niedziela, 24 października 2010

Czy Royal Navy zmierza w stronę floty belgijskiej? A słyszał ktoś kiedyś o flocie Królestwa Belgii? Nie? Czyli groźba jest poważna. Nad odpowiedzią na pytanie wprowadzające zastanawiał się w 2007 roku ówczesny Pierwszy Lord Admiralicji Sir Jonathon Band. Groził rezygnacją, gdyby flota nie otrzymała odpowiedniego finansowania. Band dokończył swoją kadencję, jednak obawy o przyszłość Royal Navy powracają ze zdwojoną siłą.

Siły lądowe oczkiem w głowie rządu

Realia budżetowe Wielkiej Brytanii są dzisiaj takie, że trzeba ciąć gdzie tylko się da. Obrona narodowa też oberwie i to raczej solidnie. Szacuje się, że wydatki na obronę zmaleją o 10-20 procent w stosunku do stanu obecnego. Nie wszystkim jednak odejmie się po równo. Rząd konserwatystów i liberałów planuje, o dziwo, położenie głównego nacisku na siły lądowe. Zdziwieni? I słusznie. Odkąd bowiem Anglia, a później Zjednoczone Królestwo, była światową potęgą, kojarzyło się ją głównie z potężną flotą. Czy wyspiarskie państwo, uzależnione w ogromnym stopniu od handlu odbywającego się drogą morską, na pewno powinno przedkładać armię lądową nad marynarkę wojenną?

grafikaWinston Churchill powiedział, że flota może przegrać nam wojnę, a tylko lotnictwo ją wygrać. Wypowiedź dotyczyła drugiej wojny światowej, natomiast jej pierwsza część, dotycząca roli Royal Navy, ma wartość uniwersalną. Bez silnej floty nie byłoby Wielkiej Brytanii jaką znamy z kart historii. Nie byłoby imperium kolonialnego i dynamicznego rozwoju handlu brytyjskiej korony. Jedna z najważniejszych wojen w historii toczyła się na morzu, a jej przyczyną był rozwój potęgi morskiej Niderlandów. W drugiej połowie XVII wieku Anglia złamała tą potęgę, tak samo jak pokonała hiszpańską Armadę w 1588 roku. Żadne inne państwo, nawet silna Francja, nie stanowiło już zagrożenia dla brytyjskiej dominacji na morzach.

Dlaczego flota jest ważna

Royal Navy zapewniała nie tylko bezpieczeństwo ojczyźnie, pozwalała także na dynamiczny rozwój handlu morskiego. Przede wszystkim brytyjskiego, ale z panowania Wielkiej Brytanii na morzach i oceanach korzystali również inni. Dziś, w dobie globalizacji, morskie drogi transportowe odgrywają rolę niepomiernie większą niż w przeszłości. Londyn w o wiele większym stopniu zależy dziś od importu towarów i surowców. Rozsądek nakazywałby więc nie szczędzić sił i środków na utrzymanie silnej floty. Tymczasem Royal Navy niknie w oczach i wkrótce może posiadać ledwo ponad 20 okrętów nawodnych (uwzględniając dwa znajdujące się w budowie lotniskowce).

Silna flota to także wyznacznik pozycji danego kraju na arenie międzynarodowej. Flota pozwala bowiem zaznaczać własną obecność i siłę, dbać o interesy. Nie przypadkiem w marynarkę wojenną mocno inwestują Chiny, a Stany Zjednoczone utrzymują najpotężniejszą flotę w historii (pod względem możliwości bojowych). Brytyjczycy, dobrowolnie rezygnując z silnej Royal Navy, skazują się nie tylko na utratę głosu w wielu sprawach o znaczeniu globalnym, ale działają także przeciwko własnemu bezpieczeństwu. O ile bowiem Chiny czy Francja w XVII-XVIII wieku były przede wszystkim potęgami lądowymi, które pozwalały sobie na posiadanie licznej floty, Wielka Brytania i jej interesy od floty zależały. I nic się w tej materii nie zmieniło.

Strategia czy ślepe nożyce?

Do stanu floty belgijskiej, która posiada raptem kilka okrętów i nieco ponad dwa tysiące marynarzy Royal Navy jeszcze sporo brakuje. Cięcia budżetowe i postawienie na siły lądowe mogą jednak w istotny sposób uszczuplić stan jej posiadania. Ciekawe, jaka strategia kryje się za wyborem, który na pierwszy rzut oka jest całkowicie nieracjonalny. O karlejącej Wielkiej Brytanii czytajcie więcej w artykule z sierpnia ub.r.

Piotr Wołejko

 

grafika: Getty Images (Royalty Free)

poniedziałek, 18 października 2010

Chiny zapewniają o przyjaznych zamiarach wobec sąsiadów. W tym samym czasie toczą spory terytorialne z większością państw regionu. Zdaniem wielu ekspertów, XXI wiek należy Azji. Jeśli to prawda, decydujące znaczenie będą miały stosunki pomiędzy dwoma największymi potęgami regionu – Chinami i Indiami. Relacje te nie są łatwe, gdyż oba kraje uważają się za rywali. Chiny wspierają wrogi Indiom Pakistan. Starają się także, zdaniem Indii, okrążyć je pierścieniem niechętnych im państw. New Delhi natomiast szuka zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi, aby zbalansować wpływy i pozycję Chin.

Wystarczającym powodem do obaw o stan relacji chińsko-indyjskich byłoby jednoznaczne wsparcie udzielane przez Pekin Pakistanowi. Należy także pamiętać o sporach terytorialnych. Pierwszy z nich dotyczy regionu zwanego Aksai Chin, który Indie uważają za część Kaszmiru. Został on przyłączony do Chin w 1962 roku po wojnie między tymi państwami. Do tego dochodzi mniejszy obszar Kaszmiru, scedowany przez Pakistan na rzecz Chin, przez który przebiega strategicznie ważna autostrada, łącząca te dwa kraje. Kolejny spór toczy się o indyjską prowincję Arunachal Pradesh – pretensje do niej zgłaszają Chiny. Pekin argumentuje, że ziemie te historycznie należały do Tybetu, znajdującego się dziś pod chińską kontrolą.

Od czasu do czasu na spornych odcinkach chińsko-indyjskich granic dochodzi do wymiany ognia. Trwające od kilku lat negocjacje nie przyniosły rezultatów. Pojawiają się głosy, że szybko do porozumienia nie dojdzie, jednak prawdopodobieństwo użycia siły militarnej nie jest duże. Oba kraje są potęgami atomowymi, mają też jedne z największych armii świata.

Wojny nie będzie

Chiny spierają się także z drugą regionalną potęgą, Japonią, o wyspy Senkaku (zwane też Diaoyutai), położone na Morzu Wschodniochińskim. Są one niewielkie i bezludne, ale bogate w ropę i gaz. To właśnie surowce stały się przyczyną konfliktu. Dopiero po ogłoszeniu na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, że na wyspach znajdują się cenne złoża, Chiny zgłosiły do nich pretensje. Pekin argumentuje, że Senkaku znalazły się pod panowaniem Kraju Kwitnącej Wiśni w wyniku traktatu z Shimonseki z 1895 roku, będącego efektem przegranej przez Chiny wojny z imperialną Japonią. Tokio twierdzi natomiast, że wyspy zostały zajęte na kilka miesięcy przed podpisaniem traktatu. Problemem są również nakładające się na siebie strefy ekonomiczne Chin i Japonii.

Spór o wyspy Senkaku trwa, co nie przeszkadza Chinom w przygotowaniach do eksploatacji ropy i gazu na ich obszarze. Japonia może się przyłączyć, akceptując de facto postępowanie Pekinu, albo dochodzić swych roszczeń na gruncie prawnym, przyglądając się działaniom strony chińskiej. Rozwiązanie militarne nie wchodzi w grę. Japonia, mimo świetnie wyposażonej armii, jest krajem konstytucyjnie pacyfistycznym i nie zaryzykuje wywołania wojny.

USA grożą palcem

Z krajami Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN) Państwo Środka toczy spory o dwa archipelagi wysp oraz kontrolę potężnego akwenu Morza Południowochińskiego. Z Wietnamem spiera się o suwerenność nad Wyspami Paracelskimi, położonymi między Wietnamem a chińską wyspą Hajnan. W 1974 roku, wykorzystując siłę militarną, Chiny przejęły kontrolę nad tym obszarem i utrzymują ją do dziś. Prawo, pozostające po stronie wietnamskiej, musiało ustąpić sile militarnej. Podobnie jak w przypadku drugiego konfliktu, o archipelag wysp Spratly, poszło o złoża ropy i gazu. Oprócz surowców naturalnych Spratly są ważne dla rybołówstwa oraz żeglugi oceanicznej. Sporny obszar to jeden z najbardziej zatłoczonych szlaków handlowych. W tym przypadku stronami są oprócz Chin i Wietnamu także Tajwan, Malezja, Filipiny oraz Brunei i Indonezja (dwa ostatnie państwa roszczą sobie prawa do strefy ekonomicznej wokół własnych granic). Większość wysepek zajęły pozostające w konflikcie państwa, a negocjacje utknęły w martwym punkcie. Chiny preferują rozmowy bilateralne, mniejsze kraje ASEAN wolą negocjacje wszystkich zainteresowanych stron.

grafika

źródło: Polska Zbrojna/US Navy

O wiele poważniej należy traktować chińskie roszczenia dotyczące kontroli nad większością Morza Południowochińskiego. Pekin powołuje się w tym wypadku na zasadę szelfu kontynentalnego oraz przekazy historyczne i domaga uznania suwerenności Chin nad znaczną częścią tego akwenu. Aby powstrzymać te zapędy, w południowoazjatyckie spory terytorialne zaangażowały się w sierpniu 2010 roku Stany Zjednoczone. Trudno oczekiwać, że USA pozwolą Chinom kontynuować rozgrywkę wyłącznie na ich warunkach, gdy w grę wchodzi tak ważny dla światowej gospodarki obszar. Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych powoduje poza tym, że zminimalizowane zostaje prawdopodobieństwo konfliktu militarnego. Chiny nie zechcą ryzykować wojny z USA.

Rozwiązanie w 2004 roku sporów terytorialnych Chin z Rosją (które w czasach sowieckich doprowadziły niemalże do wojny między teoretycznie bratnimi państwami komunistycznymi) nie oczyściło atmosfery. Moskwa i Pekin zacieśniły współpracę, poprawiły się relacje między nimi, jednak kładzie się na nich cieniem przeszłość wschodniej części Syberii. Zdaniem Chińczyków, Rosjanie zajęli te tereny, wykorzystując słabość Chin w XIX wieku. Czy podejmą próbę ich odzyskania?

Być może nie będą musieli. Sprawę może załatwić demografia. Rosja się wyludnia, a jej wschodnie rubieże pustoszeją. W tym samym czasie nasila się legalna i nielegalna imigracja chińska. Można sobie wyobrazić, że Chiny przejmują kontrolę nad Syberią bez jednego wystrzału. Słabnąca Rosja nie zdoła ich powstrzymać. Z drugiej strony, Syberia to jednak zaplecze surowcowe, a więc także finansowe, Rosji. Moskwa nie może więc sobie pozwolić na utratę tych terenów. Najpierw mogą pojawić się regulacje prawne wymierzone w chińskich imigrantów. Potem dojdą deportacje, a może i prześladowania chińskiej mniejszości. Od postawy Pekinu wobec takich działań będzie zależało, czy konflikt przejdzie z fazy politycznej do militarnej.

Pokój czy wojna

Analizując chińskie spory terytorialne, należy postawić pytanie, czy Pekin będzie gotowy powściągnąć apetyt i wycofać się z części roszczeń, aby zyskać przychylność sąsiadów i innych państw regionu. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że większość spraw załatwiał drogą pokojową, choć w niektórych przypadkach nie stronił od rozwiązań militarnych. Tym razem będzie podobnie. Trudno jednak wskazać, w którym momencie ten taniec na linie sprawi, że konflikt jednak wybuchnie.

Piotr Wołejko

 

Artykuł ukazał się w nr 39/2010 tygodnika grafika

wtorek, 12 października 2010

Zakazu nie ma, zapewniają chińskie władze, jednak Japonia nadal nie otrzymuje metali ziem rzadkich z Chin (patrz: grafika). Zważywszy na fakt, iż Państwo Środka kontroluje 97 procent rynku wspomnianych surowców, Tokio znalazło się w trudnej sytuacji. Tym bardziej, że metale ziem rzadkich są niezbędne w pracach nad nowoczesnymi technologiami, w szczególności tymi "zielonymi".

grafika

źródło: darkgovernment.com

Monopolistyczna pozycja Chin pozwala im ukarać Japonię za niedawne przetrzymywanie kapitana chińskiego kutra rybackiego i zepchnąć ją do defensywy w sprawie spornych wysp Senkaku (Diaoyu) praktycznie bez żadnych ograniczeń. I kosztów. Nikt nie stanie w zdecydowany sposób po stronie Japonii, gdyż i jemu można by odciąć dostawy cennych metali. Uruchomienie produkcji poza Chinami zajmie bowiem lata i pochłonie miliardy dolarów. Jest to też inwestycja niepewna, ponieważ Chiny mogą nagle zmienić zdanie, a nikt nie zaoferuje cen niższych od chińskich.

Groźne rozgrywki

Sytuacja wygląda na beznadziejną, jednak jest jeszcze gorzej niż się nam wydaje. I wcale nie chodzi o ewentualne chińskie embargo na metale ziem rzadkich. Wstrzymanie ich dostaw do Japonii stanowi bowiem sygnał, iż do światowej polityki na najwyższym szczeblu wkracza nowa broń - rozgrywka surowcami, czyli punktowe uderzenie w gospodarkę przeciwnika. W dodatku uderzenie wyprowadzone bez wykorzystania ani jednej bomby, rakiety czy samolotu. Chiny mogą szachować rozwinięty świat odcięciem dostaw metali ziem rzadkich, ale ta broń działa w dwie strony.

Tymczasem Chiny są w dużym stopniu zależne od importu surowców, niezbędnych do podtrzymania rozwoju własnej gospodarki. W grę wchodzi odwetowe embargo na eksport surowców, których Pekin nie wydobywa lub wydobywa w niewystarczających ilościach. Możliwe jest także wykorzystanie floty wojennej do odcięcia danego państwa od dostaw surowców. W czasach kryzysu gospodarczego i rosnącej niechęci do obcych, gdy obawa przed "wojną walutową" jest wyrażana przez rosnące grono polityków i ekonomistów, rozgrywki surowcami to mało odpowiedzialna zabawa.

Jak powiedział niedawno szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego (mówiąc o Chinach), nie można jednocześnie być w centrum, a zachowywać się jak pasażer na gapę. Dotyczy to nie tylko Chin, ale i innych rosnących potęg. Potrzebna jest odpowiedzialność i rozwaga. Granie surowcami nie jest ani odpowiedzialne, ani rozsądne. Choć niestety nie stanowi żadnej nowości.

Piotr Wołejko

czwartek, 07 października 2010

Ameryka powraca. Okres bezkrólewia minął, Stany Zjednoczone ponownie są gotowe, by przewodzić światu. Po odbudowie wizerunku Wuja Sama za granicą, częściowej porażce zaangażowania nieprzyjaznych bądź wrogich państw, w odpowiedzi na rzeczywistość globalną - Waszyngton wraca na miejsce numer jeden. Co więcej, Amerykanie nie są narodem realistów, natomiast są przekonani o prymacie i wyższości demokracji nad innymi ustrojami, a to przekonanie tradycyjnie odgrywa istotną rolę w polityce zagranicznej USA.

Zmiana kursu

Taką wizję przedstawia Robert Kagan (politolog z Brookings Institution) na łamach Washington Post. Jego zdaniem administracja Obamy przechodzi teraz do drugiej fazy polityki zagranicznej, gdzie zaangażowanie zastąpione zostanie przez przywództwo. Oznacza to, że Ameryka "odkryje na nowo" swoich demokratycznych, w tym także europejskich, przyjaciół i sojuszników - dotychczas raczej zaniedbanych. Waszyngton będzie również bardziej stanowczy i twardy, czego przykładem była dość kategoryczna wypowiedź Hillary Clinton podczas spotkania państw ASEAN, Chin i USA w Hanoi. Clinton stanęła w obronie państw bloku południowo-wschodniej Azji, w opozycji do roszczeń terytorialnych Pekinu.

grafikaPo trosze za powrót Ameryki do roli globalnego lidera, a często także głównego policjanta, odpowiadają ci, którzy podważają prymat USA i opowiadają się za wielobiegunowym układem świata. Chiny, Brazylia czy inne wschodzące potęgi chcą być konsultowane przy podejmowaniu decyzji w kwestiach globalnych i jasno dają do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie są już uprawnione do samodzielnego decydowania o losach świata. Fareed Zakaria, również na łamach Washington Post, zwraca uwagę, iż taka postawa rosnących potęg nie koresponduje z ich odpowiedzialnością.

Zakaria wskazuje, że Chiny czy Indie tylko retorycznie są gotowe do podejmowania decyzji na skalę globalną. Dlaczego? Ponieważ do tej pory, gdy miały okazję działać wspólnie, wybierały drogę zdecydowanej obrony własnego interesu. Nie trzeba dodawać, że chodzi o wąsko określony interes narodowy każdego z tych państw z osobna. Wschodzące potęgi niechętnie z czegokolwiek rezygnują (są bardzo egoistyczne), nie chcą też słyszeć o jakichkolwiek kosztach, które miałyby ponieść. Nie interesują się również problemami sąsiednich państw. Są skupione głównie na sobie i własnych zyskach.

Jak mus, to mus

W takim środowisku bezkrólewie szkodzi interesom wszystkich zainteresowanych stron, jednak z oczywistych względów najwięcej traci najsilniejszy. Stany Zjednoczone są najsilniejsze, więc nie mogą pozwolić sobie na chaos czy paraliż decyzyjny. Stąd idea powrotu do roli globalnego lidera, o której wspomina w swoim artykule Robert Kagan. Podzielając z grubsza jego zdanie poczynię istotne zastrzeżenie, wynikające z czerwcowego artykułu o polityce zagranicznej Obamy.

Otóż prezydent ten zdaje sobie sprawę z ograniczeń, które dotyczą amerykańskiej dyplomacji i nadal zamierza rozwiązywać problemy we współpracy z innymi państwami. Będzie to robił kiedy tylko się da. W niektórych przypadkach się nie da i tutaj Obama przyjmie zapewne bardziej stanowczą postawę. Ustąpi pewna miękkość w stosunkach z Chinami, która kompletnie się Ameryce nie opłaciła, ale równocześnie może powrócić nieskuteczna twardość w polityce dotyczącej Iranu. Demokratyczni sojusznicy mogą odzyskać część uwagi Stanów Zjednoczonych, którą Waszyngton skupiał dotychczas na innych państwach.

Korekta, o ile nastąpi, będzie widoczna już w najbliższych miesiącach. Trudno będzie ją nazwać dramatyczną zmianą. Ogólna koncepcja pozostaje taka sama, zmianie ulegną pewne niuanse. Czy skorzysta na tym Polska? Na dziś pytanie pozostaje otwarte.

 

Piotr Wołejko


grafika: foreignpolicy.com/Harrer-Pool/Getty Images

niedziela, 03 października 2010

Niewłaściwe cele, sposób i środki, co oznacza prymitywizm strategiczny. Zbyt wysokie koszty w ludziach, sprzęcie i pieniądzach. Udział w wojnie domowej po jednej ze stron konfliktu, podczas gdy rak terroryzmu znajduje się w innym miejscu (blisko, bo w Pakistanie). Uwiązanie ogromnych sił w niewiele znaczącym punkcie świata, ku uciesze państw (w tym potęg) ościennych. Oto wojna w Afganistanie w pełnej krasie.

Dziwna wojna

Określenie prymitywizm strategiczny pożyczyłem od prof. Romana Kuźniara, jednego z uczestników piątkowej konferencji zatytułowanej Czy powinniśmy wycofać się z Afganistanu? Kuźniar wskazywał, że czas najwyższy, aby europejscy sojusznicy Ameryki powiedzieli wprost, że dotychczasowa strategia nie miała sensu i trzeba ją gruntownie zrewidować. Europa nie powinna też przejmować się tym, czy Waszyngton się na nią obrazi, np. za niechęć do zwiększenia zaangażowania, coraz częstsze przebąkiwanie o wycofaniu własnych sił. Obrażanie się nie wchodzi bowiem w rachubę w gronie sojuszników.

Wojna w Afganistanie trwa już blisko dekadę. W tym czasie udało się obalić reżim talibów oraz w istotny sposób utrudnić działanie Al-Kaidy na terytorium Afganistanu. Teraz nie prowadzimy tam już operacji antyterrorystycznej ani nie walczymy z Al-Kaidą. Stoimy po stronie quasi-marionetkowego rządu Karzaja i lokalnych watażków w ich walce o utrzymanie władzy, wpływów i dostępu do pieniędzy. Po drugiej stronie stoją talibowie, inni watażkowie i rebelianci, którzy chcą wykroić swoją porcję władzy i pieniędzy.

Klęska Al-Kaidy w Afganistanie nie przyniosła kresu działania tej organizacji. Wręcz przeciwnie. Przeniosła się ona do miejsc, gdzie były po temu właściwe warunki - chociażby do Jemenu czy Somalii. Kierownictwo Al-Kaidy rezyduje, najpewniej pod ochroną (lub przynajmniej przy dużej życzliwości) pakistańskich służb specjalnych, względnie wojska, na pakistańskim terytorium. Podobnie przywódcy talibanu, którzy znaleźli bezpieczną przystań na afgańsko-pakistańskim pograniczu. Finansowana i szkolona przez Amerykanów armia pakistańska chroni kluczowe postaci i ugrupowania rebelii w Afganistanie z powodów strategicznych - wielokrotnie omawianej na tym blogu obawy przed Indiami i koncepcji Afganistanu jako tzw. strategicznej głębi.

grafika

źródło: scrapetv.com

Faktycznie walczymy w Afganistanie z ok. 20-25 tysiącami rebeliantów, a w kraju tym przebywa ok. 200 (może 400) terrorystów z Al-Kaidy. Koalicja zachodnia (USA i spółka) posiada, dla porównania, ponad 150 tys. żołnierzy. Do tego można doliczyć ok. 100 tys. afgańskich wojaków i policjantów. Mamy więc przewagę jak 10 do 1, a sukces jest dalej niż kiedykolwiek. Bez względu na liczbę żołnierzy i sprzętu, jakie wyślemy do Afganistanu oraz ilość pieniędzy, które przeznaczymy na wojnę, nie da się spacyfikować tego państwa na stałe. Zbyt wiele sprzecznych interesów państw ościennych, zbyt wiele sprzecznych interesów lokalnej społeczności. Po dziewięciu latach obecności w Afganistanie powinniśmy dobrze o tym wiedzieć.

Płacimy cudze rachunki

W lipcu bieżącego roku pisałem o konieczności regionalizacji i afganizacji wojny oraz jak najszybszego wycofania sił zachodnich z Afganistanu. Miejscowe władze powinny dokładnie wiedzieć, kiedy nastąpi wycofanie, aby natychmiast wzięły się do roboty. A jest co robić, jeśli ma się zamiar utrzymać władzę. Na razie bowiem miejscowi notable są w komfortowej sytuacji - mogą z czystym sumieniem nie robić niczego, ponieważ bezpieczeństwo i finansowanie zapewniają Stany Zjednoczone i zgromadzona wokół nich koalicja.

Z uwiązania Zachodu w Afganistanie czerpią korzyści co najmniej trzy państwa, które posiadają w tym kraju istotne interesy - Chiny, Rosja i Iran. Pekin, podobnie jak w Iraku, inwestuje w wydobycie surowców naturalnych. Amerykańska krew i pieniądze pozwalają Chińczykom skorzystać z okazji, a Państwo Środka nie zwykło marnować nadarzających się szans. Rosja, podobnie jak Chiny, nie posiada się z radości widząc ograniczone możliwości Zachodu w innych miejscach świata. Dlatego też pozwala na tranzyt zaopatrzenia przez własne terytorium. Iran również cieszy się z wykrwawiania się Ameryki w Afganistanie, choć niepokoi go trochę obecność wojsk amerykańskich po wschodniej i zachodniej stronie granicy islamskiej republiki.

Regionalizacja wojny, o czym podczas wspomnianej we wstępie konferencji mówił były szef Agencji Wywiadu Andrzej Ananicz, powinna polegać na próbie dogadania się Indii, Pakistanu, Chin, Rosji i Iranu odnośnie podziału wpływów w tym kraju. Mrzonką jest myślenie o silnym Afganistanie, który nie będzie rozrywany przez sąsiednie potęgi. Podział stref wpływów to jedyna racjonalna możliwość, jednak racjonalne rozwiązania najtrudniej wprowadza się w życie. Trudno spodziewać się wiarygodnych ustaleń pomiędzy Indiami a Pakistanem, dopóki wciąż tli się konflikt w Kaszmirze. Iran z Pakistanem także mają na pieńku, chociażby za wspieranie przez Islamabad zbrojnej opozycji przeciwko reżimowi ajatollahów. Długo można by jeszcze wyliczać, kto, z kim i o co się spiera.

Wyzbyć się wątpliwości

Czy można więc wycofać się z Afganistanu, skoro państwa regionu nie będą najpewniej w stanie dogadać się ze sobą? Czy nie powróci reżim talibów, a z nim bezpieczna przystań dla terroryzmu? Czy radykalni islamiści nie zaczną na większą skalę destabilizować Azji Centralnej (a potem, być może, Rosji)? Odwróćmy jednak pytanie - dlaczego mielibyśmy, w tym także my, Polska, brać na własne barki ciężar stabilizacji sytuacji w Azji? Czy czekamy, aby Chiny, Indie czy Brazylia stabilizowały sytuację w Europie? Czy Chińczyków obchodzą europejskie konflikty, które mogą wybuchnąć w każdej chwili (weźmy choćby Karabach)?

Musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Nie mamy żadnych zobowiązań wobec kogokolwiek w Afganistanie. Nie mamy tam żadnych długoterminowych interesów. Nie prowadzimy tam żadnej wojny przeciwko terrorystom. Nie mamy istotnych korzyści z naszego zaangażowania w Afganistanie. Drenujemy tylko nasze kieszenie, wystawiamy na szwank nasze armie, tracimy możliwość działania w innych, ważniejszych miejscach na globie. Czas zakończyć tę jakże nieudaną inwestycję.

Piotr Wołejko

 

Już wkrótce na blogu: Nowe potęgi nie chcą brać odpowiedzialności za losy świata oraz zmiana w amerykańskiej polityce zagranicznej. Chcielibyście o czymś przeczytać? Dajcie mi znać, a być może uda mi się spełnić Wasze życzenie.

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook