wtorek, 21 stycznia 2014

Powiązani z Al-Kaidą bojownicy z Falludży posiadają wystarczająco dużo broni, by okupować Bagdad - to nie tylko tytuł artykułu z The National, angielskojęzycznej gazety z Abu Zabi, lecz również cytat z wypowiedzi irackiego wiceministra spraw wewnętrznych.

Irackie siły bezpieczeństwa nie odbiły Falludży, ani szeregu innych miejscowości w sunnickiej prowincji Anbar, z rąk powiązanych z Al-Kaidą ugrupowań i sprzymierzonych z nimi miejscowych plemion. Cały czas nie odbyła się czwarta bitwa o Falludżę, wspomniana przeze mnie w ostatniej, pochodzącej ze stycznia, analizie sytuacji w Iraku oraz Syrii. Wydaje się jednak, że bez jakiegoś rodzaju szturmu się nie obędzie, gdyż rebelianci zapuszczają korzenie w kontrolowanych przez siebie miejscach - aresztują lokalnych oficjeli, tworzą własne sądownictwo, a w meczetach wzywają do stawiania oporu irackim siłom bezpieczeństwa.

Tymczasem w Iraku dzień jak co dzień, czyli zamachy i wybuchy bomb pułapek. Dziesiątki ofiar śmiertelnych oraz jeszcze liczniejsze grono rannych. Rok 2013 był najbardziej krwawy od sześciu lat, czyli roku 2007. Wówczas rozpędu nabierało tak zwane sunnickie przebudzenie, a Amerykanie wysłali do Iraku dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy - skupiając ich znaczną część we wspomnianej wyżej prowincji Anbar. To tam ruch oporu był najsilniejszy, a Al-Kaida znalazła swoją bezpieczną przystań. Teraz wracają najgorsze koszmary trudnych lat 2004-2007, gdy rebelia przeciwko Amerykanom nabierała rozpędu. Tym razem celem nie są już Amerykanie (opuścili Irak z końcem 2011 r.), lecz szyicki rząd Nuriego al-Mailikiego. Maliki jest w znacznej mierze odpowiedzialny za to, co dzieje się w jego kraju.

grafika

Źródło: ONZ (via BBC News)

O ile wspomnianej we wstępie przez wiceministra spraw wewnętrznych okupacji Bagdadu przez bojowników powiązanych z Al-Kaidą (ISIL) raczej nie będzie, to skala problemu jest coraz większa. Niezdolność Bagdadu do przywrócenia porządku i ładu, w prawniczej nowomowie - skorzystania z monopolu na przemoc, którym powinna dysponować władza - tylko zachęca przeciwników Malikiego do chwycenia za broń. Ciekawe, czy z okazji skorzystają także radykałowie po stronie szyitów, którzy koniunkturalnie wspierają Malikiego, lecz niejednokrotnie decydowali się na realizację własnej polityki. Jeśli taki scenariusz miałby się ziścić, dzisiejsza sytuacja będzie za rok wspominana jako prawdziwa sielanka. Kolejna odsłona krwawej wojny o podłożu religijnym prowadzi do punktu wyjścia, jakim było ponad 34 tysiące ofiar wśród cywili w 2006 roku.

Piotr Wołejko

środa, 15 stycznia 2014

Wojna domowa w Syrii trwa w najlepsze, a sytuacja geopolityczna wokół tego konfliktu zmienia się jak w kalejdoskopie. Już niedługo zapewne okaże się, że Baszar al-Assad wcale nie jest taki zły, jak przedstawiano to jeszcze do niedawna, a więc - w ostateczności - lepiej, by pozostał na stanowisku prezydenta Syrii, a jego Alawici w dalszym ciągu dzierżyli ster władzy w Damaszku. Przygrywką do nagłej zmiany frontu przez kraje zachodnie mogą być kontakty wywiadów, o których rozpisuje się zachodnia prasa.

Walki w łonie opozycji

grafikaO ile warto wstrzymać się jeszcze z ferowaniem jednoznacznych wyroków, to nie ulega wątpliwości, że czynnikiem, który odegrał decydującą rolę w zmianie percepcji Assada, jest rosnąca potęga radykalnych islamistów z organizacji takich jak ISIL czy Jabhat al-Nusra. Obie grupy są "afiliowane" przy al-Kaidzie, co zapewnia im stały napływ funduszy i chętnych do bitki bojowników, a także odpowiednie publicity. W ubiegłym roku uznawana za najbliższą Zachodowi grupę opozycyjną Wolna Armia Syryjska (FSA) poszła w rozsypkę. Gwoździem do jej trumny była fuzja siedmiu grup opozycyjnych i powstanie Frontu Islamskiego. Nastąpiło to w listopadzie 2013 r., a za decyzją o połączeniu stała zapewne Arabia Saudyjska - główny sponsor operacji pt. "obalenie Assada i osłabienie przez to wpływów szyickiego Iranu". 

Ostatnie dni przyniosły z Syrii doniesienia o intensywnych walkach syryjskiej opozycji z... ISIL (Islamskie Państwo Iraku i Lewantu). Nastąpił skoordynowany atak na powiązanych z al-Kaidą bojówkarzy, którzy zdawali się przejmować rebelię przeciwko Assadowi z rąk jej "prawowitych właścicieli", czyli Syryjczyków. W łonie ISIL znaczącą rolę odgrywają bowiem zagraniczni dżihadyści. Jeśli ISIL nie uda się zakorzenić w lokalnych strukturach plemiennych, Syryjczycy mogą odnieść w tej walce sukces. Może jednak zdarzyć się to, co nastąpiło w Somalii - tam al-Shabab, w pewnym momencie przejęte przez zagranicznych bojowników, bardzo mocno wtopiło się w struktury plemienne i stało się dzięki temu ugrupowaniem w zasadzie niemożliwym do usunięcia ze sceny politycznej. Reprezentuje bowiem część miejscowej ludności.

Możliwy scenariusz zdarzeń

Gdy opozycja jest zajęta sama sobą, nie zważając przesadnie na los ludności cywilnej, wzrasta pozycja urzędującego prezydenta Syrii Baszara al-Assada. Okazuje się, że jest on jedyną postacią, która ma szanse na uporządkowanie sytuacji w kraju, na przywrócenie względnej stabilności. A o tej stabilności marzy nie tylko Izrael czy Jordania, lecz także kraje zachodnie, zmęczone i rozdarte konfliktem syryjskim. Po tych kilku latach rebelii staje się jasne, że status quo wcale nie był zły. Assad przestaje być "trędowaty" dla Zachodu. Odblokowanie komunikacji za pośrednictwem wywiadów to pierwszy krok do dalszych konsultacji.

W tej geopolitycznej rozgrywce Syryjczycy nie są niestety podmiotem. Nikt się nimi nie przejmuje. A gra może wyglądać tak - Amerykanie dogadają się z Iranem i Rosją, przy wsparciu Izraela, że Assad powinien jednak zostać. Izrael w zamian za to ustępstwo ze strony USA (i Europy) może bardziej konstruktywnie podejść do rozmów z Palestyńczykami, na czym teraz bardzo Amerykanom zależy. Kupią tym także umacniającą się po rocznej przerwie juntę wojskową w Egipcie, która z nienawiści do islamistów wspiera reżim Assada zezwalając na tranzyt irańskiej ropy przez własne porty. Amerykanie znowu "podpadną" Arabii Saudyjskiej, która jest poważnie zaniepokojona odprężeniem amerykańsko-irańskim, a także Turcji, która zajęła dość twarde antyassadowskie stanowisko. Turcy są jednak w tej chwili zajęci rozgrywkami wewnętrznymi (starcie Erdogana i jego niedawnego sojusznika F. Gullena, lidera ruchu religijnego) i nie mają głowy do Syrii. Po krótkim czasie dojdą do wniosku, że stabilna Syria z Assadem jest o niebo lepsza od rozkręcającego się z roku na rok chaosu.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Błędy i niedociągnięcia popełnione w przeszłości mszczą się dzisiaj. Gwałtowna dekolonizacja Afryki, w efekcie której powstało kilkadziesiąt - w zdecydowanej większości nieprzygotowanych do niepodległości - państw to główna przyczyna dzisiejszych niepokojów na Czarnym Lądzie. Sztuczne granice, brak elit i westfalskie rozumienie suwerenności to prawdziwie wybuchowa mieszanka. Afryka nigdy nie była kontynentem stabilnym, a w niezliczonych wojnach trup słał i ściele się gęsto. Czy Zachód jest w stanie cokolwiek zrobić? Zasypywanie Afryki pieniędzmi nie przyniosło bowiem pozytywnych skutków.

Mniejszy bądź większy chaos

Niestabilna jest Afryka Północna, w której od Tunezji przez Libię po Egipt rewolucje wywróciły konserwowany przez dekady autorytarny porządek polityczny. Podmuch arabskiej wiosny dotarł do Sahelu w postaci Tuaregów, którzy postanowili upomnieć się o swoje prawa w Mali. Szło im to naprawdę dobrze, w kilka miesięcy przejęli kontrolę nad połową terytorium kraju. Na tym obszarze coraz śmielej zaczęli działać radykalni islamiści, w tym terroryści z grup powiązanych z Al-Kaidą. Gdy islamiści przejęli pałeczkę w początkowo tuareskim buncie i zaczęli zagrażać pokonaniem resztek zdemoralizowanej i słabej malijskiej armii, do gry wkroczyła dawna metropolia - Francja. W kilka tygodni udało się pokonać islamistów i wymusić na Tuaregach, by realizowali swoje cele za pomocą metod politycznych.

grafikaJednak nie tylko Mali jest płonącym problemem na obszarze Sahelu. Kolejne kostki domina to Niger, Czad, Republika Środkowoafrykańska i Sudan Południowy. Z powodzeniem można dodać też północną część Nigerii. Na południe od Republiki Środkowoafrykańskiej oraz Sudanu Południowego wieczną ostoją niestabilności jest DR Kongo (oczywiście nie leży na obszarze Sahelu). Gdy udało się powierzchownie ugasić pożar w Mali, z pełną mocą wybuchł pożar w Republice Środkowoafrykańskiej. Znowu to Francuzi musieli wysłać swoich żołnierzy, by ratować dawną kolonię przed totalnym chaosem i zbrodniami przeciwko ludzkości. Paryż apeluje do sojuszników o pomoc, gdyż sam nie poradzi sobie z porządkowaniem tak ogromnego terytorium. Nie w sytuacji, gdy nie ma czegoś takiego jak linia frontu, a walki wybuchają i gasną w różnych punktach kraju.

Poważny niepokój wzbudza też sytuacja w Sudanie Południowym, który istnieje jako niezależny byt dopiero 2,5 roku. Walka o władzę między elitami dwóch najliczniejszych plemion - Dinkami i Nuerami - nabiera niebezpiecznej dynamiki. Pytania o zachowanie integralności kraju są może przedwczesne, lecz obawy o długotrwały konflikt, który może pochłonąć tysiące istnień ludzkich są jak najbardziej uzasadnione. Ostatnie dekady zebrały w Sudanie wyjątkowo krwawe żniwo, a teraz do walki między sobą stanęli dawni towarzysze broni, zbuntowani przeciwko Arabom z Chartumu.

Jak pomóc, żeby nie zaszkodzić?

Porządkowanie sytuacji w Sahelu nie może być oderwane od porządkowania sytuacji w Afryce Północnej. Dopóki w Libii trwa chaos, a coś takiego jak władza centralna de facto nie istnieje, nie ma mowy o stabilności w Sahelu. Zbyt dużo broni, zbyt duże pole do popisu dla licznych milicji i ugrupowań o radykalnym charakterze. Nawet gdy Libia była oazą spokoju pod twardą pięścią Muammara Kaddafiego, Sahel przypominał dziurawy kanister paliwa, do którego co chwilę podbiegali z zapałkami chętni do wywołania fajerwerków. Sahel to kombinacja ubóstwa, wysokiego przyrostu naturalnego i słabej, zacofanej gospodarki. Wszystko to jest podlane sosem niekompetentnej, skorumpowanej i nastawionej na promowanie interesów własnego plemienia/grupy etniczno-religijnej władzy. A w tle mamy wspomniane na początku sztuczne granice, których politycy afrykańscy zrzeszeni w Unii Afrykańskiej są gotowi bronić do krwi ostatniej. Nie zapominajmy też o surowcach naturalnych, za którymi idą gigantyczne pieniądze i koncerny z całego świata, gotowe - i to dosłownie - po trupach dojść do celu, czyli zdobyć kontrakty na wydobycie i eksport.

W takich warunkach się poruszamy i należy zapytać, czy potrafimy się w tym wszystkim odnaleźć. Czy mamy odpowiedź na bolączki państw Sahelu i jakąś alternatywę dla rosnącej rzeszy podatnych na radykalizację ludzi? Czy wysłanie kilku tysięcy żołnierzy rozwiązuje cokolwiek poza doraźnymi problemami? Czy odgrywamy rolę policjanta przerywającego masakry cywilów, nie mając wiele więcej do zaproponowania? Co moglibyśmy zaproponować wiedząc, że budowa państwa od podstaw (nation-building) to kosztowne przedsięwzięcie, które nie za bardzo nam wychodzi? Czy wysyłanie do kolejnych państw kontyngentów pokojowych składających się z afrykańskich żołnierzy (chwała Unii Afrykańskiej za to, że takie misje organizuje) stanowi lepsze rozwiązanie niż zachodnia interwencja?

Listę pytań można z powodzeniem uzupełniać o kolejne propozycje. Tylko czy znajdujemy jakieś rozsądne, racjonalne odpowiedzi? Czy możemy zrobić coś więcej od doraźnego gaszenia pożarów?

Piotr Wołejko

 

grafika: Flockedereisbaer / Wikimedia Commons

wtorek, 07 stycznia 2014

Nie chciałem zabierać głosu w sprawie postępującego upadku brytyjskiego premiera Davida Camerona, lecz nie sposób przejść obojętnie wobec wysoko postawionej osoby, która w tak oczywisty sposób mija się z faktami. Rozumiem, że względy polityczne przemawiają za przewodzeniem antyimigranckiej nagonce, lecz to już problem pijarowców Camerona, by przebierając go za Nigela Farage'a, lidera nacjonalistów z UKIP, zachowali minimum powagi i chociaż cieniutką nić wiążącą Camerona z rzeczywistością.

Przelicytować nacjonalistów z UKIP

grafikaNagonka na Polaków, a także na innych imigrantów zarobkowych (głównie Rumunów i Bułgarów, dla których brytyjski rynek otworzył się z początkiem 2014 r.) to efekt słabnących sondaży Partii Konserwatywnej, której przewodzi David Cameron. Wymykająca się perspektywa drugiej kadencji Torysów u władzy i Camerona na Downing Street 10 wymusza gwałtowne ruchy, a Cameron postanowił postawić na skrajnie prawicowy, nacjonalistyczny elektorat. Mówiąc wprost, chce osłabić rywali z UKIP (Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), której przewodzi charyzmatyczny eurodeputowany Nigel Farage (znany chociażby z porównania Hermana van Rompuya do szmaty od mopa).

UKIP notuje coraz lepsze wyniki w sondażach, a dwucyfrowe poparcie dla tej partii wydaje się ustabilizowane. Cameron obawia się sukcesu UKIP w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego i ewentualnego "kopa", jaki dobry wynik w tychże wyborach dałby nacjonalistom w przypadku nowego rozdania w kraju. Farage to znany krytyk UE, brytyjskiego w niej członkostwa, oraz unijnych polityk, w tym dotyczących imigracji. Cameron wkracza więc na terytorium, na którym UKIP jest nie tylko wyrazisty, ale wiarygodny. Próba przelicytowania nacjonalistów wygląda na powtórkę manewru zastosowanego przez francuską UMP (gaullistów), zagrożoną rosnącym poparciem skrajnej prawicy prowadzonej przez Marine Le Pen. Wątpliwe jednak, by taka taktyka mogła się powieść. Dlaczego wyborcy mieliby poprzeć podróbkę, skoro mogą postawić na oryginał?

Rozpętana przez polityków antyimigrancka nagonka ma się świetnie. Dawno nie było tak wysokiego poparcia dla "rozprawienia się" z imigrantami. W sytuacji, gdy debata zamienia się w emocjonalną hucpę, racjonalne argumenty i badania niezależnych ośrodków nie mają szansy przebicia. Trwa lincz na imigrantach, którzy przyjeżdżają na Wyspy rzekomo tylko po to, by czerpać z hojnego (coraz mniej, rząd Camerona systematycznie tnie budżet i dalej będzie ciął) socjalu, podczas gdy bezrobocie w Wielkiej Brytanii przekracza 7%, a wzrost gospodarczy ma wynieść nieco ponad 1% w 2013 r. i ok. 2% w 2014 r. (dane za Eurostatem). Rząd brytyjski, rzekomo wspierający wolny handel (jak widać, ogranicza się to tylko do kapitału i obrony londyńskiego City), nie tylko zamierza uderzyć w imigrantów, lecz również wspierać jawnie protekcjonistyczną politykę "Buy British", czyli "Kupuj brytyjskie". Ot, żelazna logika brytyjskich konserwatystów.

Polacy w Wielkiej Brytanii

W Wielkiej Brytanii swojego szczęścia, a przede wszystkim pracy, szukają setki tysięcy Polaków. Najnowsze dane GUS wskazują Wielką Brytanię jako główny kierunek polskiej emigracji - 637 tys. Polaków spośród 2,13 mln emigrantów udało się właśnie tam. Większość z nich to wykształceni (wśród nich znaczna grupa to osoby młode) ludzie, którzy nierzadko pracują poniżej swoich kwalifikacji. Najczęściej pracują legalnie, płacą podatki, wynajmują pokoje/mieszkania/domy, kupują produkty w miejscowych sklepach, a więc brytyjski budżet wzmacnia VAT. Chcą być traktowani tak samo jak miejscowi, więc jeśli jakieś świadczenia im się należą, to starają się po nie sięgać. To żadne przestępstwo, podobnie jak tzw. optymalizacja podatkowa, która nierzadko wzbudza społeczne oburzenie. Ale Cameronowi przeszkadzają zasiłki dla dzieci polskich imigrantów, które znajdują się w Polsce, a nie przedsiębiorcy tworzący skomplikowane struktury, byle tylko obniżyć należne fiskusowi daniny. Zarówno imigranci, jak i przedsiębiorcy, działają w ramach prawa. A wobec prawa wszyscy powinni być równi.

Polski rząd słusznie reaguje na zaczepki Camerona względem przebywających w Zjednoczonym Królestwie Polaków. Słusznie odnosi się do faktów i konkretów. To nie magiel, tylko dyplomacja i emocje nie powinny mieć tu racji bytu. I raczej nie mają, bo mimo nagonki na polskich imigrantów kwitnie polsko-brytyjska współpraca w zakresie obrony wydobycia gazu łupkowego przed planami Komisji Europejskiej, która zamierza wprowadzić liczne bariery de facto uniemożliwiające eksploatację tego surowca.

Polityczna wydmuszka?

Przykro tylko patrzeć na Davida Camerona, który sprawiał naprawdę niezłe wrażenie najpierw jako młody i zdolny lider Torysów, a następnie jako premier koalicyjnego rządu Partii Konserwatywnej i Liberalnych Demokratów. Okazało się, że za pijarową otoczką nie ma zbyt wiele treści, a Cameron ma wszelkie zadatki na to, by skończyć niczym bańka mydlana.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: 10 Downing Street Website (via Wikimedia Commons)

niedziela, 05 stycznia 2014

W wyniku sunnicko-szyickiej wojny domowej, która ma miejsce w Iraku, w ubiegłym roku zginęło ok. 8 tysięcy osób. Jednym z kluczowych punktów oporu wobec irackich władz (zdominowanych przez szyitów z premierem Nurim al-Malikim na czele) ponownie okazała się Falludża. Miejsce to kojarzy się z rewoltą przeciwko amerykańskim wojskom okupacyjnym. Amerykanie dwukrotnie szturmowali miasto w 2004 r. (na wiosnę, co zakończyło się fiaskiem, oraz jesienią, wówczas operacja się udała), a trzeci raz posłużyli się tzw. przebudzonymi (sunni awakening) na przełomie 2007 i 2008 r.

Teraz czas na czwartą bitwę o Falludżę, która znalazła się pod kontrolą bojowników z ugrupowania ISIS (Islamskie Państwo Iraku i Syrii). Czym jest ISIS? Al-Kaidą po rebrandingu. Od pewnego czasu Al-Kaida prowadzi swoją globalną walkę pod płaszczykiem regionalnych czy lokalnych celów. Szerzej na ten temat we wpisie z maja 2012 r. Bojownicy z ISIS przejęli kontrolę nad Falludżą i zawiesili swoje flagi na budynkach rządowych. Państwo irackie kończy się przed rogatkami miasta. Czy armia iracka będzie w stanie je odbić? Amerykanie określają drugą bitwę o Falludżę mianem największej bitwy miejskiej od czasów wojny wietnamskiej i walk o miasto Hue w 1968 r.

Sunnicki trójkąt vs. Maliki

grafikaFalludża nieprzypadkowo wymyka się spod kontroli szyickiego rządu w Bagdadzie. Miasto znajduje się w tzw. sunnickim trójkącie, w prowincji Anbar, a obszar ten był ostoją opozycji wobec amerykańskiej inwazji (bastionem sił pro-saddamowskich). Dopiero przekupienie plemion z prowincji Anbar (wspomniane "sunnickie przebudzenie"), uznawane za największy sukces dowodzącego wówczas siłami amerykańskimi gen. Davida Petraeusa, doprowadziło do pokonania i przepędzenia radykałów z Al-Kaidy i podobnych jej ugrupowań. Nie czarujmy się jednak - za zmianą stron stały pieniądze i taktyczna kalkulacja, iż w tym konkretnym momencie lepiej sprzymierzyć się z wrogiem. Gdy Amerykanie opuścili Irak w grudniu 2011 r., a sunnici zaczęli znajdować się w coraz większej defensywie polityczno-ekonomicznej, wybór był jasny - sunnici musieli zjednoczyć siły przeciwko premierowi Malikiemu i irackiemu państwu.

To właśnie Maliki ponosi - w znacznym stopniu - odpowiedzialność za tragiczną sytuację w Iraku. Zmusił sunnickiego wiceprezydenta do ucieczki z kraju, a zaocznie doprowadził do skazania go na karę śmierci. Prowadzi skrajnie proszyicką politykę, zapominając o tym, że 1/5 mieszkańców kraju stanowią sunnici. W rzeczywistości, w której łatwiej chwycić za broń, niż rozmawiać z politycznym oponentem, musiało to doprowadzić do rozlewu krwi. Bez udziału Amerykanów, którzy bez żalu wycofali się z Iraku (obietnica wyborcza Baracka Obamy), za sznurki pociągają Maliki (wraz z irańskimi sojusznikami) oraz - tak moi drodzy, nie mylicie się - Arabia Saudyjska, wspierająca sunnickich braci. Stąd właśnie ogromne niezadowolenie Rijadu, który prowadzi dwie wojny (także w Syrii) i napotyka się na brak wsparcia USA, a także - o zgrozo! - na detente z Iranem.

Co robią Amerykanie?

Nic dziwnego, że zdesperowani w poszukiwaniu bliskowschodniego sukcesu Amerykanie skierowali swą uwagę na konflikt izraelsko-palestyński i za wszelką cenę dążą do zawarcia, nie wahajmy się tego powiedzieć, historycznego porozumienia. Paradoksalnie, to konflikt izraelsko-palestyński jest teraz, jakkolwiek dziwacznie to nie zabrzmi, najłatwiejszym do rozwiązania w całym regionie. Zacznijmy od podstaw - w Ziemi Świętej mamy przynajmniej jasno zdefiniowanych graczy, z którymi można rozmawiać (rząd premiera Netanjahu, prezydent Mahmud Abbas, kierownictwo Hamasu ze Strefy Gazy). Skoro jest z kim rozmawiać (czego nie można powiedzieć o Syrii, a wkrótce - niestety - zapewne także o Iraku), to sekretarz stanu Kerry zamienił się w pas transmisyjny i oblatuje serce Bliskiego Wschodu z godną pochwały wytrwałością. Czy uda mu się doprowadzić do porozumienia, to zupełnie inna sprawa. Zażegnanie konfliktu w Ziemi Świętej byłoby niebywałym sukcesem i bodaj jedyną dobrą wiadomością z Bliskiego Wschodu, na jaką możemy (nieśmiało) liczyć.

Syryjsko-iracka droga do upadłości

Wracając do Iraku, Falludży i bojowników ISIS nie można nie odnieść się do Syrii, gdzie ta sama grupa stała się kluczowym punktem oporu wobec reżimu prezydenta Baszara al-Assada. Ba, prowadzi nawet podjazdową wojenkę z szyickim Hezbollahem, uderzając w jego siedziby na terytorium Libanu. Przypomina mi się zeszłoroczna historia z walkami o kluczowe dla losów rebelii przeciwko Assadowi miasto Hama, podczas których bojownicy Hezbollahu starli się z członkami Al-Kaidy. Ci pierwsi wygrali, a ci drudzy wspominali, że nigdy jeszcze nie walczyli z tak zdeterminowanym przeciwnikiem. Dokonując daleko posuniętego uproszczenia można powiedzieć, że Iran odniósł wówczas ważne zwycięstwo nad Arabią Saudyjską, przełamując przy tym tzw. momentum rebeliantów i zapewniając oddech Assadowi - ważnemu sojusznikowi Teheranu.

Wojna domowa w Syrii doskonale uzupełnia się z postępującą wojną domową w Iraku. Przyczyny konfliktu w obu państwach były czysto lokalne, lecz szybko zeszły na dalszy plan, gdy do gry wkroczyli zewnętrzni interwenienci. W znacznej mierze to oni decydują teraz o sytuacji w obu państwach, a to nie oznacza niczego dobrego. Na Bliskim Wschodzie trwa bezwzględna walka o wpływy, a geopolityka odgrywa kluczową rolę. Od momentu zamachu stanu w Egipcie latem 2013 r. z gry w znacznej mierze wypadł Katar (główny sponsor Bractwa Muzułmańskiego), zdystansowany przez Arabię Saudyjską (i inne państwa Rady Współpracy Zatoki - GCC), toczącą spór z szyickim Iranem.

Primum non nocere

Zachód nie za bardzo wie, jak odnaleźć się w tak skrajnych realiach i - raczej słusznie - nie decyduje się na bezpośrednią interwencję (zbrojną) w którymkolwiek z miejsc konfliktu (Syria, czy ew. powrót do Iraku). Słusznie też próbuje (USA) rozbroić konflikt w Ziemi Świętej, który przez dekady był solą w oku wielu mieszkańców Bliskiego Wschodu. Jakaś interwencja będzie jednak potrzebna, gdyż rysujące się alternatywy ewentualnych zakończeń konfliktów są trudne do przyjęcia: pełne zwycięstwo sunnickich radykałów (a więc także i Al-Kaidy), pełne zwycięstwo szyickich radykałów (Iranu i Hezbollahu), długotrwała wojna z jej wszystkimi konsekwencjami (uchodźcy, bezpieczna przystań dla terrorystów).

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Wikimedia Commons / LCPL JOEL A. CHAVERRI, USMC

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook