poniedziałek, 23 września 2013

Ostatnie dni to festiwal złych informacji: terroryści z Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego (AQAP) dokonali ataku na wojsko jemeńskie w położonej na południu kraju prowincji Shabwah; zamachy terrorystyczne w Iraku doprowadziły do śmierci przynajmniej 92 osób; od 21 września trwa oblężenie centrum handlowego Westgate w stolicy Kenii - Nairobi, do tej pory zginęły co najmniej 62 osoby. Odpowiedzialne za atak jest najpewniej somalijskie ugrupowanie Al-Shabab, powiązane z Al-Kaidą.

Iracki koszmar w 2013 r.

Irak płonie już od miesięcy. Między kwietniem a sierpniem br. w atakach terrorystycznych zginęło tam ponad 4000 osób. W samym wrześniu już około 500. Szokująca fala przemocy religijnej, bowiem ataki są wymierzone zarówno w szyitów, jak i w sunnitów, powoduje, iż kraj chwieje się w posadach. Rebelia w sąsiedniej Syrii nie stanowi wytłumaczenia dla wydarzeń w Iraku, których skala wskazuje na lokalne przyczyny. Ekstremiści z obu stron podziału islamu wzięli się za podpalanie kraju. Rząd w Bagdadzie nie ma pomysłu na powstrzymanie tego procederu. Co więcej, dla Kurdów i sunnitów premier Maliki jest bardzo mało wiarygodny. Mówiąc szczerze, przy takiej sytuacji wewnętrznej szef rządu powinien podać się do dymisji.

Skąd wzięło się Al-Shabab?

grafikaJemen to, podobnie jak Somalia, przypadek szczególny. Przypadek tego, jak dobra w intencjach polityka może doprowadzić do piekła (niczym przysłowiowe dobre chęci). Tak się bowiem składa, że Al-Kaida w Jemenie jeszcze kilka lat temu, podobnie jak Al-Shabab w Somalii, były słabe i niewiele znaczyły. Nie posiadały istotnych zasobów kadrowych ani finansowych, nie mogły nawet marzyć o działaniu na taką skalę, jak dzisiaj.

Al-Shabab w Somalii znajdowało się na marginesie Unii Trybunałów Islamskich (UTI), które na krótko (kilka miesięcy 2006 r.) skonsolidowały władzę nad znaczącą częścią terytorium Somalii. Prowadzona przez USA polityka wykorzystywania niesławnych watażków do ścigania prawdziwych i wyimaginowanych terrorystów, a także inwazja śmiertelnego wroga Somalijczyków, Etiopii - co doprowadziło do obalenia UTI i przywrócenia do władzy tymczasowego rządu federalnego - przyczyniły się do wzrostu znaczenia i poparcia dla Al-Shabab. Organizacja ta rosła w siłę, rekrutowała zagranicznych bojowników, a w obliczu rozbicia UTI szybko stała się jedną z głównych sił opozycyjnych wobec etiopskiej okupacji.

Co istotne, Al-Shabab potrafiło się wkomponować w skomplikowaną strukturę klanową Somalii, zapewniając sobie przez to schronienie i poparcie. W latach 2009-2010 Al-Shabab zdobyło kontrolę nad istotną częścią terytorium Somalii, w tym prawie nad całą stolicą - Mogadiszu. Dopiero zmasowana ofensywa afrykańskich sił stabilizacyjnych AMISOM oraz milicji lojalnych wobec tymczasowego rządu wyparła Shabab ze stolicy, a następnie innych miejsc kontrolowanych przez radykałów. W 2012 r. Al-Shabab połączyła się z Al-Kaidą, a Baza przejęła de facto kontrolę nad organizacją.

Atak na kenijskie centrum handlowe stanowi, według radykałów, odpowiedź na kenijską interwencję w Somalii, która zaczęła się w 2011 r. Kenia postanowiła wówczas dołączyć do grupy państw aktywnie zwalczających Al-Shabab. Mimo utraty kontroli nad większością zdobytego w latach 2009-2010 terytorium, organizacja ma się dobrze. W znacznej mierze działa teraz w ukryciu, przeprowadzając zamachy na wojska afrykańskie i somalijskie siły porządkowe, a teraz pokazała, że jest w stanie przeprowadzić duży atak poza granicami Somalii.

Jak rosła siła Al-Kaidy w Jemenie?

Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP) powstała w 2009 roku z połączenia jemeńskiej i saudyjskiej "filii" Al-Kaidy. AQAP to wytwór polityki Alego Abdullaha Saleha, do niedawna prezydenta Jemenu (przez trzy dekady) oraz amerykańskiej strategii walki z terroryzmem, w myśl której naloty, uderzenia rakietowe, drony i akcje sił specjalnych to najlepsza odpowiedź na zagrożenie ze strony "bad guys".

Al-Kaida działała w Jemenie od dawna i nie niepokoiło to przesadnie prezydenta Saleha. Wykorzystywał ją, podobnie jak miejscowe plemiona, na których opiera się struktura społeczna kraju, do utrzymania się przy władzy. Po 11 września 2001 r. zrozumiał, że jeśli nie przyłączy się do Stanów Zjednoczonych w ich globalnej wojnie z terroryzmem, może znaleźć się na liście celów. Użył więc pretekstu obecności Al-Kaidy do otrzymania od USA broni, pieniędzy i zapewnił swoim oddziałom szkolenia wojskowe, które prowadziły najbardziej elitarne oddziały sił specjalnych USA.

Saleh wiedział, że zbyt szybka eliminacja Al-Kaidy sprawi, że Amerykanie zapomną o nim i złota żyła, z której korzystał ile wlezie, może się wyczerpać. W związku z tym, gdy było trzeba, przymykał oko na działania terrorystów, zwalniał ich z więzień, nie aresztował etc. W tym samym czasie Amerykanie rozkręcali w Jemenie swoje działania antyterrorystyczne, a Saleh pozwalał im na coraz więcej. Im więcej nalotów, ataków dronów czy akcji sił specjalnych, tym więcej razy ginęli cywile. Sprzyjało temu dość luźne podejście Amerykanów do definiowania celów ataków - mogli nimi być (i nadal są, Jemen to miejsce nieustannych ataków sił USA) w zasadzie wszyscy mężczyźni w wieku poborowym. Jak opisał to w książce "Dirty wars: The world is a battlefield" Jeremy Scahill, w oczywisty sposób wzbudzało to niezadowolenie i gniew jemeńskich plemion. A one były Al-Kaidzie raczej niechętne albo przynajmniej obojętne. Większość z nich, gdyby chciała, mogłaby rozprawić się z bojownikami AQAP dość szybko (o czym także pisał Scahill), gdyby ci zaczęli działać przeciwko nim.

Atak na siły jemeńskie w Shabwah to kolejny epizod walki prowadzonej przez AQAP z proamerykańskim reżimem w Sa'anie. Śmierć 40 żołnierzy to cios w morale i tak zdemoralizowanej armii. Tam nawet elitarne jednostki antyterrorystyczne nie są skore do sprawdzenia swoich sił w akcji, a regularna armia jest niedozbrojona, słabo finansowana, a jej żołnierze są podatni na dezercje.

Trudno o optymizm w najbliższej przyszłości

Ekstremiści są aktualnie w natarciu. Także w Syrii, gdzie różne odcienie rebelii bardziej zwalczają siebie, niż reżim Assada. Także w Libii, gdzie daleko do stabilizacji, a stolica rebelii - Bengazi - należy do najbardziej niebezpiecznych miejsc w kraju. Także na Półwyspie Synaj, gdzie armia egipska nie może poradzić sobie ze zbuntowanymi plemionami beduińskimi oraz terrorystami, którzy skryli się między nimi. Także w Libanie, gdzie przelewa się syryjska rzeź, w której aktywny udział bierze główna siła polityczna i wojskowa Libanu, czyli szyicki Hezbollah (narzędzie w rękach Iranu). Nawet w Palestynie terroryści podnieśli głowę i w ostatnich dniach zabili dwóch żołnierzy izraelskich.

Chociaż działalność ekstremistów ma w znacznej mierze przyczyny w sprawach o czysto lokalnym charakterze, widoczne są transgraniczne trendy - umocnienie się marki Al-Kaidy i duży potencjał ugrupowań przy niej afiliowanych, istotny wzrost starć na linii sunnici-szyici, rosnące zagrożenie płynące z terytoriów o słabej bądź żadnej władzy państwowej. Wszystko to podlane jest oliwą w postaci strumienia pieniędzy płynącego głównie z okolic Zatoki Perskiej, co zwiastuje kolejne krwawe wydarzenia, o których będziemy dowiadywać się w najbliższym czasie. Przypadek Mali, położonego w Zachodniej Afryce pokazuje, iż radykałowie mogą działać z rozmachem na ogromnym obszarze, i zazwyczaj pojawiają się tam, gdzie niekoniecznie się ich spodziewamy. Potrafią bowiem wykorzystać lokalne uwarunkowania dla realizacji własnych celów. To sprawia, że stanowią duże zagrożenie.

Piotr Wołejko

czwartek, 19 września 2013

Z Jeremym Scahillem zetknąłem się pierwszy raz na lotnisku Londyn-Luton, gdy - mając w perspektywie powrót do kraju - postanowiłem wydać ostatnie 10 funtów na książkę, która uczyni lot interesującym. Wybór padł na "Blackwater. The rise of the world's most powerful mercenary army". Lektura była tak pasjonująca, że z żalem opuszczałem samolot w porcie lotniczym w Warszawie. Książkę Scahilla po prostu się połykało. Skłaniała ona do przemyśleń, analizy. Na Dyplomacji opublikowałem trzy wpisy, w których streszczałem główne punkty tekstu Scahilla - cz. I, cz. II, cz. III.

grafikaW "Blackwater" Scahill przedstawił mechanizm prywatyzacji wojny - oddawania kolejnych zadań, tradycyjnie wykonywanych przez siły zbrojne, w ręce prywatnych firm. Wojsko miało walczyć. Lecz udział w walce brali także najemnicy z prywatnych firm wojskowych (PMCs). A na tym fachu znali się nierzadko lepiej od żołnierzy - sami wywodzili się z rozmaitych sił zbrojnych, nierzadko z sił specjalnych. Najemnicy (czy inaczej mówiąc, kontraktorzy) często bywali głównymi aktorami (winowajcami) skandali, najczęściej z powodu zbyt swobodnego korzystania z broni. Pamiętna scena z irackiej Falludży, gdzie rozjuszony tłum ciągnął po mieście zwłoki kilku najemników firmy Blackwater, a następnie wiesza te zwłoki na moście przyczyniła się do oblężenia tego miasta przez wojska amerykańskie i długotrwałych walk ulicznych.

Wzrost roli prywatnych korporacji w amerykańskich wojnach to jednak tylko pewna część większej całości. Obok kontraktorów firm takich jak dawne Blackwater, "bohaterami" wojny z terrorem są operatorzy oddziałów specjalnych. I o tym traktuje druga książka Scahilla - "Dirty wars: The world is a battlefield". Lektura jest wstrząsem dla czytającego, a wnioski z niej płynące nie są optymistyczne. Przedstawię w punktach najważniejsze, moim zdaniem, spostrzeżenia:

  1. Strategia Obamy, polegająca na ograniczaniu ilości żołnierzy w Iraku (aż do wycofania) i Afganistanie (wycofywanie już w przyszłym roku) miała swoją drugą stronę, w postaci znaczącego zwiększenia roli działań sił specjalnych. Te ostatnie działały poza strukturą (a nierzadko wiedzą) wojsk konwencjonalnych, co w oczywisty sposób wywoływało spory i - co ważniejsze - szkodziło działaniom podejmowanym przez siły konwencjonalne.
  2. W walkę z terrorem, jak ujął to prezydent Bush junior, Ameryka zaangażowała elitę swoich sił specjalnych oraz dynamicznie rozwijające się pod względem technologicznym samoloty bezzałogowe (drony).
  3. Prezydent Obama, chociaż w kampanii wyborczej "jechał" na krytyce administracji Busha i jego podejściu do prowadzenia wojny, nie tylko przejął strategię republikańskiego poprzednika, lecz w daleko idący sposób ją udoskonalił (rozwinął). Centralnym elementem zwalczania terrorystów i radykałów stały się siły specjalne (Spec Ops), drony oraz ataki lotnicze i rakietowe.
  4. Rosnące wykorzystanie sił specjalnych opierało się na doktrynie Rumsfelda i Cheneya, kluczowych graczy w ekipie Georga W. Busha, której nazwa mówi sama za siebie - The world is a battlefield. Polem bitwy jest cały świat. Amerykańskie siły specjalne działają już w ponad 100 państwach.
  5. Mianowanie wywodzącego się z sił specjalnych (JSOC - emblemat wyżej) gen. Stanleya McChrystala na głównodowodzącego amerykańskich wojsk w Afganistanie (sierpień 2008 r.) było apoteozą roli Spec Ops w wojnie z terrorem. Liczba nocnych operacji (głównie wkraczanie do domów), nalotów lotniczych oraz ataków z wykorzystaniem dronów systematycznie rosła.
  6. Poszerzał się także zakres terytorialny tych operacji. Obama zezwolił na bezpardonowe obchodzenie się z suwerennością Pakistanu, na terytorium którego z regularnością szwajcarskiego zegarka zaczęły spadać rakiety wystrzeliwane z samolotów bezzałogowych. Również operatorzy sił specjalnych coraz częściej przekraczali granicę afgańsko-pakistańską.
  7. Efektem powyższych działań była szybująca w astronomicznym tempie liczba zabitych cywili (czasem ginęli także pakistańscy żołnierze). Jednocześnie w miejsce zabijanych (rzadziej łapanych i aresztowanych) ekstremistów pojawiali się następni. Ich liczba rosła.
  8. O ile w Pakistanie amerykańskie siły specjalne musiały się miarkować, o tyle w Somalii czy - w szczególności - w Jemenie, nie istniały praktycznie żadne granice. Zasada "więcej ataków = więcej zabitych cywilów" zadziałała także w tych państwach. Nic dziwnego, że talibowie w Afganistanie (i Pakistanie), Al-Kaida i Al-Shabab w Somalii oraz Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP), mimo systematycznej eliminacji ich liderów, rosną w siłę. Amerykańskie działania kreują kolejne głowy hydrze, którą rzekomo zwalczają. Radykałowie zyskują bowiem na nienawiści miejscowej ludności do Stanów Zjednoczonych, które zabijają ich przyjaciół, rodziny i dzieci. Nierzadko całe wioski czy plemiona, które w żaden sposób nie mają interesu w popieraniu radykałów, decydują się wspomóc ich bądź działać przeciwko USA.
  9. Prawnik konstytucjonalista - prezydent Barack Obama - wypracował w trakcie swojej prezydentury model zabijania własnych obywateli bez jakiegokolwiek niezależnego nadzoru. Egzekutywa ocenia, analizuje, decyduje i wykonuje wyroki śmierci na Amerykanach, których podejrzewa o terroryzm. Gdy pojawiają się wątpliwości, nie ujawnia dowodów i mętnie tłumaczy swoje racje. Prawo do sądu i rzetelnego procesu zanika. Dziś dotyczy to osób oskarżanych o terroryzm, ale jutro może dotyczyć każdego. Precedens już jest. I to niejeden, chociaż imię Anwar al-Awlaki jest tutaj głównym przykładem. Niedobrze, gdy władza wykonawcza ma aż tak wielkie możliwości, a jeśli udało się je stworzyć w USA, to prosta droga wiedzie stamtąd do Europy.
  10. Wojna z terrorem stała się samonakręcającym się przedsięwzięciem. Rozlewa się po coraz większym terytorium na mapie świata, angażuje coraz większe i potężniejsze siły, a jednocześnie nie widać na horyzoncie jej końca. Nie było nim w żadnym przypadku zabicie Osamy bin Ladena. Teraz lokalni radykałowie podszywają się bądź podłączają pod brand Al-Kaidy, wydając wojnę miejscowym władzom, a przy okazji Stanom Zjednoczonym i Zachodowi. Wojny z terrorem nie da się wygrać wyłącznie środkami wojskowymi, do tego głównie siłami specjalnymi i dronami. Polityka, gospodarka, rozwój i kultura muszą znaleźć swoje miejsce na stole.

Gorąco polecam lekturę książki "Dirty wars: The world is a battlefield". Składa ona puzzle, które są nam serwowane przez media bez jakichkolwiek "linków" pomiędzy nimi. Tymczasem, jak mawiał znajomy historyk, każde wydarzenie to zawsze "przyczyna-przebieg-skutki". Coraz mniej tego typu tekstów w przestrzeni informacyjno-analitycznej. Scahill jest jednym z nielicznych autorów podążających słusznym tropem.

Piotr Wołejko

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook