czwartek, 24 października 2013

W wyniku wejścia w życie Karty Narodów Zjednoczonych, 24 października 1945 roku powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych. Zastępowała ona nieefektywną Ligę Narodów, tworząc nowe forum multilateralizmu, czyli mechanizm załatwiania spraw/rozwiązywania problemów, w drodze współpracy wielostronnej.

Czy doczekamy się reformy ONZ?

grafikaONZ przez blisko siedem dekad swego istnienia zmieniała się, dostosowując się do aktualnych wyzwań i trendów. Wielokrotnie sama te trendy kreowała bądź wspierała ich kreację (dekolonizacja, prawa człowieka, ograniczanie biedy i ubóstwa etc.). Ma na swoim koncie liczne sukcesy, porażki i wstydliwe epizody. W gruncie rzeczy, mimo udanej adaptacji do zmieniających się realiów, organizacja nie różni się w kluczowych aspektach od tej, którą pamiętamy z kart historii. Nadal głównymi rozgrywającymi są te same mocarstwa, co w 1945 roku (z uwzględnieniem zamiany Republiki Chińskiej na Chińską Republikę Ludową w latach 70.). Ta trwałość i ciągłość stanowi o sile i słabości ONZ, w zależności od tego kto i co będzie oceniał.

Podobno już pierwszy sekretarz generalny organizacji, Norweg Trygve Lie, po objęciu zaszczytnej funkcji od razu apelował o reformę ONZ. Ani wtedy ani później żadna istotna reforma nie nastąpiła. Cyklicznie ponawiane są wezwania do zmodyfikowania składu i zasad funkcjonowania najważniejszego ciała ONZ, czyli Rady Bezpieczeństwa. Składa się ona z pięciu stałych członków - Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Francji i Wielkiej Brytanii - oraz dziesięciu rotacyjnie wybieranych spośród pozostałych państw członkowskich. Wybór ten następuje w blokach regionalnych, co zapewnia stałą reprezentację poszczególnych regionów. Stali członkowie posiadają prawo weta, a więc możliwość zablokowania rezolucji, które z jakiegoś powodu im nie odpowiadają.

Zarówno prawo weta, jak i struktura RB ONZ nie podobają się wschodzącym potęgom, takim jak Indie, Brazylia, Niemcy, Meksyk, Japonia czy RPA. Domagają się one uwzględnienia zmian na geopolitycznej i ekonomicznej mapie świata. Mówiąc wprost, chcą dołączyć do prestiżowego grona uprzywilejowanych, wąskiego klubu decyzyjnego świata, jakim jest Rada Bezpieczeństwa. Propozycje w tym zakresie są wielce kontrowersyjne. W zasadzie każdy kandydat na nowego stałego członka RB ONZ ma silną opozycję w postaci regionalnych rywali. Wątpliwe również, by udało się uzyskać globalne przyzwolenie na reprezentację Europy aż przez trzy kraje (kooptacja Niemiec, przy utrzymaniu miejsc przez Francję i Wielką Brytanię). Bardziej ambitne, a przez to także utopijne propozycje zmierzają do reformy instytucji prawa weta. Wiadomo, że stała piątka nie pali się do zmian, które w oczywisty sposób ograniczyłyby jej wpływy.

Globalne wyzwania wymagają istnienia globalnej instytucji

Niezależnie od sporów o kształt RB ONZ, a także - często słusznych - zarzutów dotyczących skuteczności (w zasadzie jej braku), marnotrawstwa pieniędzy, czy upolitycznienia (vide potępianie poszczególnych państw przez Radę Praw Człowieka ONZ), Organizacja Narodów Zjednoczonych to niezwykle cenna i wartościowa instytucja. Jest to jedyne niemal stuprocentowo inkluzywne forum dialogu międzynarodowego. Dialogu prowadzonego na wielu poziomach i poświęconego szerokiej gamie problemów.

A problemy, z którymi borykają się państwa i społeczeństwa w XXI w. stają się coraz bardziej międzynarodowe, a często wręcz globalne. Nie wystarczają już bilateralne czy wielostronne umowy, nie dają rady regionalne organizacje. Potrzebne jest w pełni globalne forum, dysponujące wykwalifikowanymi kadrami i zasobami, a także prestiżem i zaufaniem. Można wiele zarzucać ONZ, podchodzić bardzo krytycznie do poszczególnych aspektów działalności organizacji, lecz należy uczciwie przyznać, że nie ma alternatywnej instytucji, zdolnej do wsparcia wysiłków na rzecz rozwiązywania problemów. Zaufanie do ONZ jest wśród społeczeństw całego świata bardzo wysokie - wystarczy rzut oka na niedawne badania opinii publicznej. Nawet w Stanach Zjednoczonych, o których mówi się, że są niechętne ONZ, 58% badanych pozytywnie ocenia organizację, a odmiennego zdania jest 31% ankietowanych. W kluczowych krajach europejskich pozytywna ocena ONZ jest jeszcze wyższa i wynosi ponad 60%. W Polsce aż 64% ankietowanych pozytywnie ocenia ONZ, a zaledwie 20% jest przeciwnego zdania.

W najbliższych dekadach ONZ może przydać się chociażby w przypadku rozwiązywania konfliktów o wodę pitną - surowiec coraz bardziej deficytowy. Nadal należy wspierać wysiłki na rzecz ograniczania ubóstwa. Narasta problem migracji, czego smutnym przykładem była niedawna tragedia w okolicy włoskiej wyspy Lampedusa. Śmierć setek imigrantów szukających lepszego życia w Europie wstrząsnęła opinią publiczną nie tylko w Unii Europejskiej.

Pamiętajmy o minilateralizmie

Doceniając potrzebę istnienia i sprawnego funkcjonowania ONZ, należy pamiętać również o minilateralizmie. W przeciwieństwie do multilateralizmu zakłada on współpracę ograniczonej liczby zainteresowanych aktorów. Taką właśnie współpracą jest chociażby Unia Europejska czy ASEAN, a także koalicje ad hoc. O ile w Europie i szeroko rozumianym świecie Zachodu występuje urodzaj rozmaitych organizacji międzynarodowych, to w Azji czy Afryce mamy do czynienia z ich deficytem. Jednym ze skutków takiego stanu rzeczy jest występowanie większej liczby napięć. Brakuje kanałów komunikacyjnych oraz mechanizmów dialogu, ucierania się kompromisów. Dlatego należy wspierać zarówno multilateralną Organizację Narodów Zjednoczonych, jak i minilateralne organizacje regionalne. Im więcej dyplomacji, tym mniej konfliktów zbrojnych. Im więcej współpracy, tym większe szanse na rozwiązanie problemów.

Piotr Wołejko

czwartek, 17 października 2013

Jak donosi Reuters, północna część Syrii stała się mekką dla Al-Kaidy. Rozmaite organizacje o profilu zbliżonym do Bazy działają na ww. dość swobodnie, dysponując znaczącymi zasobami kadrowymi, finansowymi oraz materialnymi. Radykałowie zaprowadzają na kontrolowanym terytorium swoje porządki, z jednej strony zapewniając rozmaite „usługi socjalne” (dostawy żywności, bezpieczeństwo), z drugiej zaś dopuszczając się okrutnych mordów (vide raport HRW). Czy Syria stanie się drugim Jemenem, czyli źródłem najpoważniejszego zagrożenia ze strony Al-Kaidy dla Zachodu, tyle że położonym bliżej Europy, niemalże u jej bram?

Libanizacja Syrii, czyli dezintegracja kraju

Z Assadem czy bez niego, Syria jaką znaliśmy sprzed wybuchu rebelii przeciwko jego rządom przepadła. Nawet jeśli Assad pozostanie prezydentem Syrii, nie uda mu się raczej odzyskać kontroli nad całym terytorium kraju. Czas działa, w tym przypadku, na jego niekorzyść. Przelano zbyt dużo krwi, dopuszczono się zbyt wielu zbrodni, a w wojnę domową zaangażowało się zbyt wielu aktorów zewnętrznych, aby można to było po prostu pozamiatać i wrócić do tego, co było przed marcem 2011 r. Przykład sąsiedniego Libanu, gdzie również miała miejsce brutalna wojna domowa, nie nastraja optymistycznie. Konflikt w tym kraju trwał bowiem 15 i pół roku. Brali w nim udział sąsiedzi (Syria, Izrael) oraz siły zachodnie mocarstwa (USA, Francja). Do dziś Liban jest głęboko podzielony według linii etnicznych i religijnych. Syria może podążyć tą samą ścieżką.

grafikaW czasach wojny domowej w Libanie nie istniała jednak Al-Kaida ani coś takiego jak globalny dżihad (dopiero rozkręcał się w Afganistanie). Do kraju nie nadciągały więc tysiące zdeterminowanych, często świetnie wyszkolonych bojowników. Główne role w konflikcie odgrywały etniczno-religijne milicje. Ograniczona była także liczba aktorów. W Syrii działają setki „ugrupowań opozycyjnych”. Cóż, w warunkach rozpadu struktur państwowych wystarczy garstka mężczyzn uzbrojonych w kałasznikowy stanowi siłę, z którą trzeba się liczyć. W szczególności dotyczy to cywilów. Podczas wojny domowej czy chaosu kwitną – a zarazem mogą szybko więdnąć – grupki bandytów i watażków wykorzystujących sytuację do szybkiego wzbogacenia się. W grę wchodzi też wyrównanie dawnych – prawdziwych bądź urojonych – krzywd. Takie grupy nie stanowią, w przeciwieństwie do terrorystów z Al-Kaidy, zagrożenia zewnętrznego.

Jak odpowiedzieć na syryjskie zagrożenie?

Dozbrajanie tzw. opozycji syryjskiej w sposób oczywisty sprawia, że w siłę rosną także radykałowie. Ba, mogą oni liczyć na bogatych sponsorów, głównie z państw Zatoki. Radykałowie są zazwyczaj lepiej wyszkoleni, a praktycznie zawsze bardziej zdeterminowani od świeckiej części opozycji. Walczą w imieniu boga, a nie interesów politycznych. Nie oznacza to, że takie interesy nie istnieją. Liderzy Al-Kaidy i pokrewnych ugrupowań mają dość jasno sprecyzowane cele. Budowa panislamskiego kalifatu, zaprowadzenie szariatu, walka z niewiernymi – w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi (i Zachodem, czyli także z Europą).

Al-Kaida w Syrii skupia się na razie głównie na zwalczaniu sił reżimu Assada oraz innych wewnętrznych przeciwników. Wkrótce może jednak podjąć operacje poza Syrią – w Turcji, a także w Europie. Istotnym zagrożeniem jest udział w syryjskim dżihadzie setek, a zapewne tysięcy europejskich bojowników. Część z nich będzie chciała wrócić do domów. Czy zapomną o dżihadzie? Wątpliwe. Raczej będą działać, w pojedynkę (samotni zabójcy) albo w komórkach (grupach). Czy służby dbające o bezpieczeństwo na Zachodzie są gotowe do stawienia czołu opisanemu wyżej wyzwaniu? Europejska swoboda przemieszczania się osób będzie dodatkowym utrudnieniem w walce z europejskimi terrorystami spod znaku Al-Kaidy. Jesteśmy już jednak przyzwyczajeni, że terroryści wykorzystują nasze osiągnięcia przeciwko nam.

Tymczasem świecka opozycja staje się coraz słabsza. Ponad 60 jednostek (oddziałów) walczących dotychczas w ramach Free Syrian Army (FSA) wymówiło posłuszeństwo dowództwu ugrupowania oraz jej politycznej reprezentacji w postaci Narodowej Koalicji Syryjskiej (NSC). Nie jest jasne, czy wspomniane jednostki "idą na swoje", czy dołączą do innego ugrupowania, np. radykałów z Jabhat al-Nusra.

Piotr Wołejko

grafika: Wikimedia Commons
czwartek, 10 października 2013

W przyszłym roku Afganistan powróci na pierwsze strony gazet i skupi uwagę decydentów oraz analityków. W kwietniu 2014 r. odbędą się wybory prezydenckie, po których głową państwa przestanie być Hamid Karzaj. Wyczerpał on limit kadencji i nie może ponownie ubiegać się o reelekcję. Poprzednie wybory (2009 r.) okazały się farsą pełną wszelkich możliwych nadużyć. Karzaj ostatecznie pozostał na stanowisku, gdy z udziału w drugiej turze wyborów zrezygnował Abdullah Abdullah, ex-minister spraw zagranicznych wywodzący się z Sojuszu Północnego.

Dziś Abdullah jest jednym z faworytów do zastąpienia Karzaja. Nie ma to większego znaczenia, gdyż ważniejsze od osoby nowego prezydenta jest wycofanie się wojsk zachodnich z Afganistanu i konsekwencje z tym związane. Czy Stany Zjednoczone pozostawią pod Hindukuszem swoich żołnierzy po 2014 r., a jeśli tak, to ilu? I jakie będą ich możliwości działania? Na ten temat ma wypowiedzieć się najważniejszy organ decyzyjny w Afganistanie – loja dżirga.

Czego chcą Afgańczycy?

grafikaNowy prezydent Afganistanu stanie przed nie lada wyzwaniem – jak utrzymać się przy władzy, a być może przy życiu. Skorumpowana administracja i słabe, niezdyscyplinowane, a przede wszystkim zdemoralizowane siły bezpieczeństwa i afgańska armia, nie wyglądają na godnych rywali dla zdeterminowanych Talibów. Kraj znowu może pogrążyć się w wojnie domowej, w której rozmaici watażkowie i Talibowie będą wyrywać sobie wpływy i połacie terytorium. Rząd w Kabulu na czele z nowym prezydentem będzie zdany na łaskę Amerykanów. Jakby historia zatoczyła koło i wróciły klimaty z przełomu lat 80. i 90. po wycofaniu się Sowietów.

Dobrze wiemy, co wydarzyło się w latach 90. i jakie były tego skutki. Teraz będzie gorzej. Ponad dekada okupacji Afganistanu odcisnęła piętno na niemal każdym mieszkańcu kraju, a możliwość walki z Amerykanami przyciągała i nadal przyciąga tysiące jihadystów z całego świata. Wojna w Afganistanie trwa w zasadzie bez przerwy od 1979 r. – większość ludzi nie zna innych realiów niż wojenne. Są przyzwyczajeni do załatwiania sporów z bronią w ręku, nie znają innego fachu niż walka. Wielu zradykalizowało się pod wpływem radykalnej islamistycznej propagandy oraz obserwacji rzeczywistości. Widzieli, jak postępują zachodni żołnierze i reprezentanci rządu w Kabulu. Mają dość okupacji, dronów, nocnych aresztowań, wymuszeń i korupcji. Większość zapewne nie ucieszy się z powrotu Talibów, ale chcą zmian. Czy uwierzą, że nowy prezydent je wprowadzi i chociaż częściowo uzdrowi sytuację, poprawiając ich byt?

Błędy, wypaczenia i stracone szanse

Przez ponad dekadę zachodnie wojska w Afganistanie zwalczały głównie nie Al-Kaidę i inne ugrupowania terrorystyczne, lecz powstanie zbrojne przeciwko okupacji. Ze względów propagandowych określano wszelkich rebeliantów i przeciwników marionetkowego rządu Karzaja oraz jego obrońców z ISAF mianem Talibów. Talibowie tu, talibowie tam, wszystko to talibowie. Nie miało to jednak większego związku z rzeczywistością. Co więcej, intensyfikacja działań sił specjalnych w Afganistanie (drony, naloty, nocne aresztowania, operacje komandosów) spowodowała radykalny wzrost liczby ofiar wśród cywilów. Jeden zabity niewinny Afgańczyk kreował kilkunastu, kilkudziesięciu czy nawet kilkuset wrogów ISAF, gotowych do odwetu. W skomplikowanej układance etniczno-plemiennej, wspartej tradycyjnymi zasadami honorowymi, zachodni żołnierze poruszali się jak dzieci we mgle. Zamiast spróbować te realia zrozumieć i wykorzystać na swoją korzyść, najczęściej próbowali wyrąbać sobie drogę maczetami. W konsekwencji tzw. bitwa o umysły Afgańczyków została przegrana lata temu.

Można łudzić się, że dziesiątki miliardów dolarów przeznaczonych na odbudowę zniszczonego kraju przysporzyły Zachodowi zwolenników. Na tej pomocy najlepiej skorzystali jednak skorumpowani oficjele każdego szczebla, którzy wywozili pełne dolarów walizki poza Afganistan, urządzając sobie gniazdka w Dubaju czy innych lokalizacjach w Zatoce. Sporo budynków i instalacji zbudowanych ze środków pomocowych nie jest wykorzystywanych (chociażby z powodu braku pieniędzy) bądź zostało zniszczonych. Zastanówmy się, jak przeciętny Afgańczyk odpowiedziałby na pytanie: czy żyje się Panu lepiej niż 2, 5, 10, 15 lat temu?

Talibowie muszą wrócić?

Wycofanie wojsk zachodnich (ew. z wyjątkiem części amerykańskich) z Afganistanu jest pewne. Zmiana na stanowisku prezydenta raczej też. A co z Talibami, niezbędnym elementem układanki? Dotychczasowe próby rozmów z nimi zakończyły się fiaskiem. Głównie dlatego, że Karzaj i Amerykanie rozmawiali z Talibami za swoimi plecami, bez uzgodnień i koordynacji. Co więcej, w rozmowy nie zaangażowano Pakistanu, który jest żywotnie zainteresowany porządkiem w Kabulu po 2014 r. Czasu na przygotowanie i przeprowadzenie kompleksowych rozmów coraz mniej. A nawet jeśli w końcu uda się wynegocjować porozumienie, zorganizować wielką konferencję i zrobić piękne zdjęcia, to nie wiadomo, czy po wycofaniu zachodnich wojsk kompromis się utrzyma. Czy trzeba przypominać rozwój zdarzeń z Wietnamu? Zresztą nawet bez tej analogii trzeba mieć dużo wiary, by uwierzyć w trwałość porozumienia w Afganistanie. O układzie sił tradycyjnie decyduje tam karabin, a nie świstek papieru.

W wymiarze międzynarodowym skutki zmian, które nastąpią w Afganistanie w przyszłym roku, będą znaczące. Pakistan będzie twardo dążył do zabezpieczenia własnych interesów, wspierając swoich faworytów. Po wycofaniu się wojsk Zachodnich większa odpowiedzialność za bezpieczeństwo w regionie spadnie na Rosję. Moskwa postrzega islamski radykalizm za poważne zagrożenie dla stabilności wewnętrznej, a także dla państw Azji Centralnej. Interesy Pakistanu i Rosji mogą okazać się sprzeczne, gdyż Islamabadowi jest z grubsza wszystko jedno, jaką ideologię będzie wyznawać nowa elita rządząca w Kabulu. Może okazać się, że najwygodniejszy dla Pakistanu jest powrót Talibów do władzy. Dla Amerykanów, Rosjan, Hindusów czy Irańczyków byłby to prawdziwy koszmar. Niestety, jest to bodaj najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju zdarzeń.

Jakie NATO po 2014 r.?

Koniec misji ISAF niesie również istotne konsekwencje dla NATO. W obliczu cięć w budżetach obronnych państw europejskich oraz braku woli politycznej do zaangażowania w wojny ekspedycyjne (vide brak „entuzjazmu” dla interwencji w Syrii, czego głównym wyrazem był sprzeciw brytyjskiego parlamentu), a także rosnącej roli Azji i azjatyckiego układu sił, powstaje pytanie o rolę Sojuszu w najbliższych latach. Na dziś wydaje się, że zmęczone wojnami (Afganistan, Irak – misja nie pod egidą NATO, lecz z udziałem wielu członków Sojuszu) i kryzysem finansowym NATO przejdzie w fazę uśpienia. Nie będzie się wychylać, szukając możliwości do użycia siły w odległych rejonach Azji bądź Afryki, a skupi się na sobie – szukając odpowiedzi na pytanie, jak usprawnić obronę w sytuacji malejących budżetów wojskowych. Szczyt NATO, na którym wszystkie powyższe zagadnienia (i nie tylko) będą omawiane odbędzie się również w 2014 r.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 07 października 2013

Tak zwana Arabska wiosna wywołała ruchy tektoniczne w Afryce Północnej oraz na Bliskim Wschodzie. Status quo w postaci mniej lub bardziej despotycznych rządów został zachwiany przez obalenie prezydentów Tunezji i Egiptu, a następnie libijskiego dyktatora Muammara Kaddafiego. Jednym ze skutków tego wydarzenia było powstanie Tuaregów, nieudana secesja północnej części Mali, a następnie interwencja wojskowa Francji. Od władzy odsunięto nawet mistrza politycznych gier i przetrwania (rządził w latach 1978-2012), Alego Abdullaha Saleha z Jemenu. W Syrii wybuchła rebelia przeciwko prezydentowi Baszarowi Assadowi. Przemoc rozlewa się na sąsiedni Liban, kraj wielce wrażliwy na konflikty etniczno-religijne. Płonie Irak, rozdzierany przez radykalne szyickie i sunnickie ugrupowania. W tle pozostają Kurdowie i ich dalekosiężne marzenia o własnym państwie, zaspokajane na dziś przez dążenie do autonomii w ramach istniejących struktur państwowych, a także Palestyńczyków domagających się powstania niepodległej Palestyny.

grafikaTen przydługi wstęp to i tak telegraficzny skrót sytuacji, która w sposób dynamiczny rozwija się na obszarze od zachodniego wybrzeża Afryki po Półwysep Arabski i Lewant. Rozruchy, demonstracje i rewolucje, które wstrząsają omawianymi terytoriami, zostały częściowo „skonsumowane”, przyćmione przez islamskich radykałów. To oni nadawali ton w Egipcie, a w znacznej mierze nadają nadal w Libii, Syrii, Iraku, Libanie czy Jemenie. Jednak oprócz religijnego aspektu w każdym z tych państw mamy do czynienia także z aspektami etnicznymi, nacjonalistycznymi. Ciekawie opisał to arabski dziennikarz Sharif Nashashibi. Tendencje separatystyczne, czyli dążenie do zmiany granic, przejawiają liczne podmioty w Libii (np. Cyrenajka, gdzie znajduje się zdecydowana większość libijskich złóż ropy naftowej), Iraku czy Jemenie (federalizacja kraju, spór o liczbę regionów, kwestia ewentualnej niepodległości południa kraju – do 1990 roku niezależnego państwa).

Dokończyć dekolonizację

Temat zmiany granic dotyczy nie tylko Bliskiego Wschodu czy Afryki Północnej, lecz także Afryki jako całości. Chociaż dekolonizacja postępowała od zakończenia II wojny światowej, a jej punkt kulminacyjny przypadł na lata 60. ubiegłego wieku, dokonała się w bardzo ograniczonym zakresie. Pokojowo albo zbrojnie pozbyto się przedstawicieli władz desygnowanych przez metropolie (głównie Francję i Wielką Brytanię), a ich miejsce zajęli lokalni władcy. I koniec. To była istota dekolonizacji. Nie ruszono granic, które Francuzi i Brytyjczycy wyznaczali arbitralnie, patrząc na mapę i lekceważąc miejscowe uwarunkowania.

Czy była to właściwa decyzja? Afrykańscy przywódcy uznali (i nadal uznają), że nienaruszalność granic to podstawa politycznej stabilności kontynentu. Nie wolno więc pozwolić na ich zmianę, na secesje etc. Zasada nienaruszalności granic zepchnęła w cień zasadę samostanowienia narodów. Obawiano się, że zgoda na korekty doprowadzi do chaosu i zepchnie Afrykę w czarną dziurę niekończących się krwawych wojen. Pięć dekad po przeprowadzeniu dekolonizacji widać, że konfliktów i ofiar nie udało się uniknąć. A spory o podłożu etnicznym i religijnym rozsadzają szereg państw, m.in. Nigerię, Mali, Libię, Somalię czy DR Kongo. W grę wchodzą także inne czynniki, jak surowce naturalne. Powodów do chwycenia za broń nie brakuje. Precedens w postaci ogłoszenia niepodległości (i jej uznania) przez Południowy Sudan w 2011 r. wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony to przykład secesji opartej na woli miejscowej ludności wyrażonej w referendum, z drugiej – do secesji prowadziła długa i krwawa droga, a nowe państwo nadal jest na quasi-wojennej ścieżce z Sudanem, od którego się oddzieliło.

Radykałowie korzystają z niespokojnych czasów

Patrząc na Afrykę, Lewant i Półwysep Arabski (a można i dalej, chociażby na Afganistan i Pakistan, które rozdziela tzw. linia Duranda) potencjał do korekt granic jest ogromny. Rośnie świadomość tego faktu, co wywołuje – i nie można się temu dziwić – liczne obawy miejscowych władców i zewnętrznych aktorów. Większość bowiem woli status quo, znaną sytuację, w której można się odnaleźć, od niepewności i przynajmniej chwilowego chaosu. Dochodzą do tego obawy o bezpieczne przystanie dla radykalnych ugrupowań, które idealnie odnajdują się w realiach upadłych bądź bardzo słabych państw. Trzeba jednak pamiętać, że ponad dekada walki z radykałami islamskimi i próba pozbawienia ich (przepędzenia z) bezpiecznych przystani nie przyniosła pozytywnych rezultatów. Wręcz przeciwnie, radykałowie znajdują coraz więcej przystani, rozszerzając pole działania. Efektowne i kosztowne akcje sił specjalnych mogą eliminować co ważniejszych przywódców rozmaitych ugrupowań, lecz w żaden sposób nie rozwiązują problemu. W obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej i politycznej radykałowie czują się jak ryba w wodzie.

Czy w Syrii trwa wojna o nowy krajobraz Lewantu?

Główne mocarstwa zapewne zdają już sobie sprawę z tego, że bez korekt granic się nie odbędzie. Być może Syria jest już przykładem rozgrywania interesów pod kątem takiej korekty. Dekompozycja Syrii byłaby pierwszą kostką domina w przeorganizowaniu mapy politycznej Lewantu. Czy w efekcie zmian znikną Syria, Liban i Irak, jakie znamy, a wyłoni się nowy byt w postaci Kurdystanu? Ten ostatni miałby ekonomiczne podstawy istnienia, w oparciu o złoża ropy, o które „zabijają się” Turcy i zachodnie koncerny. Jednocześnie o te same złoża toczy się spór między Kurdami a irackimi sunnitami. W tej skomplikowanej układance jedno jest pewne – żadna strona nie odpuści, a zewnętrzni aktorzy nie pozostaną bierni. Oznacza to krwawą i kosztowną wojnę, bo przecież nie długotrwałe negocjacje. Argument siły zazwyczaj zwycięża z siłą argumentów. Może więc lepiej utrzymywać dotychczasowe struktury państwowe, ze znanymi i – mniej lub bardziej – pewnymi granicami? Jeśli tak, to czy rozsądek nie nakazywałby wesprzeć prezydenta Assada? Nie byłby to pierwszy przypadek „przymknięcia oka” na występki dyktatorów. Stabilna Syria przysłużyłaby się utrzymaniu stabilności w Lewancie. Bez „rozbioru” Syrii istotniejsze korekty granic wydają się mało prawdopodobne. Jeśli natomiast Syria miałaby ulec rozkładowi, inni gracze nie zawahają się przed wejściem do gry. Każdy będzie chciał wyrwać dla siebie jak najwięcej, a europejski koszmar rozpadu Jugosławii wróci ze zdwojoną mocą.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons/Author: DanPMK

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook