poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Ponad sześć miesięcy zajęło tzw. rebeliantom przejęcie kontroli nad Libią. Zaczynali w Bengazi w połowie lutego, obecnie walczą o Trypolis. Wydaje się, że Kaddafi przechodzi do przeszłości, chociaż zaprowadzenie porządku może potrwać. Istnieje obawa, że nie uda się go zaprowadzić do końca w całym kraju. Czy w Libii nie nastanie teraz rozgardiasz, bezhołowie i chaos?

Scenariusze na przyszłość

Zarzuty pod adresem Zachodu, iż przez wiele lat godził się z rządami tyrana są tylko częściowo słuszne. Podobnie jak w przypadku Tunezji, Libii czy - aktualnie - Syrii. Dyktatorzy zapewniali stabilność i spokój, można było ich wykorzystać. Byli przydatni, a w realnej polityce to bardzo ważne atuty. Jeśli bowiem w Libii nie uda się w miarę szybko stworzyć stabilnego rządu, który kontrolowałby większość terytorium kraju, powstanie kolejny rozsadnik niestabilności w regionie. Czy będzie to dysfunkcjonalne państwo jak Sudan (nieważne, czy zjednoczony, czy - jak od kilku miesięcy - podzielony) czy upadły byt parapaństwowy jak Somalia?

grafikaInna opcja zakłada powstanie kolejnej dyktatury na gruzach poprzedniej. Na 99,9% można być pewnym, że demokracja nie wchodzi w grę. Moje szczególne obawy budzą głównodowodzący rebelią, którzy w zasadzie jak jeden mąż byli bliskimi współpracownikami pułkownika Muammara Kaddafiego. Czy można wierzyć im, gdy mówią o budowie bardziej demokratycznych struktur państwowych? A może cała rebelia była tylko kłótnią w rodzinie, okazją do pozbycia się ekscentrycznego tyrana i szansą do nowego rozdania w starym układzie? Może liderzy rewolucji wykorzystali rewolucyjny ferwor arabskiej ulicy dla swoich partykularnych potrzeb?

Należy też przypomnieć, wracając do wstępu artykułu, iż w Libii jeszcze przez jakiś czas będzie bardzo niespokojnie. Tak jak teraz, gdy lojaliści Kaddafiego walczą w stolicy, tak i najbliższe dni/tygodnie będą pełne walk w różnych punktach kraju. Jeśli Kaddafi był dobrze zorganizowany, jego ludzie mogą prowadzić walkę partyzancką przez długi czas. Oznaczałoby to chaos i zniszczenia, które mogą wystąpić w każdym miejscu i o każdym czasie. Co więcej, zagrożona byłaby kluczowa infrastruktura oraz najważniejsze osoby sprawujące władzę z nadania nowego reżimu - nie tylko politycy, ale także wszelkiej maści doradcy, policjanci, wojskowi etc.

Chaos największym zagrożeniem

Pytanie, na ile Libia może stać się drugim Irakiem czy Afganistanem, bądź Somalią czy Egiptem (już po rewolucji) będzie aktualne raczej przez dłuższy czas. Czy uda się rozbroić tych, którzy dzisiaj szturmują Trypolis, a wcześniej zdobywali inne ważne miasta i miejscowości? Czy dowódcy średniego, a może nawet wyższego szczebla, nie będą chcieli ugrać więcej dla siebie, swoich klanów, próbując siłą wymusić korzystniejszy podział nowego tortu?

Świętując upadek Kaddafiego należy mieć w głowie wszystkie postawione wyżej pytania (a stanowią one tylko ułamek tego, czego chcielibyśmy się dowiedzieć). Po końcu początku, czyli udanej rewolucji, na gruzach starego reżimu zacznie powstawać nowy. Paradoksalnie, w 9 przypadkach na 10, lepiej by było, gdyby nowe struktury powstały szybko - niezależnie od tego, jakie będą. Wyjątkami w tym równaniu są tylko skrajne przypadki, jak afgańscy talibowie (w rzeczywistości pakistańscy, którzy przejęli władzę w Afganistanie) czy somalijscy watażkowie. Idealiści będą mieć inne zdanie, jednak w zasadzie każda władza jest lepsza, i bezpieczniejsza dla świata, od chaosu. I szybkiego uporządkowania sytuacji należy Libijczykom i Libii życzyć.

Piotr Wołejko

 

grafika: picturemessage.blogspot.com

niedziela, 21 sierpnia 2011

O zaangażowaniu Chin w Afryce mówi się jak o drugiej fali kolonizacji. Wymiana handlowa Chińskiej Republiki Ludowej z Czarnym Lądem wzrosła od 2000 roku o blisko 120 miliardów dolarów i sięgnęła 127 miliardów dolarów w roku 2010. Jednocześnie rosną inwestycje zagraniczne w Afryce, które w roku 2008 sięgnęły 88 miliardów dolarów, przy czym chiński udział nie jest dominujący. Jednak to o Chinach mówi się najwięcej.

grafikaW Afryce osiedliło się już ponad milion Chińczyków. Są to przedsiębiorcy, robotnicy i wysoko wykwalifikowani specjaliści. W Algierii pracuje ponad 50 tys. obywateli ChRL, natomiast w Angoli więcej niż 100 tys. Szacuje się, iż w Nigerii mieszka więcej Chińczyków niż Brytyjczyków w czasach kolonialnych. Chiny intensywnie inwestują w wydobycie surowców naturalnych oraz budowę infrastruktury. Paliwa stanowią niemal 2/3 afrykańskiego eksportu do Chin, a metale i minerały blisko 1/4 ogółu eksportu. Wśród projektów infrastrukturalnych warto wspomnieć o budowie 6 tys. kilometrów dróg w Demokratycznej Republice Kongo oraz inwestycjach w kopalnie w tym kraju, a także w Republice Południowej Afryki czy Zambii.

Zaplecze surowcowe… i polityczne

Główne cele Chin w Afryce są jasne. To pozyskiwanie surowców naturalnych, rynków zbytu oraz poparcia politycznego. Chińskie inwestycje opierają się natomiast na zasadach nieingerencji w sprawy wewnętrzne afrykańskiego partnera, poszanowaniu suwerenności oraz podejściu biznesowym. Chińczycy pragną zapewnić stabilne dostawy paliw, metali i innych surowców niezbędnych dla rozwoju gospodarki. Nie interesuje ich, jaki jest ustrój polityczny w danym państwie, a także, czy przestrzegane są tam elementarne prawa człowieka. Inwestują i pożyczają pieniądze tym, którzy zostali przez Zachód odtrąceni bądź potępieni. Nie dziwne, że jednym z najważniejszych partnerów Pekinu w Afryce jest represyjny reżim w Sudanie. Chartum, wraz z Angolą, jest głównym dostawcą ropy do Państwa Środka.

Komentarz:

dr Mark Mobius, ekonomista i menedżer, prezes Templeton Asset Management Ltd.: Chińskie inwestycje w Afryce były w przeszłości przedmiotem dużego zainteresowania ze strony mediów, jednak ich udział we wszystkich inwestycjach zagranicznych tego kraju wynosił zaledwie 2,6%. W 2009 r., ponad 70% zagranicznych inwestycji pozostawało w obrębie regionu azjatyckiego, a 13% stanowiły inwestycje w Ameryce Łacińskiej.

Chiński smok zwrócił uwagę na afrykańskiego lwa w roku 2000, gdy w Pekinie odbyło się pierwsze Forum Współpracy Chińsko-Afrykańskiej. Spotkania odbywają się co trzy lata, raz w Chinach, innym razem w Afryce. Podobną ścieżką podążyły Indie, jednak pierwszy szczyt Indie-Afryka odbył się dopiero w 2008 roku. Nowe Dehli jest więc mocno z tyłu w wyścigu po afrykańskie surowce i serca. O te ostatnie intensywnie dbają natomiast Chińczycy. W ostatnich latach Pekin umorzył długi kilkudziesięciu państw afrykańskich o wartości ponad 10 miliardów dolarów. W tym samym czasie Chiny udzieliły miliardowych pożyczek i gwarancji, zabezpieczeniem pod które były złoża surowców naturalnych i przyszłe koncesje na ich wydobycie. Co więcej, chińscy żołnierze są obecni w ramach misji pokojowych ONZ w kilku państwach Afryki. Jak widać, Chiny potrafią dbać o swój image w Afryce.

Modelowym przykładem chińskiego zaangażowania jest Angola, której eksport do Chin w roku 2008 (głównie ropa naftowa) wyniósł 22 miliardy dolarów. Apetyt Państwa Środka na surowce jest tak wielki, iż Czarny Ląd posiada nadwyżkę handlową w relacjach z Chinami. Bazując na dotychczasowej dynamice wzrostu, Chiny i Afryka planują zwiększenie wymiany handlowej do 300 miliardów dolarów jeszcze przed upływem bieżącej dekady. Wydaje się, w szczególności w epoce wysokich cen surowców naturalnych, jak najbardziej prawdopodobne.

Szykuje się bitwa o Amerykę Łacińską

Czy chińska obecność w Afryce wpływa w znaczącym stopniu na globalny układ sił? Dostęp do afrykańskich bogactw naturalnych z pewnością jest wielkim atutem Państwa Środka. Chiny systematycznie rozbudowują swoje wpływy polityczne w Afryce, jednak ich obecność militarna na kontynencie jest znikoma. Rywalizacja z Zachodem odbywa się więc wyłącznie na polu kontroli strategicznych złóż surowców. Afryka została wstępnie przez Chiny opanowana, a Pekin skupia coraz większą uwagę na Ameryce Łacińskiej. Coraz bardziej widoczna obecność na zachodniej półkuli nie za bardzo podoba się Stanom Zjednoczonym. Smok wkracza na podwórko Wuja Sama. O Afrykę nikt nie chciał za bardzo walczyć, jednak w Ameryce Południowej należy spodziewać się ostrej rywalizacji.

Piotr Wołejko



Artykuł ukazał się w 32/2011 numerze Tygodnika "Polska Zbrojna"

 

grafika: niger1.com

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Dyplomacja energetyczna Rosji robi wiele, aby powstrzymać budowę elektrowni jądrowej w litewskim Visaginas, która ma zastąpić zamknięty z końcem 2009 roku obiekt w Ignalinie. Zabezpieczał on ok. 70% potrzeb na energię elektryczną na Litwie. Podczas gdy rząd w Wilnie próbuje doprowadzić do podpisania kontraktu na nowe reaktory, Rosja proponuje budowę elektrowni w Obwodzie Kaliningradzkim, a także – choć to raczej blef – sugeruje powstanie siłowni na Białorusi.

Pomagamy Rosjanom

Dla Rosjan wykorzystanie energetyki w polityce zagranicznej to nie pierwszyzna. Od lat grają z wspomnianą wcześniej Białorusią czy Ukrainą w gazowe szachy w sezonie zimowym. Budowa gazociągu Nord Stream to nic innego jak projekt polityczny, w którym racjonalny rachunek zysków i strat zawsze stał na drugim miejscu. Moskwa robi co w jej mocy, aby utrzymać kraje tzw. bliskiej zagranicy, swoich dawnych satelitów i byłe republiki, w orbicie swoich wpływów. Chce też jak najbardziej uzależnić państwa zachodnie od własnych surowców energetycznych.

Będąca efektem katastrofy w Fukushimie decyzja niemieckiego rządu o definitywnym zamknięciu wszystkich elektrowni atomowych do końca 2022 roku okazała się gigantycznym prezentem dla Gazpromu. Ogłoszone w ostatnich dniach wyniki niemieckiego koncernu E.ON – ponad miliard euro strat – i podobne problemy jego głównego konkurenta RWE zmuszają te firmy do nagłej zmiany strategii biznesowej. Alternatywą dla atomu, wobec piętnowania przez Unię Europejską korzystania z łatwo dostępnego i najtańszego w użyciu węgla, jest gaz ziemny. Gazprom zaciera ręce i szykuje się na intensywną penetrację niemieckiego rynku energetycznego. A docelowo również i innych.

Test skuteczności i determinacji

Wracając do litewskiej elektrowni w Visaginas, Wilno ogłosiło chęć podpisania do końcu bieżącego roku umowy z konsorcjum GE i Hitachi na budowę dwóch reaktorów o mocy 1300 MW każdy. Projekt ma być finansowany przez Litwę, pozostałe kraje bałtyckie i Polskę, która zamierza w nim uczestniczyć niezależnie od budowy własnych siłowni. Krajom trudno się jednak porozumieć, a projekt jest odkładany w czasie.

Na tym grają Rosjanie, którzy doskonale wiedzą, że nieopłacalne będzie budowanie drugiej elektrowni w regionie. Liczą też na zapotrzebowanie na tanią energię z Niemiec i Polski. Wydaje się, że wyścig atomowy wykazuje pewne podobieństwa do rywalizacji gazowej pomiędzy rurociągami South Stream i Nabucco. Pierwszy lansują Rosjanie, drugi ma poparcie USA i UE. W obu przypadkach wygra ten, kto wyprzedzi konkurentów i przejdzie z fazy planowania do realizacji.

Możliwe są trzy scenariusze: każda ze stron może wygrać wszystko i zrealizować oba projekty albo będą musiały zadowolić się jednym z nich. Patrząc na trudności w Visaginas oraz przy rurociągu Nabucco, a także na determinację Moskwy w realizacji Nord Streamu, w tej energetycznej rywalizacji obstawiałbym raczej zwycięstwo Rosji z podpórką. Dla bezpieczeństwa energetycznego Europy taki rezultat nie byłby najlepszy.

Piotr Wołejko



poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Tom Friedman, komentator New York Times'a, powiedział prawie dekady temu, iż istnieją dwa supermocarstwa - Stany Zjednoczone i agencja ratingowa Moody's. Ameryka może zniszczyć cię bombami, Moody's obniżając rating twojego długu. Uwierzcie mi, iż czasem nie jest jasne, które z nich [mocarstw - przyp. P.W.] jest silniejsze. Dziś oprócz Moody's liczą się jeszcze dwie agencje, Fitch i S&P. Ta ostatnia obniżyła rating USA, zadając pierwszy cios supermocarstwu.

Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni?

grafikaDrugi tydzień czerwieni na giełdach i narastający niepokój inwestorów na całym świecie. Lekka panika w Waszyngtonie, gdyż od dłuższego czasu uprawiano tam politykierstwo zamiast polityki. Teatrzyk wokół podniesienia limitu zadłużenia był niepoważny i nadszarpnął wizerunek Ameryki. Dość zabawne jest jednak to, że moralizować jedyne państwowe supermocarstwo próbują agencje ratingowe o raczej wątpliwej wiarygodności. Całkowity brak rozeznania przez wspomniane wyżej agencje sytuacji na rynku został dramatycznie obnażony przez kryzys finansowy. Można stwierdzić nawet, nie naciągając faktów, iż to agencje ratingowe w ogromnej mierze przyczyniły się do wywołania, a następnie pogłębienia kryzysu.

Przecież to agencje ratingowe do samego końca podtrzymywały najwyższe oceny instrumentów finansowych, które później zyskały miano toksycznych, tj. przynoszących gigantyczne straty. To agencje ratingowe długo nie dostrzegały problemów banku Lehman Brothers, którego upadek w 2008 roku stał się rozsadnikiem kryzysu na cały świat. To również agencje ratingowe wzięły się za obniżanie ratingów państw w chwili, gdy próbowały one uniknąć zalania kryzysową falą. To agencje zdają się decydować dziś o być albo nie być kilku państw Unii Europejskiej, a teraz wzięły się za Stany Zjednoczone.

Zabawne, ile trzeba mieć w sobie pychy i arogancji, żeby zachowywać się tak, jak czynią to dzisiaj agencje ratingowe. Umyły ręce od kryzysu i stoją dziś na straży moralności i dyscypliny fiskalnej, rozliczając zadłużone państwa z każdego euro bądź dolara oszczędności. Owszem, państwa nie są bez winy i wiele razy o tym pisałem na łamach Dyplomacji, jednak nie sposób nie ocenić krytycznie zachowania agencji ratingowych. One także są współwinne kryzysu, a ich wiarygodność nie tyle nie odbiega od portugalskiej, irlandzkiej czy greckiej, lecz jest nawet niższa. Agencje nie wypełniły bowiem swojego obowiązku rzetelnej oceny sytuacji, nie ostrzegły inwestorów na czas, a po wystąpieniu problemów broniły się twierdzeniami, iż ich stanowiska są niemal bezwartościowymi opiniami, które każdy może z łatwością puszczać mimo uszu.

Supermocarstwa na ścieżce wojennej

Teraz jedna z agencji, S&P, wzięła się za rating USA. Amerykańska agencja atakuje więc amerykański rząd. Czy ujdzie jej to płazem? O ile Europa niewiele mogła w kwestii agencji uregulować, o tyle Waszyngton ma tutaj duże pole do popisu. Nie mam na myśli odwetu. Takie działania wywołałyby ogromną panikę w świecie gospodarki. Można jednak troszkę ustawić do pionu firmy, które mają tak wielki wpływ na bieg wydarzeń na całym globie, a nie poczuwają się przy tym do żadnej odpowiedzialności za swoje czyny.

Czekający na wielkie starcie korporacji ze strukturami państwa raczej obejdą się smakiem. Agencje ratingowe, choć dziś wydają się wszechpotężne, nie mają wystarczających pieniędzy ani siły, aby mierzyć się z państwami. Obecna sytuacja pokazuje jednak, że państwa coraz bardziej muszą liczyć się z prywatnymi firmami. Dotyczy to nawet takiej superpotęgi jak Stany Zjednoczone.

Ważne pytania

Prezydent Obama przed chwilą uspokajał podczas konferencji prasowej w Białym Domu, iż Ameryka zawsze była i zawsze będzie krajem z ratingiem potrójnego A. Wskazywał też na konieczność zawarcia kompromisu przez polityczne frakcje w Waszyngtonie. Tymczasem Chiny, największy wierzyciel Ameryki (ponad bilion dolarów), wzywają Stany Zjednoczone do poważnego podejścia do problemu zadłużenia. Czy to znak nowych czasów, w których to USA są coraz częściej pouczane, co i jak mają robić?

Nim opadnie bitewny kurz należałoby się zastanowić, czy rynki finansowe nie są zbyt uzależnione od niewiążących (o czym przekonywali. jak jeden mąż, przedstawiciele ratingowych gigantów podczas pokryzysowych przesłuchań w Kongresie) opinii mało wiarygodnych i bardzo omylnych podmiotów?

Piotr Wołejko

 

grafika: forsal.pl/ShutterStock

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook