piątek, 30 sierpnia 2013

Wielka Brytania nie weźmie udziału w interwencji w Syrii po tym, jak Izba Gmin odrzuciła stosowny wniosek premiera Camerona. Główny animator ataku na reżim Assada nie zdołał zgromadzić większości politycznej wspierającej taki atak. Czy jest to ciosem dla USA? Niekoniecznie. Jeśli zechcą, i tak przeprowadzą naloty. Jest to natomiast cios dla samego Camerona, który popisał się w sprawie Syrii totalną nieudolnością, niszcząc własną wiarygodność. Czas na dymisję? 

Kto wie, czy gdyby prezydent Obama musiał uzyskać zgodę Kongresu (a można zastosować prawne sztuczki i się o nią nie zwracać), nie spotkałby go podobny los. Nie ma bowiem woli do przeprowadzania interwencji w Syrii. Nawet jeśli to ludzie Assada użyli broni chemicznej przeciwko cywilom. Nie ma w prawie międzynarodowym przepisu zezwalającego na agresję wobec sprawcy takiego czynu. Dopiero RB ONZ może w drodze rezolucji zezwolić na podjęcie kroków odwetowych. Pominięcie legalnej ścieżki, przy sprzeciwie opinii publicznej w większości państw Zachodu, nie wróży interwencji nic dobrego. Nawet pomijając fakt, że skuteczność interwencji jest mocno wątpliwa, a jej konsekwencje są bardzo trudne do określenia. Atak, który nie ma jasnego celu, a więc także możliwości weryfikacji i oceny, to poważny błąd w sztuce.

Niemniej, atak na Syrię może nastąpić. Jeśli tak, to stanie się to w chwili, gdy będę już na urlopie. Opuszczam Was na 2-3 tygodnie, zmieniając strefę klimatyczną i odcinając się od Internetu. Czas na reset i naładowanie baterii. Po powrocie kilka dni zajmie mi nadrobienie zaległości informacyjnych.

Podczas mojej nieobecności polecam zaglądać na zaprzyjaźnione strony - blog Kącik Dyplomatyczny Patryka Gorgola, portal Polityka Globalna oraz nowy portal poświęcony problematyce bezpieczeństwa międzynarodowego MAD Magazine. Warto czytać artykuły publikowane na łamach The National Interest.

Bieżące zapotrzebowanie na informacje i komentarze zaspokoją zaufani Twitterowicze: @PatrykGorgol, Sal Imburgia @salimb94, Ville Kostian @Kostian_V, @SteveKuriigamba, Helene Lavoix @HLavoix, Stephane Taillat @staillat, Glenn Greenwald @ggreenwald, Tabitha Stevens @TabithaStevens8, Hassan Hassan @hhassan140.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Narasta presja międzynarodowa (zachodnia) na atak na Syrię. Czarę goryczy przelało zeszłotygodniowe użycie broni chemicznej przeciwko cywilom, w efekcie którego zginęły setki osób. Dokładna liczba ofiar, jak też szczegóły dotyczące użycia broni masowego rażenia nie są znane. Sam atak w Ghouta jest bardzo tajemniczy - czy Assad zdecydowałby się użyć gazu bojowego w tym samym momencie, w którym do jego kraju przybywają inspektorzy ONZ, mający zbadać przypadki wcześniejszego użycia BMR? Czy Assad sprawdzałby, po raz kolejny, "czerwoną linię" prezydenta Obamy?

grafikaW przypadku Syrii, w szczególności po wspomnianym wyżej incydencie z gazem bojowym, powracają echa kampanii medialnej przeciwko Irakowi z 2002 i 2003 r. Mieliśmy wówczas do czynienia z bezprecedensową kampanią propagandową, opartą na kłamstwach, sfabrykowanych dowodach i zeznaniach ludzi o wątpliwej wiarygodności. Wszystko podciągano pod jedną tezę - Irak posiada broń masowego rażenia, może ją w każdej chwili użyć, a jakby tego było mało, Saddam Husajn współpracuje z Al-Kaidą. Wkrótce po marcowej interwencji z 2003 r. okazało się, że żadnej BMR w Iraku nie było (co potwierdzili wcześniej inspektorzy ONZ), a związki Saddama z Al-Kaidą to bujda na resorach. Czy teraz mamy do czynienia z podobną machiną kłamstw i naciągania faktów pod z góry ustaloną tezę?

W Syrii trwa brutalna wojna domowa. Ba, konflikt syryjski toczy się na wielu poziomach: Assad vs. opozycja, Iran i Syria vs. USA i Izrael, USA vs. Rosja, szyici vs. sunnici, Iran vs. Arabia Saudyjska i Katar, a ostatnio także Hezbollah vs. Al-Kaida. W tej kwadraturze koła wszystkie chwyty są dozwolone, a populacja cywilna stanowi co najwyżej wdzięczny cel ataków. Z Syrii uciekło już ponad 2 mln ludzi, którzy gnieżdżą się w obozach dla uchodźców w Jordanii, Turcji, Iraku czy Libanie. Wielka ucieczka trwa w najlepsze.

Czy w takiej sytuacji czas na interwencję Zachodu? Obalenie Assada, które musi być dalekosiężnym celem każdej poważnej interwencji, to dopiero początek kłopotów. Pytanie, jak przywrócić ład w Syrii to zadanie dla kandydatów na pokojowego Nobla. Bez długotrwałej okupacji kraju przez siły zewnętrzne nie ma mowy o jakimkolwiek procesie politycznym (czego doświadcza Libia). A nawet przy okupacji nation building wcale nie musi się udać. Nie udał się w Afganistanie, nie udał w Iraku, dlaczego miałby udać się akurat w Syrii? Tym bardziej, że sąsiedzi Syrii (Liban, Irak) mają poważne problemy wewnętrzne, a rozmaite grupy zbrojne mogą swobodnie przemieszczać się przez - w sumie wirtualne - granice. Mało kto o tym mówi, lecz w Iraku giną w ostatnich miesiącach setki ludzi. W niektórych miesiącach nawet ponad 1000 osób traci życie. Tam też, podobnie jak w Libanie, konflikt sunnicko-szyicki zbiera krwawe żniwo. Pacyfikując Syrię należałoby także spacyfikować niespokojnych sąsiadów.

Na pełnoprawną wojnę z wykorzystaniem tysięcy, czy dziesiątek tysięcy żołnierzy nikt nie ma ochoty. Na pewno nie Barack Obama, który wycofał wojska z Iraku, a wkrótce (koniec 2014 r.) wycofa je z Afganistanu. Wiadomo, że to Amerykanie musieliby zapewnić gros potencjału wojskowego, a sojusznicy dodadzą coś na miarę swoich możliwości, które nie są zbyt duże. Zarówno Biały Dom, jak i Pentagon nie palą się do interwencji. Oby tak dalej, gdyż nie ma ona większych szans na jakikolwiek happy end. Niektórzy twierdzą, że jedyna rozważana na poważnie opcja wojskowa to atak "odwetowy" na ograniczoną skalę. Jego celem byłoby pokazanie Assadowi, że użycie broni masowego rażenia "nie przejdzie". Taki gest niewiele kosztuje. Pokazałby natomiast, że "czerwona linia" to nie blef.

Zwolenników interwencji w Syrii zawsze pytam o to, jaki ma być jej końcowy efekt. Jaki jest plan, jakie są wyjścia awaryjne? Lekcje ostatniej dekady (Afganistan, Irak, Libia) nie napawają optymizmem. A Afganistan już wkrótce da nam popalić. Po ponad dekadzie okupacji będziemy musieli przyznać, że niewiele tam osiągnęliśmy. Ba, w ostateczności zapewne "oddamy" władzę tym, których w 2001 r. obalaliśmy w ekspresowej i efektownej wojnie. Zdmuchnięcie Assada to też kwestia tygodni. Tylko co potem?

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons, User:Andux, User;Vardion, and Simon Eugster

środa, 21 sierpnia 2013

Zwycięstwo Hassana Rouhaniego w pierwszej turze czerwcowych wyborów prezydenckich w Iranie wlało nadzieję w serca tych, którzy liczą nie tylko na powrót do stołu rozmów z grupą P5+1 (stała piątka RB ONZ i Niemcy), lecz również na zawarcie porozumienia. Nowa, lepsza atmosfera powinna zostać wykorzystana do podjęcia próby rozwiązania przynajmniej części problemów. Rouhani wykonuje odpowiednie gesty (zmiana negocjatora nuklearnego) i wypowiada odpowiednie słowa (mniej sloganów, więcej konkretów w polityce zagranicznej). Warto sprawdzić, jakie ma karty i ile można ugrać.

Warto pamiętać, iż Rouhani to żaden reformator, raczej pragmatyk z dużym doświadczeniem w sprawach negocjacji nuklearnych i dostępem do ucha najwyższego przywódcy Islamskiej Republiki Iranu Alego Chameneiego. Rouhani nie był na pewno jego faworytem w wyborach (zwłaszcza po wsparciu go przez byłego prezydenta i kluczową postać irańskiego reżimu – Akbara Haszemiego Rafsandżaniego), chociaż Chamenei otwarcie nie wsparł żadnego z kandydatów. Wiadomo jednak, że bliżej mu do twardogłowych konserwatystów i środowiska Korpusu Strażników Rewolucji. Tymczasem za Rouhanim stanęli m.in. reformatorski prezydent Mohamed Chatami (1997-2005) i reformatorski kandydat z poprzednich wyborów Mir-Hosejn Musawi (przebywający w areszcie domowym).

Zmarnowana szansa

grafikaZmiana wychylenia wahadła w Iranie to nie tylko wyraz zmiennej woli społeczeństwa, lecz również manewr stosowany przez najwyższego przywódcę. I tak kluczowe decyzje podejmuje on, a nie prezydent, natomiast dzięki powszechnym wyborom można „spuścić powietrze” z niezadowolonego społeczeństwa. Nie oznacza to, że Rouhani czy inni prezydenci to marionetki Chameneiego (co pokazał ostry spór najwyższego przywódcy – rahbara – z Ahmadineżadem). Konflikt między rahbarem a prezydentem jest wpisany w pragmatykę funkcjonowania ustroju islamskiej republiki. Niemniej, Ali Chamenei dysponuje środkami, które pozwalają ograniczyć, a nawet sparaliżować poczynania prezydenta, z którym ma na pieńku (inaczej mówiąc, z którym się nie zgadza). Doświadczył tego Mohamed Chatami.

Chatami, jedyny prawdziwie reformatorski prezydent w historii Iranu, doświadczył też lekceważenia ze strony Stanów Zjednoczonych. To za jego kadencji (w 2001 r.) zawieszono prace nad wzbogacaniem uranu i próbowano znaleźć porozumienie z USA. Niestety, w Białym Domu Georga W. Busha rządzili wtedy neokonserwatyści  (z wiceprezydentem Cheneyem i sekretarzem obrony Rumsfeldem na czele), którzy nie mieli żadnego interesu w dogadywaniu się z Chatamim. Od początku kadencji Busha juniora ich umysł był pochłonięty inwazją na Irak (na długo przed 11 września), a także wykorzystaniem potęgi militarnej USA do realizacji amerykańskich interesów – w tym dokonywaniu zmiany reżimu (słynne regime change). Gdy Chatami wyciągał gałązkę oliwną w kierunku Białego Domu, Bush „wpisywał” Iran do „osi zła” (Axis of Evil). Można tylko gdybać, jak rozwinęłaby się sytuacja w przypadku pozytywnej odpowiedzi Waszyngtonu na propozycję Chatamiego.

Z postępowania Busha i neokonserwatystów u jego boku najbardziej zadowolony był jednak Ali Chamenei. Reformatorski prezydent mocno go irytował swoimi decyzjami i wypowiedziami, a policzek ze strony Stanów Zjednoczonych idealnie nadawał się do rozpoczęcia nagonki na Chatamiego. W drugiej kadencji reformatorski prezydent Iranu znajdował się w ciągłej defensywie. Bilans jego rządów jest mało imponujący, a osiem lat rządów Chatamiego wielu Irańczyków ocenia jako czas straconych nadziei. W obliczu niekończących się problemów gospodarczych tym łatwiej oddali pole populiście Ahmadineżadowi.

Nowa szansa

Teraz wahadło znowu wychyliło się w stronę reformatorów, jednak – moim zdaniem – tzw. window of opportunity (okres, w którym możliwe są istotne zmiany) jest znacznie krótsze niż w okresie po elekcji Chatamiego. Jak mówiłem wcześniej, Rouhani to żaden reformator, a Chamenei przez blisko dekadę od czasów Chatamiego urósł w siłę i stał się znacznie zręczniejszym politykiem. W takiej sytuacji nie można nie sprawdzić, jak w rzeczywistości przedstawia się zarówno oferta Rouhaniego, jak i jego rzeczywiste możliwości sprawcze. Mówiąc wprost, co jest możliwe do wynegocjowania. Niestety, chociaż czasy neokonów i Busha minęły, administracja Baracka Obamy bardzo niechętnie podchodzi do rozmów z nowym irańskim prezydentem. Istnieje realne zagrożenie, iż kolejna szansa na normalizację relacji irańsko-amerykańskich (a przez to także irańsko-zachodnich) zostanie zaprzepaszczona. I to w najgorszy możliwy sposób – poprzez rezygnację z podjęcia negocjacji. Albo powrót do stołu z tak wygórowanymi żądaniami (a takie stawiano do tej pory), iż o żadnym porozumieniu mowy być nie może.

Podczas gdy Rouhani czyni gesty poprawiające atmosferę, Ameryka odpowiada kolejnymi sankcjami gospodarczymi. Swoją drogą, lata sankcji nie powstrzymały Iranu od rozbudowy instalacji nuklearnych i osiągania systematycznych postępów w programie atomowym (podobnie jak liczne działania służb specjalnych, np. mordowanie naukowców, użycie Stuxnetu etc.). Można powiedzieć, za Paulem Pillarem, iż ostatnia ustawa wprowadzająca dodatkowe sankcje to Iran Nuclear Promotion Act, a nie – jak głosi tytuł ustawy i, błędny, zamysł jej twórców – Iran Nuclear Prevention Act. Piekło jest wybrukowane dobrymi intencjami… W sprawie nieskuteczności sankcji (uderzają nie w tych, co powinny) wypowiedziało się ostatnio blisko 500 przedstawicieli irańskiego społeczeństwa obywatelskiego, pisząc list do prezydenta Obamy. Pogorszenie warunków bytowych irańskiego społeczeństwa ma przełożyć się na bunt przeciwko reżimowi i obalenie go. Jednak nic takiego nie nastąpiło i nie nastąpi, co pokazał chociażby – jak wskazują autorzy listu – przykład Iraku w latach 90. Sankcje wzmocniły tylko reżim Saddama Husajna i doprowadziły do pauperyzacji znacznej części irackiego społeczeństwa.

Porozmawiajmy mimo różnic

Relacje irańsko-amerykańskie są bardzo skomplikowane i pełne wzajemnych krzywd i uprzedzeń. Oba państwa mają rozbieżne interesy w wielu sprawach, w szczególności w sytuacji na Bliskim Wschodzie. Nie wyklucza to jednak porozumienia w innych kwestiach. Warto sprawdzić siłę i wiarygodność prezydenta Rouhaniego i postarać się o rozładowanie atmosfery. I bez groźby ataku na Iran sytuacja w regionie jest niezmiernie zagmatwana i grozi wybuchem. Nie ma nic do stracenia. Można tylko zyskać.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wojna z terroryzmem została ogłoszona przez Stany Zjednoczone po atakach z 11 września 2001 r. Kilka tygodni później Amerykanie obalali reżim talibów w Afganistanie, który przez kilka lat był bezpieczną przystanią dla terrorystów i radykałów, w tym dla Al-Kaidy i Osamy bin Ladena.

Kolejna dekada to okupacja Afganistanu - kosztowna i nieudolna próba zainstalowania marionetkowego rządu Hamida Karzaja, a następnie udział w wojnie domowej, w której palce macza "sojusznik" USA, czyli Pakistan. W międzyczasie mamy Irak i wojnę w celu powstrzymania proliferacji broni masowego rażenia, której rzekomo dopuszczał się Saddam Husajn. Ten sam Saddam, którego Amerykanie i Zachód wspierali z całych sił podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80. ubiegłego stulecia. Wkrótce wyszło na jaw kłamstwo, na którym oparta była narracja irackiej wojny. Jeszcze większe koszty i setki tysięcy zabitych, głównie cywilów.

Metody zwalczania terroryzmu

Terroryści okazali się jednak sprytniejsi od ścigających ich armii, służb specjalnych oraz prywatnych firm wojskowych. Cały czas są o krok przed wyżej wymienionymi. Jak ryba w wodzie czują się tam, gdzie państwowość jej słaba bądź w ogóle nie istnieje. Potrafią dostosować się do lokalnego otoczenia, zyskać wsparcie miejscowej ludności (bądź je wymusić). Znacząco zwiększył się ich zasięg działania - od Kaszmiru po atlantycki kraniec Sahelu. Upodobali sobie w szczególności Somalię, Jemen czy "trójkąt bermudzki" między Algierią, Mali i Nigrem. Potrafili przejąć kontrolę nad znaczącymi połaciami Somalii i północnym Mali - wycofali się dopiero pod naporem przeważających sił interwencyjnych (afrykańskich i francuskich). Nieustannie znajdują się pod presją amerykańskich dronów, bezzałogowych samolotów-morderców.

Znacząca ekspansja programu eliminacji potencjalnych terrorystów za pomocą dronów to dzieło administracji prezydenta Baracka Obamy. W ten sposób postanowiono rozprawić się z ekstremistami w Pakistanie. Apogeum tego procederu to lata 2010-2011, gdy w blisko 200 nalotach zginęło ok. 2000 osób. Większość z nich to cywile. Oczywiście udało się zabić wielu liderów talibów, terrorystów z Al-Kaidy i innych niebezpiecznych osobników, lecz - o czym zdają się zapominać zwolennicy masowego wykorzystania bezzałogowców - na miejsce zabitych czekają w kolejce zastępy chętnych. Wszystkich nie da się wyeliminować. Tym bardziej, że - co jest równie oczywiste - nie sposób uniknąć ofiar wśród ludności cywilnej. To tak samo jak z inteligentnymi rakietami czy bombami, które mają trafić w precyzyjnie wyznaczony cel - zdarzają się pomyłki. Wiele pomyłek.

Problematyka wykorzystania dronów do przeprowadzania egzekucji to temat na odrębną dyskusję. Jest to proceder bardzo wątpliwy z moralnego i prawnego punktu widzenia. Wszystko odbywa się bez kontroli niezależnego sądu bądź z jego pozorną kontrolą. Jako cel można wyznaczyć dowolną osobę, nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań. Co więcej, efekty użycia bezzałogowców są mocno dyskusyjne. Nie przyczyniły się do rozbicia czy osłabienia grup ani siatek terrorystycznych. Od 2012 r. na czele peletonu głównych celów ataków dronów wysunął się Jemen. Lista ich ataków w tym roku jest "imponująca". Niemniej, Jemen wcale nie przestał być największą bezpieczną przystanią dla terrorystów, w większości z Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego. Czy doczekamy się inwazji na Jemen i okupacji tego kraju? Ostrzał z powietrza nie wystarcza.

Ewolucja terroryzmu

W kwietniu br. zaledwie 37% Amerykanów uważało, iż ich kraj wygrywa wojnę z terroryzmem. To aż o 18 pkt. procentowych mniej niż dwa lata temu, gdy ogłoszono zabicie Osamy bin Ladena. Pisałem wtedy wraz z Michałem Holą, ekspertem ds. bezpieczeństwa i terroryzmu, iż zagrożenie terrorystyczne nie zmaleje po eliminacji lidera Al-Kaidy. Ono ewoluuje. W rozmaitych kierunkach. Ostatnie tygodnie to między innymi zamknięcie amerykańskich ambasad w krajach arabskich oraz obawy o nowe sposoby ukrywania ładunków wybuchowych (implanty, ukrycie ich w ciele zamachowca-samobójcy, do tego w niewykrywalnej przez obecnie używane czujniki formie). To także rosnące znaczenie tzw. samotnych wilków.

Ostatnie kilkadziesiąt miesięcy to z kolei rozwój czegoś, co nazywam turystycznym jihadem. Nie jest to zjawisko nowe (chociażby do Afganistanu w latach 80. masowo ściągali zagraniczni kandydaci na mudżahedeinów), lecz teraz występuje na niespotykaną dotąd skalę. Obcokrajowcy stanowią bądź stanowili poważną siłę w Iraku, Syrii, Libii, Somalii, Jemenie czy Mali. Coraz więcej pośród nich Europejczyków i Amerykanów, konwertytów na islam bądź potomków muzułmańskich imigrantów, którzy sami niekoniecznie byli głęboko religijni. Oni mogą swobodnie wrócić do domu, gdzie będą stanowić ogromne zagrożenie.

Niekompletna strategia

grafikaProblem z terroryzmem jest taki, że stanowi on narzędzie walki o charakterze politycznym. I chociaż cele najbardziej niebezpiecznych terrorystów wydają się nierealne - stworzenie panarabskiego czy panislamskiego kalifatu, eliminacja innowierców etc., to nadal są to cele polityczne. Niektóre z nich, jak wycofanie amerykańskich wojsk z terytoriów państw arabskich, w szczególności z Arabii Saudyjskiej (motyw zhańbienia świętej ziemi, Mekki i Medyny) czy zwrócenie uwagi na los Palestyńczyków i domaganie się rozwiązania ich problemu z Izraelem - są już bliższe realiom.

O czym przekonaliśmy się w Irlandii, bomby, karabiny, tajne akcje służb czy okupacja nie rozwiązują problemów. Rozwiązaniem był dialog. Zaraz, powie ktoś, jak można rozmawiać z terrorystami? Zależy z którymi. Jaser Arafat stał na czele organizacji, która zajmowała się m.in. zabijaniem Izraelczyków. Nie przeszkodziło to izraelskiemu premierowi Rabinowi w osiągnięciu z nim porozumienia. Taki układ z następcą bin Ladena Ajmanem al-Zawahirim nie wchodzi w grę. Natomiast polityczne i społeczne rozwiązania są osiągalne i stanowią jedyną drogę powstrzymania ekspansji radykalizmu islamskiego. Afganistan, Jemen, Somalia czy Mali stały się dobrymi przystaniami dla radykałów dlatego, że instytucje państwa były słabe bądź w ogóle ich nie było. Warunki bytowe miejscowej ludności były bardzo złe. Panowała bieda, analfabetyzm, poczucie krzywdy i braku perspektyw. Ziarno siane przez radykałów trafiło na podatny grunt. Wzmocnienie państwowości, poprawa losu ludności, edukacja, opieka zdrowotna, praca - to odpowiedzi na problemy, które prowadzą do radykalizacji, co z kolei sprzyja rozwojowi ugrupowań terrorystycznych.

Dlatego wojna z terroryzmem to absurd. Samo sformułowanie jest idiotyczne, z gruntu błędne i zawiera w sobie obietnicę, której nie da się spełnić. Nie można wygrać wojny z terroryzmem. Nie chodzi o to, że terroryzm to bezosobowy przeciwnik (chociaż tak z grubsza jest). Terroryzm stanowi narzędzie walki, po które sięgają ci, którzy uważają się w jakiś sposób pokrzywdzeni przez innych. Bądź uważają, że takich reprezentują, działają w ich imieniu. Nawet jeśli krzywdy są w większości urojone, trudno wypalić je ogniem. Jak mawiał Teddy Roosevelt, prezydent USA na początku XX w., "speak softly, and carry a big stick" (doktryna grubej pałki). Gdy zapomni się o jednym z elementów tej strategii, nie uda się osiągnąć zakładanych efektów. W przypadku terroryzmu postawiono na pałkę, a łagodna mowa i działania miękkie zostały mocno zaniedbane.

Nie mam dobrej odpowiedzi na wiele pytań, które może wywołać ten tekst. Wiele z nich zadawałem sobie nie raz w trakcie jego pisania. Wiem jednak, że obecna taktyka - podobnie jak w przypadku wojny z narkotykami - jest kontrproduktywna i nie może przynieść zamierzonych rezultatów. Jest natomiast kosztowna i kreuje coraz to nowe problemy i zagrożenia. Warto o tym rozmawiać i powyższy wpis to mój głos w tej dyskusji - zdominowanej przez zwolenników obecnej strategii.

Piotr Wołejko

niedziela, 18 sierpnia 2013

Sześć tygodni od obalenia prezydenta Muhamada Morsiego to dla Egiptu czas protestów, starć demonstrantów z siłami porządkowymi i, można to już śmiało powiedzieć, narastającego chaosu. Dynamika zdarzeń jest niepokojąca - giną setki osób. Chociażby w środę 14 sierpnia, gdy zginęło blisko 650 osób. Dwa dni później, w "dzień gniewu", ginie niemal 200 osób. W sobotę 17 sierpnia siły porządkowe "czyszczą" meczet al-Fath, w którym zgromadzili się zwolennicy Bractwa Muzułmańskiego. Trwa obława na liderów tej organizacji, podobno aresztowani są także najbliżsi członkowie ich rodzin. Premier rządu tymczasowego rozważa delegalizację Bractwa i zapowiada, że nie ma mowy o pojednaniu z tymi, którzy mają krew na rękach (tj. Bractwem, które nieustająco wzywa do protestów).

Siły polityczne w Egipcie

Jakiś czas temu usłyszałem powiedzenie, które celnie opisuje sytuację polityczną w Egipcie i podkreśla trudność, jaką Zachód ma z wydarzeniami w największym państwie arabskim - "Problem z Egiptem jest taki, że demokraci nie są liberałami, a liberałowie - demokratami". Za demokracją opowiedzieli się (i nadal opowiadają) przecież przedstawiciele Bractwa Muzułmańskiego. Tymczasem świeccy liberałowie poparli obalenie prezydenta Mursiego przez armię, a wcześniej nie akceptowali zwycięstwa Bractwa.

Oczywiście nie możemy dokładnie przekładać zachodniego rozumienia pojęcia demokrata czy liberał na piaski egipskiej pustyni. Bractwo i wywodzący się z niego prezydent, gdy przejęli władzę, nie działali zgodnie z demokratycznymi wzorcami (retoryczne pytanie - niby skąd mieli je znać? Import z Zachodu nie wchodzi w grę). Posiadając władzę Bractwo grało pod siebie, lekceważyło inne siły polityczne, a prezydent Mursi próbował wyjąć swoje decyzje spod jakiejkolwiek kontroli (pisałem o tym szerzej tutaj). Z drugiej strony, laureat pokojowego Nobla Mohamad El-Baradei, jeden z liderów świeckiej opozycji, "przemówił Obamą" - nazywając zamach stanu oddaniem przez armię ludowi szansy na zresetowanie demokracji. Gdyby Obama uznał, że doszło do zamachu stanu, egipska armia zostałaby z dnia na dzień odcięta od pomocy finansowej. A w takiej sytuacji jak obecnie, nie rezygnuje się z konia, którego obstawia się od kilku dekad.

Państwo należy do armii

Nikt nie ma kryształowej kuli, w której mógłby dostrzec finał zdarzeń w Egipcie. Wydaje się, że wojsko postanowiło rozprawić się z Bractwem jak za starych "dobrych" czasów. W najnowszej historii Egiptu bywało tak, że organizacja ta albo była prześladowana, a jej członkowie byli tysiącami zamykani w więzieniach, albo luzowano śrubę i dopuszczano nawet do tego, by Bractwo miało swoich deputowanych w parlamencie. To, że Bractwo przejęło na kilkanaście miesięcy władzę (zapewne teoretycznie, bo wojsko nadal "trzymało rękę na pulsie" i "pomogło" Mursiemu w poniesieniu porażki) było anomalią, po której Egipt wraca do normy.

A normą w Egipcie są rządy wojska. W Pakistanie od czasu do czasu następowała rotacja - zamach stanu, powrót rządów cywilnych. W Turcji rządzili cywile, dopóki armia nie dopatrzyła się "islamistycznego odchylenia". A w Egipcie cały czas rządziła armia. Mubarak mógł zrzucić mundur i założyć garnitur, lecz nadal był wojskowym i stał na czele czegoś, co można śmiało uznać za juntę. Podobnie jak jego poprzednicy - Sadat, Nasser, Nadżib.

W sunnickich autokracjach i Izraelu śpią spokojniej

Za egipską armię ściska kciuki Arabia Saudyjska (i większość państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej - GCC), która odbiera Bractwo Muzułmańskie (i jego regionalne klony) jako bardzo poważne zagrożenie dla monarchii. Tylko Katar, dotąd obstawiający Bractwo, jest niepocieszony. W wymiarze międzynarodowym z powrotu wojska do stałej roli w Kairze najbardziej zadowolony jest Izrael. Znacząco poprawia to jego sytuację, zabezpieczając południową flankę. Gdyby tak jeszcze Assad pokonał rebelię i przywrócił ład w Syrii, izraelski status quo zostałby zachowany.

Wakacje w Egipcie? Nie teraz!

Na koniec słów kilka o wyjazdach turystycznych do Egiptu. Wczoraj w jednej ze stacji TV wysłuchałem polskiej turystyki, która z rozbrajającą szczerością wyznała, że jeśli w Egipcie zrobi się niebezpiecznie, to przecież polski rząd wyśle po nią i jej podobnych samoloty. Zapewne tak by się stało (bądź stanie, echa walk Bractwa z armią docierają także do kurortów), lecz nie zwalnia to turystów od racjonalnego myślenia. A sytuacja w Egipcie skłania tylko do jednej refleksji - nie ma tam czego szukać, lepiej zrezygnować z wyjazdu. Teoretycznie nikomu nie zależy na podcinaniu kluczowej gałęzi i tak osłabionej gospodarki, lecz takimi kategoriami myślą co najwyżej najwyżsi przywódcy obu stron. Warto pamiętać też o organizacjach terrorystycznych, dla których obecna sytuacja w Egipcie stanowi wodę  na młyn i tworzy szansę na przeprowadzenie rozmaitych operacji. Atak na kurort, wysadzenie hotelu czy porwanie turystów (i ew. poderżnięcie im gardeł) naprawdę mogą się zdarzyć. Czy all inclusive za 1,5-3 tysiące złotych/os. są warte takiego ryzyka?

Piotr Wołejko

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook