piątek, 30 października 2009

W Brukseli stanęły naprzeciw siebie hufce dwóch wrogich obozów: entuzjastów walki z ociepleniem klimatu za wszelką cenę oraz sceptyków i państw nie zamierzających płacić za każde, za przeproszeniem, "węglowe" pierdnięcie.

Propozycje przygotowane przez Komisję Europejską oraz forsowane przez grupę państw pod kierunkiem przewodzącej w obecnym półroczu UE Szwecji zakładają przeznaczenie miliardów euro rocznie państwom rozwijającym się celem spowolnienia globalnego ocieplenia (co do którego jestem sceptyczny i nie podzielam dominującej w mediach oraz w zachodnich środowiskach politycznych apokaliptycznej wizji przyszłości naszej planety).

Na dobry początek UE zamierza przeznaczyć od 900 milionów do 2 miliardów euro rocznie w latach 2010-2012, a w kolejnych latach zwiększyć swą pomoc być może nawet do 15 miliardów euro rocznie do 2020 roku. Szacunki KE wskazują, że światowy koszt walki z ociepleniem klimatu może wynieść 100 miliardów euro rocznie do 2020 roku. Nawet do 40 procent tej sumy mają pokrywać wydatki państwowe, z kieszeni podatników, głównie europejskich oraz, w zamyśle Brukseli, amerykańskich.

grafikaZakładane przez unię cele, redukcja minimum o 80 procent emisji do 2050 roku (w porównaniu do poziomu z 1990 roku) czy niedopuszczenie do wyższego wzrostu temperatury na świecie niż o dwa stopnie Celsjusza są tak abstrakcyjne, jak podawane przez rozmaite instytucje i organizacje pozarządowe koszty osiągnięcia tychże celów. Propozycje podatku węglowego czy wprowadzenia globalnego systemu handlu emisjami sprowadzają się do drenowania kieszeni konsumentów, na których zostaną przerzucone wyższe koszty przedsiębiorstw. Podczas gdy dobrowolnie zwiększymy opodatkowanie źródeł energii, inne kraje z radością przejmą miejsca pracy zmuszone do ucieczki przez paranoiczny wzrost kosztów.

Co więcej, kraje te dostaną oprócz "naszych" miejsc pracy także ogromne fundusze z naszych podatków, aby dbały u siebie o środowisko i zmniejszały emisje. Efektem tak nierozsądnej polityki może być transfer miejsc pracy oraz bogactwa, z jakim nie mieliśmy jeszcze w historii do czynienia. Tymczasem, jak można przeczytać w raporcie firmy konsultingowej Ecofys, Unia Europejska może w naturalny sposób, bez ogromnych programów itp. zredukować emisje dwutlenku węgla nawet o 30 procent do 2020 roku, a o 45 procent do 2030 roku. Jak? Zastępując zużywające się instalacje nowymi, bardziej przyjaznymi dla środowiska. Naturalny proces, którego koszty, jak zapewnia Ecofys, mogą być pokryte z oszczędności, jakie przyniesie wymiana instalacji na bardziej efektywne.

Najbardziej irytujące w klimatycznej układance jest to, że liderzy polityczni nie kierują się zdrowym rozsądkiem. Przeznaczanie do 15 miliardów euro rocznie (tylko przez UE) na pomoc państwom rozwijającym się wydaje się kompletnie nieuzasadnione z ekonomicznego punktu widzenia. Nie chodzi bowiem o wytransferowanie pieniędzy europejskich podatników do Afryki czy Azji, ale o efektywne wprowadzanie nowych technologii do powszechnego użytku. Jeśli więc Unia chce propagandowo błysnąć swoim zaangażowaniem, można w bardzo prosty sposób skierować środki europejskich podatników do europejskich firm, które podzielą się technologiami z krajami zainteresowanymi ich użytkowaniem.

Rozwiązanie takie pozwoli uniknąć transferu pieniędzy do państw z niewielką kulturą właściwego ich wydawania, a pozostawi je w Europie. Firmy chętnie podzielą się technologią, jeśli dostaną za nią odpowiednie pieniądze, pokrywające koszty prac nad jej opracowaniem. Być może wpłynie to pozytywnie na zwiększenie nakładów przez prywatne firmy na badania i rozwój, w czym  Europa pozostaje daleko za Stanami Zjednoczonymi (pamięta ktoś jeszcze cele Strategii Lizbońskiej i magiczną datę 2010 roku?).

Nie może być zgody na poddanie się klimatycznej paranoi. Nie może być zgody na zarzynanie własnej gospodarki i obywateli w imię abstrakcyjnych celów zależnych od wszystkich państw świata, nie tylko od 27 państw UE. Nie może być zgody na finansowanie walki z globalnym ociepleniem tylko przez część państw i wypychanie się sianem przez pozostałe; w szczególności nie może być zgody na to, aby kraje posiadające ogromne rezerwy finansowe bądź przychody z eksportu surowców energetycznych były traktowane ulgowo jeśli chodzi o ponoszenie kosztów ograniczania emisji gazów cieplarnianych.

Najlepiej, gdyby do rozważań klimatycznych powróciły zdrowy rozsądek oraz rachunek ekonomiczny. Koszty "walki" nie mogą być wyższe od korzyści, które można osiągnąć. Nie potrzeba wielkich programów czy transferów finansowych, aby ograniczyć emisje gazów cieplarnianych. Rozwój i rozpowszechnienie technologii może być lekarstwem na nieekologiczny wzrost gospodarczy, zagrażający coraz większej części ludności świata. W interesie coraz większej liczby państw będzie zwracanie uwagi na konsekwencje rozwoju gospodarczego dla środowiska naturalnego oraz społeczeństwa.

Niektórzy zrozumieją to później niż inni, ale jest to bardziej ich problem, niż nasz. Europa powinna skupić się na sobie oraz na rozpowszechnianiu technologii, a wszystko bez zbędnego pośpiechu i propagandy. Nie musimy być liderami, ani ponosić większych kosztów niż inni. Nie musimy wreszcie wymyślać niczego szczególnego. Wystarczy, na co wskazuje raport Ecofys, sumiennie wymieniać instalacje starego typu na nowoczesne i bardziej przyjazne dla środowiska. Pieniądze, w szczególności nie swoje, wydaje się bardzo łatwo. Warto powściągnąć lekką rękę Brukseli.

Piotr Wołejko

grafika: askehbl.files.wordpress.com

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

13:14, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (8) »
środa, 28 października 2009

Liczą sobie ponad 60 lat, ale wcale nie szykują się do emerytury bądź opuszczenia tego świata. Są wyjątkowe i zbyt ważne, aby na to pozwolić. Obecnie trwa debata dotycząca reform, które powinny przejść, by dostosować się do wymogów stawianych przez XXI wiek. Bank Światowy (BŚ) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) istnieją od 1946 roku, a teraz szykują się do czegoś więcej niż powierzchownego liftingu.

Niniejszy wpis jest w pewnym sensie kontynuacją artykułu z dn. 25 października br. pt. Integracja w Azji. Europejski wzór, więc zachęcam do jego lektury, aby lepiej zrozumieć argumenty dotyczące państw azjatyckich, które pojawią się poniżej.

grafikaBank i Fundusz powstały na konferencji w Bretton Woods, której zadaniem było stworzenie postwojennego systemu finansowego oraz odbudowa zniszczonych wojną gospodarek większości państw świata. Powiązania pomiędzy BŚ a MFW sprawiły, że określa się je często mianem siostrzanych instytucji. Jednak już po zakończeniu konferencji ustanawiającej BŚ i MFW wielu jej uczestników twierdziło, że z powodu braku czasu przyjęto wadliwą strukturę zarządzania Bankiem Światowym. Skopiowano praktycznie odpowiednie postanowienia dotyczące zarządzania Funduszem, co z powodu odmiennej roli obu instytucji nie było korzystne.

grafikaPowiązanie tzw. kwot, czyli ilości posiadanych przez dane państwo głosów, pomiędzy MFW a BŚ petryfikuje historyczną przewagę Zachodu, która od momentu powołania BŚ i MFW do życia znacznie się zmniejszyła. Przykładem niech będzie prawo Stanów Zjednoczonych, Japonii, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii do nominowania po jednym dyrektorze zarządzającym, podczas gdy pozostałe kraje (w odpowiednich grupach) wskazują 19 dyrektorów Zarządu Banku (i Funduszu). Siostry posiadają także wspólną instytucję w postaci Development Committee, który doradza zarządom Banku i Funduszu. W skład Komitetu wchodzą reprezentanci wszystkich państw członkowskich BŚ i MFW, obecnie 186.

Żeby nie ugrząźć w nudnych szczegółach organizacyjnych jeszcze tylko kilka słów o głównych zadaniach BŚ i MFW. Bank zajmuje się wspieraniem rozwoju gospodarczego, kredytuje państwa średnio- i niskorozwinięte, finansuje rozmaite projekty gospodarcze etc. Natomiast główną rolą Funduszu jest promowanie i dbanie o stabilność wymiany walutowej oraz udzielanie pomocy państwom, które znajdą się w trudnej sytuacji finansowej (jak np. Węgrom czy Ukrainie w ostatnich miesiącach). Obie instytucje są często krytykowane za dołączanie do swojego wsparcia warunków politycznych, głównie żądań przeprowadzenia reform i zmian we wskazanym kierunku. Z drugiej strony, w szczególności MFW, po udzieleniu pożyczki nie ma już żadnych narzędzi nacisku na dany kraj, aby wywiązał się z podjętych zobowiązań. Takie państwo może ponownie liczyć na wsparcie, jeśli zachodzi taka konieczność. W końcu zadaniem Funduszu jest zapobiegać katastrofie finansowej państwa, nie pouczać i wychowywać miejscowych polityków.

Jako sześćdziesięciolatki, BŚ oraz MFW wymagają zmian dostosowujących je do nowej rzeczywistości. Odejście od postwojennego układu sił oraz reforma zarządzania są niezbędne, aby Bank i Fundusz mogły w dalszym ciągu odgrywać istotną rolę w XXI wieku. Będąc świeżo po lekturze jeszcze "ciepłego" raportu Wysokiej Komisji ds. Modernizacji Zarządzania Bankiem Światowym chciałbym podzielić się zawartymi w raporcie rekomendacjami oraz własnymi przemyśleniami dotyczącymi reformy BŚ oraz MFW (w mniejszym zakresie).

Powołana przez szefa BŚ, Amerykanina Roberta Zoellicka, komisja pod przewodnictwem b. prezydenta Meksyku Ernesto Zedillo przygotowała pięć ogólnych rekomendacji. Oto one:

  • Rekomendacja 1: Poprawić głosowanie oraz uczestnictwo
  • Rekomendacja 2: Zrestrukturyzować organy zarządzające BŚ
  • Rekomendacja 3: Zreformować wybór kierownictwa
  • Rekomendacja 4: Wzmocnić odpowiedzialność kierownictwa
  • Rekomendacja 5: Wzmocnić zasoby (finansowe - przyp. PW)

Z racji objętościowych nie ma szans na dogłębną analizę powyższych rekomendacji, stąd dokonam skrótowego przedstawienia najważniejszych, moim zdaniem, postulatów twórców raportu, a zainteresowanych odsyłam do dokumentu [PDF].

Rekomendacja pierwsza opiera się o koncepcję sprawiedliwego, uczciwego podziału głosów pomiędzy członków instytucji. Podział powinien odzwierciedlać możliwości oraz chęć ponoszenia odpowiedzialności za ryzyko oraz zapewnienia odpowiednich środków przez państwa członkowskie. Po drugie, podział głosów powinien zapewnić podejmowane decyzje będą w odpowiednim stopniu uwzględniać interesy poszczególnych państw, bez nieuzasadnionych przechyłów na korzyść jednych kosztem drugich. Pojawia się tutaj także propozycja zerwania z powiązaniem głosów pomiędzy BŚ a MFW.

Nawiązaniem do rekomendacji drugiej, tj. restrukturyzacji organów zarządzających BŚ, zawartym jeszcze w pierwszej rekomendacji jest wezwanie do zmniejszenia liczby członków Zarządu z 25 do 20 (możliwe do osiągnięcia przy redukcji stanowisk zajmowanych przez dyrektorów z Europy do nie mniej niż 4 - obecnie 8 lub 9) i zapewnienia tym samym większości w Zarządzie krajom rozwijającym się. Co więcej, cały zarząd powinien być wybieralny według tych samych zasad, tj. w tzw. okręgach wyborczych (obecnie pięć państw ma prawo do mianowania po jednym dyrektorze samodzielnie, o czym powyżej), których "siłę głosu" (wynikającą z wkładów finansowych) należy wyrównać.

Rozmaite zmiany dotyczące zarządzania w Banku Światowym dotyczą głównie bardziej jasnego podziału kompetencji, zwiększenia odpowiedzialności poszczególnych organów i ich członków, uporządkowania i usprawnienia wewnętrznej kontroli oraz rozdziału funkcji bądź transferu kompetencji celem uniknięcia konfliktu interesów. Spostrzeżenia autorów raportu w dużej mierze przypominają rekomendacje kodeksów dobrych praktyk w biznesie (corporate governance codes).

Reforma wyboru kierownictwa BŚ (a trzeba wiedzieć, że pod szyldem Banku Światowego kryje się pięć instytucji, m.in. Międzynarodowy Bank Odbudowy i Rozwoju [IBRD], Międzynarodowa Korporacja Finansowa [IFC] oraz Agencja Wielostronnych Gwarancji Inwestycji [MIGA]) dotyczy w szczególności porzucenia tradycyjnego sposobu obsadzania najważniejszych stanowisk, w tym prezydenta BŚ i postawienia na kwalifikacje. Historycznie szefem Banku Światowego jest Amerykanin, zaś Międzynarodowego Funduszu Walutowego - Europejczyk. Stanowiska szefów wskazanych powyżej agencji-części BŚ obejmują, także z klucza narodowościowego, m.in. Japończycy.

Propozycja komisji Zedillo zakłada konkurs kwalifikacji osobistych kandydatów kosztem narodowościowego klucza. Aby zrozumieć przełomowość tej propozycji wystarczy przypomnieć, że dotychczasowa praktyka ma ponad sześćdziesięcioletnią tradycję. Jest ona jednak coraz większą osobliwością w czasach, gdy coraz istotniejszą rolę w światowej gospodarce zaczynają odgrywać kraje azjatyckie. Nietrudno wyobrazić sobie, że stanowisko szefa BŚ bądź MFW przypada w udziale Chińczykowi, Hindusowi czy reprezentantowi Arabii Saudyjskiej. O ile prestiżowo Zachód oddaje pole i ustępuje, to politycznie i gospodarczo zyskuje, zwiększając zaangażowanie gospodarek wschodzących w dwie bardzo istotne instytucje międzynarodowe.

Rekomendacja czwarta dotyczy wprowadzenia systemu oceny funkcjonowania kierownictwa BŚ, z jasnymi kryteriami oraz zachętami dla liderów, aby skutecznie pełnili swoje obowiązki. Trochę biznesowych nawiązań w tej politycznej instytucji nie zaszkodzi. Autorzy raportu zwracają także uwagę na rolę BŚ jako ważnego przystanku w karierze urzędniczej dla pracowników administracji państw rozwijających się. Ostatnia rekomendacja dotyczy zwiększenia zasobów finansowych Banku, gdyż istnieją obawy, że po ogromnych wydatkach związanych z obecnym kryzysem, po 2012 roku będzie musiał istotnie ograniczyć swoją działalność kredytową oraz wspieranie projektów.

Zedillo i jego partnerzy, m.in. szef chińskiego banku centralnego oraz były szef brazylijskiego banku centralnego zwrócili również uwagę na problem z przygotowaniem strategii w Banku Światowym. Nie bardzo wiadomo, kto powinien się tym zajmować a kto sprawdzać efekty wdrożonych strategii. Obecnie jest to proces zbyt bieżący i polityczny. Bank nie powinien także jednoznacznie promować określonych metod czy ideologii, co jest przytykiem do liberalnej twarzy tez instytucji. Autorzy raportu podkreślają, że nie ma jednego wzorca skutecznego dla wszystkich. Proponują także, aby dyrektorzy zarządzający otrzymali status ministrów, co podniesie ich prestiż i znaczenie.

Podobne reformy, dostosowane do specyfiki tej instytucji, powinny dotyczyć także MFW. Konieczne jest zwiększenie siły głosu państw azjatyckich, które nie tylko dynamicznie się rozwijają i zgromadziły pokaźne rezerwy walutowe, posiadając kapitał poszukiwany w kryzysie przez Zachód, ale oparły się spowolnieniu gospodarczemu i wiele wskazuje na to, że będą motorem napędowym światowej gospodarki w najbliższych dekadach. Wiele problemów wymaga szerokiej współpracy, a BŚ i MFW udowodniły wielokrotnie swoją skuteczność. Zawsze trudno rozstać się z starodawnymi przywilejami i rezygnować z uprzywilejowanej pozycji, ale jeśli popierało się globalizację, trzeba zaakceptować jej konsekwencje.

Piotr Wołejko

 

grafika: infidelsparadise.com, un.ba

niedziela, 25 października 2009

Współpraca buduje zaufanie i oddala perspektywę konfliktów pomiędzy państwami i narodami. Nacjonalizmy oczywiście nie znikną, a retoryka może być ostra, jednak integracja na wielu polach jest na tyle silna, że spory pozostają w większości przypadków na marginesie. W Azji, która według większości przewidywań zdominuje XXI wiek, integracja dopiero raczkuje i znajduje się na wstępnym etapie. Dobrze jednak, że coraz więcej się o niej mówi.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że w Azji brak sformalizowanej instytucji wyposażonej w konkretne kompetencje, której członkami byłyby jednocześnie trzy regionalne potęgi: Chiny, Indie i Japonia. Choć lokalnych organizacji międzynarodowych nie brakuje, trzy giganty nie mają żadnej oficjalnej platformy współpracy. Wyobraźmy sobie teraz nasze zdziwienie, gdyby przenieść azjatycki stan rzeczy do Europy i podstawmy pod ww. kraje Francję, Niemcy i Wielką Brytanię.

grafikaRozwój gospodarczy, który w Azji jest dynamiczny i pozostanie taki przez wiele lat, zastępuje niejako polityków i wiąże ze sobą państwa regionu, oplatając je siecią powiązań handlowych i produkcyjnych. Swoje dokłada oczywiście globalizacja, przyspieszając proces wzrostu azjatyckich tygrysów. Japońskie inwestycje w Chinach od lat sięgają miliardów dolarów, mimo niezbyt "ciepłych" relacji na linii Tokio-Pekin. Gospodarka i handel potrafią pokonywać bariery dyplomatyczne i polityczne, a hasło "bogaćmy się" jest myślą przewodnią sukcesu gospodarczego państw Azji. Jednak nawet najściślejsze powiązania gospodarcze nie wykluczają konfliktów zagrażających bezpieczeństwu jednego bądź kilku państw.

Bardzo istotne więc jest, aby za gospodarką poszła polityka. Niezbędna jest większa integracja narodów Azji na szczeblu politycznym. Dobrym kierunkiem będzie wypracowanie platformy współpracy trzech największych państw (i gospodarek) regionu: Chin, Indii, Japonii. A przy okazji także pozostałych państw. Ważne, by istniało oficjalne forum wymiany i ucierania poglądów w sferze bezpieczeństwa i wojskowości; by powstały linie komunikacyjne pomiędzy głównymi graczami, które "zadziałają" w sytuacji kryzysowej. Wiemy przecież dobrze, że na Dalekim Wschodzie oraz w Azji Południowo-Wschodniej nie brakuje punktów zapalnych, które mogą w każdej chwili wybuchnąć. Erupcja może zmusić miejscowych graczy do szybkich decyzji. W sytuacji ograniczonego zaufania panującego między wieloma państwami regionu, brak wymiany informacji bądź zwykłe nieporozumienie mogą doprowadzić do wojny. A ta może przyciągnąć zewnętrznych aktorów, zaniepokojonych wybuchem konfliktu.

Na trwającym obecnie w tajlandzkim kurorcie Hua Hin szczycie wschodnioazjatyckim (East Asia Summit) liderzy szesnastu państw regionu dyskutują między innymi o zacieśnieniu współpracy i utworzeniu regionalnej organizacji, w skład której wejdą także Chiny, Indie i Japonia. Podstawą do dalszych dyskusji może być EAS, powołany do życia w 2005 roku. Obecnie spór toczy się (i będzie się toczyć w przyszłości) o obecność Stanów Zjednoczonych w takim gremium. Po zmianie rządu w Japonii nowy premier tego kraju przedstawia wizję organizacji bez udziału USA. Przeciwny pogląd wyraża premier Australii, który chce uwzględnić Amerykę w nowej, inkluzywnej, organizacji.

Tytułowy europejski wzór odnosi się do dwóch kwestii. Pierwsza, przywołana przez Billa Emmotta w książce "Rivals. How The Power Struggle Between Chin, India and Japan Will Shape Our Next Decade", to propozycja utworzenia azjatyckiego odpowiednika Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Azjatyckie OBWE pozwoliłoby dyskutować o wspólnym bezpieczeństwie szerokiemu gronu państw azjatyckich, a w szczególności trzem azjatyckim potęgom. W wizji Emmotta istotny jest także udział Stanów Zjednoczonych, podobnie jak w OBWE. Jednak europejski wzór do nie tylko OBWE, ale także Wspólnoty Europejskie. Nie będzie to, podobnie jak we wcześniejszym przykładzie, dokładne odwzorowanie wspólnot, ale kierunek jest wart naśladowania. Na dobry początek zintensyfikowanie współpracy gospodarczej, zniesienie barier w handlu i inwestycjach, zapewnienie bezpieczeństwa obrotu handlowego (ułatwienie procedur sądowych, poprawienie wykonalności i egzekucji orzeczeń sądowych w sprawach gospodarczych) etc.

Azja powoli idzie w stronę głębszej integracji. Pomysły stref wolnego handlu czy nawet wspólnej waluty padają od pewnego czasu z ust miejscowych polityków. Perspektywa czasowa wspomnianych projektów jest odległa (zazwyczaj dziesięć bądź więcej lat), ale propozycje są zgłaszane coraz częściej. Europejczycy odkryli uroki współpracy i integracji dopiero po dwóch wyniszczających kontynent wojnach. Przywódcy azjatyccy mogą wyciągnąć wnioski z europejskich lekcji. Powoli, bez pośpiechu, rozważnie, bez naśladownictwa, Azjaci powinni czerpać z istniejącego dorobku i stworzyć instytucje (bądź wzmocnić już istniejące), które staną się stałą platformą dialogu licznych państw regionu. Czas przejść od tzw. talking shops (bezzębne organizacje, których szczyty są głównie okazją do zrobienia pięknych zdjęć) do instytucji wyposażonych w pewne kompetencje.

Oprócz tego konieczna jest zmiana architektury istniejących już instytucji o charakterze globalnym, w których Azja nie jest we właściwy sposób reprezentowana. Jednak o tym już w odrębnym artykule, który pojawi się wkrótce na blogu Dyplomacja.

Piotr Wołejko

 

grafika: billemmott.com/Steve Carroll

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 

21:00, p.wolejko , Azja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 października 2009

Minął już rok od powstania wyjątkowego miejsca w polskiej blogosferze. Polityka Globalna - światowy serwis po polsku. Różne punkty widzenia, wielu autorów, jeden cel – opisywać rzeczywistość poza granicami Polski. Stronę tworzy grupa blogerów, dziennikarzy i pasjonatów polityki zagranicznej. Obserwujemy stale zmieniający się w XXI wieku świat i wyciągamy własne wnioski – nierzadko idąc pod prąd utartym schematom.

Przez dwanaście miesięcy sporo się zmieniło. Najświeższa, jeszcze ciepła, jest rozmowa dotycząca przyszłości Unii Europejskiej po ewentualnej ratyfikacji traktatu lizbońskiego przez wszystkie kraje członkowskie. Można ją odsłuchać tutaj, a dyskutują Patryk Gorgol, Artur Makolągwa oraz autor niniejszego bloga. Kolejną nowością jest zmiana szaty graficznej, dzięki której łatwiej i szybciej można dotrzeć do publikowanych artykułów. Więcej jest także możliwości interakcji z Czytelnikami.

Jednak nawet mimo zmian, Polityka Globalna to przede wszystkim publicystyka na najwyższym poziomie. Pisze dla nas kilkunastu autorów specjalizujących się w rozmaitych dziedzinach oraz regionach świata. Blogi poświęcone Bliskiemu Wschodowi oraz Turcji, Federacji Rosyjskiej, sprawom globalnym i teoriom politologicznym, globalnemu bezpieczeństwu oraz relacjom między mediami, polityką i technologią - i inne, współpracują z Polityką Globalną.

Twórców oraz współpracowników portalu łączy pasja, chęć poznawania świata i poszerzania własnej wiedzy, a także dzielenia się nią z innymi. Co więcej, każdy może wyrazić własne zdanie, nie jest ograniczony polityką redakcji, gdyż nie reprezentujemy żadnej linii ani teorii. Wszyscy autorzy Polityki Globalnej reprezentują siebie, są otwarci na dyskusję oraz odmienne poglądy. Nie chcemy nikogo przekonywać do słuszności przedstawianych przez nas poglądów. Chcemy, aby Czytelnik mógł wyrobić sobie własne zdanie. Naszym zadaniem jest dostarczenie mu informacji oraz analiz z różnych punktów widzenia.

Przez rok istnienia Polityka Globalna okrzepła i poszerzyła grono swoich autorów. Mamy do zaoferowania więcej niż na starcie portalu. Nawet w tak niewielkiej niszy, jaką w polskiej blogosferze są stosunki międzynarodowe, polityka zagraniczna i geopolityka, znaleźliśmy wspaniałych ludzi, bez których idea nie mogłaby stać się rzeczywistością. Cały czas musimy iść dalej, rozwijać się i poszerzać ofertę dla Czytelnika. Dziękuję wszystkim twórcom Polityki Globalnej za dotychczasową współpracę. Jednocześnie zapraszam zainteresowanych publikowaniem na portalu do kontaktowania się ze mną [piotrekwo27[at]interia.pl], podsyłania linków do własnych blogów, przesyłania artykułów własnego autorstwa lub próbek tekstów, jeśli do tej pory nigdzie nie publikowaliście.

Na koniec zaś ponownie zapraszam do wysłuchania rozmowy zatytułowanej "Unia Europejska w polityce globalnej po przyjęciu Traktatu z Lizbony", która znajduje się pod tym linkiem.

Piotr Wołejko

12:20, p.wolejko , Inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009

Zacznijmy od cytatu, który sprowokował powstanie niniejszego wpisu: "Gdy jawni zwolennicy wymazania państwa żydowskiego z mapy świata zostają przyłapani w wydrążonych we wnętrzach gór bunkrach, w laboratoriach pełnych uranu i plutonu, w wyobraźni liderów i sojuszników Izraela musi się rodzić apokaliptyczna wizja grzyba atomowego nad Tel Awiwem. Gdy stanie się jeszcze bardziej realna, nic nie powstrzyma państwa żydowskiego przed atakiem prewencyjnym dla oddalenie groźby nowego Holokaustu."

grafikaPowyższy fragment pochodzi z artykułu "Czekanie na wojnę" autorstwa politologa i amerykanisty Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa, opublikowanego w 41 numerze tygodnika Newsweek Polska z br. Ten krótki fragment zawiera jedną nieprawdę, na której opiera się cały artykuł. Iran nie ma zamiaru atakować Izraela, a irańscy decydenci nie są zwolennikami "wymazania" Izraela z mapy świata. I choć to sami Irańczycy na stronie internetowej własnej agencji prasowej użyli angielskiego zwrotu wipe out, w oryginalnym przemówieniu prezydenta Ahmadineżada padło inne sformułowanie, w dodatku użyte w specyficznym kontekście. Nawet jeśli przyjmiemy, że propaganda irańska celowo puściła w eter nieprawdziwą informację, musimy mieć wzgląd na fakty.

W swoim artykule Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, idąc ścieżką wytyczoną przez "wymazanie" z mapy, popełnia błąd, o którym warto powiedzieć więcej. Politolog stwierdza bowiem, że Iran wybrał "niezależność, islam i islamizm" oraz "Izrael i Stany Zjednoczone nie zaakceptują sytuacji, w której każdego dnia mogłoby się okazać, że wiara w racjonalność ajatollahów zawiodła i apokalipsa jest bliska spełnienia." W skrócie, Kostrzewa-Zorbas uważa, że w Iranie rządzą psychopatyczni islamiści spod znaku "wojowniczego fundamentalizmu islamskiego", owładnięci żądzą zniszczenia Izraela i dokonania drugiego Holokaustu. Jak wykażę poniżej, jest zupełnie inaczej, a Izrael spełnia w retoryce irańskiej rolę czysto propagandową, skierowaną do zwykłych ludzi (w samym Iranie oraz krajach muzułmańskich, głównie arabskich).

Zanim przejdę do obalania głównego założenia Kostrzewy-Zorbasa, poczynię małą uwagę techniczną. W złym kontekście używa się sformułowania "fundamentalizm". Fundamentalizm oznacza powrót do podstaw i nie ma nic wspólnego z radykalizmem islamskim, świętą wojną przeciwko niewiernym czy terrorystami. Fundamentaliści są także wśród chrześcijan oraz innych religii i wyznań. Trudno także zrozumieć, co oznacza pojęcie "wojowniczy fundamentalizm".

Wracając do głównej myśli, należy skupić się na racjonalności, a konkretnie na racjonalności władz irańskich. Najlepiej przeegzaminować ją na przykładach działań islamskiej republiki. W zasadzie tylko w pierwszych kilkudziesięciu miesiącach Rewolucji można było uważać, że jednym z celów Chomeiniego i jego przybocznych jest eksport rewolucji poza granice Iranu. Ajatollah ogłosił to na początku wojny z Irakiem, ale jednolity front państw arabskich uniemożliwił jakiekolwiek postępy. Co więcej, mogło to być ze strony Chomeiniego czysto propagandowe zagranie, mające na celu mobilizację społeczeństwa. Po zakończeniu wojny eksport rewolucji stał się nieaktualny. Więcej, zszedł z agendy.

Warto zwrócić uwagę, że eksport szyickiej rewolucji siłą rzeczy był i jest bardzo utrudniony. Na wschód od Iranu znajduje się Afganistan. Zaledwie 1/5 populacji to szyici, choć ok. połowa obywateli posługuje się odmianą języka perskiego - dari. Grunt pod ekspansję jest, jednak problemem pozostaje Pakistan, traktujący Afganistan jak własne podwórko. Pamiętajmy, że Teheran był bodaj najbardziej zagorzałym przeciwnikiem wspieranego przez Islamabad reżimu talibów. Talibowie zaś to wychowankowie sponsorowanych przez Arabię Saudyjską medres, szkół koranicznych, w których wykłada się najostrzejszą odmianę sunnickiego odłamu islamu - wahabizm.

Pozostałe kierunki geograficzne wcale nie są dla Iranu łatwiejsze jeśli chodzi o eksport rewolucji. Na północy ogromne wpływy ma Rosja, zwalczająca zaciekle wszelkie przejawy radykalizmu religijnego, głównie islamskiego. Południowy kierunek utrudnia Zatoka Perska, ale i bez niej rzeczywistość jest nieubłagana - Arabowie, sunnici. Do niedawna także znajdujący się na zachód od Iranu Irak nie pozwalał na ekspansję. Zmieniła to inwazja USA na ten kraj, ale nie obserwujemy ekspansji irańskiej teokracji a zwiększanie politycznych wpływów Iranu nad Eufratem i Tygrysem.

Niektórzy stwierdzą, że zwłaszcza Hezbollah, a częściowo Hamas są typowymi narzędziami eksportu rewolucji. Nie wytrzymuje to jednak starcia z faktami. Obie organizacje, choć głównie Hezbollah z racji reprezentowania szyitów w Libanie, służą Iranowi do trzymania Izraela w szachu. Chodzi o to, żeby - wykorzystując i umiejętnie podsycając niezadowolenie z polityki Izraela - móc dokuczyć państwu żydowskiemu, skoro żadna inna możliwość nie wchodzi w grę. Klasyczny schemat tzw. proxy war, wojny prowadzonej przy wykorzystaniu zastępczych sił, choć nie mamy tu żadnej wojny, a delikatne podszczypywanie.

Teorii o eksporcie rewolucji kłam zadaje także fakt bliskich relacji ze świecką Syrią. I właśnie w tym momencie najlepiej można podważyć tezę o braku racjonalności władz irańskich. Sojusz Teheranu z Damaszkiem modelowo wręcz obrazuje podstawową zasadę irańskiej dyplomacji - pragmatyzm. Porozumienie syryjsko-irańskie wcale nie musiało nastąpić. Mogło także przestać funkcjonować z biegiem lat. Jednak dla obu państw jest ono korzystne, zwiększając ich wpływy w regionie. Iran zyskał możliwość projekcji wpływów aż do Morza Śródziemnego, Syria zaś może przetrzymać izolację sąsiadów oraz niechęć wielu przywódców państw arabskich.Oba kraje balansują także wymierzone w nie działania Waszyngtonu.

Iran potrafi także porozumieć się z teoretycznie sojuszniczymi państwami Stanów Zjednoczonych, Katarem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, z którymi prowadzi lukratywne interesy. Ze strony tych państw jest to przy okazji bardzo realistyczne podejście, jeśli zwrócimy uwagę na różnice w populacji i sile militarnej oraz niewielką odległość między nimi a Iranem. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, tym razem w wersji biznesowo-politycznej.

Jak zauważyli już prawie dwa lata temu analitycy z Council on Foreign Relations, Vali Nasr i Ray Takeyh, "Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną do wywrócenia regionalnego porządku w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie". Teheran nie zamierza osiągać tej dominacji zbrojnie ani poprzez ekspansję własnego modelu polityczno-społecznego, co zostało dowiedzione przez 30 lat istnienia islamskiej republiki.

Jednym z elementów przywracania właściwego statusu Iranu w regionie jest dążenie do zdobycia broni jądrowej. Jej posiadanie podniosłoby prestiż kraju i uniemożliwiłoby zewnętrznym potęgom (głównie Ameryce, ale także Rosji) rozgrywanie własnej gry bez zważania na lokalnych graczy. Iran, chociażby ze względu na swoją populację (w porównaniu do innych państw Bliskiego Wschodu) jest naturalnym kandydatem na regionalną potęgę. Taka jest jego rola i trudno się dziwić, że władze w Teheranie dążą do przywrócenia naturalnego stanu rzeczy (warto pamiętać, że w dokładnie tej samej roli widziały Iran Stany Zjednoczone zanim obalono szacha).

Mając powyższe na uwadze, można zarysować dwie alternatywy. Albo pogodzić się z rzeczywistością i starać ugrać jak najwięcej na powrocie Iranu na należne mu miejsce albo kopać się z koniem i starać się spowolnić marsz Teheranu, pozwalając jednocześnie innym czerpać z tego korzyści. Nie podzielam konstatacji Kostrzewy-Zorbasa oraz części komentatorów, że słusznym rozwiązaniem "problemu" okaże się wojna (naloty na irańskie instalacje nuklearne). Atakujący niewiele na tym skorzystają. Wiedzą o tym ci, którzy zakulisowo pchają Izrael i Stany Zjednoczone do ataku (Rosja), nie wiedzą "jastrzębie" z okolic neokonerwatystów. Dla nich uderzenie w Iran to logiczne następstwo usunięcia Saddama Husajna. Marzy im się obalenie irańskiej teokracji siłą oraz, dalekosiężnie, budowa demokratycznego Iranu. Niczego nie nauczyły ich doświadczenia irackie.

Równowaga strachu przed atomową odpowiedzią może idealnie powstrzymać Iran przed użyciem broni jądrowej do jakiejkolwiek ofensywy, tak jak powstrzymuje potęgi atomowe od chwili pierwszej radzieckiej próby jądrowej. Zdarzały się w historii momenty gorące, ale zawsze górę brał zdrowy rozsądek. Warto na niego postawić również teraz.

Piotr Wołejko

 

grafika: nogw.com

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook