wtorek, 28 października 2008

grafikaW najbliższy weekend w Oxfordzie odbędzie się Model United Nations, czyli symulacja obrad Narodów Zjednoczonych, w tym poszczególnych komitetów oraz Rady Bezpieczeństwa. Będę miał przyjemność wziąć udział w obradach Disarmament and International Security Committee jako delegat Nowej Zelandii. Tematem prac komitetu będzie zapobieganie proliferacji broni jądrowej w XXI wieku albo polityczny i społeczny wpływ handlu bronią w Afryce.

Tematy bardzo ważne i skrajnie odmienne. Pierwszy dotyczy kwestii o znaczeniu strategicznym i raczej długoterminowym; drugi zaś sprawy wymagającej natychmiastowych, zdecydowanych i kompleksowych działań. Osobiście optowałbym za debatą o proliferacji broni jądrowej, stąd tytuł niniejszego wpisu. [źródło grafiki: nuclearfreenz.org.nz]

Nowa Zelandia jako pierwszy kraj Zachodu przyjęła regulacje antynuklearne, za co została ukarana wycofaniem części gwarancji bezpieczeństwa przez Stany Zjednoczone. Przy ogromnym poparciu społecznym rząd Nowej Zelandii podjął bowiem decyzję o stworzeniu, wraz z kilkoma państwami Pacyfiku, Strefy Wolnej od Atomu (Nuclear Free Zone), a następnie przyjął ustawę zakazującą okrętom i statkom powietrznym państw trzecich dostępu do nowozelandzkich portów oraz wstępu na terytorium Nowej Zelandii.

Regulacje te stały się przyczyną gniewu ze strony Stanów Zjednoczonych. Waszyngton argumentował, że przepisy ustawowe uniemożliwiają skuteczne wypełnianie warunków porozumienia obronnego pomiędzy Australią, Nową Zelandią a Stanami Zjednoczonymi (ANZUS). W myśl prawa amerykańskie lotniskowce czy okręty podwodne o napędzie atomowym nie mogą wpłynąć do żadnego nowozelandzkiego portu. W sytuacji zagrożenia wojennego bądź wojny taka sytuacja byłaby ogromnym utrudnieniem dla sił sprzymierzonych.

Ameryka wywierała silną presję na Wellington, ale Nowa Zelandia się nie ugięła. Kolejne rządy, niezależnie od opcji politycznej, popierały wprowadzoną w połowie lat 80. ubiegłego wieku ustawę - mając silne wsparcie opinii publicznej

grafika

 źródło: www.nzhistory.net.nz

Zagrożenia płynące z proliferacji broni jądrowej są traktowane przez Nową Zelandię bardzo poważnie. Kraj ten sprzeciwiał się, forsowanej przez Stany Zjednoczone zgodzie na współpracę atomową z Indiami. Waszyngton w końcu przeforsował swoje stanowisko w Nuclear Suppliers Group, ale wątpliwości pozostały. Warto przypomnieć, że NSG (kartel kontrolujący handel paliwem jądrowym) powstał w 1974 roku jako reakcja na indyjską próbę jądrową

Dopuszczenie Indii to handlu paliwem jądrowym oraz technologiami, choć Dehli nie podpisało traktatu NPT oraz nie zgodziło się poddać kontrolom IAEA wszystkich swoich obiektów wykorzystywanych w pracach nad atomem. Wielu, w tym Nowa Zelandia, uznaje układ amerykańsko-indyjski za wyrwę w systemie zwalczania proliferacji broni jądrowej

Indie to jednak nie jedyny problem, z którym należy się zmierzyć. Poza reżimem NPT i IAEA pozostają także Pakistan i Izrael. Wiele wskazuje na to, że Iran, będący sygnatariuszem NPT, nie do końca stosuje się do zapisów traktatowych oraz regulacji ustanowionych przez IAEA. Wątpliwe natomiast jest, aby którekolwiek z tych państw miało podążyć drogą Republiki Południowej Afryki, która samodzielnie zdecydowała się zrezygnować z posiadania broni jądrowej.

Delikatna jest również kwestia dostępu do technologii cywilnych, które łatwo mogą być wykorzystane do celów wojskowych. Odpowiedzią może być stworzenie i powszechne udostępnienie technologii bezpiecznych bądź drastyczne ograniczenie dostępu do obecnych technologii i przekazywanie zainteresowanym państwom gotowego do użycia paliwa do elektrowni. Pojawiają się pomysły, aby powołać międzynarodowe konsorcjum, które przekazywałoby państwom gotowe reaktory wraz z paliwem, które po zużyciu byłyby zwracane i wymieniane na nowe. 

Kolejny gorący temat to rozbrojenie. Obecnie rozpoznawane i uznane potęgi atomowe powinny redukować swoje arsenały. Dalekosiężnym celem powinno być całkowite rozbrojenie, ale tylko najwięksi optymiści wierzą, iż taki scenariusz uda się zrealizować. Nowa Zelandia stoi na stanowisku, że należy dążyć do maksymalnego możliwego rozbrojenia. 

Jak zapobiegać proliferacji broni jądrowej w XXI wieku, w którym coraz większa liczba państw zamierza rozwijać energetykę jądrową? Czy możliwe jest odseparowanie technologii cywilnych od wojskowych? Jak zabezpieczyć odpady radioaktywne przed wejściem w niepowołane ręce? Czy i ewentualnie jakie zmiany w NPT są niezbędne, aby dostosować traktat do nowych realiów? O tym wszystkim będziemy dyskutować podczas obrad w dniach 31 października - 2 listopada br.

W związku z tym, następny wpis na blogu ukaże się nie wcześniej niż 4 listopada. Do tego czasu zapraszam na nowy portal Polityka Globalna:


niedziela, 26 października 2008

grafikaMiesiąc temu pisałem o Cipi Liwni jako o nowej premier Izraela. Rzeczywistość okazała się jednak inna i Liwni, wybrana we wrześniu liderem największej partii w parlamencie, nie zostanie szefem rządu. Kilka tygodni negocjacji koalicyjnych nie przyniosło pozytywnego rezultatu w postaci zapewnienia premier-in-spe Liwni większości umożliwiającej rządzenie. Tym samym obecna minister spraw zagranicznych w rządzie premiera Ehuda Olmerta (w stanie dymisji) stała się niedoszłą panią premier, a Olmert pozostanie na stanowisku przynajmniej do końca lutego, a może i kilka tygodni dłużej.

Fiasko rozmów Liwni z potencjalnymi partnerami koalicyjnymi wynika, jak przedstawia to liderka Kadimy, z jej sprzeciwu wobec zwiększania wydatków rządowych, których domagała się kluczowa dla zapewnienia rządowi większości religijna partia Shas. Druga sprawa, która uniemożliwiła Shasowi poparcie Liwni to kwestia jedności Jerozolimy. Niedoszła premier nie chciała zgodzić się na warunek stawiany przez Shas w postaci zadeklarowania niepodzielności świętego miasta trzech monoteistycznych religii.

Sytuacja Liwni nie była różowa, o czym dobitnie świadczą jej własne słowa: "Jest cena, którą można zapłacić i cena, którą inni są gotowi zapłacić - ale ja nie zapłacę jej kosztem państwa i obywateli tylko po to, aby zostać szefem sparaliżowanego rządu". W opozycji do Kadimy ustawił się nie tylko ortodoksyjny Shas, ale także część jej własnej partii. Na czele buntowników stanął pokonany o włos w wyborach na lidera partii Shaul Mofaz, a towarzyszył mu minister finansów Ronnie Bar-On. 

Prezydent Peres ma trzy dni na konsultacje z liderami partii posiadających swą reprezentację w Knessecie (teoretycznie istnieje możliwość porozumienia i stworzenia koalicji rządowej), a następnie musi rozpisać przedterminowe wybory parlamentarne. Do jednoizbowego Knessetu dostaną się wszystkie partie, które przekroczą 2-procentowy próg wyborczy. System ten sprawia, że kolejne parlamenty są straszliwie rozdrobnione, a koalicje to niestabilne wielogłowe twory, złożone często z partii o przeciwnych poglądach.

Ostatnie sondaże wskazywały na zwycięstwo prawicowego Likudu, na którego czele stoi Beniamin Netanyahu. Zwycięstwo to jednak pojęcie dość względne, gdyż na więcej niż 40 mandatów nie ma raczej co liczyć. Być może Likud będzie zmuszony zawrzeć koalicję z Kadimą bądź Partią Pracy, czyli partiami obecnej centro-lewicowej koalicji. Z drugiej strony, partie religijne - niechętne procesowi pokojowemu (jakkolwiek komicznie, wobec braku postępu, to brzmi) zyskują poparcie i mogą zapewnić Likudowi spokojne rządy.

Wiemy już, że kampania Kadimy pod wodzą Cipi Liwni będzie opierać się na przesłaniu: kraj przede wszystkim, dość zakulisowych układów politycznych kosztem obywateli. Liwni chce się zaprezentować jako twardy lider z zasadami, polityk zdecydowany, mąż stanu. Raczej nie będzie podpierać się "osiągnięciami" rządu, którego jest członkiem, gdyż powszechnie odbierany jest on jako nieudolny i skompromitowany aferami wokół premiera Olmerta.

"Bibi" Netanyahu natomiast oprze kampanię na krytyce "procesu pokojowego" i wycofania ze Strefy Gazy. Po zwycięstwie Likudu wszelkie namiastki negocjacji z Mahmudem Abbasem zostaną zamrożone bądź zerwane. Rząd Izraela przyjmie wówczas pozycję zdecydowanie antypalestyńską, a administracja amerykańska, jeśli miałaby wolę kontynuowania rozmów izraelsko-palestyńskich, zostałaby postawiona w trudnej sytuacji.

grafikaObecne przesilenie w Izraelu oraz zbliżające się wybory w Stanach zdaje się wykorzystywać Syria. Jak donosi bowiem portal Debka, powiązany z izraelskim wywiadem, Syryjczycy zgromadzili wzdłuż granicy z Libanem cztery dywizje wojska (po kliknięciu mapka powiększy się) i szykują się do wkroczenia na terytorium Kraju Cedrów. Zdaniem Debki Stany Zjednoczone o wszystkim wiedzą i puszczają oko do prezydenta Syrii Baszara Asada, licząc na odwrócenie sojuszy i zerwanie przez Damaszek sojuszu z Teheranem. 

Jak komentuje Debka, jest to wyjątkowo naiwne ze strony administracji Busha posunięcie, które może zakończyć się ponownym przejęciem kontroli nad Libanem przez Syrię. Tę samą, która zaledwie trzy lata temu w upokarzający sposób wycofywała się z Libanu pod presją Waszyngtonu. W obliczu powyższych doniesień inne światło pada na informację o ataku powietrznym sił Stanów Zjednoczonych na obiekt po syryjskiej stronie granicy z Irakiem. Czyżby było to ostrzeżenie dla Syrii, aby nie ważyła się wkraczać do Libanu? 

Trzeba przyznać, że jeśli Syria zamierza wrócić do Libanu w sposób oficjalny, lepszego momentu niż obecny nie mogła sobie wymarzyć. Izrael w politycznej rozsypce, a Ameryka tuż przed zmianą prezydenta. 

Piotr Wołejko

grafika: wikipedia, debka.com

 

Poprzednie wpisy o Bliskim Wschodzie:


Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:

 
 
 
piątek, 24 października 2008

Kandydaci na prezydenta USA za całe zło związane z kryzysem finansowym obwiniają chciwość na Wall Street. Wielu polityków, nie tylko za Oceanem, przyjmuje podobny punkt widzenia, zrzucając winę na bankierów i finansistów. Wall Street jest wdzięcznym chłopcem do bicia, gdyż ludzie mniej zamożni zwykle nie darzą wielką sympatią niewielkiej garstki bogaczy, elity finansowej, do której decydenci z Wall Street z pewnością się zaliczają.

Jak to jednak zwykle bywa, chciwość na Wall Street wcale nie jest przyczyną kryzysu finansowego, a bankierzy nie odpowiadają za problemy gospodarki oraz obywateli (tzw. Main Street w nomenklaturze amerykańskiej). Problemy Ameryki wzięły się z usilnego promowania polityki "mieszkanie dla każdego" przez administrację Busha oraz Kongres. Politycy zachęcali obywateli do zadłużania się i nabywania domów, więc obywatele zadłużali się i kupowali.

Na polityce chciały też skorzystać banki i pożyczkodawcy, którzy redukowali swoje wymagania i udzielali kredytów komu popadnie. Nagle okazało się, że praktycznie bez formalności każdy mógł dostać kredyt na zakup domu. Hipoteczne giganty Freddie Mac i Fannie Mae posługiwały się tanimi pieniędzmi gwarantowanymi przez państwo, a Bank Rezerwy Federalnej utrzymywał arcyniskie stopy procentowe, utrzymując tym samym niskie koszty kredytu. 

Łatwo jest więc wskazać, nawet z nazwiska, osoby odpowiedzialne za obecny kryzys. George W. Bush i Alan Greenspan znaleźliby się na szczycie tej listy, ale tuż za nimi stałyby setki urzędników administracji oraz wielu kongresmanów. Wyłuszczyłbym tu zwłaszcza odpowiedzialność Kongresu, którego zadaniem jest uchwalanie prawa. Jeśli mówimy o chciwości, kolesiostwie i korupcji na Wall Street, trzeba zauważyć, że bankierzy i finansiści poruszali się w ramach prawnych stworzonych przez ustawodawcę, tj. przez Kongres.

Skoro więc krytykowany jest brak regulacji, nieszczelność przepisów czy luki prawne, należy winić za to Kongres. Ludzie działają zawsze w jakichś ramach prawnych. Jeśli prawo jest złe, odpowiedzialność za skutki złego działania prawa ponosi prawodawca. 

Nie bez winy są także konsumenci, którzy bez umiaru wydawali pieniądze na nowe samochody, telewizory i inne dobra. Oczywiście, byli do tego usilnie namawiani przez wszelkiej maści polityków zachęcających do konsumpcji. Amerykanie, a także np. Brytyjczycy, zadłużali się na potęgę. Teraz trzeba zacisnąć pasa, a to zawsze jest trudne. Ucierpią na tym przedsiębiorcy, gdyż poziom sprzedaży spadnie - ludzie stracą pracę. Wielu za bardzo uwierzyło politykom i poddało się szałowi zakupów. Zdrowy rozsądek wyszedł z mody.

Obecny kryzys zatacza coraz szersze kręgi, a odpowiedzią polityków jest interwencjonizm, nacjonalizacja i socjalizm. O pomysłach Nicolasa Sarkozy'ego nie chce mi się nawet pisać, gdyż proponuje on czystej wody socjalizm. Mam coraz większe obawy, czy politycy nie wprowadzą nas w ramiona prawdziwego wielkiego kryzysu. Przyczyną załamania gospodarczego z przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku były fatalne posunięcia polityków, którzy odwołali się do protekcjonizmu.

Gwoździem do trumny światowej gospodarki była ustawa Smoota-Hawleya, która drastycznie podniosła cła na 20 tysięcy importowanych dóbr. W odpowiedzi inne kraje odwetowo podnosiły własne cła, co doprowadziło do dramatycznego ograniczenia wymiany handlowej. Dziesiątki milionów osób straciło pracę, a Zachodnia gospodarka legła w gruzach. Grunt pod totalitarne reżimy został położony, co w krótkim okresie czasu doprowadziło do wybuchu najkrwawszej wojny w historii świata. 

Teraz wojna nam nie grozi, ale kryzysogenne działania polityków coraz bardziej szkodzą gospodarce i zwykłym obywatelom. Uzdrawianie gospodarki metodami, które mogą jej zaszkodzić zaczyna być groźne. Politykom trudno zrozumieć zasadę, że tylko nie robiąc niczego nie popełnia się błędów. Łatwiej znaleźć niepopularnego chłopca do bicia i przykrywać własną nieudolność wariackimi działaniami.

Piotr Wołejko

 

Poprzednie wpisy o gospodarce:

  • Nadchodzi nowy porządek 
  • Szkodliwość interwencjonizm
  • Gospodarka w czasach kryzysu - strategie McCaina i Obamy (część I, część II)
  • Problemy rosyjskiej gospodarki
 
Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:

 
 
poniedziałek, 20 października 2008

W Turcji rozpoczął się proces, w którym w stan oskarżenia postawiono 86 członków tajnej organizacji Ergenekon, która miała rzekomo przygotowywać zamachy terrorystyczne w 2009 roku. Być może Ergenekon odpowiada także zamachy na znane osobistości życia publicznego. W skład spisku, który miał doprowadzić do obalenia rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), uważanej przez nacjonalistów za dążącą do islamizacji kraju i obalenia republiki.

Przy procesie w tej sprawie powracają pytania o tarcia pomiędzy rządzącymi a świeckim establishmentem, który tworzą głównie armia, sędziowie oraz urzędnicy państwowi.  Skrajna nieufność obrońców laickości i świeckości państwa do rządzących umiarkowanych islamistów wielokrotnie wprawiała Turcję w turbulencje. Ostatnim przykładem twardej walki obu obozów był, odrzucony przez Trybunał Konstytucyjny, wniosek o delegalizację AKP oraz zakaz udziału w życiu publicznym dla kilkudziesięciu najważniejszych polityków tej partii, w tym premiera Erdogana i prezydenta Gula.

O tego ostatniego stoczono zresztą walkę w ubiegłym roku, kiedy w kwietniu uniemożliwiono mu objęcie funkcji głowy państwa, co doprowadziło do przedterminowych wyborów parlamentarnych. Lipcowe wybory okazały się wielkim sukcesem AKP. Nowy parlament bez problemów wybrał Abdullaha Gula na stanowisko prezydenta w sierpniu ub.r. 

Sprawa Ergenekon przez niektórych określana jest mianem odwetu politycznego za próbę deleglizacji Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Byłoby bardzo nierozsądne, gdyby rząd mścił się na swoich politycznych oponentach bez poważniejszego powodu. Zdaje się jednak, że Ergenekon to nie niewinna siatka bliższych i dalszych znajomych. Być może ultra-nacjonalistyczna organizacja symbolizuje coś, o czym w Turcji mówi się dość rzadko - derin devlet, czyli "głębokie państwo".

Mianem tym określa się struktury, równoległe do państwowych, które de facto dzierżą prawdziwą władzę w Turcji. Powstały one po zakończeniu drugiej wojny światowej z inicjatywy Amerykanów, którzy obawiali się inwazji i infiltracji sowieckiej. Z pieniędzy Wujka Sama finansowano przeróżne organizacje, w tym paramilitarne, których zadaniem był m.in. sabotaż i działanie za liniami wroga w razie sowieckiego ataku. Turcja, jako kraj frontowy, odgrywała w amerykańskiej układance bardzo ważną rolę

Poprzez strukturę zwaną Wydziałem Walki Specjalnej (Özel Harp Dairesi), Stany Zjednoczone finansowały przygotowania do odparcia sowieckiego zagrożenia. W innych państwach istniały podobne komórki, ale w Turcji odgrywały one od początku istotną rolę w polityce. Świecka republika Ataturka opierała się na armii, która kilkakrotnie interweniowała, przeprowadzając zamachy stanu, obalając niewygodnych premierów pod pretekstem zagrożenia świeckości państwa. 

Ergenekon może symbolizować ukrytą strukturę w armii tureckiej, stanowiąc świetną lekcję poglądową na temat politycznej wizji generałów oraz świeckiej elity. Wśród postawionych w stan oskarżenia znajdują się zarówno wojskowi, jak i cywile - w tym właściciel jednej z największych gazet. Sprawa Ergenekon może obnażyć wiele mechanizmów funkcjonowania świeckiego, antyislamistycznego establishmentu i doprowadzić do poważnego politycznego kryzysu. Jeśli bowiem armia poczuje, że jej wpływy i interesy są zagrożone, jest wielce prawdopodobne, iż nie będzie czekać z założonymi rękami. 

Piotr Wołejko

 

Poprzednie wpisy o Turcji:


Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:

 
14:10, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 października 2008
Trzecia i zarazem ostatnia debata prezydencka pomiędzy Barackiem Obamą a Johnem McCainem była zupełnie inna od dwóch poprzednich. Kilka dni temu pisałem, że wcześniejsze starcia okazały się wtórne i nudne. Środowa debata bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Sondaże jak zwykle wskazują na zwycięstwo, a nawet druzgocące zwycięstwo Obamy. To standard, do którego w tegorocznej kampanii można przywyknąć. Nawet gdyby McCain stanął na głowie, zaczął żonglować i jednocześnie jechał na bicyklu, opowiadając prześmieszne żarty, i tak wygrałby Obama. Nie należy na to w ogóle zwracać uwagi, gdyż sondaże nie są już ani irytujące ani śmieszne - są po prostu żenujące.

Ci, którzy oglądali trzecią debatę w zdecydowanej większości stwierdzą, że zwyciężył John McCain. Kandydat Republikanów był w świetnym nastroju i aż rwał się do walki. Co więcej, był świetnie przygotowany merytorycznie - nie tylko przedstawiał swój program, ale punktował słabe strony programu rywala. Jakby tego było mało, McCain wreszcie (pytanie, czy nie za późno) cudownie ripostował Obamie nieustannie przyrównującemu go do prezydenta Busha. Kiedy Obama ponownie próbował połączyć McCaina z ultra-niepopularnym prezydentem McCain powiedział: Nie jestem prezydentem Bushem. Jeśli chciał Pan startować przeciwko niemu, powinien Pan kandydować cztery lata temu.

Debatę zdominował jednak hydraulik Joe, który miał symbolizować zwykłego Amerykanina. Odwołując się do Joe'go McCain wielokrotnie krytykował pomysły gospodarcze Obamy, podkreślając, że wprowadzenie w życie pomysłów Demokraty oznacza podwyższenie podatków dla wielu Amerykanów. Obama dość niefortunnie użył w rozmowie z hydraulikiem z Ohio sformułowania spread the wealth, co można przetłumaczyć jako redystrybucję bogactwa. McCain zaśmiewał się podczas debaty, że Obama zamierza zabierać jednym i dawać drugim.

W pewnym momencie McCain określił Obamę mianem Senator Government, co nie da się dokładnie przetłumaczyć, ale oznacza, że Obama zamierza zwiększać wydatki rządowe. Jak twierdzi Quin Hillyer z American Spectator, sformułowanie Senator Government może wygrać McCainowi wybory i powinno być powtarzane jak najczęściej.

Swoją cegiełkę do krytyki Obamy dokłada Wall Street Journal, określając plan zmniejszenia obciążeń podatkowych dla 95 procent rodzin mianem iluzji. Zdaniem redakcji gazety obniżka podatków według Obamy to fikcja polegająca głównie na liczonych w dziesiątkach miliardów dolarów subsydiach dla obywateli. Wall Street Journal zauważa także, że 1/3 Amerykanów nie płaci podatku dochodowego, który chce obniżać Obama. Redakcja pyta, jak te 95 procent Obamy mają się do wspomnianej wcześniej 1/3? I jak McCain mógł tego nie zauważyć i pozwolić, aby tak chwytliwy slogan stał się podstawą kampanii Obamy w ostatnim czasie.

Obama, choć zaprezentował się solidnie, na tle świetnego McCaina był tylko tłem. Miał nie dać się zaskoczyć i utrzymać status quo, co powtarzają komentatorzy w Stanach, ale tego celu nie zrealizował. Praktycznie cały czas w defensywie i zdominowany przez McCaina Obama wypadł blado. O ile w poprzednich starciach był remis, teraz mamy wyraźnego zwycięzcę.

Wielu uznało, że jest już po wszystkiemu, jak mówił w świetnym skeczu o kilkudziesięciosekundowej walce Gołoty Marcin Daniec. Sondaże są jednoznaczne, media także przedstawiają Obamę jako jednoznacznego zwycięzcę. Dziś Washington Post zdecydował się poprzeć kandydaturę senatora z Illinois. Gdyby rzeczywistość medialna i sondażowa była prawdziwa, McCain powinien rzucić wszystko w diabły i oddać wybory walkowerem.

Media i sondaże nie mają jednak monopolu na prawdę. Po trzeciej debacie można powiedzieć, że McCain złapał trzeci czy może czwarty już oddech. Mądra kampania na finiszu może sprawić, że Republikanin napsuje Obamie wiele krwi. Kto wie, może zostanie nawet prezydentem. Pewne, i udowodnione w tej kampanii, jest jedno - przedwcześnie koronowani zwycięzcy są później zawiedzeni.

Piotr Wołejko

wpis ukazał się pierwotnie na blogu USA 2008 - wybory prezydenckie

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:

 

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook