czwartek, 28 sierpnia 2008

Decyzja Baracka Obamy o wyborze reprezentującego Delaware senatora Joe Bidena na kandydata na wiceprezydenta mocno mnie zaskoczyła. Obama zaprzecza bowiem swojej dotychczasowej kampanii, stawiając na typowego waszyngtońskiego insidera. 

65-letni Biden został wybrany do Senatu w wieku zaledwie 30 lat, minimalnym dopuszczalnym przez konstytucję. Senatorem jest nieprzerwanie przez 35 lat - z obecnych senatorów tylko czterech ma dłuższy staż na Kapitolu. Dość komicznie wygląda więc reklamówka wyborcza Obamy sprzed mniej niż dwóch tygodni, w której krytykuje on McCaina jako największą gwiazdę Waszyngtonu przez dekady. Gwiazdę, która prowadzi dobrze znane waszyngtońskie gierki.

Problem w tym, że rywal Obamy - senator McCain - został kongresmanem prawie dekadę po Bidenie, a w Senacie znalazł się w 1986 roku. Jako zaklinanie rzeczywistości należy uznać pierwsze zdanie opisujące Bidena, które opublikował na stronie swojej kampanii sztab demokratycznego kandydata na prezydenta (choć nominację otrzyma dopiero, oficjalnie, na trwającej właśnie konwencji w Denver): "Joe Biden is a rare mix. A leader who has worked for decades in Washington, but has never lived there." (Joe Biden stanowi rzadkie połączenie - od dekad pracuje w Waszyngtonie, ale nigdy tam nie mieszkał). 

Na swojej stronie internetowej Biden pisze, iż cały czas mieszka w Delaware i dojeżdża na sesje Senatu, kiedy się odbywają. Czy można jednak powiedzieć, że Biden nie zna Waszyngtonu i nie umie się poruszać w tym mieście? Czy można twierdzić, że przez 35 lat cały czas jest outsiderem? Czy można uznać za prawdziwe stwierdzenie, promowane teraz przez sztab Obamy, że przez te wszystkie lata to Biden zmieniał Waszyngton, a Waszyngton nie zmienił Bidena? Każdy musi odpowiedzieć sobie na te pytania sam. Mnie to zupełnie nie przekonuje.

Rzekomy outsider Obama i insider do szpiku kości Biden to tandem, który być może ma szanse na zwycięstwo. Jednocześnie jest to jednak tandem, który całkowicie zaprzecza głównemu hasłu i myśli przewodniej kampanii Baracka Obamy. Jaka jest bowiem wiarygodność głoszenia zmiany (change) przez człowieka, który czwartą dekadę jest na szczytach władzy? Można powiedzieć, że kampania senatora z Illinois przechodzi właśnie terapię szokową. Change We Can Believe In - to by było na tyle.

Biden podważa także drugi fundament kampanii Obamy (choć czy po podważeniu change cokolwiek jeszcze zostaje?) - judgement (osąd). Dlaczego? Otóż w kluczowej sprawie, wojnie w Iraku, Biden zajął całkowicie odmienne stanowisko od Obamy. Senator z Illinois z dumą obnosi się ze swoim sprzeciwem wobec amerykańskiej inwazji na Irak, a senator z Delaware i - być może - przyszły wiceprezydent poparł inwazję w senackim głosowaniu z 2002 roku. Biden odwiedził także niedawno Tbilisi - w tym samym czasie Obama znajdował się w cieniu McCaina i zdecydowanie wyglądał na wyciągniętego prosto z urlopu ignoranta. 

Richard Miniter, publicysta i ekspert ds. stosunków międzynarodowych, członek Hudson Institute, określa Bidena na swoim blogu mianem prawie neokonserwatysty (almost a neocon). Doświadczenie Bidena na niewiele przyda się Obamie, jeśli prezentują oni odmienne szkoły myślenia i zajmują przeciwstawne stanowiska. Zamiast uzupełnić braki Obamy w kwestiach zagranicznych, Biden będzie je tylko uwydatniał. 

O takich oczywistościach jak to, że Biden nie "pociągnie" za sobą żadnego znaczącego stanu, czy też o tym, że dla większości Amerykanów pozostaje anonimowy, pisał nie będę. Zatrzymam się jeszcze przy wypowiedziach Bidena, które mogą Obamie napytać wiele biedy. Joe Biden znany jest z tego, że uwielbia przemawiać i komentować. Często używa sformułowań ostrych, ironicznych czy nawet sarkastycznych. 

Swego czasu Biden powiedział o Obamie, że jest pierwszym wygadanym i czystym afroamerykańskim kandydatem na prezydenta. Innym razem stwierdził, że Obama nie posiada niezbędnego doświadczenia, aby być prezydentem. Chwaliłusystematyzował na łamach National Review Jim Geraghty. Komentarze dot. wyboru Bidena na wiceprezydenta zebrano także tutaj. też Johna McCaina, podkreślając, że senator z Arizony jest jego przyjacielem i byłoby wielkim honorem dla niego [Bidena] kandydować z albo przeciwko McCainowi. Trochę "niefortunnych" wypowiedzi Bidena

Jeśli dodamy do tego fakt, iż Biden otwarcie przyjmuje pieniądze od lobbystów oraz rozmaitych przedsiębiorców i firm (w ostatnim czasie głównie prawniczych) - Obama mocno krytykuje takie postępowanie, a Nancy Pelosi na konwencji w Denver zapewniała o zmniejszeniu wpływów lobbystów na proce tworzenia prawa - otrzymamy bardzo ciekawy obraz. Oto Biden jest zaprzeczeniem Obamy i jego głównych haseł wyborczych. Platforma Obama-Biden składa się ze sprzeczności i różnic, które skwapliwie będzie wykorzystywała republikańska machina wyborcza. Ciekawy artykuł o wyborze Bidena znajdziecie tutaj.

Ważny punkt zauważa Seth Swirsky - 65-letni Biden niweczy linię ataku na McCaina związaną z jego wiekiem. Jak można krytykować 71-latka, jeśli startuje się w tandemie z kimś zaledwie o kilka lat młodszym? Tymczasem czarny PR był do tej pory na tyle skuteczny, że Johna McCaina kojarzy się jako starego, a Baracka Obamę jako niedoświadczonego.

Na koniec mała ciekawostka związana z tzw. pork-barrel spending. Krytykujący wszem i wobec praktykę "doczepiania" do ustaw projektów finansowanych z budżetu federalnego, a dotyczących stanów bądź okręgów, z których wywodzą się kandydaci, John Mccain - jako jeden z zaledwie czterech senatorów (na stu) nie wydał w ten sposób ani centa z kieszeni podatnika. Obama i Biden natomiast wydali 215 milionów dolarów. Dokładne podsumowanie znajdziecie na stronie organizacji Citizens Against Government Waste.

Podsumowując, Joe Biden to fatalny wybór Baracka Obamy. Jak napisał jeden komentator, sztab Obamy spędzi wiele bezsennych nocy głowiąc się nad tym, co też rano chlapnie Biden.

Piotr Wołejko
środa, 27 sierpnia 2008

grafikaWojna o Osetię Południową zakończyła się wczoraj symbolicznym uznaniem niepodległości tej prowincji oraz Abchazji przez Federację Rosyjską. Nie zakończyło się natomiast wycofywanie rosyjskich wojsk z terytorium Gruzji. Wręcz przeciwnie - Rosjanie nadal kontrolują m.in. port w Poti, wokół którego toczą się teraz niezwykle interesujące manewry.

Na Morzu Czarnym znajduje się teraz dziewięć natowskich okrętów - w tym 4 tureckie, jeden polski, jeden hiszpański oraz trzy amerykańskie: USS McFaul, który już wcześniej zacumował w Batumi oraz USCGS Dallas i USS Mount Whitney (na zdjęciu), które zmierzały prosto do znajdującego się w rosyjskich rękach Poti. Rosjanie wprowadzili kontrolę wszystkich kontenerów przechodzących przez port. Amerykanie zapowiadali, że nie pozwolą na takie kontrole.

Nagle okręty US Navy zmieniły kierunek i zamiast do Poti udały się do Batumi, znajdującego się w gruzińskich rękach. Amerykanie przestraszyli się możliwej konfrontacji z Rosjanami, którzy przez cały wykazują ogromną determinację i pewność siebie. O zmianie portu docelowego przez Dallas i Mount Whitney informuje m.in. DEBKA, turecka gazeta Hurriyet oraz świetny blog poświęcony marynarce wojennej - Information Dissemination.

Reuters donosi, że amerykańskie okręty wyładowują w Batumi kontenery pełne niezbędnych środków dla pomocy ofiarom wojny, głównie osobom zmuszonym do opuszczenia swoich domostw. Agencja prasowa informuje, że decyzję o zamianie Poti na Batumi podjęto"na najwyższych szczeblach Pentagonu".Tymczasem, rosyjski prezydent Dimitrij Miedwiediew oskarża Stany Zjednoczone o transportowanie broni dla gruzińskiej armii. Biały Dom odrzuca oskarżenia Miedwiediewa jako "niedorzeczne".

Na manewry na Morze Czarne wypłynął flagowy okręt rosyjskiej floty czarnomorskiej, krążownik rakietowy Moskwa. Co ciekawe, krążownik wypłynął w morze zaledwie kilkadziesiąt godzin po powrocie do Sewastopola. Jednocześnie, w kierunku Morza Śródziemnego płynie grupa sześciu okrętów US Navy z lotniskowcem Iwo Jima na czele. Być może Dallas i Mount Whitney zostaną wkrótce zmienione na dwa okręty ze zgrupowania Iwo Jimy - Ramage i San Antonio

Problemem dla Amerykanów, którzy chcieliby wprowadzić większą ilość okrętów na Morze Czarne, staje się podpisana w 1936 roku konwencja z Montreux, która ogranicza tonaż statków jednego państwa do maksimum 45 tysięcy ton. Stany Zjednoczone chciałyby tymczasem wprowadzić na akwen okręty o wyporności 70 tysięcy ton. Więcej na temat w Hurriyet.

Mamy do czynienia z bardzo ciekawymi manewrami Rosji i Ameryki, które prężą muskuły. Coś na kształt współczesnej "dyplomacji kanonierek". Na razie górą są Rosjanie - Amerykanie unikają możliwości konfrontacji. Zmuszenie Dallas i Mount Whitney do zmiany kursu i skierowania się do Batumi to policzek wymierzony US Navy. Z pewnością będą kolejne akty tej pasjonującej sztuki. Czy będą ofiary?

Piotr Wołejko

grafika: mtwhitney.navy.mil

wtorek, 26 sierpnia 2008

Wyobraźmy sobie jaki krzyk podniósłby się w Moskwie, gdyby parlamenty państw należących do Unii Europejskiej albo amerykański Kongres przyjęły rezolucje wzywające władze wykonawcze do uznania niepodległości Czeczenii. Z rosyjskiej stolicy dobiegałby złowieszczy skowyt, nieprzerwany potok inwektyw i obraźliwych sformułowań.

Wyobraźmy sobie, co powiedziałby ambasador Federacji Rosyjskiej przy NATO, niejaki Rogozin albo znany z pajacowania nacjonalista i koncesjonowany przez Kreml opozycjonista Żyrinowski. Wreszcie, co powiedziałby premier Putin i prezydent Miedwiediew. Choć politycy ci nie mieliby żadnego wpływu na decyzje parlamentów, groźbom i krzykom nie byłoby końca

Wczorajszego dnia obie izby rosyjskiego parlamentu, Duma Państwowa i Rada Federacji jednogłośnie (!) uchwaliły rezolucje wzywające prezydenta Miedwiediewa do uznania niepodległości Abchazji i Osetii Płd. Jakoś nie słychać ostrych słów ze strony europejskich czy amerykańskich przywódców. Znowu przechodzimy nad rosyjskim cynizmem do porządku dziennego. Można się było jednak tego spodziewać. Europa zawsze z podkulonym ogonem wycofuje się rakiem, kiedy Rosja nawet nie tupnie mocniej, ale spojrzy na Brukselę i państwa unijne spode łba.

Tymczasem, skoro nie stać liderów na bycie liderami, może chociaż wypadałoby poszukać cytatów z rosyjskich polityków z okresu rodzącej się niepodległości Kosowa. Rosjanie tak lubią przywoływać przykład kolebki serbskiej państwowości. Dla Rosjan liczy się przede wszystkim integralność terytorialna i możliwość realizowania suwerenności państwowej na własnym terytorium. Samostanowienie narodów jest na planie zdecydowanie dalszym.

Niekonsekwencja Rosji aż bije po oczach. Widać, że Rosjanie ustawiają się w opozycji do Zachodu w każdej możliwej sytuacji. Wszystkie ich gadki o prawie międzynarodowym, o świętości integralności terytorialnej są nic nie warte. Pohukiwania z Moskwy dotyczące Kosowa były najzwyczajniejszym w świecie przedstawieniem, które miało wepchnąć Serbię w ramiona Rosji, ale za którym nie kryły się żadne polityczne przekonania.

Rosja zachowuje się teraz trochę tak, jak Stany Zjednoczone w chwili inwazji na Irak w 2003 roku. Robi co chce, nie słucha się nikogo, nie patrzy na innych. Liczą się tylko ci, którzy są z nami. To także było cyniczne. Rosja przeskakuje jednak Amerykanów bez rozbiegu. Szkoda, że nawet o tym europejscy liderzy nie są w stanie niczego powiedzieć. Kiedy chodziło o Amerykanów, krytyce nie było końca.

Piotr Wołejko
11:14, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Gruzja i Pakistan zdominowały ostatnio łamy bloga, ale nie tylko tam dzieją się rzeczy ważne. Oto powstał kolejny plan, który - w zamyśle - ma doprowadzić do pokoju na Bliskim Wschodzie, czyli przyczynić się do rozwiązania problemu izraelsko-palestyńskiego. 

Jak donosi izraelski portal DEBKAfile, Egipt wraz z Arabią Saudyjską przygotował 11-punktowy plan, którego głównym założeniem jest wprowadzenie do Strefy Gazy liczących trzy tysiące żołnierzy arabskich sił pokojowych - które wystawi Egipt. Byłby to więc powrót Egipcjan do Gazy, którą w latach 1948-1967 okupowali. Palestyńczycy nie wspominają dominacji egipskiej w Gazie ze szczególnym sentymentem. Egipt nie przeznaczał przesadnie wysokich funduszy dla Strefy Gazy, nie przyznał także egipskiego obywatelstwa Palestyńczykom. W wyniku wojny z 1967 roku Gazę przejęli Izraelczycy.

Powrót wojsk egipskich do Gazy oznaczałby więc częściowy powrót do sytuacji sprzed 1967 roku, uznawanego za symboliczny z punktu widzenia jakiegokolwiek porozumienia pokojowego pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami oraz Izraelem a krajami arabskimi. Powrót do granic sprzed wojny z 1967 roku to podstawowy warunek powstania niepodległej Palestyny oraz uznania Izraela przez świat arabski. 

Egipsko-saudyjską propozycję poznała już zapewne sekretarz Rice, która w weekend przebywała w regionie, a w najbliższy wtorek, 26 sierpnia, z propozycją zapozna się izraelski minister obrony Ehud Barak, który spotka się w Aleksandrii z prezydentem Hosnim Mubarakiem. Wszystko to zgrywa się także z informacją podaną 12 sierpnia przez palestyńską agencję prasową WAFA, wg której Egipt zaprosił główne frakcje palestyńskie na rozmowy.

DEBKA dotarła do całości planu, który - wg źródeł portalu - wygląda następująco:

1. The rival Palestinian Hamas and Fatah must end their vendetta.

2. They will both release prisoners.

3. Fatah fugitives from the Gaza Strip will be allowed to return home.

4. The tit-for-tat bans on Fatah and Hamas institutions in the Gaza Strip and West Bank must be lifted.

5. Hamas must hand Gaza’s ruling institutions back seized two years ago to the Palestinian Authority.

The last six clauses present the toughest challenges.

6. Hamas must suspend the operations of its militia and police forces.

7. Inter-Arab monitors, headed by Egyptian officers, will supervise the Gaza police force.

8. Another panel headed by Egyptian officers will compile a reform program for the Palestinian security bodies in Gaza, effectively removing them from Hamas’ hands.

9. In the interim, until the reform program is implemented, an inter-Arab force of 3,000, commanded by Egyptian security officers, will be in charge of security matters.

10. A provisional Palestinian government will be installed in Ramallah in place of the Salam Fayad administration. It will consist of nonpartisan technocrats acceptable to Fatah and Hamas alike.

11. The PLO’s governing institutions will be overhauled to make room for Hamas representation for the first time.

Po kolei: Hamas i Fatah zakończą walkę między sobą; uwolnią więźniów; uchodźcy ze Strefy Gazy, należący do Fatahu, oraz członkowie ich rodzin będą mogli wrócić do swoich domów; decyzje o delegalizacji organów i instytucji Fatahu w Gazie i Hamasu na Zachodnim Brzegu muszą być odwołane; Hamas "odda" zawłaszczone dwa lata temu instytucje Najwyższym Władzom Palestyńskim (Palestinian Authority). 

Pozostałe sześć punktów, jak zauważa redakcja, stanowi o wiele poważniejsze wyzwanie: Hamas wstrzyma operacje swoich bojówek i milicji; Interarabskie siły, kierowane przez egipskich oficerów, przejmą nadzór nad policją w Gazie; specjalny panel, któremu przewodniczyć będą egipscy oficerowie, przygotuje i wprowadzi reformę służb bezpieczeństwa w Strefie Gazy, aby pozbyć się wpływów Hamasu w tych instytucjach; tymczasowo, do wprowadzenia w życie reformy, za sprawy bezpieczeństwa odpowiadać będą 3-tysięczne interarabskie siły, dowodzone przez Egipcjan; w Ramallah powstanie prowizoryczny rząd palestyński, który zastąpi gabinet rezydującego na Zachodnim Brzegu Salama Fayada - nowy gabinet będzie składał się z bezpartyjnych technokratów zaakceptowanych przez Fatah i Hamas; organy wykonawcze Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP) zostaną poszerzone o przedstawicieli Hamasu - po raz pierwszy w historii Hamas będzie miał w nich swoich przedstawicieli. 

Plan zaiste ciekawy i przełomowy, polegający głównie na pacyfikacji Hamasu w Gazie i przejęciu kontroli nad tym terytorium przez Arabską Republikę Egiptu. Jak mniemam, współpraca z Arabią Saudyjską opiera się na dwóch kwestiach - finansowaniu oraz ograniczaniu wpływów Iranu w Gazie. Ponowna dominacja Egiptu w Gazie będzie wymagała zmiany porozumienia pokojowego zawartego z Izraelem w 1979 roku. Wydaje się jednak, że Izrael zgodzi się na taką zmianę i przejęcie odpowiedzialności za Gazę przez Egipt. 

Druga część planu to zapewne wzięcie większej odpowiedzialności za Zachodni Brzeg przez Jordanię, drugiego arabskiego sojusznika Izraela. W zeszłym tygodniu w Jerusalem Post ukazał się ciekawy artykuł, w którym rozważana jest m.in. rola Jordanii w wewnętrz-palestyńskich rozgrywkach. 

Na papierze wszystko wygląda pięknie. Jednak rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana i wątpliwa wydaje się realizacja wielu punktów przedstawionego wyżej planu. Niezbędna jest nie tylko dobra wola obu stron palestyńskiego konfliktu, ale także wola oddania części swojej kulawej suwerenności w ręce Egiptu. Niezbędna jest także zgoda Izraela oraz błogosławieństwo Stanów Zjednoczonych.  

W tym wszystkim niejasna jest przyczyna nagłego egipskiego zainteresowania powrotem do Gazy. Po co Egipt chce ponownie przejąć odpowiedzialność za Gazę? Naciski administracji Busha, która prze do porozumienia pokojowego za wszelką cenę? Wątpię. Presja ze strony Arabii Saudyjskiej, obawiającej się o wzrastającą rolę Iranu, zwłaszcza w Libanie? Odrzucam raczej altruistyczne przyczyny, czyli chęć ulżenia mieszkańcom Gazy, blokowanej i izolowanej przez Izrael od momentu swoistego zamachu stanu ze strony Hamasu. Przyszłość pokaże.

Piotr Wołejko

Poprzednie wpisy o Bliskim Wschodzie:

niedziela, 24 sierpnia 2008

Asif Zardari, wdowiec po Benazir Bhutto i współprzewodniczący największego ugrupowania w parlamencie - Pakistańskiej Partii Ludowej (PPP) ma zostać wspólnym kandydatem na prezydenta czterech partii tworzących koalicję rządową. Czy to koniec krótkiego kryzysu, który nastąpił wraz z rezygnacją Perveza Musharrafa? Nie, to dopiero początek.

Współpartner PPP w koalicji, Liga Muzułmańska Nawaza Sharifa (PML-N) stawia twarde warunki. Przywrócenie na stanowiska wszystykich sędziów usuniętych przez Musharrafa w listopadzie ub.r. to tylko wstęp do żądań drugiej siły w legislatywie. Były premier Nawaz Sharif, którego w 1999 roku pozbawił władzy pucz ówczesnego szefa sztabu armii gen. Musharrafa, domaga się także poważnego ograniczenia uprawnień głowy państwa, a na "dobry początek" żąda obietnicy zniesienia 17-tej poprawki do konstytucji, którą firmował w 2003 roku Pervez Musharraf.

Zmiany w konstytucji może dokonywać parlament - obie izby muszą przyjąć poprawkę większością 2/3 głosów, a następnie akceptuje ją prezydent. Sharif sporo zaryzykuje, jeśli nie uzyska mocnych gwarancji realizacji swoich żądań od Zardariego. Nie da się bowiem ukryć, że ostatnio mamy do czynienia z eskalacją żądań Sharifa, który nie kryje nawet, że jego celem jest powrót na stanowisko szefa rządu. 

Sharif pogrywa ostro z Zardarim i jego PPP, stawiając swoich koalicyjnych partnerów w niewdzięcznej i niepopularnej pozycji obrońców Musharrafa i wprowadzonych przez niego porządków. Pakistańska Partia Ludowa kryguje się i często stoi w rozkroku - z jednej strony zgadza się co do zasady, że należy demontować porządek pozostawiony przez Musharrafa, ale z drugiej wie, że nie można wszystkiego robić natychmiast, często poruszając się na granicy prawa i moralności.

W ten sposób Sharif wyrasta na główną figurę antymusharrafowską i zdobywa poparcie. Nawaz twardo obstaje przy niezwłocznym przywróceniu sędziów na stanowiska już w najbliższy poniedziałek. Innego zdania jest Zardari, który zapowiada konieczność zmiany porozumienia osiągniętego przez dwie największe partie w ostatnim czasie. Jak powiedział Sharif, jego ugrupowanie nie zgodzi się na żaden kompromis, którego stawką byłoby podważenie niezależności sądownictwa - o czym donosi wychodzący w Peszawarze The Statesman.

W roli obrońcy niezależności sądów oraz demokratycznych instytucji Sharif wygląda pociesznie i nieco pokracznie. Wszyscy pamiętają bowiem okres sprawowania przez niego funkcji szefa rządu, w którym wszelkie instytucje, które mogły zagrozić wpływom Sharifa stawały się obiektami ataków. Zwolennicy Sharifa blokowali nawet budynek Sądu Najwyższego, a Nawaz przeprowadził m.in. zmianę w konstytucji, dzięki której prezydent utracił prawo do dymisjonowania premiera. Przypomina o tym chociażby Simon Montlake na łamach The Christian Science Monitor.

Politycznego zamieszania w Pakistanie ciąg dalszy. Walka między Zardarim a Sharifem trwa w najlepsze. Wojsko siedzi na razie cicho i przygląda się sytuacji, czekając na sformowanie się nowego porządku. Prezydent Zardari specjalnie generałom przeszkadzać nie powinien. Natomiast umacnianie się Nawaza Sharifa nie budzi sympatii wojskowych, którzy dobrze pamiętają twardą rękę ex-premiera w jego relacjach z wojskowymi. Za wcześnie o tym teraz mówić, ale gdzieś tam nad obecnym chaosem unosi się duch możliwego puczu

Piotr Wołejko

Więcej w pakistańskiej prasie: Pakistani Times, Pakistani Observer, Regional Times; Konstytucja Pakistanu

Poprzednie wpisy o Pakistanie:

  • Żegnaj Musharraf, witajcie talibowie!
  • Musharraf ustępuje
  • Pakistan: impeachment Musharrafa?
21:48, p.wolejko , Azja
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook