wtorek, 28 sierpnia 2012

Mimo, że o konflikcie afgańskim powstało niemało artykułów i prac, książek o polskich żołnierzach biorących udział w tej wojnie wciąż jest niewiele. Ten stan rzeczy zmienić może wydana właśnie „IX zmiana” autorstwa Marcina Gawędy.

Akcja dzieje się w Ghazni czyli w prowincji nadzorowanej przez Wojsko Polskie. W większości rozgrywa się wokół dwóch miejsc: bazy Quarabagh i wioski Kadi Jar Moradi. Ściśle określony jest także czas akcji – jest to właśnie tytułowa IX zmiana PKW Afganistan.

grafikaOsią historii jest konflikt pomiędzy Khalidem Khanem, jednym z lokalnych afgańskich komendantów, który w odwecie za śmierć brata wypowiada prywatną świętą wojnę polskim żołnierzom. Jego przeciwnikiem jest kapitan Gazda – twardy, inteligentny dowódca, weteran operacji w Iraku i Czadzie. Khan ma z Polakami prywatne porachunki – w czasie wcześniejszej, opisanej w książce wymiany ognia zastrzelony przez polskich wojskowych zostaje jego brat. A to, w myśl pasztunwali – afgańskiego kodeksu honorowego – powód do zemsty. Krwawej, co Khan zresztą solennie Polakom przysięga.

Opowiedziana przez Gawędę historia bardzo przypomina klasyczny western – od razu wiadomo kto jest „czarnym” a kto „białym kapeluszem”. Linia owego podziału jest przez autora mocno respektowana. Kapitan Gazda jest więc dobrym, powszechnie szanowanym i lubianym oficerem; żołnierzem z gatunku tych mówiących „za mną” a nie „naprzód” – jak określa go jeden z przełożonych. Khan to z kolei postać wyjątkowo antypatyczna – mściwy, zawzięty fundamentalista nie cofający się przed mordowaniem niewinnych w imię swej ideologii i prywatnych zatargów.

Drugoplanową ale istotną postacią jest także – co dość niezwykłe dla realiów tego górzystego kraju u stóp Hindukuszu – kobieta. A w dodatku cywil. Katarzyna Greń jest antropologiem. W ramach nowej strategii, realizowanej przez siły ISAF, Greń wchodzi w skład zespołu doradczego przy żołnierzach PKW „Afganistan”. Zostaje ona oddelegowana do oddziału kapitana Gazdy. Nie jest to jednak płaczliwa, chowająca się za spódnicą kobieta – postać Greń to marzenie większości mężczyzn – morowa babka, co też przyznają (i uznają) żołnierze kapitana Gazdy. Greń błyśnie dobrymi pomysłami, wykaże się opanowaniem i iście ułańską fantazją. Sięgając do klasyki „bardzo foremny z niej hajduczek” napisałby o takiej kobiecie Henryk Sienkiewicz. Skądinąd, w postaci kapitana Gazdy pobrzmiewają dalekie echa Jana Skrzetuskiego…

Plejada drugoplanowych postaci jest zresztą bardzo barwna. Lekko zwariowani ale profesjonalni do szpiku kości operatorzy GROM-u i jednostki specjalnej NIL (wielkie brawa, może ten nowo sformowany pododdział zaistnieje w szerszej świadomości?), cwaniakowaci tłumacze czy żołnierze – nierzadko wściekli, wystraszeni. Oraz okaleczeni. Za co także należy się plus Gawędzie. Pisząc o żołnierzach, którzy za służbę zapłacili zdrowiem i życiem porusza temat wciąż spychany w świadomości społecznej na margines. Obraz byłego komandosa GROM, który, okaleczony na ćwiczeniach zapija swoje smutki, jest naprawdę przejmujący.

IX Zmiana” to także mocno postawione pytanie o tym „co dalej z Polakami?”. MON twardo zapowiada zmianę charakteru polskiej misji, która z bojowej ma stać się doradczą, Sytuacja, mimo zapewnień w dziennikach i uspokajających słów Baracka Obamy nie jest wcale łatwiejsza niż rok temu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet to co już jest w Afganistanie jest niewystarczające. Takie głosy pojawiają się zresztą w powieści. Żołnierze narzekają nie tylko na to, że jest ich za mało ale też na braki w sprzęcie. A te głosy nie są akurat literacką konfabulacją. By się o tym przekonać wystarczy poczytać wojskowe fora. Pod Hindukuszem Afgańczycy wciąż strzelają do siebie i do Amerykanów. Ostatnio zaczynają robić to ci w mundurach policji i ANA (Afghan National Army).
 
Największą zaletą i wadą zarazem książki jest właśnie prostota. Zaletą, gdyż czytelnik nie gubi się w zawiłościach akcji, a całość jest napisana w bardzo przystępny sposób. Doprawdy, „IX Zmianę” czyta się naprawdę jednym tchem, a główny wątek, choć prosty, nie jest jednocześnie prostacki. Wadą zaś, bo scenariusz ten, w którym ściera się dobro i zło jest dość dobrze znany. I choć przeniesienie akcji do wciąż nieco mitycznego Afganistanu wychodzi na plus, to jednak schemat ten znamy choćby z „IX Kompanii” Fiodora Bondarczuka.

W przypadku Gawędy zakończenie jest jednak o wiele mniej gorzkie. Można by mieć także pewne zastrzeżenia do konstrukcji bohaterów. Gazda i Khan kierują się silnymi pobudkami. Obaj są nieprzejednani i nie mają wątpliwości co do słuszności swoich działań. Choć autor wielokrotnie powtarza, że „w Afganistanie nic nie jest proste”, stworzeni przez niego bohaterowie ani na moment nie pozwalają zapomnieć przy kim powinna być sympatia.

Mimo to, „IX Zmianę” można z czystym sercem polecić wszystkim fanom książek spod znaku hełmu i karabinu. Na deszczowe, chłodniejsze dni jest to pozycja po prostu wyśmienita!

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa „WarBook” (ze strony wydawnictwa pożyczyłem grafikę okładki), a jej koszt to ok. 35 zł.



Łukasz Maziewski, dziennikarz-freelancer, czytelnik bloga Dyplomacja

 

UWAGA, przeczytaj!

Ty też chcesz opublikować swój wpis na blogu? Masz swoje zdanie w zakresie stosunków międzynarodowych, a szukasz właściwego miejsca do pierwszej publikacji? Dyskutujesz w komentarzach lub na forach na tematy międzynarodowe, ale potrzebujesz czegoś więcej? Blog Dyplomacja jest otwarty na Twoje propozycje. Napisz do mnie na adres p.wolejko[at]vp.pl, wyślij wiadomość na Dyplomacji na Facebooku lub na skontaktuj się ze mną na Twitterze. Tak zrobił Łukasz, którego tekst właśnie przeczytaliście. Razem ustalimy szczegóły. Chętnie pomogę Wam przekroczyć barierę pomiędzy Czytelnikiem a Autorem, która - uwierzcie mi - jest cienka i łatwa do pokonania.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Kolos Rodyjski musiał robić niesamowite wrażenie. Trzydziestometrowy posąg boga słońca Heliosa, wykonany z brązu, stał u wrót portu w Rodos. Jego budowa trwała 12 lat, a "żywot" ledwo ponad pół stulecia. Potężne trzęsienie ziemi w 226 r. p.n.e. pogrzebało kolosa na wieki. Dopiero w połowie XVII w. naszej ery Arabowie, którzy podbili wyspę, sprzedali pozostałości posągu wędrownemu kupcowi. Aby przetransportować metal potrzebował on 900 wielbłądów.

Po trzęsieniu ziemi "statua leżała na ziemi powalona trzęsieniem ziemi i przełamana w kolanach", pisał o rodyjskim kolosie Strabon, grecki geograf, historyk i podróżnik [źródło: Wikipedia]. W takiej pozycji znajduje się dzisiaj Nigeria - kolos Afryki. Kraj ten ma wszystko, aby odnieść sukces, zapewnić dobrobyt swoim obywatelom, a sobie miejsce wśród światowych potęg. Zamiast tego stał się przykładem zmarnowanej szansy, toczonym przez mnóstwo chorób organizmem, o którym słyszy się głównie przy okazji niszczenia infrastruktury naftowej, krwawych zamachów i pogromów na tle religijnym bądź etnicznym lub poważnych zanieczyszczeń środowiska naturalnego.

Witamy w Nigerii, kraju paradoksów

grafikaNigeria to największe państwo Afryki pod względem populacji - 170 milionów osób. To dwa razy więcej niż Egipt i ponad trzy razy więcej niż Republika Południowej Afryki, czyli dwaj główni geopolityczni rywale Nigerii w drodze po palmę pierwszeństwa na Czarnym Lądzie. Niestety, blisko 70% Nigeryjczyków żyje poniżej granicy ubóstwa (za mniej niż 1,25$ dziennie). W Egipcie i RPA ta przykra statystyka jest o wiele lepsza - RPA (14%), Egipt (2%). Nic dziwnego, skoro PKB per capita w Nigerii to zaledwie 1500$ (nominalne, PPP - 2600$), a w RPA odpowiednio 8600$ (nominalne) i 11000 (PPP).

Jak to możliwe, że siódmy eksporter ropy naftowej na świecie (ok. 2 mln baryłek dziennie) ma prawie pięciokrotnie mniejsze wpływy budżetowe od RPA (23 mld dolarów do 103 mld dolarów)? Odpowiedź jest bardzo prosta: oprócz ropy Nigeria w zasadzie nic nie eksportuje ani nie produkuje (ropa stanowi 95% eksportu). Dochody z ropy to ponad 90% nigeryjskiego budżetu. Nigeryjskie państwo nie jest też przesadnie pazerne, jeśli chodzi o podatki: przy nominalnym PKB wynoszącym 240 mld dolarów, przychody budżetu to zaledwie 23 mld dolarów (mniej niż 10% PKB).

Oprócz ropy naftowej Nigeria posiada także bogate zasoby innych surowców naturalnych, z gazem ziemnym na czele (ponad 5 bilionów metrów sześciennych). Wydobycie i eksport gazu ziemnego dopiero raczkują - odpowiednio 32 i 16 milionów metrów sześciennych, a spore ilości błękitnego paliwa są przepalane jako produkt uboczny wydobycia ropy naftowej. Nigeria intensywnie pracuje nad ograniczeniem tego marnotrawstwa. W Nigerii znajdują się również złoża węgla, boksytów, złota, cynku i innych metali. Nie są jednak eksploatowane na większą skalę, gdyż górnictwo dopiero raczkuje.

Problemy społeczno-polityczne

W kraju, w którym współżyje ze sobą ponad 250 grup etnicznych, najpopularniejszym językiem posługuje się mniej niż 1/3 społeczeństwa, i który podzielony jest niemal na pół pod względem religijnym (50% muzułmanów, 40% chrześcijan, 10% animistów), nietrudno o konflikty. Jeśli dodamy do tego wspomniane wcześniej ubóstwo, otrzymujemy mieszankę wybuchową. Tym bardziej, że jest ona solidnie podlana ropą naftową. Czarne złoto, chociaż sprowadza do kraju inwestorów i przynosi wielkie pieniądze, stało się przekleństwem Nigerii.

Łatwy pieniądz zniechęca do wysiłku stworzenia różnorodnej i silnej gospodarki, a jest przyczyną korupcji na ogromną skalę. Z Nigerii wyprowadzono dziesiątki, a może setki miliardów dolarów. Proceder ten trwa w najlepsze, a kolejni dyktatorzy (obecnie prezydenci) niewiele w tej materii zmieniają. Bogaci się wąska grupa aktualnie sprawujących władzę oraz lokalni watażkowie. Na boomie naftowym korzystają też rozmaite grupy przestępcze, a ilość skradzionej ropy przyprawia o ból głowy. Niemal każdego dnia jest to przynajmniej 180-250 tys. baryłek, a czasem sięga nawet pół miliona. Kolejne setki tysięcy baryłek wyciekają przez zniszczone (nielegalne odwierty, sabotaż) ropociągi.

Wydobycie ropy, odbywające się głównie w Delcie Nigru, doprowadziło też do zniszczenia środowiska naturalnego na wielką skalę. Lekceważenie wszelkich norm z jednej, sabotaż i kradzieże ropy z drugiej strony przyczyniły się do degradacji środowiska, a przez to do pogorszenia stanu życia tysięcy mieszkańców terenów zasobnych w ropę naftową. Nic dziwnego, że powstały liczne grupy o charakterze przestępczym, terrorystycznym, a także politycznym, które dążą do zmiany sytuacji lub wykorzystania jej dla własnych potrzeb.

Kluczową organizacją jest tutaj MEND, Ruch na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru. Powstał w 2004 roku, a w latach 2006-2010 przeprowadził wiele akcji, które w istotny sposób wpływały na stabilność nigeryjskiego wydobycia. Polityczna próba rozwiązania problemu MEND nie powiodła się, grupa wielokrotnie ogłaszała bądź przystawała na zawieszenia broni i rozejmy, negocjowała z rządem, ale ostatecznego porozumienia nie zawarto. Dziś w Delcie Nigru nadal jest niespokojnie, a nowatorskim pomysłem na ochronę infrastruktury naftowej jest wykorzystanie byłych bojowników ugrupowań, którzy tą infrastrukturę niszczyli. W tym miejscu należy wspomnieć, iż oprócz MEND i jej podobnych grup, kolejnym zagrożeniem dla nigeryjskiego eksportu ropy jest nasilające się piractwo w Zatoce Gwinejskiej.

Oderwanym od ropy sporem jest natomiast dążenie grup islamistycznych do islamizacji kraju oraz wyrugowania z niego wpływów Zachodu. Płonące bądź wybuchające kościoły i masakry chrześcijan to niemalże nigeryjska codzienność. Czołową grupą atakującą wyznawców Chrystusa jest Boko Haram. Powstała na początku obecnego stulecia, a bardzo aktywna jest od 2009 roku. Ostatnią większą "akcją" Boko Haram jest zabicie ponad 130 osób podczas masakry w kilku wioskach. Rząd postanowił rozpocząć (kolejny już raz) negocjacje z Boko Haram, a przedstawiciele obu stron spotkali się w Arabii Saudyjskiej.

Trudno spodziewać się jednak sukcesu tych rozmów. Celem Boko Haram jest zaprowadzenie szariatu na całym terytorium kraju, nawrócenie niewiernych i wyparcie zachodnich wpływów. Rozmowy są jej niewątpliwym zwycięstwem, ponieważ pokazują słabość rządu. Władza nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa nie tylko cywilom, lecz nawet funkcjonariuszom służb bezpieczeństwa (w tym wojskowym), na których Boko Haram przeprowadziło liczne (udane) ataki. Obawiam się, że jakiekolwiek rokowania Boko Haram wykorzysta w podobny sposób do kolumbijskiego FARC - przegrupuje siły, wzmocni się i będzie gotowe do dalszej walki.

Światełko w tunelu

Prezydent Goodluck Jonathan nie może być zadowolony z sytuacji kraju, którym rządzi od dwóch i pół roku. Palącym problemem jest zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego. Od tego należy zacząć porządkowanie państwa. Jednym z kluczowych elementów tego zadania jest poprawa sytuacji bytowej obywateli i bardziej transparentne i uczciwe (większy udział regionów "naftowych") dysponowanie środkami pozyskiwanymi z eksportu czarnego złota. Wojsko i policja nie wystarczą, gdyż wiele problemów ma podłoże społeczne. Zdławione przemocą wybuchną prędzej czy później z większą siłą.

Po uporządkowaniu spraw domowych, Nigeria może z większą skutecznością prowadzić działania na arenie międzynarodowej. Jako czołowy "dostawca" żołnierzy dla misji pokojowych i stabilizacyjnych ONZ (prestiż oraz niezły zarobek) Nigeria może aspirować do roli strażnika bezpieczeństwa kontynentu i zbijać na tym polityczny kapitał. W wyścigu po stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ (przedmiot sporu o reformę tego ciała) na razie plasuje się bowiem daleko za Republiką Południowej Afryki. Przy RPA Nigeria jest dzisiaj karłem. To RPA jest popularna i rozchwytywana. Jest po prostu sexy, co potwierdza doszlusowanie do grupy BRIC(S) oraz coraz intensywniejsze stosunki z Brazylią, gigantem Ameryki Południowej.

Nigeria ma wielki potencjał. Kombinacja dużej populacji z bogactwem zasobów naturalnych może przynieść wspaniałe efekty - wyprowadzić ludzi z biedy i stworzyć solidną klasę średnią, doprowadzić do modernizacji kraju i powstania nowoczesnej gospodarki. Zdaniem analityków Citigroup Nigeria należy do grona 11 państw, które będą motorem napędowym światowej gospodarki (obok m.in. Chin, Indii, Indonezji, Egiptu i Wietnamu). Nie stanie się tak jednak bez poprawy bezpieczeństwa i ograniczenia korupcji.

Przed Abudżą stoi jasny wybór: może kontynuować dotychczasową drogę i tkwić na kolanach albo obudzić w sobie kolosa i porzucić dawne błędy, decydując się na nowe otwarcie. Nie będzie to łatwe, raczej nie nastąpi szybko, natomiast jest jak najbardziej możliwe i wykonalne. Którą drogę wybierze Nigeria?

Piotr Wołejko

 

grafika: http://thewillnigeria.com

wtorek, 21 sierpnia 2012

Miałem spory dylemat z podjęciem decyzji, o której wielkiej postaci napisać w trzeciej części cyklu. W szranki stanęli bowiem giganci polityki międzynarodowej: Adam Daniel Rotfeld i Zbigniew Brzeziński. Z racji tego, iż poprzednio pisałem o książce tego drugiego (Strategic Vision), postanowiłem "zmienić płytę" i zachęcić Was do przeczytania "W cieniu", czyli 12 rozmów, jakie z Adamem Rotfeldem, byłym szefem dyplomacji, a dziś m.in. współprzewodniczącym polsko-rosyjskiej grupy ds. trudnych, przeprowadził Marcin Wojciechowski, dziennikarz Gazety Wyborczej.

grafika"W cieniu" to dość nietypowa lektura. Składa się z 12 rozmów, którym patronują wielkie postaci, jak Ryszard Kapuściński, Zygmunt Bauman, Henry Kissinger czy Jerzy Giedroyc. Rozmówcy dość swobodnie przemieszczają się "w czasie i przestrzeni", co w niektórych miejscach może wydawać się chaotyczne i wprowadzić w czytelniku pewne zaniepokojenie. Jest to jednak niezwykle twórcza anarchia, która zmusza do wytężenia umysłu w trakcie czytania. Z całą pewnością nie jest to książka, którą można przeczytać na "autopilocie".

Niemożliwe jest opisanie każdego rozdziału. Nie byłoby to też celowe. Skupię się zatem na dwóch, przytaczając pewne wypowiedzi Rotfelda. Rozdział, któremu patronuje Kissinger to prawdziwa gratka dla zainteresowanych dyplomacją. Rotfeld słusznie dostrzega, że "mamy do czynienia raczej z nadmiarem i inflacją informacji", a "coraz mniej spraw jest tajnych". W sytuacji, gdy "w procesie podejmowania decyzji bierze udział coraz większa liczba ludzi i instytucji" gabinetowe myślenie Kissingera, będące "odbiciem jego doświadczenia nabytego w innych czasach" staje się przeżytkiem. Trudno bowiem utrzymać tajność negocjacji. Media, w tym społecznościowe, żyją 24/7, a przecieki są codziennością.

Jak Rotfeld widziałby realpolitik w wykonaniu Polski? Twierdzi, że kluczowe jest "utrzymanie stosunków z sąsiadami na zachodzie - czyli z Niemcami i na wschodzie - z Rosję - na poziomie lepszym, a przynajmniej równie dobrym, jak te relacje, które Moskwa i Berlin utrzymują między sobą". I przestrzega, że porozumienia ponad naszymi głowami są "nie tylko do pomyślenia, ale są też szybko wcielane w życie", wskazując na przykład Gazociągu Północnego. By jednak lepiej zrozumieć istotę zagrożenia w XXI wieku musimy zdać sobie sprawę z faktu, iż "dziś spory i konflikty nie toczą się o terytorium i coraz rzadziej o surowce (...) głównie idzie o wpływy gospodarcze, dyktat polityczny i dominację oraz kształtowanie stref uprzywilejowanych interesów".

Osobiście miałbym pewne wątpliwości, co do słuszności ostatniego zdania. Terytorium i surowce są motorem napędowym wielu dzisiejszych sporów, chociażby zaogniających się stosunków w Azji (Chiny-ASEAN, Korea Płd.-Japonia, Chiny-Japonia). Bardzo niebezpieczne były też groźby zamknięcia szlaku naftowego jakim jest Cieśnina Ormuz (choć była to kwestia wtórna, wobec - właśnie - dyktatu politycznego, jaki w stosunku do Iranu próbują stosować USA i Izrael).

Wróćmy jednak, jeszcze na chwilę, do rozmowy Adama Rotfelda z Marcinem Wojciechowskim. W części, której patronuje Jerzy Giedroyc, dowiadujemy się jak wielką rolę odgrywała paryska "Kultura" w kształtowaniu postawy ówczesnej niepodległościowej inteligencji. Niby banał i sztampa, słyszeliśmy to wiele razy, a ktoś nakręcił na ten temat 18. filmów... Może i tak, ale świadectwo tak inteligentnego i przenikliwego człowieka, jakim jest Adam Daniel Rotfeld, jest warte uwagi.

Rotfeld mówi też o trudnych stosunkach Giedroycia z Krzysztofem Skubiszewskim, szefem MSZ po przełomie 1989 roku. "Giedroyc uważał, że Skubiszewski jest zbyt formalistyczny i rozumuje jak prawnik, a nie polityk. Nie jest człowiekiem nowych idei, a raczej konserwatywnej rutyny", przytacza Rotfeld krytykę Giedroycia pod adresem Skubiszewskiego. Zdaniem Rotfelda, "obaj biezwiednie, ale znakomicie się uzupełniali. Giedroyc sformułował koncepcję, a Skubiszewski realizował ją w formie uregulowań i prawnomiędzynarodowych traktatów". Podejście Skubiszewskiego, jako prawnik, uznaję za słuszne. Zawsze warto mieć stosowną umowę (w przypadku państwa - traktat), która we właściwy sposób zabezpiecza nasze interesy.

Długo by można opisywać książkę "W cieniu", jednak najlepiej jest ją po prostu przeczytać. Adam Daniel Rotfeld nie tylko przedstawia spójną wizję stosunków międzynarodowych oraz analizuje kluczowe dla dzisiejszego świata problemy i wyzwania, ale także sypie jak z rękawa anegdotami i ciekawostkami. W ten sposób książka zyskuje dodatkowe barwy w i tak bogatej już palecie kolorów.

Książkę wydały wspólnie Agora i PISM, a jej koszt (przepisuję z okładki) to 39,99 zł. Zapewniam, że będą to dobrze ulokowane pieniądze.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze pozycje w cyklu Letnie Lektury Dyplomacji:

 

grafika: nokaut.pl

czwartek, 16 sierpnia 2012

Olimpiada w Londynie była spektakularna nie tylko z powodu imponującej oprawy i urokliwych aren zawodów sportowych, lecz również dlatego, iż strzegły jej tysiące ochroniarzy, żołnierzy oraz systemy antyrakietowe, samoloty i okręty. Można było odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią. Igrzyska były jednak bezpieczne, co jest najważniejsze.

Powstrzymać Breivika

grafikaPytanie, czy cała ta ochrona i podjęte środki bezpieczeństwa, procedury etc. zadziałałyby w sytuacji, gdy próbę zamachu podejmuje nie zorganizowana grupa terrorystów, a pojedynczy człowiek - samotny wilk, asasyn. Ot, chociażby taki Breivik, który z rozmachem przeprowadził akcję terrorystyczną wysokiej próby, detonując ładunki w jednym miejscu, a następnie dokonując masakry cywilów w innej lokalizacji. Norweg wkrótce zostanie skazany, na długie więzienie lub (zapewne dożywotni) pobyt w ośrodku psychiatrycznym.

Przypadek Breivika dobrze oddaje to, z czym mierzą się dzisiaj służby bezpieczeństwa. Należy przy tym zaznaczyć, że nie każdy, jak Breivik, publikuje wcześniej w sieci materiały, które mogłyby zwrócić na niego uwagę służb. Jednak, czy w ogólnym rozgardiaszu sieciowym, w którym codziennie publikuje się miliardy informacji, naprawdę można wykryć jednostki szykujące zamach terrorystyczny?

Służby korzystają z zaawansowanych programów i algorytmów, które odszukują w sieci słowa-klucze, nazwy, nazwiska czy sformułowania. Monitoruje się e-maile i komunikację telefoniczną. Ale czy poszczególne służby są wystarczająco sprawne, by połączyć w całość zebrane z różnych źródeł puzzle informacyjne? Tak wiele stoi na przeszkodzie - rywalizacja służb, niekompetencja pracowników, lekceważące podejście, inne priorytety w danej chwili, wreszcie niemożność przechwycenia wszystkich informacji. Zamiast jednolitego obrazu widać tło i jakieś szumy. A za nimi czai się samotny wilk, gotów do ataku.

Najnowsze technologie, najlepsi specjaliści vs. jednostka

Dzisiejsi samotni asasyni to połączenie agentów-śpiochów, znanych z czasów Zimnej Wojny, z dobrze wyszkolonymi rekrutami (nierzadko po szkoleniu w afgańskich górach czy na somalijskiej pustyni). Mogą długimi latami udawać zwykłego obywatela, nie rzucać się w oczy i spokojnie, metodycznie przygotowywać zamach. Nie muszą nawet wysadzać się w powietrze, co jest metodą spopularyzowaną przez Al-Kaidę w ostatniej dekadzie. Lepiej, gdy mogą - jak terrorysta z Francji, z wiosny tego roku - dokonać kilku ataków, uciekając przy tym policji i wykazując niekompetencję służb.

Taka taktyka pozwala zadać cios przeciwnikowi, czasem kilka ciosów, a przy okazji wysyła wiadomość do społeczeństwa - "nie jesteście bezpieczni, a wasze służby są do kitu". Z tej perspektywy zamach nie musi pochłonąć wielu ofiar, by zasiać w ludziach ziarno strachu. Panika pojawia się wtedy, gdy dochodzi do serii zamachów/ataków. Proces ten zaczynał być widoczny we Francji, pamiętamy to też z USA (rok 2002 i snajper z Waszyngtonu).

Więcej o nowych zagrożeniach terrorystycznych, w tym o działaniach typu individual jihad w artykule napisanym wspólnie z Michałem Holą, ekspertem ds. bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu.

Nie ma żadnych wątpliwości, że organizacje terrorystyczne (jak np. Al-Kaida), będą próbowały coraz częściej korzystać z samotnych wilków. Dobrze wyszkolony terrorysta może samodzielnie (bądź z niewielką pomocą) zorganizować sobie broń lub materiały wybuchowe i z zimną krwią przeprowadzić atak. Jak służby bezpieczeństwa mają go zlokalizować i powstrzymać?

Dobrą informacją jest to, że samotnym wilkiem nie może zostać każdy, czyli byle kto. Sam trening może nie wystarczyć. Potrzebna jest odpowiednia "konstrukcja" psychiczna, której nie da się zastąpić determinacją czy ideologicznym praniem mózgu. Jednak gdy taki ktoś już się znajdzie, może wyrządzić ogromne szkody.

Piotr Wołejko

 

grafika: http://deathvalleyslittlebrother.blogspot.com

środa, 15 sierpnia 2012

Mitt Romney i jego sztab doskonale zdawali sobie sprawę z jednego - ich strategia dotycząca kampanii nie dawała rezultatów. Dlatego musieli zaryzykować. I dlatego Paul Ryan pojawił się w sobotę jako kandydat na wiceprezydenta u boku Romneya na pokładzie USS Wisconsin w Norfolk (Wirginia). Z Ryanem Romney ryzykuje, i to bardzo. Ale w prezydenckiej grze i tak nie ma nagrody za drugie miejsce.

Dryf kampanii Romneya był widoczny od wielu tygodni. Powoli, ale systematycznie, Obama zyskiwał przewagę w sondażach, zarówno na poziomie krajowym jak i poszczególnych stanów. Zmasowany atak, jaki Demokraci prowadzili od kilku miesięcy, oparty na wykorzystaniu działalności Romneya jako szefa Bain Capital, zaczął przynosić rezultaty. W sondażach, Romney miał najgorsze rezultaty pod względem oceny jako polityka GOP w tym momencie kampanii  (favorable/unfavorable) od czasu Boba Dole'a w 1996 r.

Na dodatek Romney zaliczył nieudaną podróż zagraniczną, która miała pokazać go jako polityka radzącego sobie na arenie międzynarodowej. A pokazała go tylko jako osobę, która potrafi obrazić najbliższych sojuszników. W oczach amerykańskiej prasy podróż Romneya była katastrofą, przede wszystkim za sprawą nieudolnej działalności doradców kandydata GOP.

grafikaDlatego jego sztab musiał znaleźć coś co, byłoby resetem tej kampanii. Tym czymś jest właśnie wybór Paula Ryana, 42-letniego kongresmena z Wisconsin, na wiceprezydenta. Ryan jest autorem kontrowersyjnego planu fiskalnego, który zakłada ostre cięcia w wydatkach federalnych z perspektywą do 2050 r. Ten plan zakłada m.in. radykalne zmiany w systemach społecznych Medicare (opieka zdrowotna dla ludzi starszych) i Medicaid (ludzie ubodzy). Tak radykalne, że dystansowali się od niego nawet niektórzy politycy Partii Republikańskiej. Ale wśród waszyngtońskiej elity Ryan uchodzi za gwiazdę, tytana pod względem zdolności intelektualnych, prawdziwego lidera pod tym względem - formułowania "policy" - całej partii.

Romney postawił więc na Ryana. Co to oznacza? Podobnie jak w przypadku Palin cztery lata temu, kandydat którego nie kochała baza GOP nagle staje się dzięki wyborowi wiceprezydenta ich idolem. Teraz entuzjazm konserwatywnych aktywistów - liczony w milionach dolarów internetowych datków, obecności na wiecach i wpisach na Twitterze - po prostu eksplodował. Romney stał się także idolem elit opinii GOP w Waszyngtonie, i częściowo - także mediów krajowych. Bo wybór Ryana gwarantuje emocje, czyli kliki i oglądalność, co w roku wyborczym uznawanym za mało fascynujący, w porównaniu z 2008, jest na wagę złota.

Ale Romney ryzykuje naprawdę dużo. Bo plan Ryana jest wybitnie niepopularny, wręcz toksyczny wśród opinii publicznej. Transformacja Medicare i radykalne cięcia w innych popularnych programach społecznych mogą sprawić, że Romneyowi będzie bardzo trudno wygrać wśród osób starszych, u robotników i ludzi mniej zarabiających. To trzy kluczowe grupy, wśród których Obama dobrze sobie radzi. Przy zmasowanej kampanii, którą szykują Demokraci, Obama może - dzięki planowi Ryana - wygrać w stanach takich jak Floryda, Ohio. Tam właśnie mieszkają ludzie, których najłatwiej nastraszyć planem Ryana. A bez Ohio i Florydy Romney może o zwycięstwie zapomnieć.

Sztab Romneya liczy, że dzięki Ryanowi pokaże, iż chce prawdziwych reform, które zawrócą USA z drogi ku bankructwu. Jego doradcy liczą, że ludzie takiego podejścia w tym roku wyborczym właśnie oczekują. Że chcą wyborczego starcia idei, nie trywialnego sporu o kolejne tematy dnia. Czy się mylą?

Romney postanowił zagrać o wszystko. Ale i tak nie miał wiele do stracenia. Przed Ryanem zwycięstwo i tak powoli wymykało mu się z rąk. Teraz przynajmniej będzie mógł powiedzieć, że zrobił wszystko co możliwe.



Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - członek redakcji portalu 300polityka.pl



Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:

 

grafika: facebook.com

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook