piątek, 26 września 2008
Wojna! Republika chyli się ku upadkowi poprzez liczne ataki bezwzględnego Lorda Sithów, Hrabiego Dooku. Bohaterowie są po obu stronach konfliktu. Zło czai się wszędzie.

Wstęp do trzeciej części Gwiezdnych Wojen, Zemsty Sithów, całkiem dobrze oddaje sytuację, która obecnie panuje w Pakistanie. Zamach na hotel Marriot w centrum Islamabadu, zaplanowany i zrealizowany w czasie, w którym mieli przebywać tam prezydent i premier pokazuje, że radykałowie są silniejsi, niż mogło się wydawać. Zdaje się, że bez wsparcia potężnych służb specjalnych ISI (Inter-Service Intelligence) atak bombowy na hotel nie mógłby się powieść. Pytanie, czy ISI zostały przez radykałów zinfiltrowane, czy też aktywnie wspierają talibską rebelię.

mapaJakkolwiek by nie było, sytuacja jest bardzo poważna. Rolę Hrabiego Dooku może odgrywać, choć w odpowiednio mniejszej skali, watażka z Południowego Waziristanu Baitullah Mehsud. Władca sporej części FATA (Federally Administered Tribal Areas) jest oskarżany o stanie za zamachem na ex-premier Benazir Bhutto. Mehsud ma także układ z ISI, które nie prowadzi przeciwko niemu akcji w zamian za to, że ludzie Mehsuda nie będą "polować" na ludzi ze służb. Mówi się, że za Baitullahem stoi kilka tysięcy bojowników. Jego ludzie prowadzą także aktywną walkę z siłami NATO i ISAF w Afganistanie.

Czy to Mehsud stoi za ostatnim zamachem na Marriot w Islamabadzie? Osobiście sądzę, że jest na to jeszcze za słaby. Nie posiada aż tak wielkiej władzy i możliwości, aby porywać się na próbę zabicia dwóch najważniejszych osób w państwie w samym centrum pilnie strzeżonej stolicy. Na pewno jednak zamach jest Mehsudowi na rękę, pokazując, iż świeckie rządy podległe Ameryce są poważnie zagrożone.

Kiedy Pakistan chwieje się w posadach, poważnie zagrożona staje się misja w Afganistanie. Ponad 1000 polskich żołnierzy stacjonuje bardzo blisko granicy pakistańsko-afgańskiej. Dopóki Mehsud może być uważany za emira Południowego Waziristanu, dopóty siły NATO muszą mieć się na baczności. Nic nie wskazuje na to, aby władza Mehsuda miała zostać ukrócona. Słaby prezydent i słaby rząd nie dadzą rady ogarnąć rebelii na zachodzie kraju. Armia i wywiad starają się nie angażować specjalnie w spór, unikają starć z radykałami i nie wtrącają się w politykę. 

Ponowne przejęcie władzy przez wojskowych oznaczałoby, że radykałowie i talibowie mogą spać spokojnie. Ceną za pozorny spokój w FATA będzie wycofanie, a przynajmniej rozejm z armią pakistańską. Władztwo Mehsuda i jemu podobnych będzie się rozszerzało i umacniało. Dekada rządów Musharrafa pokazała, że wojsko nie jest w stanie poradzić sobie z dawnymi (i chyba także obecnymi) sprzymierzeńcami i protegowanymi. Tylko rząd w pełni cywilny mógłby mieć szanse na osiągnięcie sukcesu w tej materii. Niestety, wszystko wskazuje na to, że nie zostanie mu ona dana. 

Piotr Wołejko

Poprzednie wpisy o Pakistanie:

22:11, p.wolejko , Azja
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 września 2008

O ile populizmu po Baracku Obamie należało się spodziewać, jest w końcu kandydatem lewicowym, to John McCain przystępował do kampanii prezydenckiej jako wzór do naśladowania w kwestii obrony własnego zdania oraz rozwagi. Pierwszy wyraźny sygnał, że McCain poddaje się emocjom chwili przyszedł tuż przed wakacjami, kiedy republikański kandydat wsparł pomysł zniesienia na okres letni federalnego podatku od benzyny. Ulga z tego byłaby dla kierowców niewielka (liczona w dwucyfrowej liczbie dolarów), a strata funduszu infrastrukturalnego całkiem spora. Zważywszy na to, że amerykańskie drogi, koleje, mosty, tunele czy wały przeciwpowodziowe wymagają niemalże natychmiastowych inwestycji sięgających setek miliardów dolarów, propozycja McCaina (wspierana także przez Hillary Clinton, walczącą wówczas ostatkiem sił z Obamą o prawyborcze zwycięstwo) była skrajnie populistyczna. 

John McCain 

John McCain

Teraz John McCain popełnia drugi i trzeci błąd, atakując chciwość na Wall Street oraz spekulantów na rynku ropy naftowej. W pierwszej sytuacji McCain nie tylko licytuje się na populizm z Obamą, ale zmienia także fundamentalnie swoje dotychczasowe stanowisko, opowiadając się za zwiększeniem i zaostrzeniem regulacji. Jeśli zaś chodzi o ceny ropy, to nie spekulanci ponoszą winę za nagły skok jej ceny do poziomu ponad 140 dolarów za baryłkę. I choć Kongres próbował dowieść, że jest inaczej, lepiej wierzyć rządowej agencji nadzorującej rynek kontraktów terminowych Commodity Futures Trading Comission (CFTC). Raport przygotowany przez CFTC pokazuje, że traderzy nie ponoszą żadnej winy za wzrost cen. Jak komentuje The Wall Stree Journal: Traderzy indeksowi i dealrzy swapowi ciągnęli przyszłe ceny ropy w dół (...) Na giełdzie kontraktów terminowych zysk jednego tradera równa się stracie innego tradera

Plan ekonomiczny Johna McCaina to głównie zapowiedzi obniżenia i uproszczenia podatków, utrzymanie zniżki podatkowej Georga W. Busha (której McCain był pierwotnie przeciwny) oraz doprowadzenie do zbilansowania budżetu na koniec 2013 roku. Są to jednak ogólniki. Duże nadzieje należy wiązać natomiast z propozycją zmniejszenia podatku od dochodów firm, który na poziomie federalnym wynosi 35 procent (i jest jednym z najwyższych wśród uprzemysłowionych państw należących do OECD), a dodatkowo zwiększany jest o stosowny podatek stanowy. I tak, średnio, firmy działające w Iowa, Pensylwanii czy New Jersey oddają ponad 41 procent zysków. Obniżka federalnej stawki z 35 do 25 procent wydaje się koniecznością - tym bardziej, jeśli zarówno McCain, jak i Obama, zamierzają zatrzymać miejsca pracy w Stanach i stworzyć miliony nowych.

Barack Obama i John McCain

Barack Obama i John McCain 

W kwestii energetyki program Republikanina jest zdecydowanie bardziej konkretny i realistyczny. McCain opowiada się za zniesieniem federalnego zakazu odwiertów na szelfie kontynentalnym i rozpoczęciem wydobycia ropy i gazu z amerykańskiego wybrzeża, tzw. offshore drilling. Głównym celem McCaina jest ograniczenie, a w dalekiej perspektywie - uniezależnienie się od importu surowców energetycznych. Kandydat Republikanów jest zwolennikiem wprowadzenia systemu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych (cap and trade), wspiera także rozwój "zielonych" technologii. McCain chce ograniczyć bądź znieść subsydia i inne formy dotowania biopaliw pochodzących z kukurydzy na rzecz wprowadzenia mechanizmów rynkowych do sektora. Z takiego rozwiązania na pewno ucieszy się Brazylia, największy w świecie producent biopaliw z trzciny cukrowej. Obecnie galon biopaliw z trzciny obłożony jest zaporowym cłem. 

John McCain wspiera także pomysł wprowadzenia na rynek samochodów, które mogą jeździć tylko na etanolu. W Brazylii 70 procent aut ma silniki przystosowane do jazdy wyłącznie na biopaliwach. Obama popiera natomiast rozwój aut hybrydowych. Wracając na chwilę do ropy naftowej, demokratyczny kandydat miał problem z offshore drilling. Na początku sprzeciwiał się nowym odwiertom, aby teraz częściowo się na nie zgadzać. Podobną ewolucję przeszła spikerka Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, a przemiana prominentnych Demokratów na pewno ma duży związek z sondażami, które wskazują, że zwolennicy odwiertów przeważają przynajmniej w stosunku 2 do 1 nad sceptykami takiego rozwiązania.

Empty wallet

Trudna sytuacja gospodarcza sprawiła, że wybory prezydenckie odbywają się pod hasłem: kto lepiej poradzi sobie z kryzysem. Dla obu kandydatów nie jest to sytuacja komfortowa. Stąd zmiany stanowisk, ogólnikowe wypowiedzi i granie na populistycznych tonach. Amerykański podatnik musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czy, kosztem wyższych podatków, należy zwiększyć rolę rządu, czy też lepszym rozwiązaniem jest obniżanie podatków, zaostrzanie (ale niekoniecznie rozszerzanie) regulacji i zmniejszanie roli rządu federalnego. Obiegowe powiedzenie głosi, że kandydat, którego partia kontroluje Biały Dom w dobie kryzysu gospodarczego ma niewielkie szanse na zwycięstwo. Johna McCaina czeka dużo pracy, aby zadać kłam temu twierdzeniu.

Piotr Wołejko

tekst ukazał się pierwotnie na blogu USA 2008 - wybory prezydenckie

 

Poprzednie wpisy o wyborach w USA:

wtorek, 23 września 2008

Upadek banku inwestycyjnego Lehman Brothers, praktyczna nacjonalizacja gigantów hipotecznych Freddie Mac i Fannie Mae oraz przejęcie przez państwo kontroli nad ubezpieczeniowym behemotem American International Group (AIG) to tylko najnowsze przykłady ogromnych problemów amerykańskiej gospodarki. Jeśli nic się nie zmieni, być może wkrótce skończy się era wielkich banków inwestycyjnych - mimo stosunkowo dobrej kondycji wartość akcji Morgan Stanley i Goldman Sachs spadaj na łeb na szyję. Nowa administracja, która wprowadzi się do Białego Domu w styczniu 2009 roku, będzie miała co robić.

Stocks

Tymczasem, ani Barack Obama ani John McCain nie są ekspertami w dziedzinie ekonomii. Pierwszy zaledwie trzeci rok jest senatorem i, co wypomnieli mu republikańscy mówcy podczas konwencji w St. Paul, nie jest autorem żadnej ustawy, ale napisał o sobie dwie książki. Co więcej, na co zwrócił uwagę Rudy Giualini, Obama podczas ponad stu głosowań w stanowym senacie w Illinois głosował present (obecny), zamiast opowiedzieć się za albo przeciw. 

John McCain sam przyznał swego czasu, na początku swojej kampanii, że ekonomia nie jest jego najmocniejszą stroną. Wraz z niesławnym już bomb Iran, słowa te ciągle odbijają się senatorowi z Arizony czkawką. McCainowi nie pomoże też raczej wypowiedź, choć celna i prawdziwa, z jednej z prawyborczych debat, kiedy ripostował Mittowi Romneyowi, że liderem trzeba być, a managerów można wynająć. Trzeba przyznać wprost, że w obliczu obecnych problemów amerykańskiej gospodarki to właśnie Romney, bogaty biznesmen, zdolny manager i ex-gubernator, sprawdziłby się najlepiej na stanowisku prezydenta. 

Barack Obama i John McCain
Barack Obama i John McCain

Obaj kandydaci nie są specjalistami, ale sytuacja gospodarcza oraz skupienie się większości wyborców na kulejącej gospodarce wymusiły na nich przygotowanie jako-tako kompleksowych rozwiązań ekonomicznych. Program wyborczy  znajduje się na stronach internetowych McCaina i Obamy, choć z oczywistych względów są to raczej hasła, niż szczegółowe i obszerne plany.

Program Demokraty opiera się głównie na podniesieniu podatków dla najbogatszych, zarabiających ponad 250 tysięcy dolarów rocznie, a ulżeniu klasie średniej. Statystyki wskazują, że w latach 2002-2006 najbogatsi (1 procent społeczeństwa) co rok zarabiali o 11 procent więcej, podczas gdy pozostałe 99 procent społeczeństwa musiało zadowolić się wzrostem na poziomie 1 procenta. Trzy czwarte zysków z obniżek podatków Georga W. Busha trafiło do jednego procenta najbardziej zamożnych podatników, którzy otrzymują teraz największą część wspólnego dochodu od lat dwudziestych ubiegłego wieku. Z drugiej strony, jak możemy przeczytać w raporcie dwóch ekonomistów z Uniwersytetu w Chicago, napływ tanich towarów z Chin w poważnym stopniu przyczynił się do zmniejszenia nierówności.

Obama proponuje także nałożenie tzw. windfall tax na ogromne zyski koncernów naftowych. Wpływy stąd uzyskane zamierza przeznaczyć na 1000-dolarowe rabaty dla podatników, aby ulżyć im w obliczu wysokich cen paliw. Dodatkowo Obama obiecuje stworzenie pięciu milionów zielonych miejsc pracy, pompując w rozwój ekologicznych technologii 150 miliardów dolarów w ciągu najbliższej dekady. W obliczu kryzysu na rynkach finansowych Demokrata głosi konieczność wprowadzenia ostrzejszych regulacji, krytykując McCaina za jego niechęć do regulacji i oskarżając go o hołdowanie tej samej filozofii co urzędujący prezydent Bush. 

John McCain i George W. Bush
John McCain i George W. Bush

Ciężko zrozumieć jedno - jak Obama zamierza jednocześnie zmniejszyć obciążenia podatkowe klasy średniej i sfinansować swoje plany, jak chociażby upowszechnienie opieki zdrowotnej. Około 47 milionów Amerykanów nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, a koszty zapewnienia sobie opieki zdrowotnej są straszliwie wysokie. O problemach związanych z zdrowiem oraz imigracją pisałem na początku stycznia. Warto nadmienić, że propozycje Obamy dotyczące imigracji są bardzo ogólnikowe i nie wykraczają poza zabezpieczenie granic, likwidację zachęt do nielegalnej imigracji i współpracę z Meksykiem.

McCain swego czasu przygotował wraz z demokratycznym senatorem Edwardem Tedem Kennedy'm ustawę, która de facto legalizowała istniejący stan rzeczy, przyznając nielegalnym imigrantom prawo do pozostania w Ameryce. Ustawa przepadła jednak w kontrolowanym wówczas przez Republikanów Senacie. Dziś McCain odcina się częściowo od swoich poglądów i twierdzi, że najpierw należy zabezpieczyć granice, a dopiero potem zająć się imigrantami. W kwestii opieki zdrowotnej republikański kandydat na prezydenta stawia na rozwiązania wolnorynkowe i sprzeciwia się wprowadzeniu powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. 

Senator z Arizony od lat jest obrońcą wolnego rynku i handlu, co nieustannie podkreśla w trakcie kampanii. Ostro krytykował Baracka Obamę za jego ataki na układ handlowy NAFTA. Poparcie dla wolnego handlu i globalizacji, w chwili gdy większość Amerykanów jest do nich sceptycznie nastawiona, należy uznać za godny pochwały akt odwagi oraz stałości własnych przekonań. Niestety, w kilku kwestiach John McCain okazał się mniej zdecydowany, a nawet uderza w populistyczne tony.

Piotr Wołejko

tekst ukazał się pierwotnie na blogu USA 2008 - wybory prezydenckie

 

Poprzednie wpisy o wyborach w USA:

poniedziałek, 22 września 2008

Główny faworyt w wyścigu po schedę po Yasuo Fukudzie, czyli tekę premiera rządu Cesarstwa Japonii, zwyciężył. Nowym szefem rządu będzie, uznawany za jastrzębia w sprawach polityki zagranicznej, Taro Aso - dotychczasowy sekretarz generalny rządzącej Liberalno-Demokratycznej Partii Japonii (LDP).

Aso nie dał szans swoim konkurentom, ministrowi finansów Kaoru Yosano oraz ex-minister obrony Yuriko Koike - której nie udało się zostać pierwszą w historii Japonii kobietą na stanowisku premiera. Wewnątrzpartyjne głosowanie przyniosło Aso 351 z 525 ważnych głosów.

Nowy premier ma bardzo trudne zadanie. Społeczeństwo jest zmęczone nieustanną walką na szczytach władzy, klinczem politycznym spowodowanym porażką LDP w wyborach do wyższej izby parlamentu z lipca 2007 roku oraz nieudolnością i wewnętrznymi sporami w łonie partii rządzącej. Sondaże chwilowo przyniosą Aso i jego ugrupowaniu wzrost poparcia, ale w dłuższej perspektywie szanse na utrzymanie wysokich słupków są niewielkie.

Wiele wskazuje na to, że już wkrótce Japonię czekają wybory do niższej izby parlamentu, w której LDP, wraz ze swoim sojusznikiem - Nowym Komeito, posiada bezwzględną większość 2/3 głosów. Wybory mogą być zarówno szansą jak i ogromnym zagrożeniem dla LDP i jej nowego lidera. Utrata kontroli nad izbą wyższą parlamentu w 2007 roku kosztowała fotel premiera Shinzo Abe. Była także ciężkim ciosem dla LDP. Partii tej zajrzało w oczy widmo utraty władzy - a LDP rządzi Japonią, z niewielkimi przerwami, od połowy lat 50. ubiegłego wieku. 

Efektem słabości klasy politycznej w Japonii i sporów, które sprawiają, iż główne partie LDP oraz DPJ (Demokratyczna Partia Japonii) stały się sparaliżowane i w dużej mierze dysfunkcyjne, będzie dalsza marginalizacja drugiej gospodarki globu na światowej scenie. Rząd Aso musi skupić się raczej na przeforsowaniu budżetu oraz reform gospodarczych. Japoński dług publiczny sięga 180 procent produktu krajowego brutto, inflacja rośnie, a wzrost gospodarczy spada. Kryzys gospodarczy i kryzys polityczny to niezbyt dobre warunki dla dużej aktywności na zewnątrz. 

W Izraelu natomiast po raz pierwszy od ponad trzech dekad na fotelu premiera może zasiąść kobieta. Cipi Liwni o włos wygrała partyjne wybory, wyprzedzając swojego głównego rywala, ministra obrony Shaula Mofaza, o mniej niż dwa procent głosów. Minister spraw zagranicznych i była agentka Mossadu ma teraz trochę czasu na stworzenie swojego gabinetu. Jeśli uda jej się zebrać wystarczające poparcie w rozdrobnionym Knessecie, uniknie wyborów i przejmie władzę. 

Efekty zwycięstwa Liwni są już widoczne. Mofaz zdecydował o wycofaniu się, zapewne tymczasowym, z polityki. Kadima, partia na której czele stanęła Liwni, jest głęboko podzielona. W cień usuwa się także Ehud Olmert, który spędzi teraz sporo czasu w sądach. Co zmiana na stanowisku premiera oznacza dla Izraela? O ile nie będzie szybkich wyborów, niewiele. Gabinet Liwni będzie opierał się w większości na tych samych ugrupowaniach. Program rządu również nie będzie różnić się zanadto od poprzedniego rządu.

Prawda jest taka, że Izrael "wisi" w oczekiwaniu na wynik wyborów prezydenckich w USA - nie należy spodziewać się żadnych istotnych ruchów aż do przejęcia władzy przez nową administrację. W sprawach wewnętrznych niezbędnych jest wiele reform, ale nie ma żadnych szans ich realizacji. Jeśli nie stanie się nic nieprzywidywalnego, najbliższe wybory wygra prawicowy i niechętny porozumieniom z Palestyńczykami Likud. Jest wielce prawdopodobne, że wybory odbędą się wcześniej, niż wymaga prawo, czyli przed 2010 rokiem (podobnie zresztą jak w Japonii, gdzie nowe wybory muszą odbyć się najdalej we wrześniu 2009 roku).

Piotr Wołejko
17:12, p.wolejko , Azja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 września 2008

Potężny wybuch wstrząsnął stolicą Pakistanu Islamabadem. Samochód pełen ładunków wybuchowych eksplodował przed znajdującym się w centrum stolicy hotelem Marriott. Najpewniej był to kolejny samobójczy zamach, pokazujący iż Islamska Republika Pakistanu pogrąża się w chaosie.

Ustąpienie z urzędu prezydenta Perveza Musharrafa i zajęcie jego miejsca przez Asifa Aliego Zardariego nie przyniosło poprawy sytuacji. Ataki islamskich radykałów stały się codziennością, do której Pakistańczycy muszą się przyzwyczaić. Rządy cywilne, które trwają zaledwie od lutego br., są słabe i niezdolne do opanowania sytuacji. Politycy dwóch największych partii, choć przejściowo stworzyły sojusz, są przede wszystkim skupione na walce między sobą. Liderzy ugrupowań - Asif Zardari (Pakistańska Partia Ludowa) oraz Nawaz Sharif (Pakistańska Liga Muzułmańska) stali się zaprzysięgłymi wrogami. A właściwie nie stali się, tylko powrócili do starych zatargów i sporów natychmiast po odsunięciu od władzy wspólnego wroga - Perveza Musharrafa.

Prezydent Zardari przejął urząd z jego nadzwyczajnymi uprawnieniami, które przyznał sobie jego poprzednik. Ciężko jednak wierzyć, aby Zardari mógł i był w stanie twardo realizować swą wolę oraz aby mógł stłumić rebelię radykałów. Tak chyba należy nazwać to, co dzieje się teraz w Pakistanie. Wszelkiej maści radykałowie, islamiści i zwyczajni terroryści chwycili za broń i prowadzą swoistą kampanię strachu. Potrzebna jest zdecydowana, a zarazem kompleksowa reakcja.

Sercem rebelii, która ogarnia nie tylko Pakistan, ale także sąsiadujący z nim Afganistan, są tereny administrowane przez plemiona (pusztuńskie), tzw. FATA, a zwłaszcza Południowy Waziristan. Talibowie i im podobni niepodzielnie władają pograniczem afgańsko-pakistańskim, raz po raz dokonując ataków po obu stronach granicy. Armia pakistańska ani jakakolwiek władza z Islamabadu nie ma tam dostępu - częściowo z własnej woli, gdyż jeszcze za czasów Musharrafa wojsko zawarło rozejm z miejscowymi watażkami. Ceną za "pokój" było wycofanie się sił pakistańskich z tych terenów.

Rosnący w siłę radykałowie stali się na tyle poważnym zagrożeniem dla misji NATO w Afganistanie, że amerykańscy żołnierze coraz częściej przeprowadzają wypady na terytorium Pakistanu i tam rozprawiają się z islamistami. Powoduje to, co oczywiste, furię władz w Islamabadzie oraz wywołuje coraz większy gniew pakistańskiego społeczeństwa, kierowany zarówno przeciwko Ameryce, jak i rządowi centralnemu. Koło się zamyka.

Bez szybkiej i zdecydowanej akcji na terytoriach plemiennych nie ma mowy o stabilizacji w Pakistanie ani zwycięstwie w Afganistanie. Dopóki radykałowie znajdują bezpieczną przystań na rozległym, górzystym terenie, dopóty Pakistan i Afganistan będą krwawić od ran zadawanych im przez islamistów. Połączony wysiłek sił NATO, głównie Amerykanów oraz armii pakistańskiej może jednak nie wystarczyć. Oprócz siły potrzebny jest przemyślany plan reintegracji terytoriów plemiennych z resztą Pakistanu. Najwyższy czas skończyć z bezprawiem panującym na tych terenach i ich dyskryminacją. Problem w tym, że nawet jeśli plan taki powstanie (co jest mało prawdopodobne), potrzebne będą amerykańskie pieniądze, aby wprowadzić go w życie.

Przy tak wielu znakach zapytania, słabości całej pakistańskiej klasy politycznej oraz niejasnej postawie pakistańskiego wywiadu ISI, trudno powiedzieć cokolwiek innego nadto, co zostało stwierdzone w tytule - Pakistan się sypie.

Piotr Wołejko

Poprzednie wpisy o Pakistanie:

  • Pakistan: Zardari na prezydenta, Sharif stawia nowe warunki
  • Żegnaj Musharraf, witajcie talibowie!
  • Musharraf ustępuje
19:22, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook