piątek, 28 sierpnia 2009

Zbliżające się obchody siedemdziesiątej rocznicy wybuchu II wojny światowej, organizowane przez Polskę na Westerplatte, nie okazały się wystarczającą okazją do odwiedzenia naszego kraju przez żadnego istotnego członka administracji Baracka Obamy.

Obecność Angeli Merkel, Władimira Putina oraz licznego grona przywódców i decydentów z regionu i nie tylko, nie jest wystarczającym argumentem do oddelegowania choćby na kilka godzin Joe Bidena, Hillary Clinton czy jednego z wielu wicesekretarzy stanu, obrony bądź urzędników Białego Domu. Zamiast nawet niższego rangą decydenta, w Polsce pojawi się były sekretarz obrony William Perry, który ostatni urząd pełnił dwanaście lat temu.

Fala oburzenia na Waszyngton, który lekceważy ważną z polskiego i europejskiego punktu widzenia rocznicę przelewa się przez nasze media. Niektórzy politycy i komentatorzy walą bez pardonu w rząd, jakby to od Donalda Tuska czy Radosława Sikorskiego zależało, kogo Obama wyśle na Westerplatte. Tymczasem, lekcja jaką dają nam Amerykanie jest warta odrobienia.

Zacznijmy od tego, że niska ranga delegacji amerykańskiej jest błędem. Nawet jeśli priorytety Obamy (o czym później) są inne, zdrowy rozsądek nakazuje zachowywać się z klasą. Tak, jak nie przychodzi się na eleganckie przyjęcie w ortalionowym dresie, tak nie lekceważy się okazji do: po pierwsze, okazania szacunku przyjaciołom i sojusznikom; po drugie, spotkania się z ważnymi politykami z wielu państw. Jest też kwestia prestiżu, który w kontraście z obecnością Władimira Putina drastycznie blednie.

Stany Zjednoczone same sobie szkodzą, głównie w płaszczyźnie wizerunkowej. Nawet jeśli jest to realizacja przemyślanej polityki zagranicznej, w której nie tylko nasz region, ale i Europa jako całość odgrywają rolę drugorzędną, nie okazuje się tego w tak widoczny sposób. Stawianie na Azję i Afrykę nie implikuje konieczności lekceważenia Europy.

Nie wierzę bowiem, że Amerykanom "jakoś tak wyszło". Wszystko było zaplanowane. Tym bardziej na szczytach polskich władz powinna zapalić się czerwona lampka. Otóż nasz ukochany sojusznik, któremu gotowi byliśmy uchylić nieba, a czasem nawet nie patrzeć na wazelinę... najwyraźniej się od nas odwraca.

Murem staliśmy za Stanami Zjednoczonymi, wspierając je nawet mimo opozycji wielu państw unijnych. Nie wyznawaliśmy antyamerykanizmu, wręcz przeciwnie, często byliśmy aż nadto proamerykańscy. Polscy żołnierze uczestniczyli w misji irackiej, nadal uczestniczą w misji afgańskiej. Wybraliśmy amerykańskie samoloty wielozadaniowe, a także zgodziliśmy się (będąc pod wrażeniem zgniecenia Gruzji przez Rosję) na instalację na naszym terytorium elementów amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej. Ponosiliśmy dyplomatyczne koszty stania u boku Ameryki, nie chcąc wiele w zamian. Za rzekomo przychylnej nam administracji Busha nie potrafiliśmy ugrać żadnych znaczących ani symbolicznych nawet ustępstw.

Nowa, demokratyczna administracja nie jest nam przychylna nawet w sferze retorycznej. Nasz region jest pewnie w trzeciej bądź czwartej dziesiątce priorytetów amerykańskiej polityki zagranicznej. Genetyczny sprzeciw Demokratów wobec projektu tarczy antyrakietowej pozwala Obamie wycofać się z tej inicjatywy, próbując zyskać w zamian cokolwiek od Rosji. Tym samym Polacy i Czesi, którzy także zgodzili się na udostępnienie swojego terytorium na amerykańskie instalacje, zostali wystawieni do wiatru.

Pytanie, czy możliwa była rezygnacja z tarczy w Polsce i Czechach bez zostawiania tych państw na lodzie? Czy można było dać im coś na osłodę? Poza pięknymi słowami, niewiele. Zwrot w kierunku przyszłości, tj. Azji skupia większą część uwagi administracji Baracka Obamy. Zwiększa się także zaangażowanie Waszyngtonu w Afryce, Hillary Clinton urządziła sobie prawdziwe tournee po tym kontynencie. Wcześniej, na podobną wyprawę, udała się do Azji. Rozumiejąc konieczność zmiany kierunku polityki i odrabiania strat wobec innych państw (głównie Chin), należy poddać w wątpliwość słuszność zepchnięcia Europy na margines amerykańskiej polityki.

O ile w przyszłości rola Azji znacznie wzrośnie, Europa jest potężna tu i teraz. Tymczasem, Obama zrezygnował z niej dość szybko. Czy jest to efekt trudności w dogadaniu się podczas szczytów G-20, podczas których nie udało się uzgodnić wspólnego planu walki z kryzysem finansowym? A może Obamę irytują europejscy sojusznicy, którzy nie są chętni wysyłać większej ilości żołnierzy do Afganistanu?

Z Europejczykami trudno się dogadać, kluczowe państwa chcą, aby to z nimi uzgadniano najważniejsze decyzje, spychając na margines Unię Europejską. Jednak jeszcze w trakcie kampanii wyborczej w Stanach zwracano uwagę, że entuzjazm do Obamy w Europie, w szczególności wśród przywódców europejskich, szybko zniknie. Poza sprzedawaniem uśmiechów, Obama stawia także konkretne żądania. Żądania, których Europejczycy nie chcą/nie mogą spełnić.

Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, amerykanista, postawił też tezę, wedle której i tak trudne stosunki Polski i regionu z nową administracją utrudnił jeszcze bardziej niedawny list byłych przywódców i decydentów z Europy Środkowo-Wschodniej. Według Kostrzewy-Zorbasa, list został wykorzystany do wewnętrznych gierek w Stanach i wymachiwali nim konserwatyści z epoki Busha. Nie zrobiło nam to dobrej reklamy, a niektórzy wysoko postawieni politycy i dyplomaci zirytowali się treścią dokumentu i jego pouczającym tonem. Sądzę, że rola listu została wyolbrzymiona i nie odegrał on większej niż minimalna roli. Pomysł Obamy na nową politykę zagraniczną nie obejmuje Polski ani naszego regionu. Liczą się przede wszystkim Chiny i Azja, Rosja, Iran, Izrael i Palestyna, Afganistan i Pakistan.

Programowo jesteśmy zepchnięci na bardzo daleki plan. Musimy wyciągnąć wnioski z takiej sytuacji i również zmodyfikować naszą politykę. Stoimy jednak przed klasycznym dylematem: stać u boku Waszyngtonu, nawet jeśli czujemy się pomijani i niedopieszczeni albo zdystansować się od Ameryki i... Właśnie, co?

Uznawane przez Polskę za strategiczne, partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi jest określane mianem fundamentu polskiego bezpieczeństwa. Po to wstępowaliśmy do NATO i staliśmy u boku Ameryki w Iraku czy Afganistanie. Europa bezpieczeństwa w rozumieniu militarnym nam nie zapewni. Jak ujął to na łamach Newsweeka filozof Marcin Król: "Europa nie jest w stanie wojny ani nawet nie uwzględnia wojny w swojej polityce zagranicznej (...) Europa nie chce wojny, lecz pokoju, co wyszło na jaw rok temu w trakcie konfliktu gruzińskiego." Pytanie, czy powinniśmy aż tak bardzo obawiać się o bezpieczeństwo. Więcej, czy nawet wybierając opcję amerykańską, możemy naprawdę liczyć na to, że Ameryka zagrozi użyciem lub użyje swoich sił do obrony naszego terytorium?

Wielu Polaków nie chce poznać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Czas najwyższy na szczerą odpowiedź. Odpowiedź, która może zburzyć nasz system myślenia. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu podobne obawy miały kraje bałtyckie. Niemieckie gazety przeprowadziły odpowiednie sondaże i wyszło z nich, że nie ma co umierać za Tallin, Rygę czy Wilno. Oczywiście atak na te kraje, czy też na Polskę, to w dniu dzisiejszym abstrakcja. Jednak w przyszłości, nie można takiej ewentualności wykluczyć.

Wracając do punktu wyjścia, czyli obchodów na Westerplatte, nasze władze nie powinny komentować rangi amerykańskiej delegacji. Świadczy ona o tych, którzy ją wysyłają. Niestety, świadczy ona także o aktualnej randze kraju  (i szerzej, regionu), do którego delegacja została wysłana. Warto zacząć myśleć o tym, jak powinna wyglądać nasza polityka zagraniczna. Chyba, że potrzeba nam więcej sygnałów zza oceanu.

Piotr Wołejko

Polecam lekturę tekstu "A slap in the Face to Poland" (Policzek dla Polski) autorstwa Theodora Bromunda z Heritage Foundation.

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

czwartek, 27 sierpnia 2009

grafikaUlubieniec mediów i pupil lewicowych elit, idol większej części Europy i Japonii, cudowny chłopiec amerykańskiej polityki ma kłopoty. Prezydent Barack Obama zalicza dość szybki zjazd poparcia i akceptacji dla rządów własnej administracji. Oczywiście, nie ma jeszcze dramatu, a słupki utrzymują się tuż ponad 50 procentami pozytywnych ocen, ale miesiąc miodowy dawno zastąpiła brutalna rzeczywistość.

Obama, choć w mediach go pełno, nie umie trafić ze swoim przekazem do wyborców, którzy tłumnie oddali na niego głosy w zeszłym roku. Jak zauważa Michał Kolanko na swoim blogu Spin Room, mistrz PR-u i jego drużyna geniuszy technologii politycznej mają problemy ze zdefiniowaniem zmiany, pod hasłem której dostali się do Białego Domu. Co więcej, definiowanie się w opozycji do ultra-niepopularnego ówczesnego prezydenta Georga W. Busha pozwalała na bardzo łatwe zbijanie punktów politycznych. Swoje zrobiło też wykreowanie Obamy na outsidera, który swoją świeżością i nie uwikłaniem w waszyngtońską politykę odmieni rzeczywistość. Obama miał być niczym renomowany proszek od prania, po użyciu którego ubrudzona rzecz jest bielsza od bieli.

Niestety, większe szanse na sukces ma rzeczony proszek do prania. Prezydent Obama szybko przekonał się, że na pięknym uśmiechu i porywających przemówieniach daleko nie zajedzie. Bycie prezydentem nie polega na wychodzeniu na scenę i odgrywaniu swej roli. Po spuszczeniu kurtyny w dół prezydent nie idzie do garderoby, aby zdjąć kostium i spokojnie udać się domu. Konferencje prasowe, wywiady i nagłaśniane wystąpienia, choćby takie jak czerwcowe przemówienie w Kairze, można zaliczyć co najwyżej do narzędzi politycznych drugiej kategorii. Słowa nie oznaczają czynów, choć i ze słowami Obama zaczyna mieć problemy.

Specjaliści od politycznego PR-u lubują się w używaniu takich sformułowań jak narracja czy przekaz. Jakkolwiek nie nazwiemy umiejętności dotarcia do wyborców ze swoimi pomysłami i uzasadnieniem podejmowanych decyzji, Obama najwyraźniej utracił częściowo swe genialne zdolności komunikacyjne.  Czy zatrudnieni w Białym Domu spin-doktorzy utracili kontakt z codziennością zwykłych Amerykanów? Dlaczego Obama, który PR-owsko zmiatał kolejnych rywali na drodze do prezydentury, nagle nie może przedstawić w sposób zrozumiały dla wyborców swoich posunięć? Dlaczego reforma służby zdrowia, którą większość poparła głosując na Obamę w zeszłorocznych wyborach, stała się nagle tak wielkim problemem, że przywołuje się coraz częściej klęskę Clintonów z lat 90. ubiegłego wieku?

Zabawne, że przeciwko Obamie, choć raczej z głupoty (w końcu ich misją jest informować, najlepiej o czymś kontrowersyjnym i głośnym, nawet jeśli głupim) obróciły się media amerykańskie, pokazujące z lubością porównywanie prezydenta do Hitlera i określanie go mianem socjalisty. Jeszcze pół roku temu produkt mediów Barack Obama był nietykalny. A teraz?Teraz to zupełnie inna historia. Pieszczoch mediów znalazł się pod ostrzałem, a reformę służby zdrowia zwalczają z całych sił tysiące lobbystów świetnie prosperujących firm ubezpieczeniowych oraz większość Republikanów. Bez wątpienia reforma jest konieczna, ale Demokraci w Kongresie przygotowali mało strawny i bardzo kosztowny projekt i bronią go jak niepodległości.

Prezydentowi nie pomagają też kolejne informacje o znikających miejscach pracy oraz zwiększającym się zadłużeniu państwa. Jeśli wielkie programy rządowe, opiewające na setki miliardów dolarów, nie przyniosą efektu w miarę szybko (na co się nie zanosi), Demokraci poniosą ciężkie straty w przyszłorocznych wyborach do Izby Reprezentantów, mogą też utracić super-większość w Senacie, umożliwiającą im obecnie przegłosowanie czegokolwiek bez patrzenia się na Republikanów. Obama zaś może liczyć na odbicie gospodarcze i, podobnie jak Reagan w trakcie pierwszej kadencji, odzyskać poparcie w najlepszym możliwym momencie - przedwyborczym, w 2011 roku.

Siedem miesięcy od objęcia stanowiska, Obama niewiele mógł zrobić. Pierwsze miesiące nowej administracji to "docieranie się" nowych ludzi i analizowanie gruntu, na którym się stoi. Powiedzmy, że pół roku wystarczy, aby ogarnąć organizacyjny chaos i naturalny rozgardiasz związany ze zmianą właścicieli tysięcy biurek w kluczowych gabinetach. Stąd można usprawiedliwić pewien zastój Obamy w kwestii wprowadzania reform, które zapowiadał w kampanii.

Klosz ochronny nad prezydentem Obamą zniknął i teraz ponosi on pełnię odpowiedzialności za wszelkie niepowodzenia i sukcesy. Mało kto kupi zwalanie winy na Busha, Republikanów etc. Posiadając większość w Kongresie gwarantującą przegłosowanie każdej ustawy, nic nie stoi na przeszkodzie reformowaniu. Dotychczasowy brak sukcesów w kraju (i zagranicą) Obama musi jak najszybciej nadrobić. Skreślanie go już teraz byłoby błędem i czynem mało roztropnym.

Obama musi pokazać, że zmiana, którą głosił, ma konkretne oblicze przyjętych rozwiązań. Potrzebne są osiągnięcia realne, a nie PR-owskie. Choć i w tej kwestii prezydent musi wyciągnąć wnioski z obecnych porażek, gdyż utrata zdolności kreowania narracji może być bardzo kosztowna.

Piotr Wołejko

 

grafika: dark-wraith.com

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

środa, 26 sierpnia 2009

Budowanie zamków z piasku jest czynnością równie pożyteczną i dalekowzroczną jak układanie domków z kart. Do 2050 roku kosztem minimum 400 miliardów euro może powstać największy system elektrowni słonecznych, zlokalizowanych głównie na afrykańskiej Saharze.

Projekt zakłada współpracę kilkudziesięciu państw regionu Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej oraz Unii Europejskiej oraz partnerów prywatnych, od koncernów energetycznych, przez instytucje finansowe, po producentów poszczególnych elementów infrastruktury. Za pomysłem wykorzystania promieni słonecznych wypalających pustynię na innym kontynencie stoją głównie Niemcy, zarówno rząd, jak i wielki biznes (Deutsche Bank, E.ON, RWE, Siemens i inni). Złośliwcy z Francji twierdzą, że przez Desertec, bo tak nazwano wspomniany projekt, Berlin planuje przejąć kontrolę nad ukochanym dzieckiem prezydenta Sarkozy'ego, Unią Śródziemnomorską. Twór ten powstał wbrew kanclerz Merkel i był swego czasu przyczyną ostrego sporu pomiędzy dwoma motorami napędowymi Unii Europejskiej.

grafikaPapier zniesie wszystko (kliknij na mapę), więc na deskach kreślarskich i biurkach decydentów wszystko prezentuje się wręcz cudownie. Panele słoneczne, ogniwa fotowoltaiczne, instalacje do odsalania wody, elektrownie i elektrociepłownie zużywające biomasę oraz hydroelektrownie i elektrownie wiatrowe i geotermalne - ulokowane na północy Afryki, na Bliskim Wschodzie, w Europie a nawet na Islandii. Desertec jest projektem kompleksowym, który ma zaspokoić potrzeby energetyczne państw północnoafrykańskich, bliskowschodnich oraz, przede wszystkim, wspomóc wysiłki Unii Europejskiej na rzecz zmniejszania emisji gazów cieplarnianych.

Gdy jednak przyjrzymy się sprawie bliżej, aż nadto widoczne są problemy związane z gigantycznym przedsięwzięciem. Przede wszystkim, ma on zapewnić Europie zaledwie 15 procent ogółu zużywanej energii elektrycznej. Bardzo mało jak na min. 400 miliardów euro inwestycji. Może jacyś specjaliści przeliczyliby ile to jest wiatraków i ogniw fotowoltaicznych, które można instalować np. na dachach budynków. Kto miałby zapłacić 400 mld euro? Oczywiście państwa członkowskie UE. Słusznie niektórzy krytycy Desertec pytają, czy plan nie ma na celu subsydiowania prywatnych uczestników projektu - głównie niemieckich, co zaznaczyłem na wstępie.

Nawet jeśli przyjąć, że za mniej niż jedną piątą produkcji elektryczności warto zapłacić takie pieniądze, pojawia się dużo poważniejszy problem, który będzie trudny do pokonania. Desertec zakłada niemal wzorową współpracę państw arabskich od Maroka po Arabię Saudyjską, a także współpracę tych państw z Izraelem, którego większość z nich nie uznaje. Pomijając Izrael, same kraje arabskie są tak podzielone, skłócone i mają często tak sprzeczne interesy oraz historię wzajemnej rywalizacji i sporów, że trudno przewidywać efektywną współpracę przy realizacji tak trudnej i potężnej inwestycji.

Poza polityką kolejnym polem minowym na drodze do realizacji projektu jest prawo, a w zasadzie jego brak bądź luźne do niego podejście, ujmując całą sprawę dość delikatnie i elegancko. Ograniczenie korupcji to jedno, usprawnienie administracji i biurokracji to drugie, a pozostaje jeszcze stworzyć jasne, przejrzyste i sprzyjające inwestycjom zagranicznym prawo. Oprócz tego, prawo musi być przestrzegane i egzekwowane. W większości państw regionu MENA (Middle East & North Africa) oznacza to światopoglądowe i systemowe trzęsienie ziemi.

Jest jeszcze jedna kwestia wymagająca rozwiązania - zabezpieczenie własności infrastruktury (np. przed nacjonalizacją, konieczność zapewnienia godziwego odszkodowania i jego egzekucji) oraz jej bezpieczeństwa. Powiada się, że z tym drugim nie będzie większych kłopotów, bo panele, kable i reszta infrastruktury będzie zlokalizowana na trudno dostępnych i praktycznie niezamieszkanych terenach. Z racji powierzchni, na której wszystko to będzie się znajdować, elementy produkujące i przesyłające elektryczność trudno będzie chronić i mogą stać się łatwym celem dla terrorystów.

Kolejnym kłopotem są sprawy społeczno-środowiskowe - jaki będzie wpływ tak wielkiej inwestycji na środowisko naturalne? Czy natura nie okaże się zbyt nieprzyjazna dla chociażby paneli słonecznych, czyniąc ich utrzymanie kosztownym przedsięwzięciem? Niektórzy wreszcie pytają, czy Europejczycy nie zadbają tylko o siebie (a kraje producenckie o siebie), tzn. czy Afryka subsaharyjska cokolwiek zyska z powstania Desertecu?

Wątpliwości wobec projektu jest bez liku. Koszty są ogromne, a korzyści dyskusyjne. Transfer technologii do państw afrykańskich to jedna z niewielu zalet, a przecież know-how można transferować za mniejsze pieniądze. Trudności z realizacją przedsięwzięcia trudno będzie pokonać. Nawet, jeśli za planem stoją Niemcy, a projekt najpewniej uzyska silne wsparcie Brukseli.

Zamiast liczyć na pustynię, należałoby raczej skupić się na inwestycjach o mniejszej skali, łatwiejszych do zrealizowania i mniej kosztownych. Desertec powinien być jedną z opcji, ale raczej nie pierwszą, z której Europa powinna skorzystać.

Piotr Wołejko

grafika: wikipedia.org

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

22:39, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 sierpnia 2009

Siedemdziesiąta rocznica zawarcia tytułowego porozumienia pomiędzy Związkiem Radzieckim a Rzeszą Niemiecką jest świetną okazją do dokonania oceny tego wydarzenia. Komentarzy jest mnóstwo, jednak większość z nich jest do siebie podobna, są dokonywane z podobnego punktu widzenia - historycznego.

W Polsce dominuje podejście, które choć jest zrozumiałe, nie wyjaśnia istoty problemu i nie pokazuje prawdziwych przyczyn zawarcia paktu. Nasycone emocjami podejście Polaków nie dziwi. To przez nasz kraj przebiegała linia dzieląca strefy wpływów ościennych mocarstw. Polska była ofiarą złożoną na ołtarzu dobrej współpracy niemiecko-rosyjskiej. Wszystko to prawda. Jednak czy polska martyrologia wyjaśnia w jakiś sposób zmowę Sowietów z nazistami z 23 sierpnia 1939 roku?

Nazywanie Stalina mordercą, ludobójcą i tyranem, czyli mówienie prawdy, nie zbliża nas do poznania przyczyn porozumienia dwóch totalitaryzmów. Wzywanie premiera Putina do klęczenia na Westerplatte 1 września br. również nie przybliża nas ani o krok do zrozumienia ówczesnych realiów politycznych. Mieszanina uprzedzeń, stereotypowych przesądów i ludowych mądrości nie jest najlepszą drogą do uzmysłowienia sobie rzeczywistości roku 1939.

Przede wszystkim musimy zrozumieć, że Polska w rozważaniach Hitlera, Stalina i ich najbliższych politycznych współpracowników była jednym z wielu pionków na europejskiej szachownicy. Niemcy i Rosjanie wytyczyli linię przecinającą Europę od Finlandii po Rumunię. To jednak tylko geografia. Warto spojrzeć na układ sił panujący w 1939 roku i zachowanie głównych potęg, które zdeterminowało taki, a nie inny rozwój wydarzeń.

Przed wybuchem wojny w Europie istniały cztery mocarstwa: Wielka Brytania, Francja, Niemcy oraz Związek Radziecki. W polityce europejskiej praktycznie żadnej roli nie odgrywały Stany Zjednoczone i Japonia, których interesy ulokowane były na Pacyfiku i które z racji odległości miałyby duże trudności z projekcją. Powstrzymująca siła wody wyeliminowała je z gry, podobnie jak - choć częściowo - eliminowała Wielką Brytanię.

Państwa ententy, Francja i Wielka Brytania, pozostawały w bliskich stosunkach i zdawały sobie sprawę z rosnącego zagrożenia niemieckim rewanżyzmem i militaryzmem. Jednocześnie, oba te kraje pozwoliły Niemcom na odbudowę potencjału gospodarczego i militarnego, stosując politykę ustępstw wobec Hitlera. Francja starała się być twardsza wobec Niemiec, jednak Wielka Brytania nigdy nie pozwalała ich zbyt mocno osłabić, łagodząc francuskie żądania.

Co więcej, Niemcy były bezpośrednim zagrożeniem dla sąsiadującej z nią Francji. Odgrodzona przez Kanał Angielski od kontynentu Wielka Brytania nie czuła się bezpośrednio zagrożona. Owszem, Londyn był zaniepokojony szybkim wzrostem potęgi Niemiec, ale był to niepokój pomniejszony o bezpieczeństwo dawane Brytyjczykom przez wodę oraz wiarę w siłę Royal Navy.

Związek Radziecki również obawiał się rosnącej potęgi Niemiec. Wewnętrznie osłabiony czystkami dokonanymi w armii na rozkaz Stalina, Kraj Rad bał się, że zachodnie mocarstwa - Paryż i Londyn - dogadają się między sobą i skierują agresję Hitlera na wschód. Z drugiej strony, Moskwa dobrze orientowała się w sytuacji i wiedziała, że gniew Niemiec może być najpierw skierowany na zachód. Rosyjscy planiści sądzili, że najlepszym rozwiązaniem byłoby związanie Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii w długiej, krwawej i kosztownej wojnie - na wzór pierwszej wojny światowej. Idealiści sądzili nawet, że po osłabieniu mocarstw zachodnich droga do tryumfu komunistycznej rewolucji na Starym Kontynencie stanie otworem, a komunizm będzie sięgał od Lizbony po Władywostok.

Teraz trochę teorii stosunków międzynarodowych, która wyjaśni zachowanie mocarstw. Należy sięgnąć do dwóch teorii: równowagi sił (balance of power) oraz równowagi zagrożeń (balance of threat), z tym że druga uzupełnia pierwszą. Podejście realistyczne wskazuje, że państwa, a mocarstwa w szczególności, starają się równoważyć wzrost potęgi innych państw (mocarstw), gdyż wzrost potęgi (siły) przekłada się zazwyczaj na wzrost zagrożenia dominacją rosnącej potęgi.

Klasycznie można wówczas zastosować dwa rozwiązania - równoważenie, poprzez tworzenie koalicji z innymi zagrożonymi państwami (balancing) bądź przyłączenie się do wzrastającej potęgi i próba uszczknięcia dla siebie części zysków w przypadku jej ekspansji (bandwagoning). Pierwsze podejście jest o wiele bardziej popularne i znajdowało zastosowanie w większości przypadków. Opcja druga jest bowiem bardziej ryzykowna, a poddający się silniejszemu mocarstwu musi liczyć na jego łaskę i dobrą wolę. Jeśli zaś zamiast spodziewanych zwycięstw nadeszły porażki, podłączający się najczęściej porzucają swego dawnego patrona i przyłączają się do wygrywającego bądź wygrywającej koalicji. Sojusznicy Rzeszy Niemieckiej podczas II wojny światowej pokazali, jak działa ten mechanizm, gdy sowieckie czołgi parły na zachód.

Jasne? Skomplikujmy więc trochę, dodając bardzo istotną modyfikację wprowadzoną przez teorię równowagi zagrożeń - skłonność do przerzucania odpowiedzialności na innych (buck passing; roboczo nazwijmy to przerzucaniem gorącego kartofla). Państwa, które nie są bezpośrednio zagrożone (najczęściej, nie sąsiadują z wzrastającą potęgą) mają skłonność do przerzucania kartofla w postaci wzięcia odpowiedzialności za powstrzymywanie wrogo nastawionej potęgi na innych - tych najbardziej zagrożonych. W naturalny sposób stoją oni na pierwszej linii frontu i praktycznie niemożliwe jest przerzucenie przez nich kartofla dalej, w szczególności do państw, które z wrogim mocarstwem nie sąsiadują.

Czas podstawić pod teoretyczne mocarstwa nazwy głównych graczy z 1939 roku. Naprzeciw siebie stoją Niemcy i Francja, najpotężniejsze militarnie kraje Starego Kontynentu. Na uboczu zaś znajduje się Związek Radziecki oraz Wielka Brytania, oddzielona od Francji przez Kanał Angielski. Francja nie ma ofensywnych zamiarów. Mają je zaś Niemcy. Francja czuje się zagrożona przez Niemcy, a zagrożenie potęguje długa wspólna granica (oraz wydarzenia sprzed lat dwudziestu, które świadomie pomijam).

Jak zachowują się poszczególne państwa w obliczu zagrożenia niemieckiego? Co oczywiste, próbują się porozumieć między sobą. Motorem napędzającym klasyczną próbę zrównoważenia sił w obliczu wrogiego, ofensywnie nastawionego mocarstwa (Niemiec) jest najbardziej przez nie zagrożona Francja. Słabszą pozycję Francji z chęcią wykorzystałby Związek Radziecki, który za cenę ustępstw w kwestii strefy swoich wpływów jest gotów dołączyć do koalicji antyniemieckiej. Na negocjacje francusko-rosyjskie chłodnym okiem spogląda Wielka Brytania, niezagrożona bezpośrednio przez Niemcy i pałająca niechęcią do komunizmu.

Kwestię sympatii proniemieckich wpływowych grup i przedstawicieli brytyjskiego życia publicznego należy pominąć, gdyż nie mają one wpływu na generalną rozgrywkę geopolityczną. W ogóle należy wyeliminować wszelkie kwestie podobnego rodzaju, jako nieadekwatne do powyższych rozważań. Realizm nakazuje rozpatrywać sprawy na płaszczyźnie interesów państw i ich naturalnych dążeń, nie uwzględniając poglądów czy charakteru poszczególnych osób kręgu władzy czy nawet rządzących. Historia pokazała, że w zdecydowanej większości przypadków nie miały one wpływu na postępowanie, które było zgodne z przewidywaniami teorii ofensywnego realizmu (warto zapoznać się z książką Johna Mearsheimera "The Tragedy of Great Power Politics", stanowiącej wykład o ofensywnym realizmie podparty głęboką analizą historyczną od Rewolucji Francuskiej do II wojny światowej).

Wracając do prób porozumienia się państw dawnej ententy, nie zakończyły się one sukcesem. Francji nie udało się zawrzeć wymierzonego w Niemcy sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Sowieci nie byli do końca zdeterminowani, nie czując takiej presji ze strony Niemiec jak Francuzi. Nie musieli za wszelką cenę paktować z Francją i Wielką Brytanią. Zarówno Brytyjczycy, jak i Sowieci wybrali strategię przerzucania gorącego kartofla do Francuzów, którzy musieli go złapać. Brak zaufania i wzajemne podejrzenia o skryte paktowanie z Hitlerem sprawiło, że wszystkie mocarstwa dawnej ententy w pierwszych miesiącach 1939 roku musiały radzić sobie z Niemcami samodzielnie. Samodzielnie, choć oznaczało to, że każde z nich jest od Niemiec słabsze.

Gdy zaś zagrożenie niemieckie stawało się namacalne, Brytyjczycy nagle poczuli konieczność porzucenia części swych uprzedzeń i wątpliwości i bliskie związanie z Francuzami. Na dokooptowanie Związku Radzieckiego zabrakło już czasu. Było zwyczajnie za późno. Sowieci dogadali się z Niemcami, zabezpieczając się tymczasowo przed niemiecką agresją. Z rosyjskiego punktu widzenia pakt z Hitlerem był majstersztykiem, który odsunął niebezpieczeństwo w czasie. Trudno było przewidzieć w sierpniu 1939 roku, że Francja rozsypie się jak domek z kart w ciągu zaledwie kilku tygodni. Po upadku Francji Związek Radziecki próbował skierować natarcie niemieckie na Wielką Brytanię, odrzucając brytyjskie próby zawarcia sojuszu wymierzonego w Niemcy. Dlaczego? Klasyczne przerzucanie kartofla. Stalin nie chciał być tym, który go złapie. Znowu liczono na długotrwałą wojnę i oddalenie groźby ataku Niemiec na Związek Radziecki. Opowiadając się po stronie Londyny Stalin ryzykował natychmiastową ofensywę Hitlera.

Krytykując pakt Ribbentrop-Mołotow postępujemy słusznie. Warto jednak pamiętać, że nasz punkt widzenia jest trudny do zrozumienia dla innych, głównie dla Rosjan. Zamiast potępiać ich w czambuł i odmieniać słowo ludobójca przez wszystkie przypadki, należy dokonać prostego zabiegu myślowego - postawić się w sytuacji przywódcy Związku Radzieckiego w 1939 roku. Czy będąc na jego miejscu odrzucilibyśmy ofertę oddalającą śmiertelne zagrożenie i pozwalającą poszerzyć naszą strefę wpływów? W świetle powyżej zaprezentowanej teorii realizmu politycznego i ówczesnych realiów, trudno uzasadnić odpowiedź negatywną.

Polska znalazła się między młotem a kowadłem, co grozi każdemu przedmiotowi stosunków międzynarodowych. A w 1939 roku Polska bez wątpienia nie była podmiotem tychże relacji i nie miała nic do powiedzenia, gdy oficjalnie i za kulisami cztery główne mocarstwa prowadziły dyplomatyczną grę, w której cele każdego z nich były sprzeczne. Słusznie potępiając Rzeszę Niemiecką i Związek Radziecki za zawarcie omawianego paktu, powinniśmy również krytykować Wielką Brytanię i Francję, które swoimi działaniami ułatwiły taki obrót zdarzeń. Czyżby poczucie odpowiedzialności sprawiło, że w uroczystościach na Westerplatte przedstawicielami Londynu i Paryża będą tylko ministrowie spraw zagranicznych? Wątpliwe, choć historycznie byłoby to uzasadnione. Druga wojna była wielką porażką Brytyjczyków i Francuzów, których spory i niezdecydowanie (wynikające ze sprzecznych bądź nie do końca zgodnych interesów) pozwoliły Niemcom odbudować swój potencjał i próbować odegrać się za "wersalskie krzywdy".

Piotr Wołejko

czwartek, 20 sierpnia 2009

W ostatnim czasie zauważa się coraz wyraźniejszy wzrost roli Turcji w stosunkach międzynarodowych. Ankara, będąca łącznikiem pomiędzy Europą a Azją, jest chwalona za umiejętne realizowanie interesu narodowego, czego najlepszym przykładem było podpisanie umów dot. gazociągu Nabucco oraz rosyjskiego South  Stream. Spotkanie premierów Erdogana i Putina obfitowało także w inne, korzystne dla Turcji, aspekty współpracy energetycznej.

Czy Turcja, stojąc dokładnie pomiędzy NATO a Rosją, może na dłuższą metę prowadzić politykę licytowania od każdej ze stron jak największych korzyści, czy też obecny stan należy uznać za przejściowy? Czy Turcja może rozgrywać solową partię w grze gigantów? Czy możliwe jest zdystansowanie się przez Ankarę od Europy i Stanów Zjednoczonych celem zbliżenia do Moskwy?

Zeszłoroczna wojna w Gruzji pokazała, że Moskwa jest zdeterminowana bronić własnych interesów polityczno-energetycznych wykorzystując do tego siły zbrojne. Co więcej, po okresie pewnej niepewności, Rosja przypomniała o swojej roli na Kaukazie, w tym też jego południowej części. Implikacje interwencji, która doprowadziła do ostatecznego oderwania Abchazji i Osetii Płd. od Gruzji należy rozpatrywać również w innych wymiarach. Kraje regionu oraz Azji Centralnej dostały jasny sygnał od Zachodu - nie kiwniemy palcem, aby ochronić was przed gniewem Moskwy. Usankcjonowanie wolnej ręki Rosji na strategicznym z energetycznego punktu widzenia obszarze bardzo wzmocniło pozycję Federacji Rosyjskiej.

grafikaKolejnym skutkiem ówczesnej interwencji wojsk rosyjskich jest utwierdzenie opinii o Kaukazie jako regionie niestabilnym, niepewnym, a więc ryzykownym z punktu widzenia inwestorów. Budowa infrastruktury przesyłowej sama z siebie jest bardzo kosztowna, a na Kaukazie jest dodatkowo narażona na ryzyko starć zbrojnych. Bez silnego wsparcia rządów państw trzecich trudno będzie zebrać kapitał na jakiekolwiek istotne inwestycje.

W tym nowym środowisku międzynarodowym Turcja musiała odnaleźć dla siebie właściwą rolę. Bliskie związki z Gruzją, przez terytorium której biegną dwa żywotne dla Ankary rurociągi (Baku-Tbilisi-Ceyhan oraz Baku-Tbilisi-Erzurum) znalazły się na cenzurowanym w Moskwie. Handlowa wojenka rosyjsko-turecka rozgrywająca się równolegle z rosyjskimi pretensjami o obecność amerykańskich okrętów na Morzu Czarnym tuż po interwencji w Gruzji pokazała, jak słaba jest Turcja w starciu z Rosją.

Rosjanie, odnosząc się wrogo do okrętów US Navy, krytykowali głównie Turcję, przywołując konwencję z Montreaux (1936 rok), regulującą możliwości przebywania na Morzu Czarnym przez okręty wojenne państw spoza jego basenu. Turcy, choć pierwotnie próbowali postawić się Rosjanom, musieli szybko zrejterować. Rosja jest jednym z głównych partnerów handlowych Turcji, jednak bilans handlowy jest dla Turcji skrajnie niekorzystny. Eksport do Rosji wart jest ledwie 5 miliardów dolarów, a import wynosi ponad 32 miliardy dolarów. Lwią część tej sumy stanowią ropa i gaz, pokrywające odpowiednio 29 i 63 procent tureckiego zapotrzebowania na te surowce.

Choć wielu rosyjskich ekspertów i ludzi władzy życzyłoby sobie geopolitycznej reorientacji Turcji na Moskwę, jest to bardzo mało prawdopodobne. Pierwszą kością niezgody jest kwestia energetyczna. Rosja prowadzi wobec Turcji tradycyjną (i korzystną dla siebie) politykę uzależniania jej od własnych dostaw surowców. Turcja tymczasem robi co w jej mocy, aby przed groźbą uzależnienia się obronić. Stąd m.in. wspieranie projektu Nabucco (i twarda walka o 15 procent przesyłanego nim gazu) oraz niedawna wizyta emira Kataru i wola polityczna sprowadzania gazu LNG (w przyszłości zaś gazociągu z Kataru do Turcji - co wydaje się mało prawdopodobne w obecnej sytuacji w regionie).

Z drugiej strony, Turcja zgodziła się na przebieg South Stream, rosyjskiej odpowiedzi na Nabucco, przez własne wody terytorialne, a najważniejsi politycy na poziomie rządowym pozytywnie wypowiadają się o perspektywach współpracy z Rosją. Jest to zrozumiałe, gdyż Rosja trzyma Turcję w energetycznym szachu, co dobitnie pokazała wojna w Gruzji. Zamknięcie dostępu, z pominięciem Rosji, do kaspijskich złóż surowców dla Turcji i Zachodu stało się bardziej realne i nie jest to perspektywa, która by Ankarę szczególnie cieszyła. Świetnie ujął to prezydent Turcji Abdullah Gul: "Jeśli na Kaukazie jest niestabilnie, powstaje coś na kształt ściany między Wschodem a Zachodem. Jeśli w regionie jest stabilnie, może być on bramą [dla przesyłu surowców - przyp. PW]".

Drugim problemem w relacjach turecko-rosyjskich, wykluczających bliższą współpracę obu państw, jest rywalizacja Ankary i Moskwy o wpływy na Południowym Kaukazie i w Azji Centralnej. Turcja zrozumiała także, można rzec - wreszcie, że rozwiązanie konfliktu ormiańsko-azerskiego o tzw. Nagorny Karabach jest w jej interesie narodowym. Istnienie sporu pomiędzy Baku a Erywaniem zwiększa napięcie w regionie i utrudnia przez to realizację projektów energetycznych. Turcja, pragnąca stać się jednym z centrów handlu ropą i gazem, jest na razie uzależniona od dostaw z Rosji i niepewnego, wąskiego korytarza azersko-gruzińskiego.

Z perspektywy politologicznej zachowanie Turcji wobec Rosji odpowiada temu, co można było przewidzieć korzystając z teorii ofensywnego realizmu oraz teorii formowania sojuszy. Ankara, po wojnie w Gruzji, dostrzegła nowe zagrożenia płynące z bardziej asertywnej i zdecydowanej polityki Federacji Rosyjskiej. W sferze retorycznej nastąpiła próba ugłaskania i obłaskawienia Moskwy, coś w rodzaju delikatnego appeasmentu. Politycznie zaś Turcja stara się zbliżyć do wszystkich partnerów, którzy mogą jej pomóc powstrzymać pewną siebie Rosję. Jednak Turcy są bardzo sprytni i zapobiegawczy, gdyż starają się zrobić wszystko, aby nie zniechęcić do siebie Moskwy. Wiedzą bowiem, że ich sytuacja jest trudna i działają na grząskim gruncie.

Paradoksalnie, podkreślane przez tureckie władze korzyści płynące z położenia pomiędzy Zachodem a Rosją niekoniecznie muszą przewyższać koszty takiego usytuowania. Siedzący w środku obrywa z dwóch stron, tym bardziej, jeśli między przeciwnymi obozami trwa bezpardonowa walka prowadzona w imię ich żywotnych interesów.Wbrew powszechnemu odbiorowi, Turcja niekoniecznie jest tutaj rozgrywającym.

Turcja stoi przed, częściowo fałszywym (o tym dalej), wyborem. Z jednej strony jest Europa - podzielona w odbiorze Turcji i niezdecydowana, czy chce przyjąć ją do swego klubu, czy zostawić za drzwiami; jednocześnie bardzo potrzebująca Turcji jako kraju tranzytowego dla surowców energetycznych. Po tej samej stronie są Stany Zjednoczone - nadal najbliższy sojusznik, gwarant bezpieczeństwa, wspierający niektóre projekty energetyczne (co do zasady wszystkie poza włączającymi do gry Iran). Z drugiej strony Rosja - partner z rozsądku, który nie budzi jednak wielkiego zaufania, historyczny przeciwnik.

Wybór jest częściowo fałszywy, gdyż opiera się na trudnych do zaakceptowania przesłankach zrezygnowania przez Turcję z własnych interesów. Turcja nie może postawić na Moskwę, a jednocześnie nie może zniechęcić do siebie Rosji. Nie jest to jednak balansowanie pomiędzy dwoma partnerami, od których można wygrywać rozmaite korzyści. Jest to skomplikowana gra, w której należy pogodzić potrzeby energetyczne, tradycyjną politykę wobec państw Azji Centralnej oraz strategiczne więzy ze Stanami Zjednoczonymi oraz, choć w coraz mniejszym stopniu, europejskie ambicje.

Postawienie na rosyjskiego "konia" oznaczałoby zgodę na dyktat energetyczny, Moskwy a także rezygnację z własnych regionalnych ambicji. W efekcie, byłby to spadek do niższej geopolitycznej ligi, co dla dumnych i ambitnych Turków stanowi kombinację nie do przełknięcia.

Piotr Wołejko

Polecam lekturę opracowania dot. relacji turecko-rosyjskich po wojnie gruzińskiej autorstwa Igora Torbakova, przygotowaną dla Jamestown Foundation.

grafika: lib.utexas.edu

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook