wtorek, 31 sierpnia 2010

Trzydziesta rocznica podpisania porozumień sierpniowych nie stała się wielkim świętem Solidarności. Zamiast godnego uczczenia historycznego wydarzenia cała Polska obserwowała kolejną erupcję sporów w łonie dawnych rewolucjonistów. Brak kultury politycznej i, niestety, osobistej jest od kilkudziesięciu godzin aż nadto widoczny. Na łamach niniejszego bloga nie zajmujemy się sprawami wewnętrznymi Polski, jednak smutne okoliczności pozwalają uświadomić sobie, iż dawnych "towarzyszy broni" niewiele dziś łączy. Nie tylko nad Wisłą.

grafikaSolidarność była ruchem wymierzonym w komunistyczną władzę. Nie był to ruch jednolity, posiadający spójną linię programową. Jednoczył ludzi o różnych, często wykluczających się poglądach. Gdy odniósł już sukces, obalając marionetkowe rządy PZPR, zabrakło elementu jednoczącego osoby i frakcje dotychczas ze sobą współpracujące. Na wierzch wypłynęły skrywane do tej pory różnice. Rozpoczęła się dyskusja, często bardzo ostra. Zaczęły się kłótnie. Dawna Solidarność umarła, bo nie była już potrzebna. Zamiast pozwolić jej odejść, by pełniła dziś rolę mitu założycielskiego niepodległej Rzeczypospolitej, wielokrotnie zaprzęgano ją do bieżącej polityki. Rocznica porozumień sierpniowych przypomina nam o tym.

Na Ukrainie też skłóceni

Wielka, często gorsząca kłótnia jest stałym elementem nie tylko polskiego krajobrazu politycznego. Również Ukraina przeżywa konwulsje wywołane rozpadem ruchu, który wyniósł do władzy Wiktora Juszczenkę. Koalicja wymierzona w tandem Kuczma-Janukowycz zakładała uniemożliwienie przeprowadzenia sukcesji władzy z prezydenta Lenida Kuczmy na premiera Wiktora Janukowycza, co oznaczałoby kontynuację post-sowieckiego miękkiego autorytaryzmu. Pomarańczowa Rewolucja, opierająca się głównie na Juszczence oraz Julii Tymoszenko zwyciężyła, choć dopiero po powtórce drugiej tury wyborów.

Pomarańczowi dali wielu Ukraińcom nadzieję na lepsze jutro, na modernizację kraju. Niestety, podobnie jak w Polsce, niedługo trzeba było czekać aż niedawni sojusznicy skoczą sobie do gardeł. Duet Juszczenko-Tymoszenko (odpowiednio prezydent i premier) szybko się rozpadł, czyniąc z popularnych liderów rewolucji zaprzysięgłych wrogów. Zamiast demokratyzacji i reform na Ukrainie trwała brutalna i wyniszczająca walka polityczna. Trudno się dziwić, że pięć lat po sukcesie Pomarańczowych zmęczeni Ukraińcy oddali władzę Janukowyczowi. Czyż w Polsce dawni post-komuniści nie odzyskali szybko władzy po tym, jak "przyjaciele" z Solidarności skłócili się i podzielili na wiele zwalczających się obozów?

Lepiej niż w Iranie

Niszczycielska siła sporów w Polsce czy na Ukrainie to jednak pikuś w porównaniu do rozwoju wypadków po obaleniu szaha Pahlaviego przez Rewolucję Islamską w 1979 roku. Koalicja ugrupowań, środowisk i instytucji, której celem było pozbawienie władzy irańskiego monarchy śmiało mogłaby nosić miano tęczowej. Skupiała bowiem ludzi o poglądach od lewa do prawa, od lewicy po zatwardziałych konserwatystów, od niepiśmiennych chłopów po miejską inteligencję, od drobnych przedsiębiorców po kler szyicki. Jedynym wspólnym dla tych różnorodnych środowisk celem było obalenie szaha. Pomysłów na to, jak powinien wyglądać Iran po Pahlavim było już jednak wiele.

Zwyciężyła koncepcja ajatollaha Chomeiniego, który dążył do islamizacji życia politycznego oraz budowy quasi-teokratycznego państwa z fasadową demokracją i instytucjami republikańskimi. Chomeini osiągnął swój cel nie dlatego, że udało mu się zawrzeć kompromis z pozostałymi frakcjami rewolucji. On nie przekonał swoich rewolucyjnych sojuszników do własnej koncepcji. On ich po prostu spacyfikował. Gdy Pahlavi w pośpiechu opuszczał Iran, koalicja zawiązana w celu jego obalenia zaczęła trzeszczeć w szwach. Wizje przyszłości kraju były zbyt odmienne, by udało się je pogodzić.

Zawierając sojusze z jednymi, by osłabić innych, a następnie eliminując dotychczasowych przyjaciół, Chomeini zyskiwał coraz większą siłę. Jego metody były brutalne, a kolejne wydarzenia (zajęcie ambasady amerykańskiej, atak Iraku na Iran) sprawiały, że ajatollah miał wymówkę do ostrej rozprawy z "opozycją" i "wrogami rewolucji". Przejęcie przez Chomeinego monopolu władzy kosztowało życie tysięcy ludzi.

Bolesny i nieunikniony rozpad?

Powyższe przykłady pokazują, że szerokie ruchy polityczne obliczone na obalenie dotychczasowej władzy nie mają większych szans na zachowanie spoistości po doprowadzeniu swojej sprawy do szczęśliwego finału. Z natury rzeczy nie mogą być to ruchy jednolite światopoglądowo, gdyż tylko różnorodność zapewnia im szeroką reprezentatywność. Odniesiony sukces niemalże determinuje rozpad szerokiego sojuszu i jego fragmentację na węższe ugrupowania. Przykre tylko, że już po podziale dawni sprzymierzeńcy używają przeciwko sobie najostrzejszych epitetów, a czasem sięgają także po przemoc. O czymś tak naturalnym jak walka o interpretację dawnych wydarzeń nie będę nawet wspominał. Przecież historia to nic innego jak polityka.

Piotr Wołejko

 

grafika: infolinia.org/fot. B. Nieznalski

niedziela, 22 sierpnia 2010

Bronisław Komorowski ujawnił cele swoich pierwszych wizyt zagranicznych. Nowy prezydent w pierwszej kolejności uda się do Brukseli, a następnie odwiedzi Paryż i Berlin. Czy są to właściwie dobrane kierunki, z punktu widzenia interesów narodowych Rzeczypospolitej, czy kompletnie chybione decyzje, wskazujące na brak wizji głowy państwa?

Żadna biała flaga

Dla zdeklarowanych przeciwników prezydenta Komorowskiego jego pierwsze wizyty zagraniczne to nic więcej jak podróż wiernopoddańcza do swoich patronów. Wasal Komorowski ucałuje ręce światłych przywódców Unii Europejskiej oraz dwóch głównych europejskich mocarstw - Francji i Niemiec. Jeśli w następnej kolejności Komorowski spotka się jeszcze z Dmitrijem Miedwiediewem, będzie to symbolem zwycięstwa tzw. Partii Białej Flagi w polityce zagranicznej Polski.

grafikaMówiąc już całkiem poważnie, plany oficjalnych podróży Bronisława Komorowskiego należy uznać za naturalne i absolutnie zasadne. Symbolicznie pierwszym celem prezydenta jest Bruksela. Dla polityka (i środowiska politycznego, z którego się wywodzi) proeuropejskiego, podkreślającego wagę członkostwa Polski w Unii Europejskiej nie ma bowiem lepszego kierunku pierwszej wizyty międzynarodowej. Wypadałoby więc w stolicy Europy wygłosić ważne przemówienie, informując europejskich polityków i urzędników o planach polskiej prezydencji (już w 2011 roku) oraz roli, jaką Polska pragnie odgrywać we wspólnocie.

Dobór Paryża i Berlina również oceniałbym pozytywnie. Po pierwsze, o czym już wspominałem, Francja i Niemcy to główne europejskie mocarstwa. Ich głos jest często decydujący w przypadku dyskusji wewnątrzunijnych. Są to także aktorzy o możliwościach globalnych. Berlin jest największym partnerem gospodarczym Warszawy (ponad 1/4 eksportu i tyleż samo importu), w dodatku żywo zainteresowanym polityką wschodnią. Paryż z kolei to istotny sojusznik w dziedzinie europejskiej polityki obronnej oraz wspólnej polityki rolnej. W obliczu zbliżającej się polskiej prezydencji w Unii Europejskiej niezwykle istotna jest bliska współpraca, nawet koordynacja posunięć naszej dyplomacji z głównymi europejskimi rozgrywającymi.

Tak dla Trójkąta

Prezydent Komorowski zapowiada także tchnięcie nowego ducha w nieco zapomnianą dziś instytucję Trójkąta Weimarskiego, czyli regularnych spotkań przedstawicieli Polski, Francji i Niemiec na najwyższym szczeblu. Trójkąt odegrał pozytywną rolę w najnowszej historii naszego kraju i jest bardzo cenną inicjatywą, w szczególności w kontekście współpracy w ramach Unii Europejskiej. Wymiana poglądów z motorem napędowym (chociaż w ostatnich latach na linii Berlin-Paryż dochodziło do sporów i przykrych incydentów o wymiarze symbolicznym) wspólnoty, niemniej dyskusja nie powinna ograniczać się tylko do tego, wzmacnia pozycję Polski na arenie międzynarodowej.

Stąd też trudno zgodzić się z poglądem wyrażonym podczas dyskusji na tablicy Dyplomacji na Facebooku, iż cele wizyt są nijakie, a efekty podróży Komorowskiego będą w związku z tym niewielkie. Jeśli Polska chce grać w europejskiej pierwszej lidze, oprócz silnej gospodarki potrzebuje również dobrych stosunków z innymi pierwszoligowymi krajami Starego Kontynentu. Dlatego odwiedzenie Paryża i Berlina to pomysł lepszy od spotkań w Wilnie, Kijowie, Bukareszcie czy Tbilisi. Zresztą, Komorowski spotkał się już z prezydentką Litwy w charakterze pół-oficjalnym.

Kolejne spotkania również istotne

Na wizyty w krajach sąsiednich bądź państwach tzw. nowej Europy przyjdzie jeszcze czas. Pierwsze cele wyznaczają ogólny kierunek polityki zagranicznej. To poziom strategiczny. Dyplomacja z natury jest jednak pełna niuansów, a czasem nawet sprzeczności (nie zawsze pozornych). Po kluczowych i symbolicznych pierwszych wizytach prezydent powinien przejść na poziom taktyczny.

Mam nadzieję, że Bronisław Komorowski będzie prezydentem aktywnym w sferze polityki zagranicznej. Pamiętam oczywiście o konstytucyjnych ograniczeniach roli głowy państwa (reprezentacja, nie zaś prowadzenie polityki), jednak przynajmniej do czasu wyborów parlamentarnych w przyszłym roku o porozumienie z premierem i szefem MSZ nie powinno być trudno. Większa aktywność prezydenta powinna wynikać również z faktu polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Najbliższe miesiące to z pewnością nie czas na spokojne siedzenie w Belwederze bądź Pałacu Prezydenckim.

Piotr Wołejko

 

grafika: thenews.pl

http://www.polskieradio.pl/_admin/cm/polonia/_Sekcja242/_images/2008061707343282_240.jpg
środa, 18 sierpnia 2010

Chińska gospodarka wyprzedziła japońską i ustępuje już tylko Stanom Zjednoczonym. Nawet jeśli najnowsze szacunki są zbyt optymistyczne na obecną chwilę, Japonia swojej dotychczasowej pozycji nie obroni. Chiny będą drugą potęgą gospodarczą świata i pierwszą w Azji. Fakt ten niesie za sobą istotne implikacje dla regionu.

Co myślą Azjaci?

Z przeprowadzonego w 2009 roku badania, w którym uczestniczyli liczący się eksperci  z głównych państw Azji oraz Stanów Zjednoczonych i Australii, wynika następująca konkluzja: 2/3 specjalistów uważa, że w ciągu najbliższej dekady Chiny będą najsilniejszym krajem regionu. Dla porównania, tylko 1/3 ankietowanych uważa, że główną potęgą Azji będą Stany Zjednoczone. Chińczycy i Amerykanie zgodnie wskazali na siebie. Podobnie wygląda kwestia najważniejszego państwa dla obu mocarstw. Solidarnie 3/4 ankietowanych w Chinach wskazało na USA i odwrotnie.

Interesująco prezentują się także wskazania dotyczące największego zagrożenia dla pokoju i stabilności. Pierwsze miejsce w tym rankingu zajęły... Chiny, otrzymując blisko 40 proc. głosów, wyprzedzając tym samym Koreę Północną (nieco ponad 20 proc.) oraz Stany Zjednoczone, które za zagrożenie uznało niemal 13 proc. ankietowanych ekspertów. Jeszcze większą nieufnością darzą Pekin najbliżsi sojusznicy USA - Korea Płd. i Japonia (ponad 50 proc.). oraz główny rywal Chin - Indie (prawie 50 proc.). Najciekawsze jest jednak to, że dla Chin największym zagrożeniem jest Korea Północna (40 proc. wskazań, niemalże tyle samo ile w Korei Południowej).

Kraje regionu w większości uważają też, że bezpieczeństwo i stabilność zapewnią im własne zasoby, w tym silna i dobrze wyposażona armia. Tyczy się to w szczególności największych graczy - w kolejności - Chin, Ameryki i Indii, ale również Singapur czy Tajlandia podzielają takie stanowisko. Odmiennie sojusznicy Waszyngtonu (Korea Płd. Japonia, Australia), dla których dwustronne sojusze z Wujem Samem stanowią kamień węgielny ich bezpieczeństwa. Organizacje międzynarodowe, w szczególności regionalne, nie cieszą się w tym względzie popularnością. Państwa Azji liczą na siebie lub na silnego patrona, w którego wcielają się Stany Zjednoczone.

Co to oznacza dla Azji?

Nic dziwnego, że kraje azjatyckie zbroją się na potęgę. Dla przykładu Malezja w latach 2005-2009 wydała na uzbrojenie ponad 700 proc. więcej niż w poprzedniej pięciolatce, a wydatki na import broni wzrosły w analogicznym okresie blisko dwukrotnie. Wietnam zamierza nabyć łodzie podwodne oraz nowoczesne samoloty bojowe przeznaczone do walki nad morzem za ponad 2 miliardy dolarów, natomiast Australia obok łodzi podwodnych planuje kupić 100 nowoczesnych samolotów F-35. Intensywnie nad rozbudową floty oraz lotnictwa pracują Indie, które chcą posiadać minimum dwa lotniskowce.

Zbrojenia Indii uzasadnia ich pozycja w regionie oraz, podobnie jak w przypadku mniejszych państw, obawa przed szybkim wzrostem pozycji Chin. Mimo deklarowanej polityki przyjaźni oraz "harmonijnego oceanu", polityka zagraniczna Pekinu jest coraz bardziej asertywna i mniej elastyczna. Chiny, zwłaszcza po osłabieniu Ameryki w wyniku kryzysu finansowego, poczuły się bardzo silne i zaczęły dobitniej wyrażać własne zdanie oraz dbać o swoje interesy.

grafika

grafika: Wikimedia Commons

Grając pod nacjonalistyczną nutę Chiny wysuwają roszczenia terytorialne względem swoich sąsiadów na lądzie oraz na morzu. Spór dotyczy chociażby kontroli nad położonymi na Morzu Południowochińskim wysp Paracelskich oraz Spratly. Wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi kraje ASEAN odrzuciły niedawno chińskie roszczenia dotyczące suwerenności nad 1,3 miliona mil kwadratowych Morza Południowochińskiego.

Zgodnie z zasadą wyrażoną przez admirała Alfreda Thayera Mahana, rosnące w siłę (i eksportujące mnóstwo towarów) Chiny rozbudowują flotę wojenną. Na dziś nie przedstawia ona znaczącej siły bojowej i nadaje się raczej do obrony własnych granic, jednak chińscy planiści mają ambitne zamiary. Inwestycje w rozwój szeregu portów w Pakistanie, Birmie czy Sri Lance pozwala myśleć o założeniu w przyszłości zagranicznych baz morskich. Takie myślenie znajduje uzasadnienie w uzależnieniu Chin od transportu towarów i surowców przez Ocean Indyjski, w szczególności przez niebezpieczne wody Cieśniny Malakka.

W obliczu niedostatecznej współpracy militarnej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz panującym w Pekinie i Waszyngtonie przekonaniu, iż oba kraje są rywalami, uzasadnione stają się przewidywania dotyczące rywalizacji amerykańsko-chińskiej na morzu. Bonusem dla Ameryki może być zaniepokojenie niektórych państw regionu potęgą Chin. W naturalny sposób będą one dążyć do zbliżenia z Ameryką (zewnętrznym mocarstwem). Wynika to także z omawianych w pierwszej części artykułu badań - obecność USA jest uważana jako siła stabilizująca. Jakkolwiek, na dziś kraje regionu nie czują jeszcze konieczności tworzenia koalicji balansującej (powstrzymującej) Chiny. Spoglądają raczej z obawą na poczynania Pekinu, ale decyzję o postępowaniu odkładają na najbliższą przyszłość.

Akcja wywoła reakcję

Co mogłoby zwiększyć bezpieczeństwo w regionie? Większa współpraca gospodarcza, liberalizacja handlu, intensyfikacja kontaktów militarnych, stworzenie regionalnych organizacji i zaangażowanie w nie Chin oraz Stanów Zjednoczonych. Na pewnym ograniczeniu realizacji własnych interesów skorzystałby również Pekin. Gdyby Chiny prowadziły bardziej delikatną politykę, sąsiedzi i kraje regionu mogłyby poczuć się bezpieczniejsze. Czy stać je na to w sytuacji, gdy poczuły wreszcie swą siłę o wymiarze globalnym? Przydałaby się także większa elastyczność w sprawach terytorialnych. Do tej pory Chiny traktowały je w sposób pryncypialny, nie stroniąc nawet od wojny.

Piotr Wołejko

Czy stać je na to w sytuacji, gdy poczuły wreszcie swą siłę o wymiarze globalnym?
piątek, 06 sierpnia 2010

Irańczycy plączą się w zeznaniach na temat swojego programu nuklearnego. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Nie ma natomiast dowodów potwierdzających z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, iż państwo ajatollahów pracuje nad skonstruowaniem bomby atomowej. Wiele elementów układanki pozwala wysnuć wniosek, iż takie prace trwają, jednak nie ma ostatecznego potwierdzenia. I może go nie być, aż do chwili, gdy Iran ogłosi, iż posiada już bombę atomową lub przeprowadzi test potężnej broni. Być może Teheran w ogóle nic nie powie, wybierając opcję trzymania sąsiadów i świata w niepewności.

Trzy opcje na atomowy Iran

Załóżmy jednak, że Iranowi uda się skonstruować broń atomową. Jak zareagują na to sąsiedzi i inne państwa regionu? W roboczym dokumencie zatytułowanym "A Nuclear-Armed Iran", przygotowanym przez Mitchella B. Reissa dla think-tanku Council on Foreign Relations znajdziemy trzy możliwe scenariusze rozwoju zdarzeń: samopomoc, przyłączenie się do Irańczyków oraz stworzenie koalicji balansującej Iran. Na czym wspomniane scenariusze polegają?

grafika

grafika: theredhunter.com

Samopomoc zakłada, iż państwa, które poczują się zagrożone przez wzmocniony bombą jądrową Teheran zaczną przeznaczać znacznie większe środki na wojsko, siły bezpieczeństwa oraz uzbrojenie. Autor dokumentu roboczego wątpi w nuklearny wyścig zbrojeń w regionie, jaki rzekomo miałby rozpocząć się po dołączeniu Iranu do grona potęg atomowych. Dalsza proliferacja to operacja na długie lata, do tego kosztowna ekonomicznie i politycznie. Co więcej, może okazać się zbędna w przypadku stworzenia koalicji balansującej bądź zagwarantowania bezpieczeństwa przez zewnętrzną potęgę - najpewniej przez Stany Zjednoczone. Samopomoc w dużej mierze już funkcjonuje, a kraje regionu Zatoki Perskiej znacząco zwiększyły swoje budżety obronne na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Drugi scenariusz opiera się na założeniu, iż mniejsze zarówno terytorialnie jak i ludnościowo państewka Zatoki stwierdzą, że trudno będzie przeciwstawić się silniejszemu niż dotychczas Iranowi. Za cenę pewnych ustępstw politycznych można przyłączyć się do Teheranu i grać z nim do jednej bramki. W politologii sytuację taką określa się mianem bandwagon, dodając przy tym, iż takie zachowanie występuje w rzeczywistości niezwykle rzadko. Najczęściej różnice pomiędzy słabszymi a silniejszym są tak duże, że "poddanie się" się jest politycznie lub ekonomicznie niemożliwe. Tak właśnie jest w przypadku sunnickich arabskich państewek Zatoki oraz szyickiego perskiego Iranu. Co więcej, słabsi partnerzy mają w zwyczaju porzucanie swoich silniejszych patronów, o ile karta zaczyna się zwracać przeciwko nim.

Ostatnia opcja zakłada stworzenie koalicji balansującej przeciwko rosnącemu w siłę i gotowemu do ekspansji Iranowi. Zazwyczaj państw regionu nie chcą, aby na ich podwórku wyrósł gracz znacznie potężniejszy od pozostałych. Wzrost lokalnej potęgi wzmaga konflikty i może, w sposób niekorzystny dla słabszych, zmienić regionalny układ sił. Wówczas państwa zagrożone nową "siłą", często zapominając chwilowo o dawnych urazach, sporach czy nienawiści, decydują się wspólnie stawić czoła ekspansji aspirującej potęgi. Czasem lokalna koalicja wzmacniania jest obecnością zewnętrznej potęgi, zainteresowanej utrzymaniem status quo w regionie, a więc z definicji wrogiej zbytniemu wzmocnieniu się jakiegokolwiek państwa ponad miarę.

A wybór padnie na...

Która opcja zaistniałaby w sytuacji, gdyby założenie o atomowym Iranie przestało być tylko założeniem, a stałoby się faktem? Mitchell B. Reiss twierdzi, że byłaby to najpewniej kombinacja samopomocy i balansowania, czyli z grubsza kontynuacja obecnego kursu. Przyłączenie się do Iranu należy raczej wykluczyć, jednak jakaś forma rozgrywki w trójkącie Iran-Stany Zjednoczone-państwa Zatoki, w której te ostatnie będą starały się uzyskać jak najwięcej korzyści z ostrej rywalizacji dwóch pierwszych, jest całkiem prawdopodobna. Ba, byłaby jak najbardziej racjonalna.

Z drugiej strony, ryzyko rozgrywania opisanego wyżej trójkąta dla swojej korzyści jest całkiem duże. Irańczycy mogą bowiem, immunizowani od presji militarnej ze strony USA, zacząć mocniej mieszać w krajach regionu. Na dziś niepokoje w Jemenie, Iraku, Libanie etc. stanowią dla Teheranu wygodną zasłonę dymną dla kontynuowania programu atomowego, wiążąc jednocześnie znaczne siły wrogich ajatollahom państw. Nie ma gwarancji, że atomowy Iran nie zechce redefiniować swojej roli w regionie, próbując dokonać istotnych zmian politycznych w krajach sąsiednich. Może być jednak tak, że ewentualne pozyskanie broni jądrowej spowoduje wyciszenie konfliktów inspirowanych i wspieranych przez Irańczyków, gdyż posiadając polisę w postaci bomby atomowej stwierdzą, że ich Islamska Republika jest bezpieczna.

grafikaByć może program atomowy Iranu dozna w najbliższym czasie istotnego uszczerbku. Niedawno pojawiły się informacje, iż sankcje oraz akcje sabotażowe wymierzone w Teheran powstrzymują postępy prac nad wzbogacaniem uranu. Co więcej, nie można wykluczyć izraelskiego ataku lotniczego na irańskie instalacje nuklearne. Niektórzy kongresmani z Izby Reprezentantów przygotowali nawet rezolucję, która przyznaje Izraelowi carte blanche wobec Iranu. Rezolucja H.Res. 1553 zezwala bowiem Izraelowi na skorzystanie z wszelkich dostępnych środków celem eliminacji nuklearnego zagrożenia ze strony Islamskiej Republiki. To na razie tylko propozycja, a nawet gdyby dokument udało się przyjąć, jego moc jest wyłącznie deklaratywna. Rezolucja stanowiłaby jednak istotne wsparcie dla Izraela, a może byłaby zachętą do siłowego rozprawienia się ze znienawidzonym reżimem ajatollahów.

Gra nerwów i taniec z zapałkami wokół beczki z prochem trwają na Bliskim Wschodzie w najlepsze. Więcej artykułów o regionie oraz irańskim programie atomowym pod tagiem Bliski Wschód.

Piotr Wołejko

 

grafika: niacblog.files.wordpress.com

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook