niedziela, 26 września 2010

Harmonijny rozwój i brak problemów z sąsiadami - te hasła już od pewnego czasu nie stanowią imperatywów chińskiej polityki zagranicznej. Choć bardziej asertywna, zdecydowana i twarda postawa Pekinu stała się widoczna jeszcze przed kryzysem finansowym, to dopiero po nim ujawniła się w pełnej krasie. Chiny nie zamierzają skrywać własnego zdania, a chińskie interesy będą realizować z żelazną konsekwencją - często doprowadzając sytuację do wrzenia. Właśnie przekonała się o tym Japonia, wkrótce przekonają się inni.

Więcej niż zatrzymany kapitan

grafikaNa początku września doszło do incydentu z udziałem chińskiego statku rybackiego oraz japońskiej straży przybrzeżnej na obszarze spornych Wysp Senkaku (zwanych także Diaoyutai). Według Japonii chiński kuter nie podporządkował się poleceniom japońskich strażników, a następnie próbował staranować okręt straży. Zdaniem Chin, japońska straż wtargnęła na chińskie wody i aresztowała załogę chińskiego kutra. Załogę dość szybko zwolniono, natomiast kapitana postanowiono zatrzymać celem postawienia mu zarzutów. W efekcie chińskiej presji, o której będzie dalej mowa, kapitan został zwolniony.

Co oczywiste, spór nie dotyczy kapitana kutra rybackiego. Gra idzie o kontrolę nad Wyspami Senkaku, bezludnymi i niewielkimi, ale skrywającymi bogate złoża ropy naftowej i gazu ziemnego. O chińskich sporach terytorialnych, w tym toczonych z Japonią, przeczytacie więcej w moim artykule w najnowszym numerze tygodnika Polska Zbrojna. Tutaj w dużym skrócie należy powiedzieć, że spór de facto wybuchł dopiero w latach 70., po opublikowaniu badań dotyczących złóż ropy i gazu wokół Senkaku.

Wówczas Chiny "przypomniały" sobie, że o Senkaku wspominały kroniki już za czasów dynastii Ming (XIV-XVII w.), a późniejsze japońskie źródła odwołują się do zapisków z Chin. Drugi argument Pekinu wskazuje na przejęcie przez Japonię kontroli nad wyspami w efekcie traktatu z Shimonseki z 1895 roku, który kończył wojnę cesarskich Chin z imperialną Japonią. Tymczasem Tokio twierdzi, że Senkaku zostały zajęte na kilka miesięcy przed podpisaniem wspomnianego traktatu jako terra nullius.

Dziś Tokio i Pekin spierają się o suwerenność nad wyspami, a także o prawa do eksploracji i eksploatacji zasobnych złóż. Chińczycy próbują załatwić sprawę metodą faktów dokonanych i rozpoczęli prace nad wydobyciem surowców. Japonia może się przyłączyć albo, zapewne w nieskończoność, dochodzić swoich racji w bilateralnych rozmowach z Chinami lub w sądach międzynarodowych. Łatwo zrozumieć, że tylko pierwsza opcja ma jakiś przysłowiową przyszłość.

Groźny nacjonalizm

Reakcję Chin na zatrzymanie załogi kutra rybackiego, a następnie na przetrzymywanie kapitana jednostki można określić tylko jednym słowem - furia. Japoński ambasador w Pekinie co i rusz wzywany był na dywanik do ministerstwa spraw zagranicznych ChRL. Wstrzymano oficjalne kontakty na szczeblu ministerialnym, a także nieoficjalne na innych szczeblach. Wstrzymano również rozmowy dotyczące wspólnej eksploracji dna morskiego. Cofnięto także zaproszenie dla japońskiej młodzieży, która wybierała się na Expo w Szanghaju. Premier Wen Jiabao zapowiedział także, że nie ma mowy o spotkaniu z jego japońskim odpowiednikiem Naoto Kanem podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdyż "chwila jest nieodpowiednia".

Oficjalne chińskie media podają, że w internecie obywatele zamieścili dziesiątki tysięcy antyjapońskich komentarzy. Bez wątpienia władze w Pekinie potrafią wzbudzić falę nacjonalizmu i rozbudzić wrogość wobec obcych. W przypadku Japonii nie jest to trudne, a doświadczenie protestów sprzed kilkudziesięciu miesięcy (premierostwo Junichiro Koizumiego oraz Shinzo Abe) jest przecież stosunkowo świeże. Wówczas odbywały się marsze i demonstracje wymierzone w Japonię, a władze z radością sterowały nastrojami mas. Scenariusz jest więc znany i wiadomo, czego można się spodziewać, gdy Chiny znajdą się w konflikcie z innym państwem. Pojawia się jednak pytanie, czy i jak długo władze będą w stanie kontrolować wybuchy nacjonalizmu?

Niebezpieczne znaki

grafikaW trakcie sporu chińsko-japońskiego pojawiły się plotki, iż Chiny wstrzymały Japończykom dostawy tzw. pierwiastków (metali) ziem rzadkich. Są one niezbędne nowoczesnemu przemysłowi, a Chińska Republika Ludowa kontroluje 97% globalnego rynku. Monopolizacji rynku z pewnością pomogła obniżka cen w latach 90., w efekcie której konkurencja nie wytrzymała rywalizacji i upadła. Odbudowa potencjału wydobywczego potrwa najpewniej kilka lat. Stąd Chiny posiadają istotne narzędzie nacisku na inne państwa, w szczególności te najbardziej rozwinięte. Pekin zaprzeczył jakoby jakiekolwiek embargo dot. cennych pierwiastków zostało wprowadzone, ale warto już teraz zastanowić, jak zapobiec realnemu wstrzymaniu dostaw.

Problemem Chin jest to, że są one zbyt duże dla większości państw, by mogły poradzić sobie z ich żądaniami samodzielnie. Tymczasem Pekin stanowczo domaga się rozwiązywania wszelkich sporów i załatwiania spraw w formie bilateralnej. Dlatego Chiny odrzucają możliwość rozmów z ASEAN, organizacją zrzeszającą mniejsze kraje Azji Południowo-Wschodniej, dotyczących sporu o suwerenność nad Wyspami Spratly (złoża surowców, łowiska ryb, kluczowy dla światowej gospodarki szlak handlowy). Gdy po stronie państw ASEAN, wyrażając także własne stanowisko, stanęły Stany Zjednoczone, Pekin zareagował gniewem.

Mało elastyczne podejście Chińczyków, tak różne od tego, które prezentowali jeszcze kilka lat temu, staje się powoli coraz poważniejszym problemem w Azji i na Pacyfiku. Chińskie podejście może być konfliktogenne. Co więcej, może obrócić się przeciwko Chinom, zachęcając zagrożone chińskim maksymalizmem państwa do stworzenia wspólnego bloku obliczonego na powstrzymanie Pekinu. Amerykanie, obawiający się o swoje interesy w regionie, z radością będą sprzyjać powstaniu takiego bloku. Mogą też do niego dołączyć. Chińscy stratedzy powinni mieć to na uwadze.

Piotr Wołejko

 

grafika: yomiuri.co.jp, Li Feng/chinadaily.com.cn

Tagi: Chiny Japonia
21:27, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (3) »
sobota, 11 września 2010

Dziewiąta rocznica ataku terrorystycznego na bliźniacze wieże World Trade Center powinna zmusić nas do przemyśleń. Oto bowiem ukazała się w pełnej krasie niszczycielska potęga mediów. Niszczycielska, gdyż opiera się na bezmyślności i absolutnym braku odpowiedzialności za własne słowa i czyny. Bohaterem rocznicy tragicznego zamachu stał się prowincjonalny pastor kościoła, którego liczba członków jest mniejsza od liczby mieszkańców niewielkiego bloku mieszkalnego.

grafikaPastor wymyślił sobie, że 11 września 2001 roku urządzi sobie palenie Koranu. Dzięki głupocie dziennikarzy na całym świecie, ze szczególnym uwzględnieniem amerykańskich żurnalistów, idiotyczne zachowanie zupełnie marginalnej postaci może kosztować życie dziesiątek a może setek ludzi. Nie pastor jest jednak winien całemu zamieszaniu. Zgodnie z amerykańskim prawem, o czym wspomina na swoim blogu Tomasz Deptuła, nowojorski korespondent Newsweeka, wspomniany pastor może spalić Koran, Biblię czy inną świętą księgę. Za cały ambaras odpowiadają dziennikarze, dla których dzień palenia Koranu stał się świetnym, fenomenalnym wręcz newsem, który napompowano do niebotycznych rozmiarów.

O sprawie palenia Koranu wypowiadali się najważniejsi ludzie w Stanach i na świecie. Zamierzenia pastora potępił głównodowodzący amerykańskich wojsk w Afganistanie, gen. David Petraeus, który stwierdził, że wybryk ten może kosztować życie żołnierzy walczących z talibami i Al-Kaidą. Gdy news o paleniu świętej księgi islamu obiegał świat z szybkością błyskawicy, na tzw. arabskiej ulicy szalał już nienawistny tłum. Śmierć tym, śmierć tamtym etc. Standardowe okrzyki w standardowej sytuacji. Dla mediów takie podkręcenie emocji to opłacalny interes i w sumie dość prosta operacja. To, że ktoś może stracić życie w wyniku transformacji igły w widły mało kogo już w mediach obchodzi.

Ostatecznie Koran nie zapłonął. Pastor zrezygnował ze swoich planów. Został już jednak bohaterem medialnym i rzeczywistym bohaterem dla garstki sobie podobnych fanatyków. Szkody wywołane napompowaniem historii, o której w normalnej sytuacji nie dowiedziałby się praktycznie nikt, są na dziś trudne do oszacowania. Kto wie, ilu zradykalizowanych muzułmanów postanowiło zemścić się na niewiernych za groźbę podniesienia ręki na Koran? Zazwyczaj ten, kto sieje wiatr, zbiera później burzę. W przypadku mediów ta zasada niestety nie działa. Burzę zbierze ktoś inny. Media tymczasem przerzucą się na inne historie. A ciemny lud je kupi...

Piotr Wołejko

 

grafika: clevelandleader.com

piątek, 10 września 2010

Za nami jedno z najbardziej dramatycznych przesileń politycznych w powojennej historii Australii.  A jeszcze rok temu wydawało się, że zaplanowane na rok 2010 wybory federalne nie dostarczą obserwatorom polityki na Antypodach poważniejszych emocji.

Cisza przed burzą

We wrześniu 2009 roku Australią rządził premier Kevin Rudd. Polityk w typie sympatycznego technokraty, pozbawiony wielkiej charyzmy, ale dający obywatelom poczucie stabilizacji. Rudd został szefem rządu w grudniu 2007, gdy jego Australijska Partia Pracy (ALP) po 11 latach odebrała władzę Liberalnej Partii Australii (LPA) kierowanej przez premiera Johna Howarda, bliskiego politycznego przyjaciela George'a W. Busha.

Australijczycy nie lubią częstych trzęsień ziemi na scenie politycznej, dlatego zwykle zmieniają partię rządzącą raz na kilka trzyletnich kadencji, nie częściej. Stąd Rudd i jego ALP mogli być raczej spokojni o wynik wyborów, które zgodnie z konstytucją premier musiał rozpisać najpóźniej jesienią 2010. Zwłaszcza, że LPA po przejściu do opozycji znalazła się w głębokiej defensywie, kierowana przez niezbyt rzutkich Brendana Nelsona i jego następcę Malcolma Turnbulla.

Premier Rudd przyjął kilka motywów przewodnich swych rządów, wśród których bodaj najważniejszym były kwestie ekologiczne, zwłaszcza związane ze zmianami klimatycznymi. O wadze tej tematyki świadczy to, że w jego gabinecie zasiadali obok siebie minister środowiska i osobny minister ds. zmian klimatycznych. Szczególnie duże nadzieje Rudd wiązał ze szczytem klimatycznym w Kopenhadze (7-18 grudnia 2009), gdzie pragnął odegrać rolę głównego dealmakera.

Nawiasem mówiąc, nawiązywało to do obecnej od lat w polityce zagranicznej Australii, ale także np. Kanady czy Norwegii, koncepcji middle power. Zakłada ona, że choć państwa o potencjale podobnym do Australii nie są w stanie rywalizować z wielkimi mocarstwami, mogą budować swoją pozycję międzynarodową poprzez odgrywanie wiodącej roli w wybranych kwestiach, o dużym znaczeniu dla całej społeczności międzynarodowej. Tak właśnie Rudd widział rolę Australii w sprawie zmian klimatycznych.

Fiasko Kopenhagi - początek problemów Rudda

Konferencja kopenhaska zakończyła się fiaskiem, przynajmniej w odczuciu australijskiej prasy, co było poważnym ciosem dla premiera, który rzucił na szalę cały swój międzynarodowy autorytet. Mówiąc bardziej złośliwie: pokazało to dobitnie, iż autorytet ten nie jest zbyt wielki. Ale to nie porażka negocjacji w stolicy Danii okazała się głównym problemem Rudda. Chcąc wzmocnić wizerunek Australii jako lidera zmian, w przededniu Kopenhagi rząd Rudda starał się przeforsować ustawę, która zmuszała przemysł do poważnego ograniczenia własnej emisji gazów cieplarnianych. A trzeba pamiętać, że choć Australia jest państwem wysokorozwiniętym w sensie cywilizacyjnym i pod względem poziomu życia mieszkańców, jej struktura eksportu wygląda niemalże jak w państwie Trzeciego Świata, opierając się na surowcach kopalnych oraz ich przetwórstwie (i płodach rolnych).

Rudd zdołał uzyskać poparcie własnej partii dla tego pomysłu, a nawet zawarł w tej sprawie porozumienie z liderem opozycji. Tyle tylko, że w szeregach opozycyjnej LPA, tradycyjnie reprezentującej interesy środowisk biznesowych, wybuchł bunt. Doszło do wyborów nowego lidera, w których ugodowy Malcolm Turnbull przegrał jednym głosem z sytuującym się zdecydowanie na prawym skrzydle partii Tony'm Abbottem. Dosłownie następnego dnia izba wyższa parlamentu utrąciła kontrowersyjną ustawę głosami LPA.

Przejęcie przez Abbotta sterów opozycji stworzyło dla ALP nieoczekiwane zagrożenie. Ten żarliwy katolik, były bokser-amator i zarazem były kleryk z seminarium duchownego, okazał się znacznie bardziej medialnym i mniej wygodnym rywalem dla szefa rządu niż jego dwaj poprzednicy. Do tego Rudd popełnił brzemienny w skutkach błąd. Po porażce ustawy klimatycznej i Kopenhagi, całkowicie zmienił linię partii w tej sprawie. Z dnia na dzień flagowe hasło ALP przestało mieć dla tego stronnictwa większe znaczenie. Wyborcy zauważyli tę woltę i odebrali ją jako przejaw politycznego koniunkturalizmu czy wręcz cynizmu. Sondaże zaczęły wskazywać coraz mniejszą przewagę partii rządzącej nad opozycją.

Tonący brzytwy się chwyta

A premier Rudd brnął dalej. Najpierw, w ramach walki z kryzysem gospodarczym (który był jak dotąd w Australii faktem bardziej medialno-eksperckim niż problemem szarego człowieka) postanowił nałożyć superpodatek, w wysokości 40% zysku, na wielkie korporacje wydobywcze, czerpiące krociowe dochody z eksportu australijskich surowców. Takie giganty jak BHP Billiton czy Rio Tinto nie zamierzały zgodzić się na rolę chłopców do bicia i odpowiedziały medialną kontrofensywą, wspieraną przez opozycję. Firmy te są głównymi pracodawcami w najbardziej zapadłych regionach Australii, takich jak jej szeroko rozumiana północ, stąd łatwo było wywodzić, że jeśli ograniczą inwestycje (a groziły tym), odbije się to na najbardziej wrażliwych grupach społecznych.

Potem Rudd ogłosił pomysł, który nazwał po prostu „Dużą Australią” (Big Australia). Premier wyszedł z założenia, że jeśli australijska gospodarka ma się rozwijać, to potrzebny jest systematyczny wzrost ludności. Jako docelowy poziom zaludnienia, który kraj miał osiągnąć w ciągu 40 lat, określił  36 milionów mieszkańców, czyli ok. 14 milionów więcej niż dziś. Problem w tym, że tą jedną koncepcją dotknął dwóch wielkich narodowych obaw, mających w Australii co najmniej stuletnią tradycję.

Pierwsza to lęk przed nieanglosaską, a zwłaszcza azjatycką, imigracją. Choć od lat 70. australijskie społeczeństwo jest coraz bardziej otwarte i multikulturowe (po wielu wcześniejszych dekadach bezkompromisowo rasistowskiej polityki imigracyjnej), ostatnio w kraju nasilają się incydenty na tle etnicznym czy religijnym. Najszerzej znane stały się bitwy toczone na plażach przez skrajnie konserwatywnych młodych muzułmanów, starających się przegonić plażowiczki w bikini, z broniącymi swobód, ale również nie przebierającymi w środkach, grupami białych wyrostków.

Druga obawa dotyczy ekologii kontynentu – ile osób jest on w stanie pomieścić bez nadmiernego narażania środowiska naturalnego. Oczywiście Australia jest ogromnym krajem, ale często zapomina się, że znaczna część jego powierzchni to pustynie i inne nieużytki. Ziem przyjaznych człowiekowi jest relatywnie niewiele, a do tego ogromne połacie zajmuje wielkoobszarowe rolnictwo.

Zamach stanu w partii władzy

To wszystko doprowadziło do zaskakujących wydarzeń, które zaczęły się 23 czerwca tego roku. Jak grom z jasnego nieba na australijskich wyborców spadło doniesienie prestiżowego dziennika Sydney Morning Herald: Kevin Rudd kazał szefowi swojego personelu politycznego pilnie przeprowadzić sondę wśród parlamentarzystów ALP, aby sprawdzić poziom jego poparcia w klubie. Był to bardzo czytelny sygnał, że w partii rządzącej, pod powierzchnią rutynowych uśmiechów, zaczyna wrzeć.  Po całym dniu pracy swego podwładnego premier już wiedział: zaczął się pucz, na którego czele stoi jego zastępczyni Julia Gillard. Natychmiast zarządził na następny poranek nadzwyczajne zebranie klubu i wybory lidera. Po całej nocy liczenia głosów, rano Rudd zaczął spotkanie od złożenia dymisji z funkcji szefa partii i rządu.

Większość w ALP postawiła wszystko na jedną kartę i było to naprawdę niezwykle ryzykowne zagranie. Na niespełna pół roku przed ostatecznym konstytucyjnym terminem wyborów pozbyli się przywódcy będącego ostatnio w opałach, lecz wciąż popularnego i wskazywanego jako faworyt wyborów, choć z większym niż wcześniej znakiem zapytania. Na swoją nową liderkę i zarazem pierwszą w historii panią premier Australii wybrali Julię Gillard. Nowa szefowa rządu postanowiła nie czekać, lecz szybko wezwać opozycję na ubitą ziemię: rozpisała wybory parlamentarne na 21 sierpnia.

Przedterminowe wybory

Tym samym w kampanii stanęły naprzeciw siebie dwie postacie o zupełnie przeciwstawnych biografiach. Konserwatywny i pobożny Tony Abbott, wzorowy mąż i ojciec, oraz Julia Gillard, ateistka żyjąca w nieformalnym związku, która zaczęła urzędowanie od brutalnego wysadzenia z siodła lubianego, mimo wszystko, poprzednika. Miała zresztą poważny problem z wytłumaczeniem elektoratowi, dlaczego Rudd musiał odejść. Jej wywody o rządzie wypadającym z szyn mało kogo przekonywały. Rudd na chwilę usunął się w cień, ale już po kilku tygodniach Gillard przeżyła swoją małą Canossę, gdy w obliczu wciąż spadających notowań, musiała poprosić poprzednika o aktywne włączenie się w kampanię, zwłaszcza w jego rodzinnym stanie Queensland.

Samą kampanię komentatorzy oceniali jako merytoryczną acz  nudną, często nadmiernie pogrążoną w lokalnych sprawach newralgicznych okręgów wyborczych, a ignorującą wielkie problemy kraju i świata. Słowem: pozbawioną szerszej wizji. Najbardziej emocjonujące były sondaże, które wskazywały na to, że po majowym dreszczowcu w Wielkiej Brytanii, Australia będzie kolejnym państwem anglosaskim, które znajdzie się w tym roku na politycznym rozdrożu.

Powyborczy pat

I rzeczywiście. W liczącej 150 miejsc Izbie Reprezentantów, izbie niższej parlamentu federalnego, wybory dały wynik całkowicie remisowy. Kierowana przez premier Gillard ALP zebrała 72 mandaty. Tyle samo uzyskała Koalicja, czyli blok partii prawicowych zdominowany przez Liberałów Tony'ego Abbota. Języczkiem u wagi z miejsca stało się sześciu pozostałych posłów, czterech niezależnych oraz dwaj reprezentanci mniejszych ugrupowań, Australijskich Zielonych i Narodowej Partii Australii Zachodniej.

Partia Pracy zdołała uzyskać poparcie trzech deputowanych niezależnych oraz przedstawiciela Zielonych. Koalicja miała mniej szczęścia, zaskarbiając sobie względy tylko jednego niezrzeszonego oraz reprezentanta nacjonalistów z Australii Zachodniej. Nikt z newralgicznej szóstki nie zgodził się jednak wejść do rządu, ich poparcie jest wyłącznie parlamentarne. Dodatkowo posłowie niezależni uzyskali bardzo dobrą cenę za swoje głosy. Oprócz „pakietów regionalnych” dla swoich okręgów wyborczych, wytargowali poważną reformę parlamentu, której najważniejszym elementem jest powołanie ponadpartyjnego spikera, na wzór brytyjski, co zmniejszy stopień kontroli partii rządzącej nad przebiegiem obrad.

Krucha większość

I tak Australia wychodzi z tego roku zawirowań z mniejszościowym rządem, mającym dwa mandaty przewagi nad opozycją, opierającym się na kruchej i bardzo interesownej współpracy z luźną grupą kanapowych polityków, o których w normalnych warunkach nikt poza ich okręgiem nawet by nie usłyszał. Trudno uwierzyć, aby rozpoczynająca się właśnie kadencja parlamentu mogła potrwać pełne trzy lata, jak tego chce konstytucja. Jeżeli ALP uda się zwiększyć swoją, minimalną obecnie, sondażową przewagę nad LPA, zapewne premier Gillard nie zawaha się przed rozpisaniem przedterminowych wyborów, aby ustabilizować swoją bazę w parlamencie, bez czego na dłuższą metę trudno będzie jej rządzić. Jeśli natomiast ALP wciąż będzie tracić poparcie, posłowie niezależni mogą zmienić front i wynieść do władzy Liberałów, którzy również zapewne zechcą ją umocnić w drodze nowych wyborów.

Jarosław Błaszczak


Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.

piątek, 03 września 2010

Administracja Baracka Obamy unika używania sformułowania "war on terror" (wojna z terroryzmem), wycofuje wojska z Iraku i zamierza w przyszłym roku zacząć wycofywać wojska z Afganistanu. Rozpędzona przez prezydenta Georga W. Busha machina zwalczania terrorystów schodzi na drugi plan, gdy pierwsze miejsce zajmuje stan amerykańskiej gospodarki. Obama nie zamierza jednak zwijać interesu i odpuścić terrorystom. Nadal twierdzi, że Al-Kaida jest istotnym zagrożeniem, zagrożenie ma wymiar globalny i wymaga militarnej (choć nie tylko) odpowiedzi.

grafikaW dzisiejszych realiach ekonomicznych Ameryki nie stać na znaną z ostatnich dwóch-trzech dekad politykę obrony każdego przyczółka z wykorzystaniem praktycznie wszystkich dostępnych możliwości. Świat stał się na tyle współzależny, że większość zagrożeń ma charakter co najmniej regionalny, a często globalny. Nie można zajmować się wszystkim i wszędzie. Brak zasobów na powstrzymywanie radykałów na każdym skrawku terytorium, które mogliby wykorzystać. Przecież nie chodzi tylko o obszar pomiędzy Rogiem Afryki a Hindukuszem, na który zwraca uwagę Charles Krauthammer w felietionie w dzisiejszym Washington Post. Cały czas trzeba też pamiętać, iż radykałowie/terroryści to tylko jedno z zagrożeń, którym trzeba się przeciwstawić.

Finanse i charakter systemu międzynarodowego wymuszają dostosowanie zamiarów do posiadanych sił. Racjonalizacji wymagają także stosowane do rozwiązywania problemów narzędzia. Użycie siły militarnej będzie raczej ograniczone do niewielkich rozmiarów, a zaangażowanie wojska krótkotrwałe. Nikt nie ma dziś ochoty na kolejną misję typu nation-building, czyli budowanie państwa od podstaw.

W modzie będzie raczej punktowe uderzenie, powtarzane w razie potrzeby, przy jak najmniejszym stałym zaangażowaniu na "wrażliwym" (mogącym stanowić zagrożenie) terytorium. Większe znaczenie zyskają także lokalni partnerzy, których będzie można wspierać pieniędzmi, sprzętem czy odpowiednimi szkoleniami. Można spodziewać się również zatrudniania, w większym niż dziś zakresie, prywatnych firm do tzw. roboty wywiadowczej, przez co rozumiem także eliminację wskazanych celów. Prywaciarze w stylu dawnego Blackwater będą potrzebni bardziej niż dotychczas, jakkolwiek wielka nie byłaby publiczna krytyka korzystania z usług firm tego typu [Więcej o firmie Blackwater w trzech artykułach (cz. I, cz. II, cz. III), które przygotowałem w oparciu o ksiażkę Jeremy'ego Scahilla pt. Blackwater. The rise of the world's most powerful mercenary army].

Piotr Wołejko

 

grafika: 100treatises.com

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook