poniedziałek, 28 września 2009

grafikaJedna blondynka pyta drugą: to jak się w końcu mówi, Irak czy Iran? Ten niezbyt wybredny żart przychodzi mi na myśl, gdy czytam i słucham kolejnych doniesień o Iranie. Nagonka na Teheran zaczyna przypominać obławę na Irak z lat 2002-03. Nawet scenariusz jest bliźniaczo podobny - nowe dane wywiadu informujące o kolejnych odkryciach, które rzekomo zagrażają stabilności regionu i pokojowi na świecie.

Jak skończyła się nagonka na Irak, nie trzeba przypominać. Warto natomiast przypomnieć, że dane wywiadowcze, z których wywiedziono casus belli, okazały się nie tyle dęte, co absolutnie nieprawdziwe. Dziś Iran stał się chłopcem do bicia, a pętla wokół irańskiego reżimu zacieśnia się. Nawet antyteza Georga W. Busha, prezydent Barack Obama, nie wyklucza opcji militarnej. Obama mówiący językiem Busha? Koniec świata! Na marginesie dodam, że ideolog neokonserwatystów Edward Luttwak nazywa politykę zagraniczną Obamy po imieniu - kontynuacją noekonserwatywnej polityki Busha.Zatem nie tylko słowa, ale również czyny poprzedniego i obecnego lokatora Białego Domu noszą silne znamiona podobieństwa.

Mówiąc już bez zbędnej ironii, mamy obecnie do czynienia z efektowną grą, w której po jednej stronie mamy Iran, a po drugiej (teoretycznie) pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz Niemcy. Dodałem teoretycznie, gdyż w zasadzie tylko połowa szóstki prezentuje w miarę jednolite stanowisko: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja. Wskazana trójka chce zdecydowanych i ostrych sankcji wymierzonych w Teheran. A czego chce pozostała trójka?

Niemcy nie wychylają się i na razie podchodzą do sprawy spokojnie. I nie jest to wyłącznie wynikiem kampanii wyborczej oraz wczorajszych wyborów. Rosja lawiruje jak może, nie chcąc zrobić afrontu Obamie po wycofaniu się z tarczy antyrakietowej, ale jednocześnie nie mogąc pozwolić sobie na otwarte stanięcie po stronie Ameryki i zepsucie dobrych relacji z Iranem. Chiny zaś sprzeciwiają się sankcjom i wolą szerokie negocjacje.

Na początku października przedstawiciele szóstki oraz Iranu spotkają się w Szwajcarii, aby porozmawiać o dzielących je kwestiach. Pomijając retorykę Teheranu i Waszyngtonu (negocjacje o bezpieczeństwie regionu, ani słowa o programie nuklearnym vs. program nuklearny i być może inne sprawy) należy stwierdzić, że wszystko zmierza w kierunku utrzymania status quo. Faworyzowane przez Amerykę, Francję i Wielką Brytanię sankcje gospodarczo-polityczne mają niewielkie szanse wyrządzić Iranowi istotne szkody. Pisze o tym Roger Cohen w dzisiejszym New York Times.

W swoim komentarzu Cohen powołuje się na słowa Raya Takeyha, eksperta z Council on Foreign Relations, który określił sankcje mianem "opcji dobrego samopoczucia". Coś zostało przyjęte, zadziałaliśmy - może powiedzieć Rada Bezpieczeństwa ONZ. Istnieją jednak dwa problemy dotyczące sankcji. Po pierwsze, dla ich skuteczności państwa szóstki muszą przestrzegać obowiązywania sankcji. Po drugie, Rosja i Chiny zrobią wiele, aby rozwodnić restrykcje i przyjąć dokument "bez zębów". Robiły już tak wcześniej, zrobią i teraz. Ich relacje z Iranem są ważniejsze od przypodobania się Zachodowi.

Sytuacji nie ułatwiają także Irańczycy, budujący w tajemnicy kolejną instalację nuklearną oraz przeprowadzający aktualnie manewry wojskowe połączone z testowaniem rozmaitych rakiet krótkiego, średniego i dalekiego zasięgu. Teatrzyk pełną gębą. Podbijanie bębenka przez obie strony jest grą obliczoną na to, aby sprzedać się po najwyższej cenie.

Kiedy w 2007 roku izraelskie lotnictwo zniszczyło syryjską instalację nuklearną, Damaszek schował głowę w piasek i udawał, że nic się nie stało. Brak konsekwencji pokazuje, że straszenie przysłowiowym "końcem świata" przy tego typu atakach jest nieuprawnione. Każdy przypadek jest oczywiście inny i należy rozpatrywać go osobno. Czy w wypadku ziszczenia się najgorszego scenariusza, tj. nalotów na irańskie instalacje nuklearne, Iran zareaguje jak Syria? Czy odpowie, jak zapowiadają władze irańskie, atakując np. amerykańskie bazy oraz wojska w pobliżu swych granic, znajdujące się w zasięgu irańskich rakiet?Przy okazji sprostowanie, Iran nie potrzebuje rakiet o zasięgu ok. 2000 km, aby zadać straty Ameryce.

Pojawiają się też inne pytania: czy naprawdę nie można powstrzymać Iranu przed zdobyciem broni jądrowej? Czy Iran posiadający taką broń stanowi zagrożenie dla regionu bądź świata? Odpowiadając na pierwsze pytanie, należy być bardzo sceptycznym. Jeśli reżim irański jest zdeterminowany, żadne sankcje ani naloty nie powstrzymają go w dążeniu do celu. A mówimy o sytuacji idealnej, gdy USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja i Chiny współpracowałyby w dobrej wierze, aby Iran powstrzymać. Prawdopodobne jest zatem opóźnienie postępu prac, ale nie zapobieżenie końcowemu efektowi.

Kwestia druga, ewentualne zagrożenie irańską bronią jądrową, wydaje się  przesadzone i przejaskrawione. W swym założeniu broń A służy do obrony i powstrzymywania wrogich działań państw trzecich. Wbrew propagandzie, przywódcy irańscy bardzo realistycznie patrzą na świat i geopolitykę. Niektórzy uważają ich za szaleńców, ja widzę w nich zręcznych graczy, którzy całkiem skutecznie poczynają sobie na scenie światowej. Tak jak w przypadku obecnych potęg atomowych, prawdopodobieństwo szaleńczego wykorzystania broni A do zaatakowania innego państwa będzie w przypadku Iranu bardzo niewielkie.

W zasadzie problemem nie jest nuklearny Iran, a konsekwencje "sukcesu irańskiego" dla regionu i dla świata. I o to najpewniej toczy się gra. Jeśli Teheranowi się uda, inni też będą chcieli spróbować. Zamiast zapowiadanej przez Obamę redukcji głowic jądrowych nastąpi proces odwrotny - zwiększenie się ich ilości. Jednak i to nie musi być czymś złym, gdyż posiadanie broni jądrowej generalnie stabilizuje sytuację na świecie i redukuje ilość konfliktów pomiędzy głównymi graczami-posiadaczami broni jądrowej. Względnie przenosi je gdzie indziej, na sojuszników/satelitów głównych potęg, wywołując tzw. zastępcze wojny. Jednak i bez broni A znamy, nawet z najnowszej historii, przypadki takich wojen.

Czy można więc zaryzykować tezę, że wejście przez Iran w posiadanie broni jądrowej pozytywnie wpłynie na Bliski Wschód? W krótkim okresie niekoniecznie, gdyż inne kraje regionu poczują się zagrożone przez wzrost potęgi Iranu. Wówczas spodziewałbym się amerykańskich gwarancji dla arabskich sojuszników Waszyngtonu, czyli rozciągnięcia nad nimi parasola nuklearnego.

Długookresowo należy spodziewać się większej stabilności, a być może także wewnętrznej transformacji irańskiego reżimu. Zniknie bowiem problem (dalece wyimaginowany, ale to nasz - "zachodni" punkt widzenia) "amerykańskiego zagrożenia". Trudno będzie przedstawiać Amerykę jako wroga zagrażającego istnieniu Islamskiej Republiki. Rządzący Iranem, o ile wcześniej nie zostaną zmuszeni do dokonania zmian, staną przed dylematem legitymizacji ich władzy.

Iran posiadający broń atomową nie jest moim marzeniem. Nie sądzę jednak, aby zdobycie broni jądrowej przez Iran było jakimś kataklizmem. Nie było tak w przypadku Izraela, Indii, Pakistanu czy Korei Północnej. Ziemia dalej kręci się wokół słońca, a nad wrogimi dla ww. państw stolicami nie widzieliśmy atomowego grzyba. Jeśli nie uda się powstrzymać Iranu (na co się zanosi), nie dajmy się zwieść katastroficznej propagandzie. Co więcej, żadnej katastrofy nie będzie także w razie nalotów na irańskie instalacje nuklearne. Każda opcja ma swoje plusy i minusy. Decydenci powinni rozważyć je uważnie. W szczególności opcję militarną, która może okazać się kosztowna finansowo i geopolitycznie.

Zbliżające się rozmowy powinny być okazją do szczerej wymiany poglądów.  "Dyplomacja jest po to, aby rozmawiać z wrogiem", powiedział były minister spraw zagranicznych Francji H. Vedrine, cytowany przez Jana Barańczaka we wstępie do bardzo ciekawego tekstu pt. Nowy Wspaniały Świat. Warto zastosować się do rady Francuza i porozmawiać o Iranie i jego problemach z Irańczykami, zanim podejmie się jakiekolwiek decyzje.

Piotr Wołejko

 

grafika: nationalterroralert.com

wtorek, 22 września 2009

Wycofanie się przez Stany Zjednoczone z budowy tarczy antyrakietowej zostało na Kremlu przyjęte jako wielkie zwycięstwo Rosji. Premier Władimir Putin pochwalił decyzję Baracka Obamy zastrzegając jednocześnie, że spodziewa się, iż podążą za nią kolejne. Dzień po ogłoszeniu decyzji Stanów Zjednoczonych ze swoim pierwszym ważnym przemówieniem wystąpił nowy szef NATO Anders Fogh Rasmussen. Co z tego wszystkiego wynika?

Traktowanie rezygnacji Ameryki z radaru w Czechach i 10 rakiet w Polsce jako sukcesu Rosji jest dużym uproszczeniem. Owszem, Rosjanie cieszą się z tego faktu i ogłaszają swoje zwycięstwo, ale nie było intencją Obamy wywieszanie białej flagi. Biały Dom podpiera swoją decyzję wielotygodniowymi analizami na różnych szczeblach. Zmianę koncepcji (zamiast przechwytywania rakiet dalekiego zasięgu skupienie się na rakietach krótkiego i średniego zasięgu) została Obamie rekomendowana zarówno przez polityków, jak i wojskowych.

Z drugiej strony, nie da się oprzeć odczuciu, że Praga i Warszawa w szczególności, a Europa Środkowo-Wschodnia generalnie zostały potraktowane w sposób wątpliwy z punktu widzenia interesów Waszyngtonu. Chodzi o to, że nie traktuje się krajów przyjaźnie nastawionych w sposób arogancki, lekceważący. Niektórzy zwracają uwagę, że na wschodzie Europy prezydent Obama cieszy się mniejszym uznaniem od swego poprzednika, ale inni zauważają, że ignorowanie naszego regionu rozpoczęło się za administracji Georga W. Busha.

Obawy takich państw jak Polska czy kraje bałtyckie są głęboko zakorzenione w historii i dotyczą Federacji Rosyjskiej. Tymczasem, powstało wrażenie, że Stany Zjednoczone zamierzają ponad naszymi głowami dogadywać się z Rosją, zezwalając jej na odbudowę dawnej strefy wpływów (do czego Moskwa bez wątpliwości dąży). Europa Zachodnia, w szczególności Francja, od dawna jest zafascynowana Rosją i jej nastawienie jest takie, aby za wszelką cenę się z Rosjanami dogadać. Warto pamiętać, że gdyby nie presja Amerykanów, nasi dzisiejsi partnerzy z Unii Europejskiej nie wpuściliby nas do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nie mogąc liczyć na Europę Zachodnią, kraje naszego regionu w sposób naturalny zwróciły się w kierunku Waszyngtonu, poszukując dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa.

Niestety, coraz wyraźniej widać, że NATO nie jest już sprawną maszyną militarną gwarantującą bezpieczeństwo. Dziesięć lat po przyjęciu nowych członków (i kolejnych rozszerzeniach w następnych latach) nie opracowano planów obrony nowo-przyjętych państw. Tkwią one w strategicznej próżni, teoretycznie bezpieczne, ale praktycznie bezbronne i zdezorientowane. Czy niemieccy, francuscy bądź hiszpańscy żołnierze będą umierać za Tallin, Warszawę czy Tiranę?

Słynny artykuł V traktatu ustanawiającego NATO stanowi, że atak na jednego członka jest atakiem na wszystkich. W czasach Zimnej Wojny było wiadomo, przeciwko komu artykuł V może zostać wykorzystany. Obecnie, po końcu i powrocie historii nie bardzo wiadomo, kto jest hipotetycznym zagrożeniem dla członków Sojuszu. Z politycznego tchórzostwa nie można przygotować planów obrony nowych członków w przypadku agresji ze wschodu. Najbardziej prawdopodobny przeciwnik, Rosja, jest przez NATO traktowana niejednoznacznie. Dotychczasowi członkowie Sojuszu nie widzą w niej potencjalnego przeciwnika, Waszyngton pozostaje czujny, ale nie artykułuje głośno swych obaw, a część nowych członków jest otwarcie antyrosyjska.

Z tego galimatiasu nie wynika nic dobrego. NATO nie ma wizji swojego istnienia w XXI wieku i nie bardzo wiadomo, na jakie wyzwania mogłoby odpowiedzieć. Pierwszorzędnym celem powinno być utrzymanie bezpieczeństwa w Europie. Pokój nie jest dany raz na zawsze, trzeba o niego dbać. Dominujący pogląd w Sojuszu jest taki, aby budować wspólne bezpieczeństwo razem z Rosją. Nie można bowiem pozwolić sobie na pominięcie tak istotnego gracza w kontynentalnej układance.

Stąd nie dziwi tematyka wystąpienia Andersa Rasmussena, który 18 września br. nawoływał do nowego otwarcia w stosunkach NATO-Rosja. Przypomina to trochę "reset" Waszyngtonu, który po zmianie prezydenta w wyraźny sposób odnawia stosunki z Rosją. Rasmussen zastrzega, żeby nie brać go za osobę naiwną, która nie rozumie faktu, iż pomiędzy NATO a Rosją istnieje wiele różnic. Mówi jednak, że jest kilka kwestii, których uregulowanie żywo interesuje obie strony: terroryzm, Afganistan, rozprzestrzenienie broni jądrowej oraz technologii rakietowych.

Rzeczywiście, wskazane przez Rasmussena problemy interesują kraje NATO oraz Federację Rosyjską. W racjonalnym świecie Sojusz powinien współpracować z Moskwą celem minimalizacji ryzyka i zwalczania zagrożeń. I choć Rosja częściowo współpracuje z NATO w wyżej wskazanych dziedzinach, istnieje poważna wątpliwość co do jednego z głównych założeń sekretarza generalnego NATO: stabilniejsza i dobrze prosperująca Europa przyczynia się do zwiększenia bezpieczeństwa Rosji.

Jak można podważyć tak oczywistą, wydawałoby się, tezę? Bardzo prosto - czy aby na pewno Rosji zależy na stabilności państw znajdujących się w czasach sowieckich w orbicie jej wpływów (bądź pod jej kontrolą)? Co bardziej zwiększa bezpieczeństwo Rosji - stabilność i prosperity Europy, czy większe wpływy rosyjskie w Europie i większa strefa wpływów Moskwy? Historia pokazuje, że druga alternatywa cieszyła się większym zainteresowaniem władców Rosji. Czemu teraz miałoby być inaczej?

Ciekawie przedstawiają się także dwie inne kwestie w relacjach NATO-Rosja, które skupiają na sobie coraz większą uwagę. Pierwszą z nich jest lansowana przez prezydenta Dmitrija Miedwiediewa nowa koncepcja bezpieczeństwa Starego Kontynentu. Drugą, propozycja współpracy z Rosją w dziedzinie obrony przeciwrakietowej. Na trudności z tą ostatnią wskazuje Richard Weitz z Hudson Institute. Warto przeczytać jego tekst, aby zrozumieć skalę problemów, o której nie mówią nam politycy, gdy roztaczają przed nami piękną wizję kooperacji z Moskwą dla naszego wspólnego dobra.

Odnośnie nowej architektury bezpieczeństwa w Europie wiemy niewiele. Prezydent Miedwiediew zobowiązał się do przedstawienia kompleksowych rozwiązań, ale na razie wzywa tylko wszystkich do potraktowania jego propozycji poważnie. Czekając na wyłożenie kawy na ławę można przewidzieć, że Rosjanie będą chcieli zminimalizować rolę NATO, próbując wypchnąć Stany Zjednoczone z tworzonego przez siebie ładu. Jeśli uda się ograniczyć rolę Ameryki w Europie, Rosja zyska decydujący głos w sprawach europejskiego bezpieczeństwa. Nikt istotny, może poza Wielką Brytanią, którą można jednak zignorować (wyspa, Anglosasi etc.), nie postawi się Moskwie. Chyba, że ktoś wierzy, iż Francja, Niemcy czy Włosi powiedzą Putinowi stanowcze i kategoryczne "nie".

Czekając na konkretne propozycje autorstwa rosyjskiego prezydenta należy stwierdzić, że wzmocnienie NATO oraz utrzymanie roli Sojuszu w zapewnianiu bezpieczeństwa Europie leży w interesie Polski i powinniśmy intensywnie działać w tym kierunku. Niestety, zamiast tego, do tej pory realizowaliśmy inną strategię - pogodziliśmy się ze słabnącą pozycją NATO i szukaliśmy ekskluzywnych relacji dwustronnych ze Stanami Zjednoczonymi. Nie wiem, czy polscy decydenci wierzyli w to, że możemy być Izraelem nad Wisłą czy nie, ale lekceważenie istniejących instytucji i próba budowania zamków z piasku okazały się całkowitym fiaskiem. NATO nadal jest kolosem z opaską na oczach i związanymi rękami, a do skonsumowania rzekomo intymnych stosunków z Ameryką nie doszło.

Pogłoski o głębokim kryzysie NATO są oczywiście przesadzone, jednak organizacji tej brak tożsamości. Anders Fogh Rasmussen ma trudne zadanie koordynowania wypracowania nowej strategii oraz rozwiania obaw nowych członków Paktu. Nie ma bowiem nic gorszego w stosunkach pomiędzy przyjaciółmi od braku zaufania.

Piotr Wołejko

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 

czwartek, 17 września 2009

Administracja Obamy nie ma ostatnio szczęścia do dyplomatycznych posunięć dotyczących Polski. Najpierw Amerykanie próbowali wysłać swój dziesiąty garnitur na obchody rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Uratowali się w ostatniej chwili dorzucając do delegacji gen. Jamesa Jonesa, doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego (choć wróble w Waszyngtonie ćwierkają, że Jones jest na wylocie z ekipy 44. prezydenta USA).

Dzisiaj natomiast aż huczy od plotek, jakoby Obama chciał nas uraczyć informacją o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z planów rozmieszczenia w Polsce i Czechach elementów systemu obrony rakietowej, zwanego potocznie tarczą antyrakietową. Wyczucie czasu zaiste idealne - 17 września i okrągła siedemdziesiąta rocznica sowieckiego ciosu w plecy II Rzeczpospolitej. Wbrew pozorom, trudno jednak o jakiekolwiek analogie z tamtymi czasami, choć zapewne część komentatorów się do tego posunie.

Nie ma bowiem mowy o żadnym ciosie w plecy Polski. Od wielu miesięcy było wiadomo, że tarcza stoi pod znakiem zapytania i może jej nie być. Obama entuzjastą programu antyrakietowego nigdy nie był i jego zwycięstwo oznaczało w najlepszym przypadku spowolnienie prac nad tarczą (w ogóle, nie tylko w naszym regionie).

Niewłaściwy timing ogłoszenia przewidywanych od dłuższego czasu decyzji nie powinien zajmować naszej uwagi. Ważniejsze są przyczyny i skutki takiego obrotu zdarzeń. Trzy główne to niechęć Demokratów do idei tarczy, oszczędności finansowe oraz chęć zbudowania nowych relacji z Rosją i zyskania jej przychylności dla załatwienia rozmaitych spraw, m.in. irańskiego programu nuklearnego.

I w tym ostatnim upatrywałbym głównego powodu, dla którego Obama zdecydował się wycofać z tarczy w Europie Środkowo-Wschodniej (choć jest też drugi istotny powód - nowy układ o redukcji zbrojeń strategicznych). Wielokrotnie pisałem już na łamach niniejszego bloga, że wiara w możliwość wywarcia istotnego (ergo skutecznego) nacisku na Teheran przez Moskwę jest złudna i nie należy przeceniać rosyjskich wpływów w islamskiej republice. Dziś wesprę się podobną opinią autorstwa Jeffreya Mankoffa z wpływowego - co przyznała wprost sekretarz stanu USA  Hillary Clinton - think-tanku Council on Foreign Relations.

Ahmadinejad, Putin i ChameneiEkspert CFR wskazuje kilka powodów, dla których obecny układ rosyjsko-irański jest dla Rosji korzystny. Po pierwsze, Moskwa trzyma Iran z daleka od swojego miękkiego kaukaskiego podbrzusza. Rosjanie dobrze wiedzą, że Iran potrafi skutecznie mieszać w innych krajach, wspierając pośrednio i bezpośrednio akty terroru - trzymając sztamę z mułłami minimalizują ryzyko na i tak niespokojnym terenie.

Drugi powód, który wyłuszcza Mankoff, to gospodarka. Izolacja Iranu sprzyja Rosji, gdyż automatycznie ubywa jej większość konkurentów do robienia w Iranie dobrych interesów. Kluczowa jest oczywiście energetyka i ogromne irańskie złoża gazu ziemnego. Podtrzymując izolację Teheranu Rosjanie zyskują pewność, że irański gaz nie trafi na lukratywny europejski rynek, a zachodnie koncerny nie będą miały dostępu do irańskich surowców. Gra Rosji na wsparcie obecnego kierunku postępowania Teheranu pozwala jej nie tylko czerpać doraźne zyski gospodarcze, ale przede wszystkim odcina groźnego konkurenta od europejskiego rynku energetycznego.

Reasumując, Rosjanie nie tylko nie pomogą Amerykanom zmienić postępowania mułłów, ale zrobią wiele, aby podtrzymać ich na duchu i utrzymać obecny status quo. Podobnie mają się rzeczy z traktatem o redukcji zbrojeń nuklearnych. Nowy układ jest raczej korzystny dla Rosji, niż Ameryki, gdyż sztucznie utrzymuje parytet, gdy Moskwa nie nadąża za dotychczasowym.

Daleki jestem od dokonywania ostrych ocen, choćby jak określenia rezygnacji z tarczy mianem kapitulacji przed Rosją Władimira Putina (The Weekly Standard), ale wygląda na to, że administracja Obamy przegrywa z doświadczonymi rosyjskimi strategami. W zamian za mgliste (i najczęściej nieszczere) zapowiedzi pomocy, Obama dokonuje realnych ustępstw na rzecz Rosji. Obserwując rosyjskie poczynania oraz retorykę, trudno cieszyć się ze strzelających na Kremlu korków od szampana.

Decyzja o rezygnacji z tarczy oraz sposób jej przekazania pokazują, że potraktowano nas jak przedmiot stosunków międzynarodowych. Nasza dyplomacja musi jak najszybciej rozpocząć działania mające na celu zmianę tego stanu rzeczy. Przedmioty się przestawia, a podmioty pyta o zdanie.

Piotr Wołejko

 

grafika: 4.bp.blogspot.com (for. IRNA)

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

środa, 16 września 2009

Parlament Europejski przyklepał Jose Manuela Barroso na drugą kadencję przewodniczącego Komisji Europejskiej. Za głosowało 382 deputowanych, przeciw było 219, od głosu wstrzymało się 117 osób. Do odnowienia mandatu Portugalczykowi wystarczyła zwykła większość - przekroczono ją minimalnie.

Kiedy zsumujemy głosy przeciw oraz wstrzymujące się, okaże się, że nowy mandat starego przewodniczącego jest dość słaby. Niepokoi w szczególności ilość deputowanych wstrzymujących się od głosu - aż 117! Nie wiemy, czy są oni za, czy przeciw proponowanej przez Barroso wizji Europy oraz Komisji. Blisko jeden na sześciu deputowanych Parlamentu Europejskiego nie ma zdania w kluczowej dla Wspólnoty sprawie.

Odnowiony mandat Barroso jest słaby, tak jak pozycja nowego-starego przewodniczącego w Unii Europejskiej. Polityka nie narażania się wielkim graczom - głównie Francji i Niemcom - pozwoliła mu pozostać na stanowisku. Już wkrótce testem niezależności Barroso oraz jego rzeczywistej siły będzie dochodzenie w sprawie pomocy publicznej Berlina dla Opla, koncernu motoryzacyjnego przejmowanego właśnie przez kanadyjską firmę Magna oraz rosyjski Sbierbank.Sprawa ta z daleka "pachnie" polityką, tym bardziej, jeśli za kilka tygodni odbędą się wybory do Bundestagu. Trudno spodziewać się, aby kanclerz Merkel pozwoliła na uznanie pomocy publicznej dla ratowanego Opla za niezgodną z zasadami prawa europejskiego.

Słaby Barroso idealnie pasuje do dzisiejszych czasów, w których w Paryżu i Berlinie rządzą wielkie osobowości, politycy którzy chcą realizować własne pomysły. Potrzebna jest Komisja bezwolna i posłuszna, która nie będzie czepiać się rozmaitych pomysłów, głównie gospodarczych (i większości protekcjonistycznych) powstających w głowach Sarkozy'ego i Merkel. Kluczowi europejscy decydenci potrzebują, aby szef Komisji ustępował im pola, by można było sterować nim z tylnego siedzenia.

Jedyną, choć niewielką nadzieją jest to, że druga kadencja jest dla Barroso bez wątpienia ostatnią. Zazwyczaj politycy pozbawieni możliwości reelekcji starają się zapisać w historii. Dotyczy to głównie amerykańskich prezydentów, ale można przełożyć tą zasadę również na warunki europejskie. Problem w tym, że Barroso nie dysponuje zapleczem politycznym, a rządy państw członkowskich oddelegują do Komisji (którą teoretycznie tworzy samodzielnie, ale może co najwyżej obsadzać przydzielonymi mu ludźmi odpowiednie teki)osoby, które będą pilnować interesów tychże państw.

Jaki lider, taka Europa - pozwoliłem sobie, dla niektórych zapewne prowokacyjnie, zatytułować niniejszy wpis. Niestety, taka jest rzeczywistość. Przywódcy oraz europejscy decydenci ostatnie lata stracili w dużej mierze na negocjowanie nowego traktatu, który ma zastąpić obowiązujący traktat z Nicei. Wkrótce Irlandczycy zdecydują, czy tzw. traktat lizboński (w rzeczywistości dość wierna kopia odrzuconej w 2005 roku przez Francuzów i Holendrów "Konstytucji Europejskiej") będzie mógł wejść w życie, czy pozostanie tylko świstkiem papieru - symbolem klęski europejskiego przywództwa i paneuropejskiej myśli politycznej.

Rzekomo wzmacniający Unię traktat lizboński, nawet jeśli wejdzie w życie, może nie przynieść spodziewanych rezultatów. Jak to z prawem bywa, nie chodzi o to, aby wszystko w sposób precyzyjny i łatwy do zrozumienia zapisać - jest to dalece niewystarczające. Trzeba jeszcze chcieć się do postanowień aktów prawnych stosować. Musi być po temu wola polityczna państw członkowskich. Tymczasem, wbrew propagandzistom głoszącym, że pod rządami traktatu nicejskiego Unii grozi paraliż i katastrofa, już dziś można by działać lepiej, skuteczniej i bardziej spójnie. Można by, gdyby państwa tego chciały.

Brak woli politycznej sprawia, że poszczególne państwa wolą samodzielnie dogadywać się z państwami trzecimi, pomijając europejskie mechanizmy i instytucje.Prym wiodą tu oczywiście najwięksi i najsilniejsi. I żaden traktat nie zmusi ich, aby działali inaczej. Mimo ust pełnych frazesów urzędnicy w Paryżu, Berlinie czy Rzymie nie zawahają się ani sekundy, gdy staną przed wyborem: interes narodowy czy europejski. Zawsze postawią na pierwszy. Drugi ma szanse tylko wtedy, gdy jest spójny z pierwszym.

Szkoda, że europejscy liderzy, najważniejsi decydenci, stawiają na słabego przewodniczącego Komisji, słabą Komisję i słabą Europę. W wielu sprawach przydałaby się większa spoistość i solidarność, o której mówił zarówno Jose Barroso, jak i polski przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. Solidarność i współpraca w takiej dziedzinie jak energetyka (interkonektory, dostawy surowców, zielone technologie) jest naprawdę pożądana. Jednak słaby lider nie podoła.

Obym się mylił, ale druga kadencja sympatycznego i rozsądnego Portugalczyka oznacza dla Europy stagnację polityczną. A słaba, nie umiejąca współdziałać Europa, nie będzie w stanie zmierzyć się z wyzwaniami XXI wieku. Zamiast od dziś przygotowywać się do nowych wyzwań i problemów, fundujemy sobie kilkuletni urlop od polityki kreatywnej, twórczej, mogącej inspirować nie tylko ludzi na Starym Kontynencie.

Piotr Wołejko

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

13:56, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 września 2009

Wkrótce minie osiem lat od inwazji Stanów Zjednoczonych na Afganistan. Mimo ogromnych pieniędzy i wysiłku wojskowych, sytuacja w tym kraju nieustannie się pogarsza. Niedawne wybory prezydenckie trudno uznać za sukces, skoro panuje przekonanie o ich sfałszowaniu. Skorumpowane "władze" w Kabulu zapewniły sobie przedłużenie kadencji, a konkretniej możliwość czerpania osobistych korzyści z pieniędzy przeznaczanych na odbudowę kraju.

Gdy do Polski docierają kolejne informacje o żołnierzu, który zginął w Afganistanie, pomyślmy chwilę o Amerykanach, Brytyjczykach czy Kanadyjczykach, których ofiara jest o wiele większa niż polska. Pojawiające się pytania, czy naprawdę wiemy o co walczymy i czy możemy zwyciężyć są coraz bardziej zasadne i wymagają poważnej refleksji. Refleksji nie tylko w Warszawie, ale w siedzibie NATO w Brukseli oraz w Waszyngtonie.

Strategia afgańska administracji Busha zakładała, że wystarczy przepędzić talibów, islamskich radykałów, a społeczeństwo samo stworzy demokratyczne państwo. Nawet jeśli nie zapisano tego w żadnym dokumencie, tak mniej więcej przedstawia się rzeczywistość. Myślenie życzeniowe, czyli instalowanie demokracji w kraju bez jakichkolwiek tradycji znanych z europejskiej i amerykańskiej historii, znalazło zastosowanie także w Iraku. Efekty obu eksperymentów są podobne.

Nierealistyczne cele są bezpośrednim powodem fiaska misji afgańskiej, prowadzonej przez wojska amerykańskie i NATOwskie (w tym polskie) od wielu już lat. Powierzenie armii misji tworzenia podstaw demokracji nie mogło się powieść. Czy inżynier mógłby napisać wiersz trzynastozgłoskowcem a absolwent polonistyki przygotować plan budowy mostu?

Wojna w Afganistanie została wygrana w kilka tygodni. Trudno, aby było inaczej, skoro przeciw garstce brodaczy z kałasznikowami stanęło zdeterminowane supermocarstwo z całym swym potencjałem wojskowym. W tym momencie osiągnięto cel, czyli odsunięto od władzy wrogo nastawiony reżim, wspierający przeciwników Ameryki. Jeśli po stronie Stanów Zjednoczonych byłaby jakakolwiek konsekwencja, należało kontynuować natarcie w kierunku wschodnim, atakując cele w Pakistanie. Było to jednak niemożliwe, skoro ówczesny prezydent, gen. Musharraf, został przymuszony przez Busha do stanięcia po stronie Amerykanów.

Strategiczny błąd sojuszu z Pakistanem dopiero dzisiaj widać jak na dłoni. Władza talibów była bezpośrednim skutkiem zaangażowania pakistańskich służb specjalnych ISI, a talibowie cieszyli się sympatią zarówno armii, jak i niektórych sił politycznych. Czy Amerykanie o tym nie wiedzieli? Czy liczyli, że Pakistan porzuci własne interesy na rzecz amerykańskich? Nie od dziś wiadomo, że przyjaciele są zmienni, a interesy stałe. Pakistańskim interesem jest to, aby w Afganistanie władzę sprawowali ludzie, których można kontrolować z Islamabadu. Afganistan postrzegany jest przez Pakistan niemalże jak kolonia czy własna prowincja, zapewniająca tzw. "strategiczną głębię" w razie konfliktu zbrojnego z sąsiednimi Indiami.

Ograniczenie skali działań wojennych do Afganistanu było pierwszym błędem, który popełniono w Waszyngtonie. Drugim była decyzja o próbie budowy od podstaw nowego państwa, ignorując większość miejscowych zwyczajów i problemów. Afganistan, podobnie jak wiele państw w Afryce, jest krajem o przypadkowych granicach i dużym zróżnicowaniu etnicznym. Jest dziwnym zlepkiem plemion o różnym rodowodzie, które nie darzą się sympatią ani zaufaniem.

W skomplikowaną mozaikę wewnętrzną Afganistanu Amerykanie weszli jak słoń w skład porcelany. Początkowa sympatia dużej części ludności, której nie w smak były średniowieczne nakazy i zakazy narzucone przez radykalnych talibów, z czasem przekształciła się w nieufność, a obecnie zmienia się w nienawiść. Wszystko przez akcje wojsk zachodnich, w których giną cywile. Ich śmierć jest nieuchronna w każdym konflikcie, tym bardziej w takim, który w dużej mierze jest prowadzony przez naloty i bombardowania. Niezależnie od tego, jak "inteligentna" będzie bomba, nie da się uniknąć ofiar wśród cywilów.

Zwiększanie ilości żołnierzy w Afganistanie nie ma większego sensu. Bitwa o serca i umysły Afgańczyków została już właściwie przegrana. Jesteśmy dla dużej części miejscowych zagranicznym okupantem, którego należy przegnać z ojczystej ziemi. Rzekomo zapewniane przez wojska zachodnie bezpieczeństwo jest fikcją. Dowódcy liniowi otwarcie przyznają, że talibowie i partyzanci podchodzą już na kilkaset metrów pod bazy wojsk koalicyjnych. Stąd już tylko krok do otwartych ataków na te bazy, być może takich, jakie pokazano w filmie "9 kompania".

Niedawno niektórzy polscy eksperci od wojska twierdzili, że urzędnicy w MON swoją ocenę misji afgańskiej opierają właśnie na tym filmie. Zapewniali przy tym, że uratowałyby nas i ochroniły naszych żołnierzy samoloty bezzałogowe oraz większa liczba helikopterów. Z całym szacunkiem dla ich doświadczenia i wiedzy, jest to zwykłe plecenie. Amerykanie mają sprzętu pod dostatkiem, a ich żołnierze giną niemal codziennie. Sowieci mieli masę helikopterów, a w latach 80. też niewiele mogli zdziałać.

W przypadku Afganistanu odpowiadamy już nie na pytanie, czy możemy wygrać, ale jak się z tego kraju wycofać. Zaryzykuję stwierdzenie, że im szybciej się wycofamy (nie tylko my, Polacy), tym lepiej. Zaraz podniosą się głosy, że oddajemy teren terrorystom i że wszystkie wcześniejsze wysiłki (i wydatki) zostaną zmarnowane. Spójrzmy prawdzie w oczy, te wysiłki i wydatki są zmarnowane. Gdy jakaś inwestycja się nie opłaca i nie ma widoków na odwrócenie trendu, należy ją przerwać.

Dla zapewnienia bezpieczeństwa Ameryce, bo o to głównie w misji afgańskiej chodzi, wystarczy prosta, skuteczna i znana strategia zwana offshore balancing. Nie wymaga ona stałej obecności ani jednego żołnierza, okrętu wojennego czy samolotu w interesującym nas regionie. Względny spokój (nigdy nie osiągnie się stanu absolutnego spokoju, widać to zresztą obecnie, gdy dziesiątki tysięcy żołnierzy stacjonuje w Afganistanie) zapewni Ameryce lotnictwo. Gdy zajdzie potrzeba likwidacji baz terrorystów czy ich samych, dokona się bombardowań i po problemie. W pobliżu mogą stacjonować bądź szybko zostać przerzucone oddziały sił specjalnych, które po dokonaniu szybkiego i krótkiego wypadu powrócą do swych baz.

Oczywiście strategia ta nie zapewnia 100-procentowego sukcesu. Nie da się z powietrza zabić wszystkich terrorystów, zlikwidować ich baz itd. Niestety, jak widać, nie da się tego osiągnąć także dysponując silnym kontyngentem wojsk lądowych.Realizacja nowego pomysłu wymaga precyzyjnego określenia celów oraz trzymania się ich. Celem nie może już być budowa demokratycznego ani nawet silnego państwa afgańskiego. Może nim być natomiast powstrzymywanie terrorystów przed przygotowywaniem nowych ataków. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że władze afgańskie, nieważne czy obecne, czy jakiekolwiek inne (nawet talibowie) będą mogły (i chciały) samodzielnie walczyć z terrorystami.

Stąd nie można wycofać się i zapomnieć o Afganistanie, udając, że wszystko jest cacy. Nie dysponujemy jednak zasobami, a przede wszystkim determinacją, aby naprawić "upadły" Afganistan i postawić go na nogi. Warto już dziś zająć się opracowywaniem strategii wyjścia z Afganistanu i przygotowaniem opcji offshore balancing. W naszym interesie leży powstrzymanie ponownej transformacji Afganistanu w bezpieczną przystań dla terrorystów. Można jednak dokonać tego mniejszym nakładem sił.

Piotr Wołejko

Warto przeczytać:

  1. George F. Will, Time to Get Out of Afghanistan
  2. Komentarz do artykułu No Victory Through Offshore Balancing
  3. Captain's Journal, A Return to Offshore Balancing
  4. John J. Mearsheimer, Pull Those Boots Off The Ground
  5. Christopher Layne, Offshore Balancing Revisited

Jednocześnie przypominam o trwającym "konkursie" na propozycję tematu, którym mógłbym zająć się na moim blogu. Otrzymałem już kilka propozycji, jednak czekam na więcej. Najciekawsza propozycja zostanie nagrodzona książką, więc warto pomyśleć chwilę nad tematem wartym uwagi, aby potem móc poszerzyć swą wiedzę czytając wygraną pozycję książkową. Propozycje można umieszczać w komentarzach oraz przesyłać na adres piotrekwo27[at]interia.pl.

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

16:04, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook