sobota, 29 września 2007

Władysław BartoszewskiNiezwykle celne uwagi - dotyczące polskiej polityki zagranicznej - wygłosił dzisiaj w Krakowie, na konwencji PO, prof. Władysław Bartoszewski. Stwierdził on, że wyprasza sobie "lżenie Polski przez niekomepetentnych członków rządu, niekompetentnych dyplomatołków!". Jest to bez wątpienia najlepsze podsumowanie polityki zagranicznej prowadzonej przez braci Kaczyńskich.

Profesor Bartoszewski nie szczędził razów pod adresem rządu oraz niekompetentnych ministrów (choć - zgodnie ze swoim postanowieniem - nie powiedział ani słowa o prezydencie), którzy "się samobiczują i plują na 17 lat suwerennej Polski" i którzy opowiadają, że większość byłych ministrów SZ to obcy (sowieccy w nomenklaturze Antoniego Macierewicza) agenci. Komentując mianowanie Anny Fotygi na szefa resortu spraw zagranicznych prof. Bartoszewski stwierdził, że "minister spraw zagranicznych jest ważnym wyznacznikiem".

Mogę tylko, poslugując się pojęciem ukutym przez Władysława Bartoszewskiego, głośno krzyknąć - Dyplomatokłom mówimy NIE! Koniec prowadzenia polityki nawet nie na czworakach, ale w pozycji "padnij". Jak słusznie zauważył profesor, Polska nie może być 27. wagonikiem w pociągu ze znaczkiem UE; państwem, które cieszy się z tego, że jego wagonik nie odłącza się od reszty (przypomnę, że niedawny sondaż wskazał, iż 74% Polaków jest zadowolonych z członkostwa w UE).

Kończąc mogę tylko pogratulować profesorowi świetnego wystąpienia oraz podziękować za nieustanne recenzowanie naszego życia publicznego, zwłaszcza polskiej polityki zagranicznej. I pozostaje tylko żałować, że to nie tacy ludzie jak Władysław Bartoszewski odpowiadają za politykę zagraniczną Rzeczpospolitej Polskiej.

Zdjęcie: wikipedia.org

piątek, 28 września 2007

OkruaszwiliPolityczna gra w Rosji związana z grudniowymi wyborami parlamentarnymi i marcowymi wyborami prezydenckimi nabiera coraz większej dynamiki. Jak to w ostatnich latach bywało, rosyjskie kierownictwo szuka wrogów na zewnątrz, aby skonsolidować wokół siebie naród. W obecnej kampanii wyborczej na celowniku znalazła się Gruzja, najbardziej prozachodni kraj na Kaukazie. Ostatnie wydarzenia zdają się potwierdzać powyższą tezę.

Kilka tygodni temu Gruzja podniosła larum, że na jej terytorium wdarł się rosyjski bombowiec i zrzucił bombę, która jednak nie wybuchła. Rosjanie kategorycznie zaprzeczyli, jednak pokazane przez Tbilisi dowody były jednoznaczne. To podgrzało atmosferę, ale było zaledwie wstępem do dalszej części "rozgrywki". W ostatnim czasie miały miejsce incydenty na granicy gruzińsko-abchaskiej oraz gruzińsko-południowo-osetyjskiej - nastąpiła wymiana ognia między Gruzinami a separatystami. Kolejna odsłona starcia Kremla z prozachodnim prezydentem Gruzji nastąpiło w zeszłym tygodniu - gruzińskie siły specjalne zabiły w lasach Abchazji człowieka, który - jak się później okazało - był rosyjskim oficerem. Saakaszkwili pytał o podpułkownika rosyjskich wojsk podczas swojego wczorajszego wystąpienia na 62 sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych - "Co robił podpułkownik rosyjskiej armii w gruzińskich lasach? Może organizował i przewodził grupie uzbrojonych rebeliantów w trakcie misji terrorystycznej?" - powiedział, dodając: "Chcę zapytać naszych rosyjskich przyjaciół - czy nie ma wystarczająco dużo terytorium w Rosji? Czy nie ma wystarczająco dużo lasów w Rosji dla rosyjskich oficerów, żeby nie umierali na gruzińskim terytorium, w gruzińskich lasach?".

Rosjanie zareagowali oburzeniem i podnieśli niebywałe larum. Rosyjski ambasador przy ONZ stwierdził, że śmierć rosyjskiego żołnierza to morderstwo, że oficer najpierw został pojmany, a następnie strzelono mu w głowę. Jego zdaniem, zdarzenie to "doskonale obrazuje politykę władz gruzińskich" a jest to polityka "stwarzania coraz to nowych napięć". Szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow stwierdził, komentując śmierć wojskowego, że "było to brutalne morderstwo". Doświadczony dyplomata dodał, że akcja gruzińskich sił specjalnych ma być czytelnym przesłaniem dla Rosjan, że Gruzini będą w przyszłości postępować podobnie. Wczorajsze spotkanie Ławrowa z Gelim Beżuaszwilim, swoim gruzińskim odpowiednikiem, które miało miejsce w Nowym Jorku, z pewnością nie spowodowało zmniejszenia napięcia.

A nawet jeśli chwilowo ta trudna sztuka została osiągnięta, zozstała zniweczona przez aresztowanie Irakly'ego Okruaszwili [na zdjęciu]- byłego ministra obrony narodowej Gruzji i bliskiego sojusznika prezydenta Micheila Saakaszwilego. Okruaszwili od kilku miesięcy stawał się coraz potężniejszą figurą opozycyjną, a niedawno zaczął oskarżać prezydenta o poważne naruszenia prawa, m.in. o zlecenia zabójstw politycznych konkurentów oraz niewygodnych biznesmenów. Ex-minister został aresztowany wczoraj wieczorem. Prokuratura zamierza postawić mu zarzuty korupcyjne, a - być może - również zarzut zdrady stanu. Uważa się, że Okruaszwili jest inspirowany przez Rosję i że to rosyjscy mocodawcy stoją za jego szokującymi oskarżeniami. Tymczasem, w reakcji na aresztowanie lidera niedawno założonej partii "For the United Georgia", w stolicy Tbilisi zgromadziło się - o czym na czołówce donosiła nawet dziś rosyjska agencja ITAR TASS - ok. 4 tysięcy ludzi. Dziś protestujących było prawie cztery razy tyle, a dołączyli do nich inni byli sojusznicy prezydenta. Niektórzy z nich zapowiadają, że pozostaną na centralnym placu stolicy aż do skutku, czyli ogłoszenia przedterminowych wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Sam Saakaszwili w tej chwili znajduje się w Nowym Jorku, a przed powrotem do domu odwiedzi jeszcze Grecję.

W obliczu poważnego kryzysu politycznego w Gruzji Rosjanie zacierają ręce. Prezydent Putin z powagą mówi, że "liczy, iż protesty w Gruzji pozostaną pokojowe, a strony sporu okażą dojrzałość i polityczną mądrość". Putin z nieskrywaną radością wbija szpilę w znienawidzoną Rewolucję Róż, która w 2003 roku zmiotła nieudolnego i spolegliwego wobec Kremla Eduarda Szewardnadze. Rosyjski prezydent stwierdził bowiem co następuje: "Nasi przyjaciele często wspominają o demokratycznej transformacji w byłych republikach sowieckich i wskazują na przykłady, m.in. ten gruziński, jako wzorzec dla nas. (...) Niech Bóg nas broni przed takimi wzorcami".

Władimir Putin wraz ze swoją ekipą czekistów może szczycić się już jednym poważnym sukcesem - efektywnym zdławieniem Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie, gdzie obóz prozachodni podzielił się i zwalcza zacieklej, niż uważaną (czy słusznie to temat na inną dyskusję) za forpocztę Rosji w tym kraju Partię Regionów. Teraz wiele zdaje się wskazywać na to, że Putin wbił wreszcie klin w obóz Różanej Rewolucji. Czy skutecznie - okaże się w najbliższych dniach, może tygodniach. Wyraźnie jednak widać, że droga do Kremlowskich salonów dla następcy Putina prowadzi przez Gruzję. Oby nie w taki sposób, jak czeczeńska droga byłego szefa FSB doprowadziła go do prezydentury. A wojny nikt nie jest w stanie wykluczyć, gdyż separatyści - z błogosławieństwem i czynnym poparciem Rosji - prężą muskuły, a Saakaszwili nie jest politykiem, który schowa głowę w piasek. Rosyjskiego mieszania w Gruzji ciąg dalszy.

Więcej: Reuters, ITAR TASS, BBC, Kommiersant, OSW

Zdjęcie: newsimg.bbc.co.uk/AP

20:35, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (13) »
środa, 26 września 2007

IlvesPrezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves, podczas wystąpienia na 62 sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, zaapelował o współpracę w walce przeciwko cyberprzestępcom. Zdaniem Ilvesa, cyberataki mogą w przyszłości stać się niebezpiecznym narzędziem w rękach przestępców i terrorystów. Nie musiał dodawać, że są już narzędziem w rękach państw, o czym Tallin boleśnie przekonał się w maju br.

Wówczas rząd Estonii zdecydował o przeniesieniu monumentu ku czci sowieckich żołnierzy z centrum stolicy na cmentarz wojenny. Rosyjska mniejszość narodowa (ok. 25% ludności bałtyckiej republiki), rosyjscy politycy z prezydentem Putinem na czele, mobilizowani przez Kreml młodzi ludzie z organizacji "Nasi" etc. podnieśli wrzask o szarganie pamięci radzieckich bohaterów przez Estończyków. Tallin pozostał nieugięty i dopiął swego, przenosząc rażący w oczy Estończyków pomnik z centrum stolicy. Wtedy do "akcji" zabrali się rosyjscy hakerzy (poprawnie powinno mówić się crackerzy) w liczbie kilku tysięcy i całkowicie sparaliżowali strony internetowe państwowych instytucji i niektórych mediów. Pisałem o tym 17 maja, vide Radziecka doktryna dostosowana do XXI wieku.

Niemożliwe jest, aby zmasowany atak na Estonię - podczas nagonki rosyjskich władz na ten kraj - był całkowicie niekontrolowany przez jakąkolwiek instytucję Federacji Rosyjskiej. Jest to tak samo prawdopodobne, jak to, że chińskie ataki hakerskie na Pentagon i amerykańskie firmy nie są autoryzowane i wspierane przez rząd w Pekinie. Oczywiście otwarcie nie mógł o tym wspomnieć Ilves podczas wystąpienia na sesji ZO ONZ. Powiedział jednak wystarczająco dużo, aby przypomnieć o palącym problemie. W dobie powszechnej informatyzacji oraz automatyzacji wszelakich zadań, atak cybernetyczny może wywołać katastrofalne skutki.

"Cyberataki to najczystszy przykład współczesnych asymetrycznych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego. (...) Umożliwiają one sparaliżowanie społeczeństwa przy wykorzystaniu bardzo ograniczonych środków, także z dużej odległości.", powiedział prezydent Ilves w Nowym Jorku. Wezwał również do potępienia cybernetycznych ataków, tak samo jak potępiany jest terroryzm czy handel ludźmi. "Walka z cyberatakami jest w interesie wszystkich, bez żadnych wyjątków" - słusznie stwierdził estoński prezydent. Z radością powitał on powstanie Global Cybersecurity Agenda przy Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej, jako "neutralnego i prawnie usankcjonowanego forum", którego zadaniem powinno być stworzenie globalnego prawa cyberprzestrzeni.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę na opublikowany tydzień temu, już dwunasty, coroczny raport o bezpieczeństwie oraz zagrożeniach w sieci - przygotowywany przez firmę Symantec. Z dokumentu dowiadujemy się, że cyberprzestępczość jest coraz bardziej "profesjonalna", a zagrożenia stają coraz poważniejsze. Tym bardziej, że państwa powszechnie uznawane za niedemokratyczne nie mają żadnych oporów przed stosowaniem cyberataków. Przypadki Estonii czy Pentagonu z pewnością nie są ostatnimi. I wezwanie Ilvesa nic tu nie zmieni.

Źródło: ONZ, ITU

Warto przeczytać: O raporcie Freedom House nt. demokracji w Rosji i Iranie - Radio Free Europe/Radio Liberty

Zdjęcie: quid.fr

wtorek, 25 września 2007

9/11Wymiana uprzejmości między Amerykanami, a Irańczykami trwa w najlepsze. Departament Stanu wraz z władzami Nowego Jorku odmówiły prezydentowi Iranu Mahmudowi Ahmadineżadowi prawa do wizyty w Ground Zero. Irański przywódca określił natomiast Stany Zjednoczone mianem wielkiego więzienia, w którym media trzymają obywateli z dala od prawdy.

Jeśli Mahmud Ahmadineżad stwierdziłby, że Ameryka jest największym - dosłownie - więzieniem świata, nie mijałby się z prawdą. USA znajdują się bowiem w czołówce państw posiadających największą liczbę więźniów - zarówno ogólnie, jak i w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Niestety, konserwatywny lider nie miał zamiaru odnieść się do faktów, a posunął się do insynuacji. Media w Stanach, cokolwiek by o nich nie powiedzieć, są pluralistyczne, a ich mnogość sprawia, że praktycznie każdy może dotrzeć do szerokiego spektrum prezentowanych opinii.

Zabawnie wyglądają oskarżenia o brak wolności mediów, jeśli padają z ust człowieka, który stoi za likwidacją dziesiątek niepokornych (i.e. nie poddających się linii politycznej prezydenta) gazet. Media w Iranie w większości podlegają nieformalnej cenzurze, a te zbyt reformatorskie mogą w każdej chwili zostać zamknięte. Warto wspomnieć, że agencja prasowa IRNA pełni funkcję podobną do północnokoreańskiej KCNA, choć - należy to oddać - w mniej groteskowej formie. Pozostawmy jednak kwestie wzajemnej wymiany uprzejmości przez amerykańskich gospodarzy i irańskich gości - gdyż została ona sprowokowana przez 62 sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ, odbywającą się właśnie w Nowym Jorku.

International Herald Tribune pytało wczoraj, czy Ahmadineżad powinien móc odwiedzić Ground Zero - miejsce, które pozostało po zniszczonych przez dwa samoloty wieżach World Trade Center. Amerykanie zdecydowali, że irański prezydent jest w tym miejscu persona non gratae i odmówili mu wstępu. Czy mieli do tego prawo? Mieli. A czy była to słuszna decyzja? Sprawa jest niejednoznaczna.

W IHT możemy przeczytać, że irański prezydent raczej powinien być do Ground Zero dopuszczony. Mimo, że otwarcie grozi Stanom Zjednoczonym i Izraelowi; mimo, że Iran wspiera terrorystów; mimo, że został przez prezydenta Busha umieszczony na Osi Zła itd. Gazeta przypomina, że poprzedni prezydent Iranu Mohammad Chatami w telewizji CNN złożył kondolencje amerykańskiemu narodowi. IHT oskarża również Busha o zawłaszczenie Ground Zero i przekształcenie tego miejsca w ultrancjonalistyczny pomnik tragicznej śmierci Amerykanów (pomijając zmarłych innej narodowości).

Moim zdaniem, prawem gospodarzy jest wpuszczać gości tam, gdzie uznają to za stosowne. Prezydent Ahmadineżad w Ground Zero wyglądałby komicznie. Nie jest co prawda przedstawicielem terrorystów, którzy są za zamach odpowiedzialni, ale prezentuje linię, która jest dla amerykańskiego rządu oraz obywateli USA nie do przyjęcia. Nie do przyjęcia jest bowiem udzielanie finansowego i zbrojnego wsparcia Hezbollahowi, Hamasowi i pomniejszym ugrupowaniom, które nie wyrzekły się przemocy i uciekają się do aktów terroru. Jako reprezentant tych grup Ahmadineżad nie ma prawa brukać swoją osobą tak szczególnego miejsca, jakim jest Ground Zero.

Co więcej, jestem prawie pewny tego, iż Ahmadineżad dobrze wiedział, jaka będzie odpowiedź Amerykanów i celowo zwrócił się do nich z pytaniem o możliwość odwiedzenia Ground Zero. Szum podniesiony przez przeróżne media, z których wiele poparło plan jego wizyty, jest dla niego koniecznie potrzebny. Przez "wolne irańskie media" płynie do kraju obraz biednego prezydenta, któremu uniemożliwiono oddanie hołdu poległym w straszliwym zamachu. Zamachu, po którym ludzie Hezbollahu, Hamasu i wielu twardogłowych Irańczyków świętowało na ulicach.

Panie Ahmadineżad, nie z nami te numery - powiedzieli Amerykanie. Jak najbardziej słusznie.

Więcej: IHT, IRNA

Zdjęcie: vaticanassassins.org

sobota, 22 września 2007

Wojna iracko-irańskaKosztowała życie ponad miliona osób; straty poniesione przez oba państwa oszacowano na 400 miliardów dolarów; była wyjątkowo brutalna (Irak stosował broń chemiczną, głównie gazy bojowe) i długa - trwała osiem lat. Dzisiaj mija 27 rocznica wybuchu wojny iracko-irańskiej.

Atak Iraku na Iran był konsekwencją zwycięstwa Rewolucji Islamskiej ajatollaha Chomeiniego w Iranie. Państwa regionu, a przede wszystkim Stany Zjednoczone oraz Związek Radziecki obawiały się rozprzestrzeniania radykalnej religijnej rewolucji. Z szansy na wzmocnienie własnej pozycji skorzystał przywódca Iraku Saddam Husajn, który w 1980 roku uderzył na Iran i poczynił szybkie i znaczne postępy terytorialne. Niemal równie szybko Irańczycy odzyskali utracone ziemie i przeszli do kontrnatarcia. W efekcie długoletnich zmagań ustaliła się licząca blisko 500 kilometrów linia frontu, a wojna przemieniła się z manewrowej w pozycyjną.

Irak był wspierany finansowo przez Zachód, głównie przez Stany Zjednoczone oraz Francję (stąd akurat dzisiaj ostra depesza agencji IRNA, porównująca politykę prezydenta Sarkozy'ego wobec Iranu z polityką francuską z lat wojny iracko-irańskiej), a także Związek Radziecki. Warto pamiętać, że Sowieci walczyli już wtedy w Afganistanie. Swoją drogą, osobliwa to sytuacja, gdzie USA i ZSRR ramię w ramię zwalczają irańską rewolucję (choć, nie czarujmy się, udział ZSRR był minimalny w porównaniu do Ameryki czy Francji), a z drugiej strony Waszyngton wspiera radykalną partyzantkę islamistyczną w Afganistanie, która zwalcza wojska radzieckie.

Wojna iracko-irańska zakończyła się niczym, tj. po 8 latach powrócono do stanu sprzed jej wybuchu. Ofiarność irańskiego narodu, nieraz w obrzydliwy sposób wykorzystywana przez rządzących ajatollahów (np. "używanie" młodych chłopców do "czyszczenia" pól minowych) oraz wyczerpanie Iraku (i wiele innych powodów) sprawiły, że żadna ze stron nie osiągnęła pełnego zwycięstwa. Co prawda Iran obronił się przed inwazją, a rządy duchownych wzmocniły swoją pozycję, to Husajn utrzymał się przy władzy w Bagdadzie. Mimo fiaska ataku, dyktator nie tylko pozostał przy władzy, ale wykorzystał trudne czasy do pozbycia się wielu politycznych przeciwników.

Trudno powiedzieć, że wojna zakończyła się sukcesem Teheranu. Jednak z perspektywy czasu chyba tak należy ocenić tamte wydarzenia. Świeżo powstałe państwo okrzepło i obroniło nie tylko swoją suwerenność, ale przede wszystkim swój unikalny ustrój. Słusznie ajatollahowie uznają wynik wojny za zwycięstwo nad Ameryką (i generalnie nad Zachodem), gdyż Irak był marionetką w rękach Waszyngtonu. Jednak Husajn przeszarżował i gorzko tego pożałował, co przypieczętowało jego los.

Zaledwie 3 lata później Irak, wyczerpany po zmaganiach z Iranem, zaatakował zasobny w ropę i pieniądze Kuwejt. Stało się to przyczyną pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, w której koalicja pod przywództwem Amerykanów pokonała Saddama Husajna. Niewiele zabrakło wtedy, aby George Bush senior - ówczesny prezydent - zdecydował się obalić irackiego dyktatora. Gdyby wtedy podjęto taką decyzję, dzisiaj sytuacja w regionie wyglądałaby zupełnie inaczej - Ameryka nie ugrzęzłaby w Iraku, a wpływy Iranu byłyby znacznie ograniczone. Iran, osłabiony tak samo jak Irak po ośmioletniej wojnie, nie byłby w stanie ingerować w wydarzenia nad Tygrysem i Eufratem w stopniu tak wielkim, jak to się dzieje teraz.

Wszystko to można uznać za gdybanie, a także zbyć komentarzem, że z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, jakie decyzje należało podjąć. Słusznie, jednak każdy ma prawo do swoich analiz oraz do stawiania własnych tez. Moja jest następująca: wojna iracko-irańska w znacznym stopniu zdeterminowała przyszłość regionu, a wiele jej demonów ciąży nad obecną trudną sytuacją Ameryki w Iraku - po inwazji w 2003 roku. Jeśli obecnie wyciągnięto wnioski z (fatalnej) decyzji o pozostawieniu Saddama przy władzy na początku lat 90. ubiegłego wieku, z pewnością nie popełni się podobnych błędów w przyszłości. Są one bardzo kosztowne. Wojna iracko-irańska pokazuje jednak przede wszystkim, że na angażowaniu się w konflikty bliskowschodnie można się bardzo mocno sparzyć.

Zdjęcie: imaginarymuseum-archive.org

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook