piątek, 30 września 2011

Partnerstwo Wschodnie to inicjatywa, której celem jest europeizacja państw wchodzących dwie dekady temu w skład Związku Radzieckiego: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdowy i Ukrainy. Inicjatywa powstała dzięki Polsce i Szwecji (przy wsparciu Niemiec) realizuje geopolityczny paradygmat, zgodnie z którym jeśli chcesz cieszyć się dobrobytem we własnym domu, zadbaj też o dobrobyt u sąsiadów.

Zła prasa Partnerstwa

grafikaKrytyka Partnerstwa Wschodniego (PW) i wieszczenie jego upadku są ostatnimi czasy w modzie. Podobno to nie jest dobry czas dla PW, ponieważ ważniejsze są wewnętrzne problemy UE (strefa euro!) oraz spadek po arabskiej wiośnie. Co więcej, partnerzy ze wschodu niekoniecznie wywiązują się z pokładanych w nich nadziei. Na Białorusi, wiadomo, Łukaszenka gra o przetrwanie; Armenia i Azerbejdżan są śmiertelnymi wrogami (Górski Karabach); Gruzja nie pozbierała się po sierpniowej wojnie z 2008 roku; Ukraina przechyla się raz na Zachód (umowa stowarzyszeniowa), raz na Wschód (proces i aresztowanie byłej premier Julii Tymoszenko). Same klęski? Czas zwijać interes?

Jeśli myślimy kategoriami dzisiejszych mediów, dla których warte uwagi i czasu antenowego są tylko spektakularne sukcesy (na mniejsze nie ma miejsca) bądź klęski, a sprawy ważne dziś są już zupełnie zapomniane po jutrze, Partnerstwo Wschodnie nigdy nie będzie projektem z naszej bajki. Trzeba pamiętać, że PW to inicjatywa z połowy 2009 roku, której cele są bardzo długofalowe. Rozliczanie Partnerstwa już dziś jest przedwczesne i nierozsądne, podobnie jak grzebanie innej cennej inicjatywy, jaką jest Trójkąt Weimarski. Oba mechanizmy mają głębokie uzasadnienie geopolityczne, jednak mogą nie być we właściwy sposób wykorzystywane. Przy PW trudno już teraz dokonać oceny.

Więcej realizmu = więcej sukcesów

Przy analizowaniu PW trudno uciec od stanowiska Rosji wobec tego projektu. Moskwa odebrała go negatywnie. Uznaje, po części słusznie, iż Unia próbuje wepchnąć się politycznie na obszar tradycyjnie zdominowany przez Rosję. Odbiera to jako grę o sumie zerowej, w której każdy zysk Unii oznacza stratę po stronie Rosji. Jakkolwiek nie obudujemy propagandą PW, podejście Federacji Rosyjskiej jest jak najbardziej uzasadnione. Dlatego między bajki można włożyć twierdzenia, iż PW w żaden sposób nie jest wymierzone w Moskwę. Jest i będzie, dopóki Rosjanie nie zdecydują się wreszcie, czy główne wektory geopolityki ukierunkować na Zachód, ku Europie, czy na Wschód, ku krajom azjatyckim. Trwanie w bezruchu petryfikuje politykę obrony własnych interesów w byłych republikach i walkę z wpływami innych mocarstw i podmiotów.

Na koniec jeszcze jedna uwaga: w podejściu UE do PW jak na dłoni widać problemy demokracji w układaniu sobie relacji z krajami o innych ustrojach politycznych. Wybrzydzamy na autorytaryzm na Białorusi czy w Azerbejdżanie (choć w przypadku Baku mniej, gdyż posiada ropę i gaz), kręcimy nosem na oligarchiczny układ na Ukrainie. Trudno nam zaakceptować różnice i pogodzić się z tym, że wymuszenie zmian będzie trudne. Henry Kissinger powiedział, że mając do wyboru niestabilność i sprawiedliwość albo stabilność i niesprawiedliwość, zawsze wybierze to drugie połączenie. Twardy realizm na granicy cynizmu. Jednak Europa akceptowała taki układ w krajach arabskich Morza Śródziemnego, a Kaddafi mógł rozbijać swój namiot w Rzymie czy Paryżu. Czy warto zastosować te same standardy do państw PW, dbając przede wszystkim o ich pomyślność gospodarczą, a mniej zajmować się problematyką ustrojową?  Może wtedy uda się więcej zyskać, a trudniej będzie krytykować PW jako nieefektywne i w zasadzie bezcelowe przedsięwzięcie?

Piotr Wołejko

 

Tekst jest polemiką z artykułem Piotra Maciążka, redaktora naczelnego portalu Polityka Wschodnia: Wydmuszka Partnerstwa Wschodniego


grafika: polish.ruvr.ru



czwartek, 29 września 2011

Marynarka wojenna Islamskiej Republiki Iranu zamierza wysłać okręty wojenne w pobliże atlantyckiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Państwowa agencja prasowa IRNA donosi, iż potrzebna jest widoczna obecność militarna w pobliżu morskich granic „światowej aroganckiej potęgi”, jak określa się w Iranie Stany Zjednoczone. Brzmi jak absurd? Spójrzmy więc na drugie dno.

Zasłona dymna

Nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewa się, że Iran podjąłby jakąkolwiek akcję zaczepną wobec USA, wykorzystując do tego swoje okręty wojenne wysłane tysiące mil morskich od własnych baz. Obecność dwóch irański okrętów, bo taki powinien być skład tej osobliwej „delegacji”, nie stanowiłaby żadnego zagrożenia dla Ameryki. Byłaby jednak dość irytująca dla światowego supermocarstwa posiadającego najpotężniejszą flotę na globie.

grafika

źródło: chrisgtsblog.blogspot.com/mariopiperni.com

Niezawodny blog Information Dissemination przewiduje, iż za irańską państwową propagandą kryje się motyw przemytu broni bądź wojskowych technologii. Prawdziwym celem wyprawy irańskich okrętów nie będzie wschodnie wybrzeże USA, a Morze Karaibskie, a tam najpewniej jeden z wenezuelskich portów. Wenezuela jest bowiem jednym z głównych partnerów Teheranu tworzących oś sprzeciwu wobec polityki i interesów Stanów Zjednoczonych.

Przemyt doprowadzony do perfekcji

Irańczycy do perfekcji opanowali manewry niezbędne do sprawnej organizacji przemytu uzbrojenia i technologii wojskowych. Wspierają rozmaitych dyktatorów, watażków i terrorystów, a Syria, Erytrea, Sudan, Hamas i Hezbollah stanowią ledwie wierzchołek góry lodowej. Do przemytu wykorzystują m.in. statki handlowe należące do państwowej firmy Islamic Republic of Iran Shipping Lines (Irisl). Na 123 statki należące do Irisl, jak wynika z reportażu New York Times’a, od stycznia 2008 r. do czerwca 2010 roku, nazwę, banderę, menedżera, właściciela lub operatora zmieniano ponad 300 razy. Lipni właściciele, bandery Malty, Hong Kongu czy Niemiec, wszystko po to, aby ominąć sankcje i zakazy, dostarczając lub zdobywając broń bądź technologie.

W przypadku wyprawy na Morze Karaibskie Iran zastosuje alternatywną strategię, używając okrętów wojennych do przetransportowania cennego ładunku. Z jednej strony zbyt duże ryzyko jego utraty, z drugiej – bezcenna możliwość prztyknięcia Amerykanów w nos obecnością irańskich okrętów w jej bezpośrednim sąsiedztwie (mały odwecik za zgodę Turcji na rozmieszczenie na jej terytorium radarów amerykańskiej tarczy antyrakietowej?).

Autor wpisu na blogu Information Dissemination kończy swój tekst ważnymi pytaniami: co i komu planuje dostarczy Iran? co na to ONZ? czy USA zareagują w jakikolwiek sposób poza werbalnym? Ja dodam od siebie kolejne pytanie: czy w Waszyngtonie mogłaby zapaść decyzja polityczna nakazująca US Navy powstrzymanie Irańczyków?

Piotr Wołejko



niedziela, 25 września 2011

grafikaPowiedzieć, że wszystko stało się jasne, byłoby kpiną z Czytelników. Przecież wszystko było jasne od początku, a teraz znajdujemy tylko potwierdzenie ówczesnej pewności. W sobotę 24 września Dmitrij Miedwiediew ogłosił, na zjeździe partii władzy Jedna Rosja, iż to Władimir Putin będzie kandydował na prezydenta Federacji Rosyjskiej, które odbędą się 4 marca 2012 roku. Kreml opuszcza młoda, wykształcona i ładna buzia aktora zwanego dla niepoznaki prezydentem, a wraca stara, dobrze znana, zimna twarz ex-kagiebisty, patrona układu rządzącego Rosją od ponad dekady.

Miedwiediew zapewnia, iż układ z Putinem o kandydowaniu zawarli już cztery lata temu. Późniejsze wahania i teatrzyk pt. rozważam drugą kadencję, to marketingowy blef pozorujący jakąkolwiek rywalizację. Miedwiediew odegrał swoją rolę, był dobrym prezydentem na czas odwilży ze Stanami Zjednoczonymi, a teraz - gdy USA wyraźnie osłabły - zaczyna się czas Putina. Nie sugeruję w żadnej mierze, iż USA mają jakikolwiek wpływ na obsadę stanowiska na Kremlu, zwracam uwagę na interesującą koincydencję, która jest bardzo korzystna dla Rosji.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Putin wraca, ale tak naprawdę nigdy nie odszedł. Jako premier często przyćmiewał prezydenta, zawsze był blisko, zawsze to on pociągał za sznurki. Miedwiediew miał pewną autonomię, ramy dla swobodnego działania. Nigdy nie przekroczył granicy, którą wyznaczył mu jego mentor i nadzorca, a rzekomo także przyjaciel. Miedwiediew uśmiechał się wtedy, gdy było trzeba, gdy smutna twarz Putina zostałaby źle odebrana. Patronował niby liberalnym inicjatywom, wstawiał się za Chodorkowskim, zapowiadał szeroko zakrojoną modernizację. Niekiedy stawiano go w opozycji do Putina, jednak zawsze wyglądało to niewiarygodnie.

Wraz z powrotem Putina na Kreml, który dokona się już za pół roku, polityka zagraniczna Rosji wróci na jednoznacznie twardy i kategoryczny kurs. Skończy się mizdrzenie do Stanów Zjednoczonych, powróci bezlitosne rozgrywanie Europy, najpewniej zakończy się odbudowa pragmatycznych relacji z Polską. W obliczu zagrożenia interesów Moskwy w postaci eksploatacji gazu z łupków, Rosja z Putinem na czele na pewno podejmie liczne działania zapobiegawcze. Być może nawet tak prymitywne jak embargo na niektóre towary.

Scenariusz rozpisany na ćwierć wieku?

Gdyby przyjrzeć się działaniom Miedwiediewa, chociażby wobec USA czy UE, to de facto - poza warstwą retoryczną - nie odbiegały one zbytnio od polityki Putina. Była to putinowska Rosja po niewielkim liftingu. Zmiana tak wiarygodna jak przemiana Jarosława Kaczyńskiego przed wyborami prezydenckimi w ubiegłym roku. Marketingowo efektowna, dla bardziej naiwnych nawet efektywna. Bystrzejsi obserwatorzy nigdy tego nie kupili i, jak widać, mieli stuprocentową rację.

Nie posuwałbym się tak daleko w przewidywaniach jak Wiaczesław Nikonow, rosyjski politolog, który twierdzi, iż Putin i Miedwiediew uregulowali sytuację polityczną w Rosji do 2036 roku. Oznaczałoby to, że teraz dwie sześcioletnie kadencje porządzi Putin, a następnie manewr ten powtórzy Miedwiediew, względnie będą się co 6 lat wymieniać. Jest to klasyczne dla politologów myślenie. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że mówimy o perspektywie dwóch i pół dekady. Przez ćwierć wieku najpewniej zmienią się uwarunkowania zewnętrzne oraz wewnętrzne, stąd trudno prognozować, czy układ władzy, któremu patronuje Putin, utrzyma się w niezmienionym stanie.

Nie pozostaje nic innego, jak przygotować się na powrót Putina do oficjalnego sprawowania funkcji prezydenta Rosji. Wraca stare, które de facto nigdy nie odeszło.

Piotr Wołejko

 

grafika: trendz.pl

piątek, 23 września 2011

grafikaDziś w godzinach popołudniowych lider Organizacji Wyzwolenia Palestyny i prezydent Palestinian Authority Mahmud Abbas złożył na ręce Sekretarza Generalnego ONZ Ban Ki-Muna wniosek o przyjęcie Palestyny do grona członków ONZ. Wnioskiem, zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych zajmie się Rada Bezpieczeństwa. W tej chwili, podobnie jak podczas ostatnich tygodni, trwają gorączkowe dyskusje dyplomatów. Stany Zjednoczone robią co w ich mocy, żeby wniosek nie przeszedł, grożąc w ostateczności użyciem prawa weta. Poniżej mój komentarz do przedmiotowej sprawy, który ukazał się w środę w ramach Stanowiska Pułaskiego na stronie www Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego:

Pokój w Ziemi Świętej od dekad stanowi coś na kształt Świętego Graala – jest nieosiągalnym trofeum, o którym dużo się mówi. Robi się jeszcze więcej, jednak niewiele z tej ciężkiej pracy wynika. Od czasu porozumień z Oslo, które podpisali w 1993 roku Mahmud Abbas po stronie palestyńskiej, Szymon Peres po stronie izraelskiej oraz przedstawiciele USA i Rosji, odpowiednio Warren Christopher i Andriej Kozyriew, proces pokojowy stoi w miejscu.

Podejmowano wiele prób dojścia do finału, jakim byłoby powstanie niepodległego Państwa Palestyńskiego (dziś istnieje namiastka państwowości, Autonomia Palestyńska – co stanowi bardzo niefortunne tłumaczenie z angielskiej nazwy Palestinian Authority), m.in. Camp David, kolejne mapy drogowe przygotowywane przez tzw. Bliskowschodni Kwartet (USA, Rosja, UE, ONZ), a także wielokrotne wywieranie presji przez Stany Zjednoczone na strony konfliktu. Wszystko bez rezultatu. Kolejnym aktem sztuki pt. „Powstanie Państwa Palestyńskiego” jestpróba zyskania uznania Palestyny na forum Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, które rozpoczęło doroczne posiedzenie 21 września. Co prawda przyjęcie państwa do grona ONZ leży w gestii Rady Bezpieczeństwa (a w niej Stany Zjednoczone na pewno zawetowałyby takie rozwiązanie), jednak uznanie przez Zgromadzenie miałoby wymiar symboliczny.

W kościach czuć zmianę
Sytuacja jest patowa, a nadzieje na zmianę raczej umiarkowane. Jedynie Stany Zjednoczone mogłyby wymusić na Izraelu i Palestyńczykach podjęcie poważnej próby dogadania się. Poważnej, gdyż kilka niepoważnych podjęto w ostatnich latach i wszystkie zakończyły się fiaskiem. Tymczasem wiatr historii zdaje się transformować geopolityczny krajobraz regionu. Arabskie rewolucje obalają autorytarne reżimy (Egipt, Tunezja, Libia) bądź sygnalizują poważne kłopoty dyktatorów (Syria, Bahrajn, Jemen). Turcja, grając na zwiększenie własnej roli w regionie i zyskanie poklasku arabskich sąsiadów, wydaliła właśnie izraelskiego ambasadora z Ankary i zerwała z Izraelem stosunki wojskowe i wywiadowcze. W samym Izraelu mamy do czynienia z największą w historii falą protestów wymierzonych w politykę społeczno - gospodarczą prawicowego rządu Beniamina Netanjahu. Krajobraz polityczny Bliskiego Wschodu ulega istotnym zmianom, co wywrze oczywiście wpływ na konflikt izraelsko - palestyński.

Z tego stanu rzeczy zdaje sobie sprawę amerykański prezydent Barack Obama. 19 maja wygłosił on w Departamencie Stanu USA przemówienie, w którym wezwał do zawarcia pokoju pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Porozumienie miałoby opierać się na granicach z 1967 roku, z wzajemnie uzgodnionymi wymianami terytoriów – kwestie bezpieczeństwa, izraelskie osiedla i inne powody sprawiają, że w pewnych miejscach konieczne będą istotne korekty. Wypowiedź Obamy najcelniej ocenił Leslie Gelb, amerykański ekspert ds. międzynarodowych i zdobywca nagrody Pulitzera: „Przemówienie było rozsądnym (…) pragmatycznym oświadczeniem amerykańskich interesów i wartości, a także w realistyczny sposób oceniało to, co Stany Zjednoczone mogą, a czego nie mogą zrobić [by pomóc stronom wyjść z ich trudnej przeszłości – przyp. P.W.]”.

Unia Europejska, co nie dziwi, jest w tej sprawie podzielona. Wsparcie dla niepodległościowych aspiracji Palestyńczyków jest oczywiste, jednak kilka państw (głównie Niemcy) uzależnia decyzje polityczne od osiągnięcia porozumienia z Izraelem. Pytanie, czy Izrael chce porozumienia, gdyż obserwując politykę obecnego gabinetu można odnieść wrażenie, że niekoniecznie. Obecnie, pod przewodnictwem Polski, kraje unijne próbują wypracować stanowisko wobec zbliżającej się palestyńskiej próby sił na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Zadanie jest karkołomne i nie zakończy się sukcesem. Unia nie przemówi jednym głosem, podobnie jak w przypadku Kosowa.

Trudna i daleka droga do pokoju
Trudno spodziewać się, by przy nieugiętej postawie rządu Izraela – na który składają się prawicowcy i ultraprawicowcy, w tym partie ultraortodoksyjnych Żydów – udało się posunąć proces pokojowy do przodu. Izraelska demografia, znaczący przyrost populacji w rodzinach religijnych i bardzo religijnych (w tym osadniczych, a osiedla znajdują się najczęściej na terytoriach, które przypadłyby w wyniku pokoju Palestyńczykom), nie wróżą rokowaniom dobrej przyszłości. Izrael przesuwa się na prawo i jest niezbyt skory do kompromisów. Palestyńska próba zyskania uznania Narodów Zjednoczonych pokazuje ich bezsilność i jest bardziej obliczona na wywarcie presji na Izraelu, niż osiągnięcie konkretnego rezultatu. Premier Netanjahu, nie zgadzając się dziś w zasadzie na żadne ustępstwa, ryzykuje brakiem szans na porozumienie jutro i pojutrze. W tym kontekście mniej istotne jest to, na co celnie zwrócił uwagę publicysta CNN i „Time’a” Fareed Zakaria, iż „Netanjahu przeistacza się w kogoś na wzór sowieckiego ministra spraw zagranicznych Andrieja Gromyko, zwanego „Panem Niet”, który zostanie pominięty przez historię”. Najważniejszy jest bowiem fakt, iż utrzymanie obecnego stanu będzie bardzo kosztowne i szkodliwe, przede wszystkim dla Izraela i jego mieszkańców, lecz także dla Stanów Zjednoczonych i całego świata zachodniego.

Wywrzeć nacisk na silniejszego
W kontekście polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, zważywszy na szczególnie bliskie relacje Polski i Izraela, warto byłoby przekazać Izraelowi jasne przesłanie. Moglibyśmy liczyć tutaj także na wsparcie administracji USA. Powinniśmy wyrazić przekonanie, iż nie można dłużej zwlekać z dokończeniem rozpoczętego w 1993 roku w Oslo procesu pokojowego. Zaprzestanie okupacji palestyńskiej ziemi i powstanie niepodległej Palestyny w znaczący sposób odmieni regionalną politykę. Zniknie jeden z punktów zapalnych świata, a także jeden z przykładów „starcia cywilizacji”, wykorzystywanych przez terrorystów występujących pod płaszczykiem islamu.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 12 września 2011

Wypadnięcie japońskich przedsiębiorstw z rankingu Forbesa 50. najlepszych azjatyckich firm notowanych na giełdzie, podczas gdy pięć lat temu, w roku 2006, było w nim aż 13 japońskich podmiotów, stanowi kolejny symbol degradacji roli Japonii na arenie globalnej, w szczególności gospodarczej (Cesarstwo od czasów powojennych nie jest bowiem zbyt aktywnym i poważanym graczem w polityce międzynarodowej).

Dwie stracone dekady

grafikaAż do 1991 roku japońska gospodarka pędziła w imponującym tempie. Japońskie firmy notowały dynamiczny wzrost wartości, a Amerykanie na serio obawiali się, że Japończycy ich po prostu wykupią. Od wspomnianego roku 1991 Japonia przeżywa jednak poważny kryzys gospodarczy – giełda straciła 2/3 wartości w porównaniu do okresu szczytowego, kraj boryka się z deflacją i niskim wzrostem gospodarczym, a także rosnącym zadłużeniem publicznym (ponad 220% PKB, co przekłada się na ponad 12 bilionów dolarów, a jedynym plusem jest struktura długu, który w 90% znajduje się w rękach Japończyków i japońskich inwestorów).

W najnowszym rankingu ForbesaAsia’s Fab 50” znalazły się aż 23 firmy z Chin (wobec 16 w ubiegłym roku), osiem z Republiki Korei oraz siedem z Indii. Stawkę uzupełniają przedsiębiorstwa z Australii, Indonezji, Malezji, Singapuru, Filipin, Tajlandii i Tajwanu. Brak jakichkolwiek firm japońskich w dużej mierze może wynikać z trudności spowodowanych tegorocznym trzęsieniem ziemi i tsunami, jednak kataklizm nie stanowi pełnej odpowiedzi. Japońskie firmy po prostu tracą konkurencyjność w stosunku do swoich regionalnych rywali. Problemy tkwią zarówno w strukturze firm i ich wewnętrznej organizacji, jak też w przestarzałych regulacjach i skostniałym rynku pracy.

Klasa polityczna do wymiany

Natomiast głównym problemem Japonii jest jej permanentna niestabilność polityczna. Mimo faktu, iż na scenie politycznej liczą się zaledwie dwie duże partie (z czego jedna urosła w siłę w ostatnich kilku latach) – prawicowa LDP i lewicowa DPJ, w ostatniej dekadzie tylko jeden premier rządził znacząco dłużej niż przez jeden rok. Ta sztuka udała się charyzmatycznemu Junichiro Koizumiemu (rządził od kwietnia 2001 do września 2006). Jego trzej następcy z tej samej partii – LDP – rządzili odpowiednio 365 dni (Shinzo Abe), 364 dni (Yasuo Fukuda) i 357 dni (Taro Aso).

Zmiana partii rządzącej, ewenement w powojennej historii politycznej Japonii – z krótką przerwą od zakończenia wojny rządziła bowiem prawicowa LDP – nie przyniosła zmiany zwyczaju krótkiego żywota na stanowisku szefa rządu. Choć DPJ rządzi od września 2009 roku, kilka dni temu wybrała trzeciego już premiera. Jego polityczny żywot także będzie krótki, gdyż stoją przed nim ogromne wyzwania, z którymi nie poradzili sobie poprzednicy – odbudowa kraju po trzęsieniu ziemi i tsunami oraz reforma budżetu w celu redukcji deficytu publicznego. W zasadzie oba te cele wykluczają się wzajemnie, gdyż trudno będzie sfinansować odbudowę bez zaciągania kolejnych długów. Tymczasem obsługa zadłużenia stanowi niemal trzecią część japońskiego budżetu.

Słabe perspektywy

Kryzys państwa, kryzys przedsiębiorstw, a do tego kryzys demograficzny (Japonia coraz bardziej się starzeje) – wszystko to sprawia, że perspektywy ekonomiczne kraju stają się coraz bardziej niepewne. Znalazło to wyraz w decyzji agencji ratingowych, które (Moody’s, S&P) obniżyły w tym roku rating Japonii lub (Fitch) obniża perspektywę ratingu ze stabilnej na negatywną.

Podczas gdy gospodarki regionalnych rywali znajdują się na ścieżce szybkiego wzrostu, Japonia stoi w miejscu (wzrost PKB w II kwartale br. wyniósł 0,2%). A kto stoi w miejscu, ten się cofa (w rzeczywistości traci dystans do reszty stawki). Niestety dla Japonii, nie widać nikogo ani niczego, co mogłoby doprowadzić do renesansu chorej gospodarki oraz dysfunkcjonalnej polityki. Japonia nieuchronnie staje się Krajem Więdnącej Wiśni.

Piotr Wołejko

 

PS. W kontekście problemów Japonii polecam wpis na Dyplomacji z kwietnia 2008 r. zatytułowany "Kraj Więdnącej Wiśni".

 

grafika: ddtc.co.za

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook