poniedziałek, 29 października 2012

Zainteresowanie medialne Unią Europejską koncentruje się, nie tylko w Polsce, wokół szczytów. A tych będzie w najbliższym całkiem sporo, bo tempa nabiera proces negocjacyjny wokół nowego budżetu wspólnoty.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy nie tylko Polacy będą obserwować coraz bardziej teatralne występy przedstawicieli europejskiej klasy politycznej. Cóż, nic tak nie emocjonuje jak pieniądze, szczególnie w dużych ilościach. Jeśli możemy wydawać w ten sposób nie swoje pieniądze, to osiągamy stan bliski ideału. Wszystkie te przesłanki spełnia odbywająca się co siedem lat dyskusja o nowym budżecie Unii. Po pierwsze są to duże pieniądze. Zwykle kwota oscyluje wokół biliona euro, co zapewnia jako takie zainteresowanie mediów. Warto porównać ilość medialnych informacji o budżecie siedmioletnim z tymi o corocznym budżecie wspólnoty. Ten ostatni fascynuje jedynie służbę prasową instytucji europejskich. Możliwość rozdania biliona Euro zapewnia nam obsadę aktorską z najwyższej światowej półki.

Nowa perspektywa finansowa nie jest jedynie przedsięwzięciem z zakresu politycznego PR. W zasadzie to decyzja na temat kształtu integracji europejskiej na następne 7 lat, oparta na bardzo prostej zasadzie - tam gdzie idą pieniądze, tam jest postęp. Dzisiaj zapada decyzja, które z europejskich polityk, będą się rozwijać, a które, choć formalnie uzasadnione, pozostaną jedynie zapisem w Traktacie.

Specyfika negocjacji o perspektywie finansowej

grafikaZ technicznego punktu widzenia proces negocjacyjny tzw. „nowej perspektywy finansowej” trudno porównać z czymkolwiek innym we współczesnym świecie. Nawet w przypadku negocjacji takich jak np. ograniczenia emisji dwutlenku węgla, gdzie liczba uczestników jest większa, stopień komplikacji jest dużo niższy. Przede wszystkim każdy z krajów europejskich uczestniczy w procesie negocjacji w różnych rolach. Dobrym przykładem jest Polska, która na początku negocjacji wymieni wiele kwaśnych uwag z Francją, aby na finiszu razem z Paryżem bronić wspólnej polityki rolnej. Takich zmian sojuszy będzie wiele, niektóre całkiem zaskakujące. Rytm negocjacji ma swój określony rytuał. 

Najdłuższym i najmniej znanym w Polsce etapem są zawsze negocjacje w ramach płatników netto, czyli tych którzy do Unii dają więcej niż otrzymują. Jest to bez wątpienia najtrudniejszy element negocjacji, choć najbardziej medialny. Mieliśmy tego ostatnio przykład, kiedy nasz premier chwalił się „pyskówką” z premierem Cameronem. Płatnikom netto w naszych mediach poświęca się generalnie mało uwagi, jeśli już jest to podkreśla się egoizm tej grupy.

Rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowania. Nie chodzi jedynie o niechęć tych państw do wykładania pieniędzy dla „biedniejszej części Europy”. Bogaci w Unii Europejskiej mają zdecydowanie bardziej rozbieżne interesy niż biorcy „pomocy”. Dodatkowo konieczność  stosowania w Unii metody zwanej win-win znacznie przeciąga negocjacje. Niestety, nie może być inaczej. Cała konstrukcja Unii polega na tym że w ostatecznym rozrachunku nie ma przegranych i każdy w jakiś sposób korzysta z osiągniętego porozumienia.

„Duzi” płatnicy netto

Wśród dawców do budżetu można wyróżnić kilka grup interesów, które trzeba w jakiś sposób zaspokoić. Z naszej perspektywy najciekawsze są dwie. Pierwsza z nich to duże państwa członkowskie, będące w praktyce kierownikami wspólnoty europejskiej. Chodzi tutaj o trójkąt Paryż-Berlin-Londyn. Naturę tych relacji dość trafnie przedstawiono w tym dokumencie. Kluczowe dla ustawienia przyszłego budżetu wspólnoty jest porozumienie niemiecko-francuskie, które od „zawsze” spotyka się z opozycją Wielkiej Brytanii.

Zwalczanie „dużego budżetu” wspólnoty przez Londyn jest niczym innym jak obroną przez atak. Brytyjczycy bronią niezbyt uzasadnionej w dzisiejszych realiach ulgi we wpłatach do wspólnego budżetu. Ulga ta to rabat brytyjski,  przyznany na początku lat 80. „żelaznej lady”, czyli Margaret Thatcher. Trudno to sobie wyobrazić, ale wówczas Wielka Brytania nie tylko wygrzebywała się z dekady kryzysu lat 70. ale była też… jednym z biedniejszych państw ówczesnej wspólnoty.

Rabat – przyznany początkowo tymczasowo – na okres wyjścia brytyjskiej gospodarki z kryzysu, stał się jednym z większych trupów w szafie dzisiejszej unii. Londyn, chociaż jest gospodarczą potęgą, nie chce zrezygnować z przyznanego mu przywileju. Pozostali uczestnicy projektu są zdolni jedynie do jego stopniowego przycinania. O stopniu irytacji utrzymywania dzisiaj rabatu dla WB niech świadczą oświadczenia przewodniczącego KE, który twierdzi, że nie rozumie jego mechanizmu. Wielkość rabatu jest powiązana ze wspólnotową polityką rolną (CAP). Zależność „im większy budżet CAP, tym mniejszy rabat” (i mniejsza składka) to podstawa stanowiska WB w negocjacjach budżetowych właściwie od roku 1984. Podobnie jak hasło o „mniejszym budżecie”.

Dlatego śledząc nagłówki w gazetach odnoszące się do kolejnych negocjacji perspektyw europejskich można odnieść wrażenie deja vu. Od lat w temacie rabatu wszyscy zainteresowani mówią dokładnie to samo, mniej więcej w tych samych momentach - dla przykładu nagłówek prasowy z 2005 roku, z 2010 roku oraz z 2012 roku. Warto podkreślić, że to właśnie stanowisko WB blokuje jeden z naszych postulatów, czyli zrównanie dopłat bezpośrednich w całej Unii. W sposób oczywisty zwiększenie CAP zmniejszyłoby brytyjski rabat. Na pocieszenie dla naszych włościan, w kolejnych negocjacjach Brytyjczycy notorycznie przegrywają – jak na przykład w 2005 roku, i rabat jest coraz mniejszy.

Warto dodać, że premier Cameron jest w znacznie trudniejszej sytuacji niż poprzednik i ma szanse na wstępniak w The Telegraph ze znacznie większą kwotą „straty” na rzecz Unii. Można się spodziewać, że sam rabat znów zostanie ograniczony. Co gorsza, zapowiadane referendum o wyjściu Londynu z unii przy obecnym poparciu Konserwatystów również może zostać przez Camerona przegrane. Zresztą referendum o opuszczeniu UE w WB już było i skończyło się klapą dla inicjatorów. Konkludując, Londyn nie ma w praktyce żadnych argumentów nacisku na swoich partnerów z Berlina i Paryża - budżetu wspólnoty made in England nie będzie.

„Mali” płatnicy netto

Wydaje się, że większym z Polskiego punktu widzenia problemem są tzw. mali płatnicy, czyli kraje takie jak Holandia, Austria, Dania, Szwecja czy Finlandia. Nie wynika to ze szczególnego egoizmu przywódców tych krajów ale trudności w sprzedaniu projektu europejskiego wyborcom.  Dla Francuzów budżet wspólnoty to głównie pomoc dla rolnictwa.

W przypadku Niemiec i Włoch istotne są również fundusze strukturalne. W obu tych krajach  znaczne obszary finansowane są w dalszym ciągu z funduszu spójności, np. byłe NRD czy południowe Włochy. Gdyby Unia Europejska nie istniała, oba kraje i tak musiałby transferować tam podobne środki jak dzisiaj. Dlatego państwa te wykazują, oczywiście w granicach rozsądku, zrozumienie dla potrzeb Warszawy - z czysto egoistycznych pobudek. Na Sycylii można znaleźć autostradę budowaną od lat 60. i ciągle nie ukończoną, fundusze wspólnotowe to jedyna szansa dokończenia nie tylko tego projektu.

Mechanizm ten nie działa niestety w odniesieniu do „mniejszych” płatników. Przyczyny tego stanu rzeczy są banalne - przeciętnemu Holendrowi trudno jest znaleźć w swoim otoczeniu namacalne korzyści z uczestnictwa we wspólnej Europie.  Drogi ma dawno wybudowane, rolnictwo tak konkurencyjne, że żadnych dopłat nie potrzebuje, a z podróżowaniem po świecie nigdy nie miał problemów. Nie można się dziwić, że w tych krajach protesty przeciwko płaceniu na unię są największe.

Oczywistym jest, iż kraje te dążą do zmniejszenia kosztów swojego członkostwa w UE. Już w obecnej perspektywie finansowej państwa takie jak Austria, Holandia czy Szwecja uzyskały już rabat od… rabatu brytyjskiego, a walczą o uzyskanie „normalnego” rabatu we wpłatach do budżetu. Nie jest to jedyny problem z perspektywy Warszawy. Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że ta grupa państw jest „kupowana” stroną wydatkową budżetu. Odbywa się to poprzez, przesuwanie części środków w budżecie wspólnoty w obszary zasadniczo niedostępne bądź nieprzydatne dla krajów takich jak Polska. Są to mechanizmy takie jak np. wspieranie innowacyjności gospodarki czy szkolenia, które w realiach holenderskich czy duńskich są zapewne skuteczne, ale w Polsce po prostu prowadzą do marnowania europejskich pieniędzy.

Wydaje się, że ceną dla grupy „małych” płatników netto za przełknięcie kolejnego siedmioletniego budżety wspólnoty będzie zwiększenie wydatków przeznaczonych na innowacyjność i tzw. nowe technologie. Odbędzie się to oczywiście kosztem innych polityk wspólnotowych, zapewne głównie spójności.

Na zakończenie warto podkreślić, że negocjacje na temat wspólnotowej perspektywy finansowej dopiero się rozkręcają. Czeka nas wiele występów medialnych, które najprawdopodobniej przykryją „kryzysowe” szczyty UE. Niezwykle optymistyczne byłoby ich zakończenie zimą 2013 roku, biorąc pod uwagę że poprzednią perspektywę finansową negocjowano okrągłe 24 miesiące.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

Przeczytaj też poprzedni wpis Autora: Dwa budżety, czyli budżet eurozony w praktyce [15.10. br.]

 

UWAGA, przeczytaj!

Ty też chcesz opublikować swój wpis na blogu? Masz swoje zdanie w zakresie stosunków międzynarodowych, a szukasz właściwego miejsca do pierwszej publikacji? Dyskutujesz w komentarzach lub na forach na tematy międzynarodowe, ale potrzebujesz czegoś więcej? Blog Dyplomacja jest otwarty na Twoje propozycje. Napisz do mnie na adres p.wolejko[at]vp.pl, wyślij wiadomość na Dyplomacji na Facebooku lub na skontaktuj się ze mną na Twitterze. Razem ustalimy szczegóły. Chętnie pomogę Wam przekroczyć barierę pomiędzy byciem Czytelnikiem a Autorem, która - uwierzcie mi - jest cienka i łatwa do pokonania.


Grafika: Wikimedia Commons

środa, 24 października 2012

Po poniedziałkowej analizie pojęcia wspólnota międzynarodowa czas na propozycje bardziej relaksacyjne i dynamiczne. W jednym wpisie zmieszczę aż trzy książki, które moim zdaniem składają się w jedną całość. Są komplementarne, chociaż można spokojnie wyobrazić sobie pominięcie którejś z nich. Tytuł wpisu zdradza wszystko - dzisiaj skupię się na wydanych przez wydawnictwo Znak książkach: "Snajper" (autorzy: Howard Wasdin, Stephen Templin), "Komandos" (Richard Marcinko, John Weisman) oraz "Cel snajpera" (Chris Kyle, Scott McEwen, Jim DeFelice).

Zostały one wydane w ramach ogólnoświatowego boomu książek traktujących o bohaterskich komandosach Navy Seals, w szczególności elitarnym Teamie Six, który w maju 2011 roku przeprowadził atak na domostwo Osamy bin Ladena w pakistańskiej miejscowości Abbottabad i zabił lidera Al-Kaidy. Od tego czasu szeroko rozumiana publika pragnęła dowiedzieć się więcej o Teamie Six i Navy Seals. Zadziałały prawa popytu i podaży, stąd trwająca do dziś inflacja pozycji o omawianej tematyce.

Na pierwszy ogień - "Snajper"

Na mojej półce pierwsza wylądowała książka "Snajper" Howarda Wasdina, który był snajperem w Teamie Six, uczestniczył m.in. w operacji sił amerykańskich w Somalii na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Z jego książki dowiemy się sporo o szkoleniu i różnicach pomiędzy Teamami z wschodniego i zachodniego wybrzeża USA oraz między ww. a Teamem Six - elitą elity. Wasdin pokazuje, w jaki sposób Sealsi walczą z terroryzmem i jak wszechstronnymi są wojownikami. Jest to dobrze napisana i przyjemna w czytaniu pozycja.

"Komandos" i twórca Teamu Six

grafikaZachęcony książką Wasdina sięgnąłem więc po "Komandosa", którego autorem jest legendarny twórca Teamu Six i jeden z najwybitniejszych Sealsów w historii - Richard Marcinko. Napisał on swoją książkę w 1992 roku, a więc dwadzieścia lat temu, natomiast w Polsce dopiero teraz doczekała się "lepszych czasów". I dobrze, bo jest świetna!

Marcinko to twardziel, dla niektórych może także i prostak. W swojej książce przedstawia się jako nieustępliwy dowódca, człowiek z charakterem, który się admirałom nie kłaniał (nie mówiąc o takiej drobnostce jak kule wystrzeliwane z broni przeciwnika). Narracja autora wciąga niczym wir morski - naprawdę trudno się wykaraskać. Co chwila na twarzy czytelnika pojawia się uśmiech, ponieważ Marcinko nie przebiera w słowach i świetnie potrafi łączyć opisywanie poważnych historii z wojskowym poczuciem humoru.

Z książki Dicka Marcinki dowiemy się, jak powstawali Sealsi, jak ewoluował proces ich szkolenia, uzbrojenie, współpraca z zagranicznymi jednostkami. Przeczytamy też o wojnie w Wietnamie z perspektywy jednostek przeznaczonych do celów specjalnych. A przede wszystkim zobaczymy, jak rozwijała się najpotężniejsza jednostka antyterrorystyczna świata. I jak skończył jej twórca, który otrzymał osobliwą nagrodę za swoje wieloletnie zaangażowanie.

Najgroźniejszy snajper w historii - "Cel snajpera"

Dopełnieniem sealsowskiej trylogii jest "Cel snajpera" Chrisa Kyle'a. Z okładki razi nas reklama na czerwonym tle "Książka zawiera opisy wspólnych AKCJI z GROM-em". Rzeczywiście, kilka akcji zostało opisanych, a Kyle za każdym razem chwali polskich  komandosów za ich świetne wyszkolenie i wysoką wartość bojową. Współpraca z GROM-owcami nie stanowi jednak istoty książki. Jest nią opis "kariery" najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii podczas wojny w Iraku, wzbogacony o aspekt życia rodzinnego i wielkie trudności z pogodzeniem tego życia z prowadzeniem wojny. Z tego punktu widzenia jest to dobra książka dla kandydatek na żony lub żon zawodowych żołnierzy, jeśli z innych źródeł nie wiedzą już, jaki los czeka je w przypadku wysłania ich partnera na wojnę.

Mocnym punktem książki Kyle'a jest opis realiów irackiej wojny oraz prowadzenia wojny zagranicznej przez USA. Wskazuje on na liczne ograniczenia, które na wojskowych nakładają politycy. Wiele z nich wydaje się dość dziwnych - większość z nich znajduje wyraz z pozycjach typu "zasady prowadzenia walki". Czy żołnierz naprawdę potrzebuje instrukcji działania na polu bitwy?

Kyle pokazuje również, że rozmaite informacje napływające do kraju z zagranicznej wojny są mocno podrasowane lub po prostu nieprawdziwe. Sprzedaje się to, co publika chce usłyszeć, a nie prawdziwy obraz rzeczywistości. Najlepszym przykładem podanym przez autora jest współpraca z irackimi siłami bezpieczeństwa i proces ich szkolenia, a następnie rzekome sukcesy odnoszone przez lokalne formacje. Po lekturze "Celu snajpera" każdy dużo bardziej sceptycznie będzie podchodził do optymistycznych doniesień z Afganistanu o tym, że policja i wojsko afgańskie rosną w siłę i wkrótce będą gotowe do przejęcia odpowiedzialności za swój kraj. Jest wielce prawdopodobne, że nie będą gotowe, a wojskowi i politycy doskonale o tym wiedzą.

Komplet czy jedna z trzech?

Podsumowując, trylogia poświęcona Navy Seals to ciekawa lektura o objętości ok. 1300 stron. Na odwrocie każdej z książek widnieje cena 39,90 zł, czyli standard polskich księgarni. Czy warto sięgnąć po wszystkie? Można, natomiast niewiele stracimy, gdy pominiemy najświeższą pozycję, czyli "Cel snajpera" Chrisa Kyle'a. Mało tutaj nowości, jeśli mamy za sobą lekturę "Snajpera" i "Komandosa". Moim zdaniem najciekawsza jest książka Richarda Marcinki. "Komandosa" czyta się jednym tchem, a do tego jest kopalnią wiedzy i anegdot z życia wojskowego. Gdybym mógł wybrać tylko jedną z trzech opisywanych książek, faworytem byłby Marcinko.

Piotr Wołejko

 

Grafika: znak.com.pl

niedziela, 21 października 2012

Lato i wakacje przeszły do historii, jednak jesień to także świetna dla czytania pora roku. Długie, ciemne i chłodne wieczory sprawiają, że dobra książka, wygodny fotel i ciepły napój stają się atrakcyjnym rozwiązaniem. Na pierwszy jesienny ogień pozycja obszerna zarówno pod względem poruszanej problematyki, jak i liczby stron (ponad 400) - "Wspólnota międzynarodowa" autorstwa Tomasza Huberta Widłaka, doktora nauk prawnych i adiunkta na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego.

Definicje i historia

grafikaNa wstępie pragnę podziękować Autorowi za przesłanie książki. Jest to pozycja interesująca dla każdego fana stosunków międzynarodowych, ponieważ porusza fundamentalne zagadnienie, jakim jest wspólnota międzynarodowa. Często utożsamia się ją ze społecznością międzynarodową, tymczasem są to dwa różne pojęcia. Społeczność stanowi bowiem pojęcie węższe, "oparte na wyraźnym substracie suwerennych państw i bazującej na pluralizmie wartości". Natomiast "wspólnota międzynarodowa to twór o charakterze zdecydowanie solidarystycznym, stawiający sobie maksymalistyczne cele, kreujący i realizujący wspólne wartości i poczuwający się do odpowiedzialności za los jednostek".

Pierwszy rozdział, czyli historia, w syntetyczny sposób przedstawia rozwój społeczności międzynarodowej na przestrzeni wieków, przy okazji zadając kłam wyjątkowości 1648 roku - pokój westfalski wcale nie odegrał tak wielkiej roli, jaką powszechnie mu się przypisuje. Jest to jedno z istotnych wydarzeń, które trzeba jednak widzieć w szerszej perspektywie - od Augsburga (1555) po Utrecht (1714) i koniec wojny o hiszpańską sukcesję.

Druga strona

Gdy już rozsiedliśmy się wygodnie w fotelu po krótkiej powtórce z historii, od razu wpadamy na głęboką wodę rozważań dotyczących aksjologii. Dla niektórych termin ten brzmi strasznie, natomiast uspokajam - nie ma się czego obawiać. Tomasz Widłak napisał książkę językiem zrozumiałym dla przeciętnego czytelnika. Nie jest to typowy traktat naukowy, adresowany do wysokiej klasy specjalistów dysponujących odpowiednim aparatem pojęciowym. Sam staram się tak właśnie pisać o sprawach międzynarodowych - w sposób zrozumiały i przejrzysty.

Pisząc o wspólnocie międzynarodowej nie sposób pominąć rozważania dotyczące tradycji myśli politycznej w stosunkach międzynarodowych. Autor przywołał m.in. klasyka realizmu Hansa Morgenthau: "Odwołanie się do reguł moralnych w sferze międzynarodowej nie ma żadnego uniwersalnego znaczenia. Są one albo tak niewyraźne, że nie mają żadnego konkretnego znaczenia, które mogłoby dostarczyć racjonalnych wskazówek dla działań politycznych, albo będą niczym innym jak tylko odbiciem postrzegania moralnych zapatrywań konkretnego państwa".

Realiści uważają, że państwa znajdują się w stanie wojny, przygotowują się do niej albo leczą po niej rany. Innego zdania są liberałowie, dla których wojna jest stanem "nienaturalnym, irracjonalnym i haniebnym". Jednocześnie wywodzący się z liberalizmu idealiści uważają, że wojna jest czasem konieczna, gdy w grę wchodzi sprawiedliwość - klasycznym przykładem jest wypracowana niedawno koncepcja responsibility to protect (R2P), która sankcjonuje przeprowadzanie interwencji humanitarnych.

Poruszamy się już w sferze wartości, które często bywają przedmiotem konfliktu - od szczebla lokalnego, czysto wewnętrznego, po międzynarodowy a nawet globalny. Czy państwa powinny funkcjonować według zasady "żyj i daj żyć innym", czy dążyć do internacjonalizacji własnych wartości lub ograniczania wpływów wartości propagowanych przez innych? Nazizm, komunizm i demokracje w IIWŚ i Zimna Wojna jako starcie dwóch obozów - demokratyczno-kapitalistycznego z komunistycznym to dwa wyraziste przykłady zderzenia wartości. Podczas drugiego z ww. konfliktów pojawiła się grupa państw niezaangażowanych (głównie byłe kolonie europejskich mocarstw), która starała się odseparować od dwóch skonfliktowanych bloków.

Cenna pozycja

Kolejne rozdziały traktują o strukturze wspólnoty oraz normach międzynarodowych. Nie ma potrzeby streszczania drugiej połowy książki - trzeba ją po prostu przeczytać. Dla mnie jej lektura była niezwykle interesującą przygodą intelektualną. Skłoniło mnie to do wielu przemyśleń, których efekty powinniście zauważyć w publicystyce na blogu Dyplomacja. Naprawdę trzeba od czasu do czasu oderwać się od bieżących wydarzeń i przenieść na poziom teorii, aby zyskać nowe punkty odniesienia.

W zależności od e-księgarni, za "Wspólnotę międzynarodową" nabywca zapłaci od 54 do 72 złotych. Jest to kwota standardowa w przypadku podręczników i wydawnictw uniwersyteckich, czyli dość znaczna. Z drugiej strony, z powodu jasnego języka i świetnego stylu, katalog potencjalnych nabywców nie jest ograniczony do studentów SM czy studentów w ogóle. Jest to książka dla każdego, kto chce podnieść swój poziom wiedzy o polityce międzynarodowej, czyli w szczególności dla Ciebie, drogi Czytelniku Dyplomacji.

Piotr Wołejko

 

Grafika: facebook.com/WspolnotaMiedzynarodowa

czwartek, 18 października 2012

Do końca 2014 roku Szkocja ma prawo przeprowadzić referendum rozstrzygające o ewentualnej niepodległości od Wielkiej Brytanii. Takie porozumienie zawarli premier David Cameron oraz pierwszy minister Szkocji Alex Salmond. Być może szykuje się również druga sprawa, w której wypowiedzą się – już nie tylko szkoccy – obywatele. Oto Wielka Brytania zdaje się być bardziej poza Unią Europejską niż wewnątrz niej.

grafikaNiepodległość dla Szkocji to stary temat, który powraca niczym bumerang od wielu lat. Nacjonalistyczna partia SNP, której przewodniczącym jest Alex Salmond, była wielkim zwolennikiem referendum. Podobno Szkocji będzie lepiej bez Londynu, a ropa naftowa i gaz ziemny zapewnią nowopowstałemu (odrodzonemu?) państwu szkockiemu niezbędne do funkcjonowania pieniądze. Nic to, że wydobycie maleje, a nowa Szkocja znajdzie się poza Unią Europejską, a więc także poza unijnym rynkiem (chociaż Szkoci są raczej proeuropejscy, w przeciwieństwie do Anglików).

Wielu chętnych do niepodległości

Aspiracje niepodległościowe przejawiają także inne narody – Katalończycy i Baskowie to najbardziej oczywiste przykłady. Ci pierwsi wyraźnie nabrali wiatru w żagle, organizując milionowe demonstracje i rozpisując na listopad wybory do lokalnej legislatywy. Katalonia zapowiada referendum, chociaż nie ma do tego żadnej podstawy prawnej. Salmond taką podstawę wywalczył (bardziej wynegocjował), może i Katalończykom się uda. Redakcja ekonomicznego portalu Bloomberg proponuje, aby Madryt nie rzucał Barcelonie kłód pod nogi i zezwolił na przeprowadzenie głosowania.

Tendencja do rozkładu organizmów państwowych na mniejsze państewka jest coraz bardziej wyraźna na Starym Kontynencie (obok ww. jest jeszcze Flandria). Nasila się ona wraz z postępami kryzysu ekonomicznego. Zupełnie odwrotnie postępują natomiast przedsiębiorstwa, które łączą się i konsolidują, licząc na oszczędności i efekt skali. Warto byłoby bliżej przeanalizować to zagadnienie.

Londyn pożegna Brukselę?

Wracając do Wielkiej Brytanii i Europy należy stwierdzić, że Londyn coraz bardziej oddala się od Brukseli. Pozostanie poza paktem fiskalnym, sprzeciw wobec propozycji podatku od transakcji finansowych, chęć wycofania się ze współpracy policyjnej i sądowej w sprawach karnych, groźba zawetowania nowej perspektywy finansowej UE i ściskanie kciuków za odrębny budżet strefy euro – to tylko niektóre działania i decyzje, które pokazują stan brytyjskiego ducha. Jest to stan ducha pozaeuropejskiego. Londyn pod wodzą Camerona pogłębia Kanał i burzy mosty łączące Wielką Brytanię ze Starym Kontynentem. Z takim rozwojem sytuacji zdają się być pogodzeni Niemcy, dla których do niedawna Brytyjczycy byli cennymi sojusznikami. Dziś niewiele można już z nimi ugrać.

Być może premier Cameron, będący pod presją własnej partii oraz rosnącej popularności skrajnej prawicy spod znaku UKIP, zdecyduje się rozpisać referendum na temat członkostwa kraju w Unii Europejskiej. Nie byłoby to niczym zaskakującym. Sondaże dają dziś przewagę zwolennikom rozwodu. Unia bez Londynu? Cóż, jeśli Brytyjczycy tego właśnie pragną, to nikt ich na siłę trzymać nie będzie. Co nie oznacza, że brytyjskiego podejścia w pewnych kwestiach (gospodarka, obrona narodowa) będzie brakowało. A może społeczeństwo zszokuje premiera Camerona i zagłosuje za pozostaniem w UE? Taki głos oznaczałby votum nieufności wobec szefa rządu i jego polityki, a więc zapewne koniec rządów torysów. Czy opłaca się iść na takie ryzyko?

Potrzeba namysłu i rozwagi

Średnio trafiają do mnie pomysły kreacji kolejnych państw i rozdrobnienia suwerenności w Europie. Tworzy to wiele problemów, a niekoniecznie rozwiązuje te, które doskwierają społecznościom decydującym się na taki krok. Nie mam jednak prawa wypowiadać się w imieniu Szkotów, Katalończyków czy Flamandów i krytykować ich aspiracji. Naprawdę trzeba się jednak wiele razy zastanowić przed podjęciem tak daleko idącej decyzji. Naprawienie ewentualnych błędów nie będzie łatwe ani szybkie (po secesji przeproszą się z „metropolią” i wrócą na jej łono? Nie ma na to szans).

Podobnie oceniam koncepcje wychodzenia z Unii Europejskiej. Czy uwolnionym spod „dyktatu Brukseli” Brytyjczykom łatwiej będzie znaleźć pracę, sfinansować edukację własnych dzieci itp.? Unia Europejska jest w brytyjskiej polityce tematem zastępczym, wyciąganym wtedy, gdy coś się nie udaje. Podobnie dzieje się też w innych państwach UE, jednak nie w takim natężeniu. Odnoszę wrażenie, że Unia wzbogaca Londyn, a Londyn wzbogaca Unię i obie strony dobrze wychodzą na istniejącym układzie. Jeśli jest inaczej, referendum może to wykazać.

Piotr Wołejko



grafika: Wikimedia Commons

środa, 17 października 2012

Osiem tysięcy znaków (ze spacjami) to przeciętna objętość wpisu na blogu Dyplomacja. To także maksymalna dopuszczalna długość artykułu, który możecie napisać, aby wziąć udział w konkursie: Polska 2050 - Sen o nowej energetyce. Konkurs organizuje zaprzyjaźniony portal Europa Bezpieczeństwo Energia - ebe.org.pl oraz eurodeputowany Paweł Kowal.

grafikaO co chodzi w konkursie? O wizję. Trzeba bowiem pobawić się w wizjonera i opisać, jak będzie przebiegał rozwój sektora energetycznego w Polsce w najbliższych dekadach i do czego uda się dojść w połowie stulecia. Czy zostaniemy łupkową potęgą? A może gazu z łupków nie będzie zbyt wiele, natomiast - jak Francja - postawimy na atom? Inna opcja - polityka klimatyczna UE, pod presją kryzysu ekonomicznego, zostanie znacząco zliberalizowana i w 2050 roku nadal będziemy opierać energetykę na węglu kamiennym i brunatnym?

Nagrodą za napisanie najlepszego tekstu będzie wycieczka do Brukseli i możliwość przyjrzenia się pracy europosła. Warto poznać kuluary stolicy zjednoczonej Europy, zwiedzić główne instytucje i zjeść obiad w parlamentarnej kantynie w towarzystwie eurodeputowanych :) Można nawet trafić na polską demonstrację, co przytrafiło się mnie, gdy odwiedzałem Brukselę.

Szczególnie polecam udział w konkursie dlatego, że mam zaszczyt być jednym z członków jury, które będzie oceniało nadesłane prace. Sądzę, że napisanie tekstu do 8 tys. znaków (ze spacjami) to naprawdę niewielki wysiłek, jeśli ma się w perspektywie wyjazd do Brukseli. Termin nadsyłania prac to 19 października, więc to w zasadzie ostatnia chwila, aby przysiąść nad tematem. Wcześniej informowałem Was kilkakrotnie o konkursie na łamach Dyplomacji na Facebooku i Twittera , ale i na blogu nie zaszkodzi.

Więcej informacji na stronie portalu Europa Bezpieczeństwo Energia.

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook