niedziela, 30 października 2011

Europa została uratowana. Kupiono trochę czasu na złapanie oddechu. Taki mniej więcej wydźwięk miały komentarze po dwóch szczytach Rady Europejskiej oraz przywódców państw strefy euro, które odbyły się w ubiegłym tygodniu. Jak zwykle jednak, nie udało się pójść na tyle daleko, żeby wyprzedzić bieg wydarzeń, a nie tylko reagować - ze sporym opóźnieniem - na pogarszającą się sytuację. Włodarze Europy spoglądają tęsknie na Chiny i naftowe emiraty, oczekując na finansowe zbawienie. Wsparcie pewnie by się przydało, lecz nie ono jest najważniejsze.

Szkiełkiem i okiem

grafikaKluczem do wyjścia z kryzysu jest posprzątanie we własnym domu. Oznacza to reorganizację wydatków publicznych i uważne przejrzenie prawa podatkowego. Rozsądne oszczędności z jednej oraz eliminacja luk z drugiej strony - tak wygląda lekarstwo na trawiący Europę kryzys. Nie można wylewać dziecka z kąpielą, dążąc do oszczędności przez bezmyślne cięcia, np. wszystkich wydatków o 10 czy 20 procent. Takie działania wywołają tylko niepokój społeczny, zepchną w nędzę najuboższych obywateli.

Wraz z przeglądem wydatków musi nastąpić audyt podatków. Wiele osób i firm unika ich płacenia lub dzięki rozmaitym sztuczkom płaci zdecydowanie mniej powinno. W czasach powszechnego kryzysu nie ma już miejsca na liczne ulgi, obniżki, zwroty czy bonifikaty, a tym bardziej na raje podatkowe. W społeczeństwie nie ma już zrozumienia dla pogłębiającej się rozpiętości dochodów, milionowych pensji i odpraw. Trudne czasy wymuszają większą solidarność.

Szkoda czasu na demonizowanie Chin

Czy Chiny sfinansują w części remont Europy? Udział finansowy Pekinu budzi sprzeczne emocje. Jedni mówią, dość słusznie, iż pecunia non olet, a w obecnej sytuacji nie można wybrzydzać. Drudzy straszą, że możemy popaść w uzależnienie od autorytarnej dyktatury. Najpierw zabrali nam miejsca pracy, teraz zabiorą nam wolność decydowania o polityce. Spór rozgrzany do czerwoności, a rozchodzi się o marne 100 miliardów dolarów, które Chiny mogłyby, ewentualnie, wyasygnować jako wkład stabilizujący europejskie finanse. Marne, gdyż przy zadłużeniu Włoch na poziomie grubo ponad 1,5 biliona euro, to zaledwie kropelka w morzu potrzeb.

Chińczycy wcale też nie palą się do ratowania Starego Kontynentu. Owszem, dostrzegają wyraźnie niekorzystny wpływ europejskiego pożaru na własny eksport (a przez to na wzrost gospodarczy i stan bezrobocia), jednak mają własne, potencjalnie równie wielkie, problemy na głowie. Setki miliardów dolarów chińskiego pakietu pobudzającego gospodarkę uchroniły Państwo Środka od spowolnienia gospodarczego. Przyczyniły się jednak do wzrostu inflacji, pęczniejącej bańki na rynku nieruchomości, a także powstania ogromnego portfela "złych" kredytów, które mogą nigdy nie zostać spłacone. Nic więc dziwnego, że stanowisko Chin wobec pomocy Europie jest chłodne. Chiny "mogą pomóc jako przyjaciel na miarę swoich możliwości", jednak nie podejmą się roli "zbawcy Europejczyków" i "nie są w stanie (...) zapewnić leku na europejską chorobę" - donosi państwowa agencja Xinhua (cytaty za Onet.pl). 

Obawy o szkodliwy wpływ Chińczyków na podejmowanie decyzji przez europejskie rządy, w przypadku udzielenia im pomocy finansowej, również wydają się przesadzone. Chiny posiadają warte ponad bilion dolarów obligacje Stanów Zjednoczonych. Bilion to ułamek całego długu, mniejszy niż jedna dziesiąta jego wartości. W USA rzadko słychać płaczliwe lamenty dotyczące rzekomego wpływu Pekinu na decyzje Ameryki. Jeśli Stany Zjednoczone mają dziś mniejszą swobodę działania niż dekadę temu, nie jest to spowodowane ilością obligacji skarbowych Wuja Sama znajdujących się w sejfach chińskiego kierownictwa. To samo dotyczyłoby Europy (rozumianej zarówno jako całość, jak i pojedynczych państw).

Czas na nowe otwarcie

Dziś trudno o optymizm, jednak - głównie w mediach - Europa popada w zbyt silny defetyzm. Tymczasem nadal, jako Unia Europejska, jest największą gospodarką świata, a poziom jej rozwoju cywilizacyjnego stanowi punkt odniesienia dla większości tzw. państw wschodzących. Aktualnie potrzebna jest gruntowna rewizja modelu rozwoju gospodarczo-społecznego. Dobrze sprawdzał się on w czasach, gdy Europa była sercem globalnej gospodarki, a kolejne pokolenia boomu demograficznego wkraczały na rynek pracy. Teraz serce gospodarcze świata bije na Pacyfiku, a sytuacja demograficzna uległa odwróceniu.

Obecny kryzys ma zadatki na długie życie. Jego pierwsza fala nie została właściwie odczytana, stąd też brak odpowiedniej reakcji ze strony decydentów. Widać jednak, szczególnie gdy obserwujemy liczne ruchy oburzonych, np. Okupuj Wall Street, że w świadomości społecznej dojrzewa już myśl o koniecznych zmianach systemowych. Jak w każdej rzeczywistości, przeprowadzanie zmian nie jest proste ani szybkie, a także spotyka silny opór ze strony tych, którym obowiązujący układ najbardziej odpowiada.

Jest jednak mało prawdopodobne, że reakcja powstrzyma rewolucję (odwołując się do klasycznych pojęć). Nawet jeśli reakcjonistom uda się podtrzymać status quo jeszcze przez jakiś czas, zmiany i tak nastąpią. Im później, tym gorzej. Także dlatego, że znowu mogą być odpowiedzią na wczorajsze, a nie dzisiejsze problemy. W erze globalnej wymiany informacji potrzebne są decyzje wyprzedzające bieg wydarzeń. Wszystkie inne to musztarda po obiedzie. Co dobitnie widać po każdym "przełomowym" szczycie europejskim w ostatnich latach.

Piotr Wołejko

 

grafika: voxspot.blogspot.com

czwartek, 20 października 2011

Kluczową informacją dzisiejszego dnia bezsprzecznie jest śmierć byłego przywódcy Libii, pułkownika Muammara Kaddafiego. Zginął w swoim rodzinnym mieście, Syrcie. Paradoksalnie, nie otwiera to nowego rozdziału w historii Libii. Ten został otwarty pod koniec sierpnia, gdy rebelianci zdobyli Trypolis. Zgon Kaddafiego domyka rozdział walki z dyktatorem, otwierając jednocześnie nowy, o wiele bardziej skomplikowany. Pytanie, co z tą Libią, nabiera większej mocy.

grafikaPo zdobyciu Trypolisu pisałem, że to dopiero koniec początku, a nie początek końca libijskiej rewolty. Wraz ze śmiercią Kaddafiego początek rzeczywiście dobiegł końca. Jeśli obalenie dyktatora było trudne, to teraz na horyzoncie jest o wiele bardziej skomplikowane zadanie - ustanowienie nowego porządku w kraju. Narodowa Rada Libijska (NRL), organ sprawujący dziś władzę w Libii, musi nie tylko utrzymać spokój, stabilność i bezpieczeństwo wewnętrzne, lecz również stworzyć podwaliny pod nowy system polityczny.

Niekoniecznie będzie to demokracja, a już raczej na pewno nie demokracja rozumiana według naszych, zachodnich standardów. Nie powinniśmy jej nawet wymagać od kraju, który nie ma żadnych tradycji demokratycznych, ugrupowań politycznych, a jego obywatele żyli przez całe życie pod butem autorytarnego reżimu. Niemniej, jeśli taka będzie wola Libijczyków, Polska czy Unia Europejska powinny służyć radą i pomocą w zakresie budowy ustroju i instytucji. Nie powinniśmy jednak niczego narzucać ani żądać. Pozwólmy Libijczykom ułożyć sobie życie polityczne po swojemu.

Kluczowym problemem dla NRL, o czym wspominałem już wyżej, jest zapewnienie bezpieczeństwa. Oznacza to rozbrojenie pozostałości sił Kaddafiego oraz samych rebeliantów. Szybko dowiemy się, czy dowódcy oddziałów powstańczych nie mają politycznych ambicji. Jeśli nie oddadzą broni, w Libii może powtórzyć się scenariusz somalijski czy afgański, w którym kraj jest rozdarty pomiędzy watażków (warlords) rywalizujących ze sobą o wpływy.

Szybko dowiemy się także, czy członkowie TRN, w dużej mierze byli współpracownicy Kaddafiego, nie podzielą władzy między siebie. Oznaczałoby to, że wsparta samolotami NATO rebelia była niczym innym niż sporem w rodzinie, czymś na kształt zamachu stanu. Dowiemy się wreszcie, czy sukces rebelii nie oznacza istotnego wzmocnienia Al-Kaidy w Islamskim Maghrebie (AQIM), której bojownicy odgrywali podobno ważną rolę w obaleniu Kaddafiego, i która przejęła spore arsenały broni po upadającym reżimie.

Najbliższe tygodnie powinny wreszcie przynieść odpowiedź na pytanie, czy w Libii może powstać stabilny rząd uwzględniający interesy głównych graczy (plemion, regionów etc.) w tym kraju. Będzie to jeden z wielu testów, przed którymi stanie Libia w epoce po Kaddafim. Należy życzyć Libijczykom jak najlepiej, zachowując jednocześnie zdrowy sceptycyzm i przygotowując się na najgorsze. Si vis pacem, para bellum.

Piotr Wołejko

 

grafika: acus.org

niedziela, 16 października 2011

Prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Drastyczny wzrost nierówności społecznych. Niezgoda na bezkarność winnych kryzysu finansowego. Sprzeciw wobec systemu politycznego, który służy interesom wielkich korporacji, sektora finansowego i garstki najbogatszych obywateli. Tak w skrócie można opisać przyczyny powstania, a zarazem główne postulaty, ruchu Okupuj Wall Street (OWS – Occupy Wall Street), który od kilku tygodni zdobywa coraz większy rozgłos. I zyskuje wsparcie ze strony uznanych nazwisk.

Dlaczego protestują?

Chociaż ruch, jak sama nazwa wskazuje, wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych, de facto jest ponadpaństwowy i ponadnarodowy. OWS można uznać za kontynuację lub twórcze rozwinięcie hiszpańskich protestów z Madrytu z wiosny bieżącego roku. Pojawiają się też analogie z demonstrantami z egipskiego placu Tahrir, jednak są one, moim zdaniem, nieuzasadnione. Inne realia polityczne, inne realia społeczne, w większości inne cele. Chociaż łatwo dostrzec, iż wielu demonstrantów w Egipcie, ale także w Tunezji, protestowało przeciwko biedzie i brakowi szans rozwoju młodego pokolenia.

grafika

grafika: occupywallst.org

Jednak OWS to coś o wiele bardziej znaczącego. To już nie tylko sprzeciw wobec braku szans młodego pokolenia. To sprzeciw wobec systemu politycznego, w którym interesy zwykłych obywateli są lekceważone przez decydentów, a załatwia się głównie sprawy ważne dla wielkiego biznesu, „przemysłu” finansowego i bogaczy. Jak pokazują dane statystyczne, w ostatnich trzech/czterech dekadach, zarobki w branży finansowej i sektorze prywatnym zupełnie się rozjechały. Czy można to w racjonalny sposób uzasadnić? Bardzo wątpliwe.

Jeden procent najbogatszych obywateli zgarnia dziś 23% dochodu narodowego, podczas gdy trzydzieści lat temu było to zaledwie 6%. Jednocześnie około 50 milionów Amerykanów żyje w biedzie, a co czwarty Afroamerykanin i Latynos żyją poniżej granicy ubóstwa, natomiast 1 na 9 Afroamerykanów w wieku 20-34 lata jest osadzony w więzieniu. W ciągu dekady zarobki przeciętnej amerykańskiej rodziny z klasy średniej zmniejszyły się o 7%, a najuboższe rodziny zarabiają mniej aż o 12% (więcej ciekawych danych – tutaj). Kryzys finansowy znacznie pogorszył, trudną już wcześniej, sytuację większości społeczeństwa. Nie można się dziwić, że następuje kontrreakcja.

Globalne kasyno zagrożeniem ładu międzynarodowego

W Europie nie mamy do czynienia z tak wielką rozpiętością pomiędzy najbogatszymi a najuboższymi, jednak różnica w wielu krajach coraz bardziej kole w oczy. Akcja OWS, czyli organizowanie demonstracji pod siedzibami giełd, banków i instytucji finansowych, rozlewa się też po Europie. Protestujący domagają się, co jest całkowicie zasadne, poważnych zmian. Nie chodzi im głównie o sprawiedliwość społeczną, a o przyzwoitość w życiu publicznym i zwykłą uczciwość. Chcą osądzenia winnych kryzysu i zajęcia się prawdziwymi problemami, czyli tymi, które dotykają dziesiątki milionów ludzi. Tymczasem w USA i Europie politycy ciągle dyskutują o bilansach banków, wirtualnych pieniądzach i drukowaniu pustego pieniądza.

Uwaga decydentów skupia się w niewłaściwym miejscu. Brakuje im też odwagi do poskromienia finansowego szaleństwa, które doprowadziło do dzisiejszego kryzysu. Obroty derywatami (jeden z instrumentów finansowych) przewyższają wielokrotnie globalne PKB, które wynosi ok. 60 bilionów dolarów. A to tylko jeden z wielu instrumentów, które wytworzył „przemysł finansowy”. Państwa, za pieniądze podatników (długi, które oni będą spłacać ze swoich podatków) ratowały zadłużone banki i inne instytucje finansowe, a ratowani nie wykazują jakiejkolwiek wdzięczności z tego powodu. Pompowane w sektor finansowy pieniądze idą na kontynuację wcześniejszej, szkodliwej działalności i wysokie premie oraz bonusy dla kadry zarządzającej.

Zapłacą podatnicy. I pracownicy

Obecny model gospodarczo-polityczny, podporządkowany interesom wielkiego biznesu i finansjery staje się coraz trudniejszy do utrzymania. W okresie prosperity pracownicy w wielu państwach (poza południową Europą) mieli w zasadzie zamrożone pensje. Czas kryzysu to cięcia pensji, a nierzadko zwolnienia. Dotyczy to wszystkich, także pracowników niższego i średniego szczebla „przemysłu” finansowego. Jedynym wyjątkiem są zarządzający globalnym kasynem, którzy nawet w przypadku zwolnień dostają wielomilionowe odprawy (pracujący zaledwie 11 miesięcy w HP Leo Apotheker otrzymał 13 milionów dolarów). Pracownicy fabryk Forda w USA odrzucili układ zbiorowy pracy, który nie przewidywał podwyżek pensji, wyrażając swój sprzeciw wobec praktykom firmy, która oszczędza na pracownikach, a jednocześnie przyznaje kierownictwu premie w wysokości 26 milionów dolarów. Świetne wyniki firmy w ostatnich kwartałach nie powinny predestynować do tak wysokich premii.

O ile jednak Ford zaczął przynosić zyski i wypłata premii ma uzasadnienie, to szefowie „przemysłu” finansowego nie żałowali sobie sowitych bonusów nawet w szczycie kryzysu finansowego, gdy wyciągali błagalnie ręce do rządu po pieniądze podatników. Chciwość finansjery jest oburzająca, a OWS jest bezpośrednią reakcją na te skandaliczne zachowania. Skandaliczne tym bardziej, że po zainkasowaniu pieniędzy sektor finansowy nie zrobił nic, by wesprzeć obywateli (głównie przedsiębiorców). Utrudniony dostęp do kredytu oznacza koniec biznesu dla wielu przedsiębiorstw. A to jest równoznaczne ze wzrostem bezrobocia i spadkiem wpływów podatkowych do budżetu.

Teraz, gdy świat znowu wisi na krawędzi kryzysu, „przemysł finansowy” ani wielkie korporacje nie pomagają w znalezieniu rozwiązania. Agencje ratingowe, skompromitowane wydawaniem najwyższych ocen zupełnie bezwartościowym instrumentom finansowym i akceptujące szemrane działania instytucji finansowych, co kilka tygodni dokładają jeszcze do pieca globalnej niestabilności (ostatnie decyzje to obniżenie ratingu Hiszpanii i jej banków). Na rachunkach przedsiębiorstw w USA znajdują się podobno 2 biliony dolarów, a polskie firmy mają nawet kilkanaście miliardów złotych. Pieniądze te znacząco przyczyniłyby się do poprawy sytuacji, gdyby zamiast bezczynnie leżeć na kontach, zostały przeznaczone na inwestycje.

Słyszymy jednak, że zanim cokolwiek zostanie zainwestowane, trzeba ciąć. A co trzeba ciąć? Wydatki socjalne, rzecz jasna. Tymczasem zamiast bezmyślnych cięć potrzeba tu racjonalnej analizy i rozważnej reformy. Druga odpowiedź biznesu to uelastycznienie prawa pracy, czyli ograniczenie praw pracowniczych. Modna dziś idea elastycznego zatrudnienia może doprowadzić do tego, że pracownicy będą zwalniani niemal z dnia na dzień, a w efekcie nigdy nie będą mieli ustabilizowanej sytuacji życiowej. Nigdy nie dostaną normalnego kredytu lub kredytu na normalnych warunkach. Parodią jest twierdzenie, że to pracownicy i ich prawa są głównym problemem prowadzenia biznesu i odarcie ich z tych praw doprowadzi do uzdrowienia sytuacji, a więc zwiększenia inwestycji i zatrudnienia. Co najwyżej przyczyni się do zwiększenia zysków firm. A miejsca pracy i tak docelowo zostaną przeniesione tam, gdzie będą mniej „kosztowne”. To tylko kwestia czasu.

Lepsza polityka, lepsze prawo

Bolączką dzisiejszego systemu gospodarczo-politycznego jest nie tylko zbyt duża uległość polityków względem wielkiego biznesu (w szczególności wobec „przemysłu finansowego”), lecz również zachwianie ładu korporacyjnego, głównie w świecie anglosaskim. Odseparowanie własności od odpowiedzialności spowodowało wykształcenie się w zasadzie niezależnej od akcjonariuszy kasty menedżerów, którzy przejęli kontrolę nad spółkami i własnymi wynagrodzeniami. Przyczyniło się do tego rozdrobnienie akcjonariatów spółek. Brak kontroli ze strony akcjonariuszy i dalece niewystarczający nadzór ze strony państwa doprowadziły do dzisiejszego kryzysu. Wytworzyła się kultura chciwości i bezkarności. Hulaj dusza, piekła nie ma!

Dlatego, i to postuluje OWS i podobne mu ruchy w innych krajach, potrzebne są kompleksowe reformy i zupełnie nowe podejście do polityki gospodarczej. Potrzebne jest pociągnięcie do odpowiedzialności winnych kryzysu i ich eliminacja z biznesu i życia publicznego. Należy spisać nową umowę społeczną. Nie będzie to łatwe, gdyż posługujemy się ciągle ukształtowanymi w innej rzeczywistości politycznej, społecznej i gospodarczej pojęciami i definicjami.

Stąd należy uważnie wsłuchać się w postulaty OWS i sprzyjających mu intelektualistów, gdyż tylko w ten sposób można zrozumieć nowy język dyskusji o sprawach najważniejszych dla każdego państwa i każdego społeczeństwa. Odrzucenie oferty prezentowanej przez ruchy pokroju OWS będzie szalenie krótkowzroczne i niebezpieczne. Nie będzie to zbrodnia, będzie to błąd. Kosztowny i o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

Jeśli potrafimy wyciągnąć wnioski z historii, nie powinniśmy pozwolić sobie na popełnienie tego błędu. W innym przypadku wyśmiane w Polsce słowa ministra Rostowskiego o wojnie, wypowiedziane w Europarlamencie, przestaną być tak śmieszne.

Piotr Wołejko

 

PS. Artykuł został napisany przed sobotnimi "Marszami Oburzonych".

czwartek, 13 października 2011

(…) to Putin, a nie Dymitr Miedwiediew stał za pomysłem polepszenia stosunków z Warszawą. Co więcej, Putin zrozumiał trochę z polskiej specyfiki, pojął że psychologiczna relacja Polaków do Rosjan jest skomplikowana, że to jest coś na kształt syndromu „kocham i nienawidzę. I zrozumiał, że polityką gestów w sferze symbolicznej można w relacjach z Polską sporo uzyskać.” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Dymitr Babicz, komentator rosyjskiej agencji RIA-Nowosti, komentując wyniki wyborów w Polsce.

To niezwykle ważne zdanie umknęło, czego można się było spodziewać, w nawale „ważniejszych” spraw typu: żegnamy Napieralskiego, Kalisz za niego? Kaczyński albo śmierć, itp. Warto się jednak nad wypowiedzią Babicza pochylić, gdyż dotyczy ona nie tylko polskiej polityki wobec Rosji, ale generalnie polskiej dyplomacji.

Z góry uprzedzam, że nie traktuję poważnie twierdzeń, podzielanych przez istotną część rodzimej sceny politycznej, iż Polska stanowi niemiecko-rosyjskie kondominium. W związku z tym, pominę w swojej analizie ten abstrakcyjny pogląd.

Za garść dolarów

Powtórzmy, co powiedział Dymitr Babicz. Twierdzi on, że Putin „(…) zrozumiał, że polityką gestów w sferze symbolicznej można w relacjach z Polską sporo uzyskać”. Czy nie brzmi to znajomo, jeśli weźmiemy pod uwagę stosunki z innym mocarstwem? A jak zachowujemy się w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi? Ostatnio ulega to stopniowej poprawie, jednak miniona dekada to niemalże wasalny stosunek każdego rządu Rzeczypospolitej Polskiej wobec Stanów Zjednoczonych.

grafikaAfganistan, Irak, wybór samolotu wielozadaniowego, tarcza antyrakietowa, Patrioty – to główne przykłady, rzekłbym nawet case’y, pokazujące to, jak bardzo zawierzyliśmy Amerykanom, nie żądając w zamian żadnych konkretów. Co ciekawe, to opcja polityczna wzywająca do zwinięcia białej flagi, zaprzestania prowadzenia polityki zagranicznej na czworakach i zakończenia „kłaniania się w pas” obcym mocarstwom prowadziła względem USA politykę według krytykowanych przez siebie zasad. Co więcej, robiła to z pozycji moralnej wyższości nad resztą sceny politycznej, reprezentującej jej zdaniem „Targowicę”, uzasadniając brak jakiekolwiek asertywności wobec USA twierdzeniem, iż strategiczny sojusz z Ameryką jest tego wart.

Każdy rząd, ogłaszając wszem i wobec, że zależy mu na uprzywilejowanych relacjach z USA, przy oczywistej dysproporcji sił i możliwości, skazywał się na rolę proszącego o nadanie przywileju petenta. Gdy minister Sikorski pojechał do Waszyngtonu z pakietem „żądań” w sferze modernizacji uzbrojenia polskiej armii, w stolicy USA uniesiono brwi w zadumie, a następnie odprawiono ministra z kwitkiem i kilkoma przestarzałymi Herculesami, które po dość kosztownym remoncie mogą nam szczęśliwie służyć przez wiele lat.

Dobry, zły i brzydki

Nie uzyskaliśmy nic konkretnego w zamian za udział w misji w Afganistanie, a tkwimy w tym kraju do dziś podporządkowując nasze interesy zmiennej, i do niedawna całkowicie niejasnej strategii Stanów Zjednoczonych. Wyprawa iracka również nie przyniosła nam spodziewanych profitów. Za bycie „strategicznym sojusznikiem” dostaliśmy slogan „You forgot Poland” podczas walki o Biały Dom między Bushem juniorem a demokratycznym senatorem Kerrym. Tarcza antyrakietowa, która przez dłuższy czas była cierniem w oku Rosji, została przesunięta na dalszą przyszłość (druga połowa tej dekady), a Polska zyskała rotacyjny pobyt jednej baterii przeciwrakiet Patriot – w wersji szkoleniowej.

Amerykanom do pozyskania Polski do realizacji amerykańskich interesów wystarczyło kilka komplementów, na które Polacy są bardzo łasi. Nic dziwnego, że tak utalentowany polityczny gracz, jakim bezsprzecznie jest Władimir Putin, dostrzegł tę prawidłowość i postanowił ją wykorzystać dla swoich celów. Najbardziej spektakularnym przykładem zmiany atmosfery na linii Warszawa-Moskwa było porzucenie Litwy na placu boju, gdy ważyły się losy układu Rosji z Unią Europejską. Kilka gestów Putina, spośród których najbardziej pamiętany jest udział w ceremonii ku pamięci obrońców Westerplatte w ubiegłym roku, pozwoliło Moskwie przywrócić relacje z Polską do stanu względnej normalności. Warto pamiętać, że gesty pojawiły się dopiero po wyborach z 2007 roku, w których antyrosyjski PiS został odsunięty od władzy. 

Za kilka dolarów więcej

Wydźwięk powyższych akapitów mógłby wprowadzić Czytelnika w fatalny nastrój. Oto obce mocarstwa przy użyciu kilku masek z ładnym uśmiechem rozgrywają swoje interesy kosztem umęczonej Ojczyzny. Należy w tym miejscu poczynić istotne uwagi:

  • Po pierwsze, w porównaniu do Rosji i USA jesteśmy krajem słabym i niezbyt ważnym, który musi dostosować swoje interesy do możliwości ich realizacji;
  • Po drugie, serdeczne relacje z Rosją nam nie grożą, gdyż mamy zasadniczo odmienne interesy w regionie i w Europie. Stąd powinniśmy współpracować tam, gdzie da się cokolwiek osiągnąć, nie wybrzydzając przy tym na ustrój polityczny panujący w Rosji. Natomiast sprzeciwiać się pomysłom, które nie są nam na rękę;
  • Po trzecie, dla Stanów Zjednoczonych nie stanowimy punktu odniesienia i nie będziemy go stanowić (choć innego zdania jest szef Stratforu George Friedman w swojej książce „Następne 100 lat”). Amerykanie wrzucają nas do jednego worka z Europą, Unią Europejską i jako część tej Europy powinniśmy z nimi rozmawiać. Pozycjonowanie się na lidera regionu czy najbardziej proamerykański kraj kontynentu jest bezcelowe i nieskuteczne. Jeśli natomiast chcemy coś w relacjach z USA zyskać, to trzeba to sprecyzować w rozmowach i walczyć. Wymaga to jednak zmiany paradygmatu, według którego „Ameryce się nie odmawia”;
  • Po czwarte, polska dyplomacja powoli wychodzi z okresu, w którym pogłaskanie nas po głowie zastępowało twarde efekty rozmów z innymi państwami. Pokazujemy w Unii Europejskiej, że coraz sprawniej przychodzi nam budowanie koalicji blokujących, ale także pozytywnych, nastawionych na stworzenie czegoś, na czym nam zależy. Nie klęczymy już przed USA, w czym pomogło nam zrozumienie (wreszcie!), że dla Ameryki najważniejszy jest teraz Pacyfik i tam skupiają się jej interesy. Pozbywamy się też, opornie to idzie, ale jednak, przekonania o naszej wyjątkowości, predestynującej nas do otrzymywania od innych czegoś za darmo. Nic nam się nie należy, dopóki tego nie wywalczymy. Dziś walczymy korzystając z dyplomatów, traktatów i instytucji, lecz musimy pamiętać, że dyplomacja to przedłużenie wojny, prowadzonej tylko innymi metodami.

Życzyłbym rządowi, dyplomatom i nam wszystkim, aby epoka działania w zamian za ładny uśmiech czy klepnięcie po plecach definitywnie odeszła w przeszłość. Ładne uśmiechy i klepanie po plecach ładnie wyglądają na zdjęciach ze spotkań liderów państw, natomiast za kulisami toczy się normalna walka o interesy. Nie zawsze, a w zasadzie bardzo rzadko, udaje się osiągnąć maksimum. Trzeba to zrozumieć, a tyczy się to głównie opinii publicznej – oceniającej „dzięki” mediom wszystko w kategorii „sukcesu” bądź „klęski”. W dyplomacji króluje stan pośredni, który słabo sprzedaje się w mediach.

Piotr Wołejko

 

grafika: naszrynek.pl

środa, 12 października 2011

Maraton debat, szybkie wzloty i upadki polityków, oraz desperackie poszukiwanie  alternatywy dla „nieuniknionej” kandydatury Mitta Romneya  - to jak do tej pory najkrótsze możliwe podsumowanie wyścigu o nominację w Partii Republikańskiej.

grafikaPaździernik to dobry moment na pierwsze podsumowania wyścigu o nominację Partii Republikańskiej. W tym sezonie politycznym w USA to właśnie na prawej stronie sceny politycznej będą dziać się  - i dzieją się – najważniejsze rzeczy.  W Partii Demokratycznej prezydent Obama nie musi obawiać się, inaczej niż Carter w 1980 roku, konkurentów do nominacji, ale to akurat jest jego najmniejszy problem.

Aż do pierwszych prawdziwych prawyborów – które odbędą się najprawdopodobniej 3 stycznia 2012 roku w Iowa – trwa okres tzw. invisible primary, w którym kandydaci  i kandydatki walczą o pieniądze, poparcie ważnych postaci w partii, względy aktywistów i uwagę mediów.

W tym roku ten okres ma dwie ważne cechy charakterystyczne. Po pierwsze, kariery potencjalnych kandydatów do nominacji zaczynają się i kończą szybciej niż kiedykolwiek, także ze względu na przeniesienie dużej sfery aktywności politycznej do internetu. Tzw. „gwiazdą tygodnia” byli już m.in. ekscentryczny miliarder Donald Trump, ulubienica Tea Party Michele Bachmann, a teraz jest nim były CEO sieci pizzerii Godfather’s Pizza, Herman Cain. Oni wszyscy w ciągu tego roku zyskiwali uwagę aktywistów i mediów, zdobywali duże poparcie w sondażach, by  później spektakularnie spaść z piedestału. Cain obecnie znajduje się w fazie środkowej tego cyklu.

Drugą cechą charakterystyczną kampanii prezydenckiej po stronie Republikanów jest desperackie poszukiwanie przez establishment GOP (Grand Old Party, tradycyjna nazwa Partii Republikańskiej), zwłaszcza elity w Waszyngtonie –  nie tylko partyjnych działaczy, ale także konserwatywnych komentatorów – alternatywy dla Mitta Rommneya. Romney, były gubernator Massachusetts startuje po raz drugi w prawyborach, i jak do tej pory utrzymuje stabilne poparcie i status frontrunnera. Jednak ma wiele słabości – na przykład jako gubernator wprowadził w stanie Massachusetts program opieki zdrowotnej, który jest łudząco podobny pod względem mechanizmów do wprowadzonej później przez Obamę reformy ubezpieczeń zdrowotnych w całym kraju.

Co więcej, Romney w czasie wielu lat kariery politycznej zmieniał zdanie w zasadzie na każdy ważny dla Republikanów temat, zyskując miano tzw. flip-floppera. Witryna „Which Mitt” (Który Mitt?) przygotowana przez DNC (Democratic National Committee - Krajowy Komitet Partii Demokratycznej) to zaledwie drobna próbka tego co szykują Demokraci na wypadek sukcesu Romneya. Zaś Tea Party nie darzy Romneya – mówiąc oględnie – dużym szacunkiem.  Jednak wszyscy politycy, którzy byli za taką alternatywę uznawani  - Mitch Daniels, Chris Christie – sukcesywnie odmawiali startu. Establishment nie ma w tym momencie praktycznie wyboru.

Romney ma jedną ogromną zaletę – ma dużo doświadczenia politycznego.  To widać szczególnie w czasie debat, które zdefiniowały praktycznie kształt kampanii do tej pory – z braku innych wydarzeń jest to dość naturalne. W debatach Romney radzi sobie świetnie, w przeciwieństwie do jego najpoważniejszego konkurenta, gubernatora Teksasu Ricka Perry’ego. On właśnie miał być idealną alternatywą dla Romneya – przyciągającą zarówno establishment jak i aktywistów Tea Party.  Ale Perry w kolejnych debatach wypadał fatalnie. We wczorajszym starciu w New Hampshire był praktycznie niewidoczny na tle Caina i Romneya. 

Ale do pierwszych prawyborów jeszcze dużo czasu. Perry ma dobre wyniki w fundraisingu, a jego spoty wyborcze przygotowuje niezwykle utalentowany Lucas Baiano. Oto próbka jego twórczości.   Perry może liczyć na to, że za pomocą wzmożonej kampanii negatywnej uda mu się zniszczyć Romneya. Można spodziewać się wykorzystywania przez niego na dużą skalę faktu, że Romney jest mormonem – faktu który budzi niepokój u części „bazy” Republikanów.

W najbliższym miesiącu możemy spodziewać się wyklarowania się sytuacji w której to Perry i Romney rozstrzygną między sobą kwestię nominacji. Ale w USA prawdziwa kampania jeszcze się nawet nie zaczęła.

Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - reporter portalu wPolityce.pl, bloger (blog Spinroom) i komentator, członek zespołu USA 2008  



grafika: thyblackman.com

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook