środa, 26 września 2012

Pierwszy chiński lotniskowiec o nazwie Liaoning (były rosyjski Wariag) wszedł wczoraj do służby. Zdaniem ustępującego wkrótce premiera Wen Jiabao okręt ten jest "powodem do patriotycznej dumy". Niewątpliwie posiadanie lotniskowca wzmacnia pozycję Chin i chińskiej floty w regionie, stanowiąc milowy krok w modernizacji marynarki wojennej.

Pierwszy krok w długim marszu

grafikaZanim amerykańscy planiści wezmą się za aktualizację istniejących i przygotowanie nowych ewentualnościowych należy podkreślić, że Liaoning będzie przez pewien, raczej dłuższy czas wykorzystywany do celów szkoleniowych. Na pokładzie nie znajdą się bowiem jakiekolwiek samoloty okrętowe. Brakuje zarówno maszyn, jak i pilotów wykwalifikowanych do ich obsługi. Stąd zastrzeżenie "dłuższego czasu", zanim lotniskowiec będzie mógł pełnić swoją podstawową rolę.

Gdy już pojawią się maszyny i piloci, a załoga lotniskowca będzie wyszkolona do jego obsługi, pojawia się kolejne wielkie wyzwanie - sformowanie grupy bojowej składającej się z lotniskowca i okrętów towarzyszących. Mimo całej swej potęgi, lotniskowce niewiele znaczą bez odpowiedniego wsparcia. Wręcz przeciwnie, stanowią doskonały i dość łatwy cel dla przeciwnika. Sformowanie i zgranie lotniskowcowej grupy bojowej także musi potrwać. Pod pojęciem "zgranie" trzeba bowiem rozumieć wypracowanie procedur, wyszkolenie oficerów, przeprowadzenie dziesiątek szkoleń, manewrów i testów (Chińczycy już w 2009 r. szkolili się na brazylijskim lotniskowcu). To wszystko trwa. I kosztuje. O ile można skraść technologie i wdrożyć je na własnym gruncie z pominięciem fazy badań, to nie da się sformować sprawnej i zdolnej do walki grupy bojowej w przyspieszonym tempie.

Mieć silną flotę

Jeśli ktokolwiek obawia się chińskiego lotniskowca, to są to obawy przedwczesne. Poza powyższym warto bowiem mieć na uwadze fakt, że inne kraje także posiadają podobne okręty. Stany Zjednoczone mają ich aż 11, z czego w pobliżu Chin operują zazwyczaj dwa, wraz ze swoimi grupami bojowymi. Rosja, Francja i Indie również posiadają lotniskowce, a Wielka Brytania chwilowo nie. Stan ten ma ulec zmianie, trwa konstrukcja dwóch okrętów, lecz kryzys finansowy może te plany zmienić, a na pewno je spowolni. Aktualnie Brytyjczycy współkorzystają z francuskiego okrętu Charles de Gaulle.

Droga do zostania potęgą morską jest długa i trudna, a do tego wymaga cierpliwości i wielkich nakładów. Za decyzją o posiadaniu silnej i nowoczesnej floty stoi jeden z dwóch powodów: posiadanie licznej floty handlowej albo chęć ekspansji zewnętrznej. Chiny posiadają liczną flotę handlową, są eksportową potęgą. Naturalne jest więc, że wzmacniają marynarkę wojenną. Większość potęg morskich szła właśnie tą drogą, żeby wskazać tylko Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. Za tym szła jednak możliwość wpływania na globalny układ sił i szansa na ustalanie własnych reguł. Niewykluczone, że i Chiny osiągną status, jaki miał niegdyś Rzym czy mają dziś Anglosasi. [Więcej o morskiej rywalizacji we wpisie z czerwca 2009 r.]

Spory terytorialne w tle

W świetle świeżego sporu terytorialnego z Japonią o wyspy Senkaku/Diaoyu powstaje pytanie, czy modernizacja i zbrojenia nie będą stanowić kolejnego elementu układanki pt. możliwa konfrontacja. Nie da się dziś odpowiedzieć na to pytanie. Wybór pomiędzy dialogiem i współpracą a konfrontacją nie następuje na podstawie racjonalnych kalkulacji. Jest wypadkową pomiędzy wieloma, często luźno związanymi z głównym problemem, czynnikami.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

wtorek, 25 września 2012

W szumie medialnym często słychać o kryzysie w strefie euro. Rysowany obraz jest ponury, sprowadzający się do bliskiego rozpadu wspólnoty. Czy jest to obraz prawdziwy? Przyglądając się współczesnej wspólnocie łatwo zauważyć wzajemną sprzeczność zachodzących w niej procesów. W sposób wyraźny w Europie powstaje „twarde jądro”, czyli Euroland. Jednocześnie widać procesy zmierzające w całkowicie przeciwnym kierunku, gdyż szumnie podejmowane inicjatywy takie jak pakt fiskalny czy też unia bankowa nie obejmują całej 27 (wkrótce 28).

Integracja w dezintegracji, czyli Unia dwóch prędkości.

grafikaSynonimem ‘Unii dwóch prędkości” jest Euroland. Eurogrupa jest posądzana o egoizm i tendencje izolacjonistyczne. Jest w nich niestety sporo prawdy. Eurogrupa instytucjonalnie wydzieliła się już spośród całości wspólnoty. Jej odrębność buduje zarówno wspólny bank (Europejski Bank Centralny), jak i odrębne szczyty przywódców Eurogrupy. Te niezaprzeczalne fakty budzą dość alergiczną reakcję polskich decydentów, z czym trudno się nie zgodzić, gdyby nie fakt, że takich eurogrup jest znacznie więcej.

Multiplikacja pomysłu Eurogrupy, czyli wzmocniona współpraca.

Istotnym novum w „kryzysowej” Europie, jest sięgnięcie po wprowadzony już traktem z Maastricht mechanizm tzw „wzmocnionej współpracy”, który pozwala na głębszą integrację niektórych z Państw Członkowskich. W teorii takie obszary „głębszej integracji” nie mogą naruszać spoistości wspólnego rynku, ani prowadzić do dyskryminacji państw członkowskich, które w takiej współpracy nie uczestniczą. Dodatkowo, każde z państw wspólnoty jest uprawnione, po spełnieniu warunków wstępnych, do przyłączenia się do takiej wzmocnionej współpracy. W teorii bowiem w ten sam sposób powstawała właśnie strefa euro. Pierwszych członków strefy Euro gorąco zachęcano do przyjęcia wspólnej waluty, traktując kryteria członkostwa w strefie euro z przymrużeniem oka. Szwecja przeprowadziła np. dwa referenda w tej sprawie. Niestety, w miarę upływu lat (i organizacyjnego wyodrębnienia) grupa państw euro stałą się ekskluzywnym klubem, poszerzanym na zasadzie kooptacji, tj. woli członków klubu. Formalnie zawsze chodzi o kryteria wejścia do klubu państw posiadaczy waluty euro, co jest o tyle zabawne, że w zasadzie wszyscy członkowie strefy euro nie spełniają kryteriów wejścia do niej. Spełniają je za to niektóre kraje spoza strefy – takie jak np. Czechy czy Bułgaria, mimo to nie słychać chóru zapraszających je do Eurogrupy.

Obszary wzmocnionej współpracy, podobnie jak kiedyś strefa Euro, mają na celu zwiększenie integracji pomiędzy jej uczestnikami. Ma się to odbywać poprzez tworzenie prawa, które choć z definicji niesprzeczne z pewnymi podstawowymi zasadami prawa europejskiego obowiązujących wszystkie 27 krajów, to jednak ma dotyczyć i dodajmy – uwzględniać potrzeby tylko uczestników wzmocnionej współpracy. Stąd tylko krok do wyodrębnienia instytucjonalnego. Warto przypomnieć, że proces powstawania Eurogrupy jako tworu formalnego rozpoczął się od nieformalnej kolacji członków unii walutowej, poprzedzającej oficjalne szczyty wspólnoty. Wspólne biesiadowanie członków strefy Euro okazało się tak udane, że w chwili obecnej mamy do czynienia z całym systemem instytucjonalnym tego obszaru.

Integracja a la Eurogrupa.

Mechanizm „wzmocnionej współpracy” nie jest przyczyną choroby, ale jej objawem. Brak możliwości osiągnięcia kompromisu przez wszystkich wymusza tworzenie enklawy pewnych rozwiązań. Pozwala to na pewien postęp w procesie integracji. Dobrym przykładem pozytywnego skutku takiej integracji jest powstanie tzw. „strefy Schengen. Porozumienie o wolnym przepływie obywateli UE, będące dla mieszkańców europy jednym z najbardziej namacalnych (choć nie dla wszystkich pozytywnym) efektów integracji w postaci likwidacji granic wewnętrznych, powstawało również w trybie międzyrządowym, zanim zostało zaimplementowane do acquis.

W czym więc tkwi problem? Największy wiąże się naruszeniem spoistości wspólnoty jako całości. Na przykładzie najbardziej zaawansowanego klubu w klubie, czyli strefy Euro, widać wyraźnie, że interesy członków takiej „wyspy integracji” jako całości stają się sprzeczne z interesami całej, mniej zintegrowanej w tym obszarze Unii. To, co jest rozwiązaniem dającym szybkie efekty w krótkiej perspektywie, w dłuższej staje się problemem. Taka wybiórcza, oparta na międzyrządowych ustaleniach integracja powoduje narastanie deficytu demokracji we Wspólnocie Europejskiej. Nie jest to zarzut specjalnie rezonujący w społeczeństwach europejskich, dla których demokracja w Unii kojarzy się z bizantyjskim blichtrem Parlamentu Europejskiego. Problem braku „czynnika społecznego” w podejmowaniu decyzji jaskrawo objawia się w kolejnych programach pomocowych dla zadłużonych krajów południa. Przywożone „w teczce” reformy, grożą stabilności systemów politycznych w wielu krajach wspólnoty.

Kolejnym wyraźnym minusem integracji „w podgrupach” jest wyraźnie zmniejszenie w tej procedurze siły małych i średnich państw. Brak w tym trybie, albo szczątkowy tylko udział, instytucji wspólnotowych oraz tworzenie nowych rozwiązań na bazie „koalicji chętnych” powoduje, że o sposobie tej głębszej integracji decydują najsilniejsi jej uczestnicy. Wystarczy wspomnieć szczyty „Merkozego”, który zazwyczaj komunikował podjęte decyzje instytucjom wspólnotowym, jak i pozostałym krajom - uczestnikom Eurogrupy. Powodowało to istotną frustrację pośledniejszych uczestników grupy, tak że niektórzy z nich zaczęli przebąkiwać o ewentualnym jej opuszczeniu (Holandia czy Finlandia). Nie mniej poszkodowane bywają instytucje wspólnotowe. W czerwcu tego roku np. prezydencja zapomniała skonsultować Parlament Europejski, mimo takiego traktatowego obowiązku.

Pogłębiona współpraca a Polska

Narastanie fragmentacji Unii wokół niektórych wysp wzmocnionej integracji nie zostało jak dotąd zauważone przez nasze media. Co powinna robić Polska w obliczu takich przemian? Parafrazując Premiera - lepiej być przy stole niż w karcie dań, czyli uczestniczyć w tych inicjatywach. Niestety, krótkie sprawdzenie aktywności Polski w tym etapie integracji, chociażby tutaj pokazuje, iż jesteśmy jednym z najbardziej pasywnych uczestników tego procesu. Wydaje się, iż jest to błąd, który - podobnie jak „zawalenie” przez wszystkie Polskie rządy po 2004 roku członkostwa w strefie Euro - będzie musiał być skonsumowany przez następne pokolenie naszych polityków.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

UWAGA, przeczytaj!

Ty też chcesz opublikować swój wpis na blogu? Masz swoje zdanie w zakresie stosunków międzynarodowych, a szukasz właściwego miejsca do pierwszej publikacji? Dyskutujesz w komentarzach lub na forach na tematy międzynarodowe, ale potrzebujesz czegoś więcej? Blog Dyplomacja jest otwarty na Twoje propozycje. Napisz do mnie na adres p.wolejko[at]vp.pl, wyślij wiadomość na Dyplomacji na Facebooku lub na skontaktuj się ze mną na Twitterze. Razem ustalimy szczegóły. Chętnie pomogę Wam przekroczyć barierę pomiędzy byciem Czytelnikiem a Autorem, która - uwierzcie mi - jest cienka i łatwa do pokonania.



grafika: Wikimedia Commons

środa, 19 września 2012

Coraz bardziej niepokojąco przedstawia się sytuacja w Azji, gdzie spory dotyczące kontroli nad niewielkimi wysepkami oraz szlakami wodnymi stają się bardzo gorące. Najbardziej martwi to, iż posunięcia zewnętrzne wynikają głównie z zapotrzebowania wewnętrznego. Mówiąc krótko, nacjonalizmy biorą górę nad dyplomacją, gospodarką i racjonalną kalkulacją.

Zanim przejdę do meritum, pragnę przeprosić za chwilowy blackout bloga, który miał miejsce w ostatnich tygodniach. Poratowaliście mnie Wy, Czytelnicy, przesyłając kilka bardzo ciekawych artykułów. Dziękuję i proszę o więcej. Każdy może być autorem Dyplomacji! Niniejszym wpisem wracam do aktywności publicystycznej. Nie podobało się to kilku osobom, które potraktowały mnie w niegodny sposób. Sprawa jest już zamknięta, a ja idę dalej. Piszę dla siebie i dla Was, a Czytelników Dyplomacji (przynajmniej tych, którzy ujawnili się na profilu na Facebooku) jest już ponad 1500!  Razem zbliżamy się do szóstych urodzin bloga, które już w grudniu.

Dorzucanie do pieca

grafikaWróćmy jednak do Azji. Ostatnie dni to zaostrzanie się sporu pomiędzy Chinami a Japonią. Zaczęło się od zakupienia przez Tokio trzech spośród spornych wysp zwanych przez Japończyków Senkaku, a przez Chińczyków Diaoyu. Rząd odkupił je od prywatnego właściciela, znajdując się pod silną presją wewnętrzną. Otóż wojowniczy burmistrz japońskiej stolicy sam chciał nabyć te wyspy, co spotkałoby się z bardzo ostrą reakcją Chin. Niestety, Pekin i tak zareagował bardzo ostro, a premier Wen Jiabao zapowiedział, że Chińczycy nie oddadzą nawet centymetra własnego terytorium. W wielu chińskich miastach doszło do gwałtownych antyjapońskich protestów, co jest wodą na młyn dla nacjonalistów po obu stronach Morza Wschodniochińskiego.

Na słowach się nie skończyło. Chińczycy dokonali niewielkiej, acz istotnej zmiany w swoim prawie i teraz mogą, we własnych oczach, legalnie bronić swojej suwerenności nad spornymi wyspami. Z miejsca wysłali sześć okrętów w ich kierunku. Trudno spodziewać się, by Japonia nie odpowiedziała wysłaniem własnych okrętów. Wszystko to zaczyna wyglądać tak, jakby poważniejszy konflikt był w zasięgu ręki, a konkretniej – zbłąkanej kuli. Wystarczy, że komuś puszczą nerwy lub ktoś źle zinterpretuje zachowanie drugiej strony. A jeśli w przypadkowym starciu okręt jednej ze stron pójdzie na dno? Jeśli będą ofiary?

Poszkodowana potęga

Bardzo niedobrze wygląda sytuacja w Chinach, które ciągle widzą się w roli ofiary. Przeświadczenie o wielkiej krzywdzie z XIX w. jest nadal żywe. Aktualnie Chińczycy uważają, że padają ofiarą prowokacji zagranicznych, których celem jest powstrzymanie Pekinu przed objęciem kontroli nad terytoriami, które Chinom się po prostu należą. Jeśli część mediów krytykuje elity rządzące za zbyt nieśmiałą odpowiedź na „japońską prowokację”, strach myśleć, co kryje się za tą krytyką i jak w myśl jej autorów miałyby zachować się władze.

Nerwowo w Pekinie

Chiny znajdują się obecnie w newralgicznym momencie, w przededniu zmiany na szczytach władzy. Nie przebiega ona spokojnie. Wydaje się, że wiele buldogów walczy ze sobą pod dywanem w Zakazanym Mieście. Typowany na przyszłego przywódcę Xi Jinping przez wiele dni był nieobecny, co zrodziło mnóstwo, często absurdalnych, plotek. Kilka miesięcy temu w łonie KPCh doszło do poważnego skandalu i czystki, w efekcie której z partii z hukiem wyleciał jeden z jej liderów Bo Xilai.

Warto mieć powyższe na uwadze, gdy analizuje się poczynania Chin w ostatnim czasie. W Pekinie trwają walki frakcyjne i polityka zagraniczna stała się ich zakładnikiem. Twardszy kurs Pekinu w dużej mierze wynika z tarć wewnątrz partii komunistycznej. Istotną rolę odgrywa też nacjonalizm, któremu partia raczej przyklaskuje, niż się go obawia.

Jednak nacjonaliści są także w Japonii, Wietnamie i innych krajach, z którymi spierają się Chiny. I mają oni coraz większy wpływ na postępowanie swoich rządów. Nikt nie może wyjść na miękkiego i skłonnego do jednostronnych ustępstw. Jeśli Chiny nie odpuszczą nawet centymetra, podobne myślenie będzie dominowało w Tokio.

Logika konfliktu

Od deklaracji i manewrów militarnych niedaleko jest do sankcji ekonomicznych. A te mogą wywołać reakcję łańcuchową. W tym samym czasie nastroje nacjonalistyczne będą coraz silniejsze, a wraz z nimi presja na władze, by nie ustępowały nawet o krok. Nie mam zamiaru wieszczyć powtórki z Europy początku XX w., jednak warto przypomnieć sobie przygrywkę do ówczesnych wydarzeń.

Azjaci uznawani są za pilnych studentów. Niech sięgną po podręczniki historii Starego Kontynentu, aby uniknąć błędów przeszłości. Do pewnego momentu można przerwać logikę konfliktu. Gdy przekroczy się masę krytyczną, wydarzenia przyspieszają i prowadzą do nieuchronnego.

Piotr Wołejko



grafika: http://guambatstew.blogspot.com

wtorek, 18 września 2012

W lutym 1976 roku prezydent Gerald Ford podpisuje rozporządzenie (Executive Order) numer 11905. To zbiór dwudziestu dwóch słów, które wykluczają zabójstwo z dostępnych środków stosowanych wobec wrogów Stanów Zjednoczonych.  Mówiąc prościej Gerald Ford pozbawia własny wywiad tak zwanej "licencji na zabijanie".

grafikaTo na tę klauzulę dość długo powoływał  się wywiad amerykański przy wszelkiego rodzaju zarzutach i oskarżeniach o bierność  i bezsilność wobec postępującego problemu terroryzmu międzynarodowego i rozrostu przestępczości transgranicznej. Prologu do rozdziału kończącego lata bezkarności CIA należy szukać w Wietnamie i innych krajach gdzie Amerykanie testowali swoje dokonania i wynalazki z pogranicza militariów, medycyny i psychologii. Równie tajemniczy i mroczny  jest wcześniejszy okres funkcjonowania  poprzedniczki CIA - OSS. Jej pomysł na inwigilowanie Europy siatkami Gladio znalazł zastosowanie w innych regionach świata, gdzie CIA prowadziła żywotne interesy.

Macv-Sog, Feniks....

Rok 1964 wydawał się przełomowy dla wojny w Indochinach. Nowe wietnamskie realia jak i nasilające się operacje na terenie Laosu i Kambodży wymusiły na Amerykanach utworzenie  Macv-Sog (Military Assistance Command Vietnam -Special Operation Group - Dowództwo Wsparcia Działań Wojskowych w Wietnamie - Specjalna Grupa Obserwacyjna). Była to tajna grupa prowadząca niekonwencjonalne działania wojskowe na linii frontu jak i na tyłach wroga. Z jednej strony był to projekt militarny, ale na dobre zależał od CIA i jej oficjeli. Projekt miał wszelkie znamiona brutalnych operacji prowadzony podczas II wojny światowej przez OSS.

Grupa skupiała w sobie pracowników wywiadu, wojsk specjalnych, najemników, kontrrewolucjonistów oraz niezależne korporacje. Szczytem operacyjnych możliwości Macv-Sog   okazała się „Operacja Feniks".  Plan jak i domniemane  cele tej operacji opracował analityk CIA Robert Komer. Niestety  mimo szczytnych założeń plan okazał się krwawą jatką i karnawałem przemocy wobec ludności cywilnej.  Był to pewien wstęp do upadku popularności Agencji jak i początek jej prawdziwych problemów.

Chaos

Coraz większe niepowodzenia, narastająca  brutalność i lawinowo rosnąca liczba ofiar budziły ogromny sprzeciw społeczny w Stanach Zjednoczonych. Szczególny niepokój mogły budzić formy sprzeciwu wobec konfliktu do jakich można było zaliczyć dezercje czy masowe emigracje do Kanady. Prezydent Johnson zaniepokojony całą ta sytuacją w 1967 roku polecił szefowi CIA Dickowi Helmsowi opracowanie programu kontroli  środowisk kontestatorskich. Działania podjęte przez Agencje wpisały się w niechlubne karty historii, jako „Operacja Chaos". Był to początek  wewnętrznej inwigilacji społeczeństwa amerykańskiego przez wywiad( do tej pory pierwsze skrzypce w tej kwestii grało FBI pod rządami Edgara Hoovera) .

Nielegalne podsłuchy, groźby, szantaże

Fiasko ,,Operacji Chaos" kontynuowanej przez administrację nowego prezydenta Nixona spowodowała lawinę nieprzemyślanych decyzji, pokłosiem których została afera Watergate. Zorganizowane przez prezydenta 5 czerwca 1970 roku posiedzenie członków amerykańskiego środowiska wywiadowczego doprowadziło do utajonego ograniczenia praw obywatelskich Amerykanów. Nielegalne podsłuchy, przechwytywanie korespondencji, śledzenie, szantaż czy groźby stały się amerykańską codziennością. Zuchwałość i nadmierna pewność siebie pracowników CIA doprowadziła ich 17 czerwca 1972 do centrali Partii Demokratycznej, w budynku Watergate.  

Komisje i Homo

W wyniku afery 9 sierpnia Richard Nixon podał się do dymisji przekazując obowiązki swemu następcy Geraldowi Fordowi. Cała sprawa spowodowała ogromne zainteresowanie prasy, bo w grę wchodziły najpilniej strzeżone informacje federalne. Prym wiódł nowojorski dziennikarz Seymour Hersh. Z uporem maniaka zbierał nowe fakty, aż w końcu trafił na spotkanie z szefem i za razem legendą CIA  Williamem Colbym. Efektem spotkania był artykuł na łamach New York Times z 22 grudnia  1974 roku.

Dziennikarz ujawnił wiele nieprawidłowości w łonie agencji jak i szereg jej działań wykraczających daleko poza uprawnienia wywiadu. Największy skandal wywołały kulisy „Chaosu" i „Feniksa".  Prezydent Ford bojąc się gigantycznego skandalu uruchomił machinę śledczą, powołując komisję, na czele której stanął Nelson A. Rockefeller. Senat powołał swoją komisję  do zbadania działalności służb. Na jej czele stanął senator Frank Church. Podczas przesłuchań oficerów wywiadu wyszła na jaw kolejna szokująca akcja skierowana w realnych jak i potencjalnych wrogów Ameryki.  Założeniami ,,Operacji Homo" były plany inwigilacji lub morderstw polityków takich jak Fidel Castro, Patrice Lumumba, Ahmed Sukarto, Salvadore Allende czy Ngo Dinh Diem.

Konsekwencje...    

Komisja Churcha okazała się druzgocąca dla CIA. Senatorowie doliczyli się około 900 tajnych operacji w okresie piętnastu lat. Na etacie agencji było ponad 400 dziennikarzy, którzy rozlokowani po całym świecie pilnowali by agencja nie cierpiała w kwestiach wizerunkowych. Washington Post poszedł dalej. Gazeta ujawniła fakt eksperymentowania agencji przy przesłuchaniach przy użyciu LSD. W dodatku maltretowanie psychiczne czy badania rozmaitych technik manipulacji na ludności cywilnej Indochin były kolejnym gwoździem do trumny wywiadu.

Zdegustowany i zniesmaczony skandalem i bojący się o własne notowania prezydent Ford ograniczył rolę CIA co ucieszyło jej konkurentów z National Security Agency i Defense Intelligence Agency. Miejsce Colby'ego zajął George Bush. Dodatkową konsekwencją było Rozporządzenie 11905. Wrogowie Stanów Zjednoczonych mogli odetchnąć, chociaż na chwilę, bo oficjalnie orężem agencji miał zostać aparat z notatnikiem.

Bezwzględny zakaz dokonywania zabójstw odwołał w 1998 roku Bill Clinton po zamachach na ambasady Stanów Zjednoczonych w Kenii i Tanzanii. Ostrożnie sformułowane memoranda notyfikacyjne nie były oczywiście tak silne, jak unormowania prawne, z którymi CIA wchodziła do Wietnamu, ale był to powrót na dobrą ścieżkę. Szczególnie gdy wcześniejsi sojusznicy powoli okazywali się nowymi wrogami.

Patryk Poskrobko, czytelnik bloga Dyplomacja



UWAGA, przeczytaj!

Ty też chcesz opublikować swój wpis na blogu? Masz swoje zdanie w zakresie stosunków międzynarodowych, a szukasz właściwego miejsca do pierwszej publikacji? Dyskutujesz w komentarzach lub na forach na tematy międzynarodowe, ale potrzebujesz czegoś więcej? Blog Dyplomacja jest otwarty na Twoje propozycje. Napisz do mnie na adres p.wolejko[at]vp.pl, wyślij wiadomość na Dyplomacji na Facebooku lub na skontaktuj się ze mną na Twitterze. Tak zrobił Patryk, którego tekst właśnie przeczytaliście oraz Łukasz, którego artykuł czytaliście pod koniec sierpnia. Razem ustalimy szczegóły. Chętnie pomogę Wam przekroczyć barierę pomiędzy byciem Czytelnikiem a Autorem, która - uwierzcie mi - jest cienka i łatwa do pokonania.

 

grafika: Wikimedia Commons

niedziela, 16 września 2012

Po dwóch konwencjach partyjnych w USA i po trudnym dla USA tygodniu – śmierć ambasadora Stevensa wywołała szok w Ameryce – Obama jest faworytem walki o prezydenturę. Mitt Romney ma już tylko jedną szansę na dokonanie przełamania w kampanii – debaty. Pierwsza z nich odbędzie się 3 października.

grafikaSondaże nie pozostawiają wątpliwości. Po udanej, bardzo mocnej i sprawnie przeprowadzonej konwencji w Charlotte prezydent Obama objął prowadzenie w wyścigu o Biały Dom. W najnowszym badaniu NYT/CBS wygrywa z Romneyem 49 do 46. W sondażach trackingowych (robionych codziennie) wygrywa z kandydatem Republikanów. Po konwencji dostał sondażowy „bounce” – który, mimo lekkiego rozmycia nadal się utrzymuje. Co ważniejsze, w badaniach w poszczególnych stanach, np. szeroko komentowanym Marist/NBC/WSJ Obama wygrywa w Ohio, Wirginii i na Florydzie (odpowiednio ma 7pp i po 5 pp więcej). Sondaże pokazują także, że Romney traci przewagę jeśli chodzi o kwestie gospodarcze. W oczach wyborców polityka Obamy zaczyna przynosić efekty, mimo utrzymującego się wysokiego bezrobocia.

To wszystko kombinacja wielu czynników. Podstawowy – na konwencji w Tampa Republikanie poświęcili najwięcej czasu na krytykę prezydenta oraz na „humanizację” Mitta – pokazanie, że jest on dobrym, ciepłym rodzinnym człowiekiem. Ale zabrakło czasu na pokazanie jasnej wizji Ameryki i konkretnych rzeczy, które Romney zmieni jako prezydent. Co gorsza,  konwencja Republikanów została przyćmiona przez dziwaczne wystąpienie Clinta Eastwooda, który w czasie ostatniej, najważniejszej nocy konwencji rozmawiał przez kilka minut z pustym krzesłem, gdzie miał siedzieć wyimaginowany Obama.

Demokraci nie popełnili na konwencji żadnych błędów. Żona Obamy mówiła o jego charakterze i walce z przeciwnościami losu. Bill Clinton, w błyskotliwej mowie, przez ponad 45 minut punkt po punkcie zbijał ataki Republikanów i przekonywał, że żaden prezydent w cztery lata nie mógłby wyciągnąć USA z tak głębokiego kryzysu, jaki Obama zastał na początku kadencji. Wreszcie sam prezydent – w nietypowym, chłodnym i mało wybitnym pod względem oratorskim przemówieniu - jasno nakreślił wybór jaki stoi przed USA: albo droga naprzód, albo cofnięcie się w czasie czyli Romney/Ryan.

To wystarczyło. Romney od tego czasu nie był w stanie złapać wiatru w żagle. Taktyczne wpadki spotęgowały ilość negatywnych tekstów o jego kampanii w mediach. A próba zbicia politycznego kapitału na tragedii w Libii została fatalnie odebrana nawet przez Republikanów. Kandydat GOP jest ustawicznie atakowany za brak konkretnych propozycji programowych – zwłaszcza przez konserwatywne media.

Teraz Romneyowi zostały już tylko debaty. To właśnie wtedy będzie próbował dokonać przełomu. Jeśli mu się nie uda, to tylko duży kryzys międzynarodowy lub gospodarczy będzie stał na drodze Obamy do reelekcji.

Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - członek redakcji portalu 300polityka.pl



Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:

 

grafika: http://short-sharp-shock.blogspot.com

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook