIX wieku stanowi główne źródło energii. Chiny są kluczowym importerem tego surowca i posiadają największą na świecie liczbę kopalni. Wraz z pędzącym wzrostem gospodarczym - sięgającym 11-12 procent rocznie - lawinowo wręcz wzrasta ilość spalanego węgla (nawet o 1/5 w skali rocznej).

Kroki podejmowane przez komunistycznych przywódców w celu walki z niszczeniem środowiska są niewystarczające, a często wyłącznie pozorowane. Kierownictwo partii nie może bowiem pozwolić sobie na spowolnienie wzrostu gospodarczego, gdyż tylko on zapewnia tworzenie miejsc pracy dla ogromnej ilości siły roboczej, wchodzącej rokrocznie na rynek pracy. Jeśli zamiast kilkunastu milionów pracę znalazłoby tylko kilka, skutki społeczne są nie do przewidzenia. A komuniści panicznie boją się społecznych niepokojów i buntów. Mogą się jednak przeliczyć, gdyż liczba protestów gwałtownie rośnie, a poza standardowymi powodami - jak złodziejskie praktyki deweloperów, korupcja miejscowych władz oraz głodowe pensje - istotną iskrą dla wystąpień stają się kwestie zatrutego i zniszczonego środowiska. Ostrożone szacunki wskazują na to, że ok. 800 tysięcy obywateli rocznie umiera z powodu szkodliwych substancji wyrzucanych w ogromnych ilościach przez tysiące zakładów w powietrze, ziemię i wodę.

Nie sposób nie skonstatować, że problemy Chin związane z degradacją środowiska stanowią ogromny problem dla całego świata. Wskazują one także, iż walka z globalnym ociepleniem prowadzona w Europie czy Ameryce nie ma sensu, bez włączenia do niej wzrastających potęg w postaci Chin czy Indii. Można również łatwo wykazać, że im bardziej Europa i Ameryka walczą z emisjami szkodliwych gazów do powietrza u siebie, tym większe stają się one w Azji, głównie w Chinach.

Powiem więcej, to UE i USA odpowiadają w dużej części za katastrofalny stan środowiska naturalnego w Chinach. Gdyby bowiem nie nakładanie coraz to nowych podatków, wymyślanie dziesiątek licencji, pozwoleń i koncesji na produkcję pewnej grupy towarów, nie byłoby potrzeby przenoszenia wytwarzania ich do Chin. Kosztem utraty miejsc pracy w Polsce, Niemczech czy w Wirginii (oraz redukcji emisji gazów cieplarnianych w tych miejscach), zwiększa się emisje w delcie Rzeki Perłowej czy Żółtej. I kiedy politycy w Brukseli czy Berlinie chodzą zadowoleni, powinni pomyśleć o Chinach. Może wtedy ich samopoczucie byłoby trochę gorsze.

Źródło danych oraz więcej informacji: International Herald Tribune

Zdjęcia: earthscan.co.uk, scientificblogging.com

21:28, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (6) »
czwartek, 23 sierpnia 2007

AhmadineżadWielokrotnie pisałem o spadającym poparciu dla prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada, który wygrał wybory w 2005 roku z 62% poparciem. Ultrakonserwatywny polityk zmaga się z coraz gorszą prasą, a sondaże wskazują, że wyborcy są nim bardzo rozczarowani. Szef egzekutywy nie wywiązuje się ze swoich przedwyborczych obietnic, a jego szanse na reelekcję są iluzoryczne.

Kiedy były burmistrz Teheranu sięgał po prezydenturę wróżono mu ogromny sukces. Człowiek znikąd, który w cuglach zwyciężył w wyborach, bijąc m.in. byłego prezydenta Alego Rafsandżaniego, w błyskawicznym tempie zdobył ogromną popularność. Choć bardziej światła część społeczeństwa wyczuwała populizm na kilometr, społeczeństwo dało mu mandat zaufania.

Po dwóch latach rządów w kraju panuje rozczarowanie i przygnębienie, ponieważ Ahmadineżad się nie sprawdził. Jak wskazuje większość sondaży, wyborcy głosujący na niego dwa lata temu nie poparliby go dzisiaj. Prezydent nie ma praktycznie żadnych szans na drugą kadencję, a wszystko z powodu niespełnionych obietnic przedwyborczych. A Mahmud Ahmadineżad hojnie obiecywał poprawę losu najuboższej części społeczeństwa, głównie dzięki sprawiedliwszemu dzieleniu dochodów z ropy naftowej. Mimo zdecydowanie korzystniejszych cen surowca i przychodowi w wysokości astronomicznej sumy 120 miliardów dolarów (które wydano co do centa) sytuacja nie jest ani o jotę lepsza. Prezydent nie doprowadził także do zwiększenia ilości miejsc pracy - a bezrobocie stanowi jeden z najpoważniejszych problemów Iranu, w którym społeczeństwo jest bardzo młode.

Wreszcie, działania rządu nie doprowadziły do zmniejszenia inflacji - wręcz przeciwnie, może ona sięgnąć nawet powyżej 20 procent w tym roku, choć oficjalne dane banku centralnego wskazują, że inflacja sięga nieco ponad 13 procent. Obywatele uważają, że przez dwa lata rządów Ahmadineżad nie zrobił praktycznie nic, aby zapobiec wzrostowi inflacji, a także utrzymać wzrost PKB. Tymczasem gospodarka rozwija się w tempie niespełna 5%. Poważnym błędem prezydenta była także, wprowadzona kilka tygodni temu, decyzja o racjonowaniu benzyny. Spowodowała ona duże niezadowolenie społeczne, a nawet sporadyczne rozruchy - m.in. podpalanie stacji benzynowych. Tanie paliwo jest w Iranie jeszcze ważniejsze niż w Stanach Zjednoczonych.

Nawet w sondażach przeprowadzanych przez prorządowe media oraz agencje poparcie dla prezydenta spada na łeb na szyję. Konserwatywna gazeta Jomhuri Eslami ostro skrytykowała Ahmadineżada, który za wszelkie niedociągnięcia i pogarszającą się sytuację gospodarczą obwinia swoich przeciwników politycznych. Nazywa ich mianem "mafii"i zapewnia, że tylko z powodu sabotażu pewnej grupy ludzi kraj nie rozwija się jak należy (nasuwa się tu skojarzenie z Polską, gdzie rządzący także wskazują na "układ" jako przyczynę wszelkich klęsk i niepowodzeń). Jak wskazuje jednak konserwatywna gazeta, ludzie Ahmadineżada kontrolują już wszystkie kluczowe instytucje państwa, a także cieszą się ogromnym poparciem (i wsparciem) duchowego przywódcy Alego Chamenei. Mają więc świetne warunki, aby realizować przyrzeczenia wyborcze i osiągać sukcesy. Niestety, zamiast nich są kolejne porażki.

Sytuacja Ahmadineżada jest już naprawdę poważna, gdyż - jak donosi Asian Times - nawet niektórzy spośród stronników prezydenta zaczynają mieć go dość. I to z powodu ekonomii, o której szef rządu nie ma większego pojęcia, a która może pociągnąć ultrakonserwatystów na dno. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że obywatele pamiętają dobrze jego przedwyborcze obietnice i wskazują na konkretne przykłady (a jest ich mnóstwo), gdzie nie dzieje się nic, albo zapowiedzi okazały się kłamstwami i populizmem. Taka sytuacja ma miejsce m.in. w kwestii obyczajów, moralności i strojów. Ahmadineżad zapowiadał, że rząd nie będzie mieszał się do tego w jaki sposób ubierają się obywatele. Tymczasem, jak zauważa rozmówca AT, od kilku miesięcy policja na każdym rogu ulicy zatrzymuje ludzi i "czepia się" niedokładnie założonego hedżabu etc.

Ahmadineżad może "wykończyć się" sam. I oby Allah mu na to pozwolił.

Więcej: Asian Times

Zdjęcie: snarksmith.com

wtorek, 21 sierpnia 2007

flaga IrakuPresja na administrację Georga W. Busha w kwestii wycofania amerykańskich wojsk z Iraku narasta z każdym dniem. We wrześniu opublikowany zostanie raport głównodowodzącego armią gen. Petraeusa, przedstawiający sytuację w kraju oraz osiągnięte postępy, bądź ich brak. Wysłanie dodatkowych 20 tysięcy żołnierzy, głównie do Bagdadu i prowincji Anbar, powoli acz widocznie zwiększa bezpieczeństwo i ogranicza liczbę ofiar wśród irackich cywili. Udało się to osiągnąć także dzięki zmianie w mentalności sunnitów.

Opublikowany 17 sierpnia w International Herald Tribune komentarz Jamesa Dobbinsa - byłego asystenta sekretarza stanu USA, współpracownika RAND Corporation - wskazuje, że sunnici zmienili front o 180 stopni. W obliczu starcia z dwoma potężnymi wrogami - Stanami Zjednoczonymi oraz posiadającymi wsparcie Iranu szyitami - sunnici zdecydowali o zaprzestaniu walki ze słabszym z przeciwników, czyli Amerykanami. Stąd znaczne zwiększenie poziomu bezpieczeństwa w zdominowanych przez sunnitów prowincjach oraz rejonach. Niedawno mieliśmy spektakularny przykład odwrócenia sojuszy, kiedy niektórzy sunniccy przywódcy demonstracyjnie zerwali więzi z ludźmi powiązanymi z Al-Kaidą. Dzięki temu m.in. Bakuba stała się jednym z najbezpieczniejszych miejsc w kraju, choć wcześniej Amerykanie ponosili tam ciężkie straty.

Problemem sunnitów jest to, że Amerykanie, którym niezmiernie na rekę jest zmiana frontu przez sunnitów, nie bardzo mogą odwrócić się od swoich dotychczasowych sojuszników - szyitów i Kurdów. Tymczasem sunnici czują się dyskryminowani w kraju, którym przez kilkadziesiąt lat niepodzielnie rządzili, a kością niezgody pozostają kluczowe dla istnienia państwa irackiego kwestie struktury kraju oraz podziału dochodów z ropy naftowej. W zamian za wsparcie byłych wrogów sunnici z pewnością będą domagać się także pozostawienia im zasobnego w ropę miasta Kirkuk i jego okolic, co wywoła gorące protesty najbardziej proamerykańskiej społeczności w Iraku - Kurdów.

Salomonowego rozwiązania nie ma, a obecna zmiana frontu przez sunnitów może być krótkotrwała. Amerykanie nie mogą stać z boku i czekać, aż grupy etniczno-religijne same rozwiążą swoje problemy. Nie mogą również siłą godzić tychże grup, ponieważ brakuje na to środków oraz żołnierzy. Waszyngton może więc tylko poprzeć jedną grupę przeciwko drugiej, licząc na jej sukces. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że Amerykanie zdecydowanie postawili na Kurdów oraz - choć relacje stopniowo się pogarszają - szyitów. Napisałem, że relacje są coraz gorsze, ponieważ rząd Nuriego Malikiego jest powszechnie uznawany za nieudolny, skorumpowany oraz bardzo mało elastyczny - dla sunnitów to po prostu przedłużenie rządu w Teheranie. Sunnici ogłaszając swoisty rozejm z Amerykanami postanowili skupić się na zwalczaniu wpływów szyickiego rządu...

Jak ocenia Dobbins, zmiana frontu jest krótkotrwała i nie do utrzymania. Amerykanie nie mogą jednocześnie wspierać wszystkich trzech grup (sunnitów, szyitów i Kurdów), a wybór - kogo wspierać - już nastąpił. Jedyne na co mogą liczyć politycy i wojskowi ze Stanów to "odłożenie konfrontacji na później", co może nastąpić dzięki procesowi koncyliacji. Mało jest jednak prawdopodobne, że uda się osiągnąć porozumienie. Tym bardziej, że obecny rząd jest skompromitowany, a premier - słaby. No i najważniejsze - sunniccy przywódcy ogłaszając "rozejm" z Amerykanami dystansują się coraz bardziej od rządu w Bagdadzie. Widoków na przełom brak.

Więcej: RAND Corporation

Obrazek: spacetoday.org

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook