poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić żadnej istotnej operacji wojskowej z dłuższym horyzontem czasowym bez polegania na sektorze prywatnym". Te słowa, pochodzące z raportu  Lexington Institute z 2010 r. przytacza w swojej książce Civilian Warriors: The Inside Story of Blackwater and the Unsung Heroes of the War on Terror założyciel najbardziej znanej prywatnej firmy wojskowej Erik Prince (na zdjęciu poniżej).

Sam autor dodaje też, że Stany Zjednoczone z powodu ogromnych kosztów, właściwie nie mogą prowadzić już żadnej wojny. Jeśli najbogatszy kraj świata, którego wydatki wojskowe są większe od kilkunastu kolejnych państw na liście, nie może prowadzić wojny, to kto może? Wyposażeni w przechodzone Kałasznikowy i granatniki RPG-7 brodacze spod znaku talibów czy Al-Kaidy?

Scahill vs. Prince. Blackwater odpowiada na zarzuty

grafikaPo książkę Prince'a sięgnąłem z wielkim zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że tematyka prywatyzacji wojny bardzo mnie interesuje, lecz również dla porównania słów Prince'a z dziennikarzem Jeremym Scahillem, autorem świetnej książki pod wielce wymownym tytułem: Blackwater : The Rise of the World's Most Powerful Mercenary Army. Posiłkując się wydaną w 2007 r. książką Scahilla napisałem trzy wpisy poświęcone firmie Prince'a, jej działalności i powiązaniom towarzysko-politycznym. Zachęcam do lektury: część I, część II, część III. Artykuł o prywatyzacji sił zbrojnych, który ukazał się na łamach (wówczas) tygodnika "Polska Zbrojna" w 2011 r. znajdziecie tutaj.

Wrażenia po przeczytaniu książki Prince'a? Wartościowe informacje na temat zasadzki w Falludży, w wyniku której czterech kontraktorów Blackwater zginęło, a ich zwłoki zostały przez rebeliantów powieszone na moście. Efektem tej zasadzki była operacja sił zbrojnych USA - zakończona fiaskiem po kilku dniach ciężkich walk ulicznych. Dopiero pół roku później, w listopadzie 2004 r., przeprowadzono udaną operację odbicia Falludży z rąk rebeliantów.

Prince opisuje także inne zapadłe w pamięć wydarzenia z udziałem kontraktorów Blackwater - strzelaninę na Placu Nissour z 2007 r., gdzie, najpewniej w wyniku szeregu pomyłek i braku zrozumienia, kontraktorzy zabili 17 cywilów, a 20 ranili; zasadzkę na ambasadora RP w Iraku gen. Edwarda Pietrzyka z października 2007 r., gdzie na wezwanie ochrony ambasadora o pomoc najszybciej odpowiedzieli właśnie kontraktorzy Blackwater, zapewniając odsiecz oraz ewakuację helikopterem; obronę siedziby władz okupacyjnych w miejscowości Nadżaf w 2005 r., gdzie Armia Mahdiego (szyicka milicja kontrolowana przez Muktadę as-Sadra) przypuściła szturm na chronioną przez Blackwater placówkę. Przez kilka godzin intensywnej wymiany ognia kontraktorzy nie pozwolili na zajęcie budynku i zapewnili ochronę dyplomatom.

Jak Blackwater osiągnął sukces?

Kluczowe w książce Prince'a jest to, że przedstawia on powody, dla których departamenty obrony i stanu USA korzystały z usług jego firmy oraz im podobnych. Powód najprostszy z możliwych: nie byli w stanie zapewnić niezbędnych usług we własnym zakresie. Ochroną placówek dyplomatycznych USA zajmuje się specjalna komórka o nazwie Diplomatic Security Service. Nie posiadała ona jednak - dziś zresztą też nie posiada - w 2003 r. wystarczającej ilości agentów, by zapewnić bezpieczeństwo wszystkim dyplomatom i pracownikom cywilnym podlegającym departamentowi stanu w Iraku. Z kolei Pentagon nie mógł zapewnić w Afganistanie - przy wykorzystaniu własnych środków - m.in. transportu lotniczego na krótkich dystansach. Zajął się tym Blackwater. A za nim inne firmy.

Erik Prince potrafił nie tylko wyprzedzać swoich klientów, oferując im od ręki to, czego potrzebowali, lecz również szybko i konstruktywnie zareagować na potrzeby klientów - czyli Pentagonu i departamentu stanu. Niektóre zlecenia dostawał w trybie bezprzetargowym (coś jak w naszym prawie zamówień publicznych tryb z wolnej ręki), lecz największe kontrakty pochodziły już z trybów konkurencyjnych. Ironią losu jest to, że prezydent Barack Obama musiał zachować się zupełnie inaczej, niż wzywał do tego w kampanii prezydenckiej kandydat Barack Obama, czyli zamiast zrezygnować z usług Blackwater (wówczas już Xe Services), zwrócił się do tej firmy z kolejnymi zleceniami. 

Blackwater prowadziło, obok działań jawnych, także wiele działań niejawnych na rzecz CIA. Zapewniało chociażby serwis dronów latających nad afgańsko-pakistańskim pograniczem. Chroniło również placówki CIA, w tym tę w Khost, która w 2009 r. stała się celem udanego ataku terrorysty z Al-Kaidy. Według Prince'a kontraktorzy Blackwater sceptycznie podchodzili do lekceważenia wymogów bezpieczeństwa względem terrorysty, na co naciskali mocodawcy z CIA. W wyniku ataku podwójnego agenta (CIA uważało, że to ich ważna wtyczka w Al-Kaidzie) zginęło 10 osób (w tym zamachowiec), m.in. szefowa miejscowej stacji Jennifer Lynne Matthews. Wiele mówiło się także o obecności kontraktorów Blackwater w Azerbejdżanie, gdzie mieli szkolić lokalnych przedstawicieli sił specjalnych. Firma szkoliła również członków afgańskich sił bezpieczeństwa w ramach gigantycznych kontraktów (mowa o dziesiątkach miliardów dolarów) na stworzenie od podstaw afgańskiej armii, policji etc.

Prywatne siły stabilizacyjne

Niespełnionym marzeniem Erika Prince'a jest stworzenie batalionu kontraktorów (najemników?), którzy byliby gotowi do błyskawicznego pojawienia się w miejscu konfliktu pod banerem ONZ. Tak, Prince chciał stworzyć prywatne siły pokojowe. Jego zdaniem, a ma wiele racji, obecna koncepcja sił pokojowych bądź stabilizacyjnych działających pod egidą Narodów Zjednoczonych (tzw. błękitne hełmy), nadaje się do kosza. Prince zarzuca, że siły te zbierają się przez długie miesiące (decyzja polityczna w RB ONZ, groźba weta, deklaracje chętnych państw, logistyka), a następnie są w zasadzie bezzębne (vide Srebrenica, DR Kongo) bądź nieskuteczne (vide Somalia, Darfur). Celem udziału w misjach ONZ raczej nie jest pomoc poszkodowanym bądź powstrzymanie konfliktu, lecz - niestety - zarobek. Otóż udział w misjach ONZ jest bardzo opłacalny, za każdego żołnierza ONZ płaci niezłe pieniądze. Nic dziwnego, że czołowymi "dostarczycielami" żołnierzy dla sił błękitnych hełmów stały się tak znaczące "potęgi wojskowe" jak Bangladesz czy Fidżi.

Zgodnie z koncepcją Prince'a siły pokojowe złożone z kontraktorów byłyby gotowe do niemal natychmiastowej dyslokacji w miejsce konfliktu. Składałyby się ze świetnie wyszkolonych (weterani Navy Seals i innych formacji specjalnych, byli żołnierze Marines etc.) i doskonale uzbrojonych żołnierzy. Mogłyby od razu wejść do akcji i realizować postanowienia rezolucji RB ONZ, przygotowując grunt pod właściwe siły pokojowe, zebranie których (patrz wyżej) musi potrwać. Koncepcja ta jest tyleż ciekawa, ile wątpliwa z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Dopóki któreś państwo nie uznałoby kontraktorów za część własnych sił zbrojnych, dopóty nie widzę możliwości wykorzystania ich w misjach pokojowych (w szczególności pod egidą ONZ). Bez takiego uznania należałoby traktować taki "batalion stabilizacyjny" za oddział najemników.

Być może zbliżamy się jednak do chwili, w której wszelkiej maści kontraktorzy z prywatnych firm wojskowych (tzw. PMCs) zostaną oficjalnie uznani za część sił zbrojnych poszczególnych państw (korzystających z usług kontraktorów). Do tego zdaje się zmierzać armia amerykańska, która w oficjalnych dokumentach potrafiła już wliczać potencjał prywatnych firm wojskowych do ogólnego potencjału wojskowego Stanów Zjednoczonych. W sytuacji, gdy budżet Pentagonu ulega redukcji, a rozbuchane do granic możliwości struktury biurokratyczne w imponującym tempie wysysają budżetowe pieniądze, rola prywatnych firm wojskowych może się tylko zwiększać. Skorzystają na tym firmy takie jak Blackwater (dziś Academi), ale nie skorzysta już raczej Erik Prince, który w 2010 r. sprzedał Blackwater i przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nie wycofał się jednak z sektora prywatnych firm wojskowych, zmienił tylko pracodawców.

Czy warto czytać Prince'a in extenso?

Na koniec wypadałoby polecić bądź zniechęcić do zakupu książki Erika Prince'a, od której wyszliśmy na początku tego artykułu. Moim zdaniem to nieźle napisana, przyjemna do czytania i ciekawa pozycja. Jeśli śledzicie na bieżąco rozwój rynku prywatnych sił wojskowych oraz przebieg wojen w Iraku i Afganistanie, to zbyt wiele nowego się nie dowiecie. Dla pozostałych będzie to interesująca lektura, pogłębiająca wiedzę w zakresie metod prowadzenia tzw. wojny z terroryzmem oraz wojny w XXI wieku. Jeśli natomiast czytaliście, podobnie jak ja, krytyczną wobec Blackwater książkę Jeremy'ego Scahilla, powinniście także poznać punkt widzenia drugiej strony. Zgodnie z zasadą audiatur et altera pars.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Wikimedia Commons

czwartek, 12 grudnia 2013

Tym razem świętowanie zaczynamy w wigilię urodzin, lecz jutro nie byłbym w stanie opublikować okolicznościowego wpisu. Nie, nie przewiduję swoje niedyspozycji z wiadomego powodu, chociaż 7. urodziny Dyplomacji byłyby wystarczającą okazją do wyprawienia hucznej imprezy. Przez najbliższy weekend, licząc od jutra, będę miał po prostu bardzo ograniczony dostęp do sieci. Stąd, nietypowo, świętujemy urodziny z 24-godzinnym wyprzedzeniem.

grafikaNie ma sensu, wzorem zeszłorocznego wpisu, wyliczać ilości wpisów, czy tweetów. Kto zagląda na blog, na profil Dyplomacji na Facebooku oraz na mój profil na Twitterze ten wie, jak się sprawy mają. Niewątpliwie ten mijający rok był pod względem publicystycznym dość trudny, bodaj najtrudniejszy w historii Dyplomacji. W ostatnich miesiącach nie rozpieszczałem Was zbyt często nowymi wpisami, a aktualizacje były nieregularne. Mimo to wytrwaliście ze mną, z czego jestem bardzo zadowolony. Jak każdy autor, nie mógłbym funkcjonować bez Czytelników. I bez ich wsparcia. A na Wasze mogę, w szczególności w trudniejszych chwilach, liczyć. Dziękuję za to!

Jak zwykle wypada życzyć, żebyśmy spotkali się tutaj za rok - z okazji kolejnych urodzin bloga. Dziesiątka coraz bliżej - stuknie w 2016 r. Czy dotrwamy do tej chwili? Najpierw dotrwajmy do 2014 r. Wtedy łatwiej będzie ocenić, jakie są szansę na okrągłą rocznicę. Tymczasem cieszmy się każdym dniem i kolejnymi wpisami.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

Tagi: dyplomacja
20:41, p.wolejko , Inne
Link Komentarze (4) »
środa, 04 grudnia 2013

Obserwowane zamieszanie wokół podpisania przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią jest dobrym przykładem na niezbyt dobrą passę projektu europejskiego poza jego granicami. Wbrew pozorom jest to istotne novum, gdyż nie tak dawno potencjalni członkowie walili do Brukseli drzwiami i oknami, a formalnie chęć akcesji do wspólnoty zgłosiło np. Maroko (1986r). To se ne vrati, jak mawiają Czesi. Co gorsza, po raz pierwszy w swojej historii to Unia jest zmuszona do konkurowania o potencjalnych członków, a nie odwrotnie (gdyby oczywiście w Brukseli wola przyjmowania "nowych" zaistniała, na co w perspektywie dekady się nie zapowiada). Ten psychologiczny aspekt tłumaczy obserwowany paradoks – chociaż Bruksela wytworzyła narzędzia, jak to się mówi – instytucjonalnego wpływu na swoją 'bliską zagranicę', takie jak np. partnerstwo wschodnie - to efekty wykorzystania tych narzędzi są marne. Psychologia nie jest jedyną przyczyną, dlaczego Ukraina – choć piłka jest jeszcze w grze – pozostanie w zawieszeniu pomiędzy wschodem a zachodem.

grafikaZasadnicza przyczyna obecnego stanu rzeczy to słabość proukraińskiego lobby w Brukseli. Nie wynika to z niechęci do Kijowa na unijnych salonach. Podobnie jak dla Polski angażowanie się w politykę sąsiedztwa z Algierią, taką samą egzotyką dla Hiszpanii jest walka o „europejską” Ukrainę. Do faktycznych promotorów ukraińskiego kursu na Brukselę można zaliczyć Polskę, kraje nadbałtyckie, Szwecję i - w pewnym zakresie - Niemcy. Natomiast nie budzi chyba żadnego zdziwienia, iż pozostałe stolice - od Lizbony przez Dublin, a na Zagrzebiu kończąc - z dużym trudem odnajdują Ukrainę na mapie. Nie oznacza to niechęci dla samego pomysłu walki o Kijów, a jedynie poparcie, w zakres którego nie wchodzi perspektywa ‘umierania za Kijów”.

Wątpliwości może budzić postawa byłych satelitów ZSRR, które nie przejawiają specjalnego zainteresowania Ukrainą. Obecne wydarzenia są bowiem niczym innym jak kolejną potyczką w geopolitycznym starciu na terenie byłego ZSRR. Jeśli spojrzymy na kwestię ‘ukraińską’ na szczycie partnerstwa wschodniego z tej perspektywy - a sam układ stowarzyszeniowy uznamy nie za cel, a środek do celu - obserwowane wydarzenia staną się dość jednoznaczne. Ukraina wyraźnie staje się jedynym z „pól” dyplomatycznego starcia pomiędzy tworzącymi się ośrodkami siły – a kluczowymi graczami są Moskwa i Bruksela, z Waszyngtonem w tle. Obie strony, przynajmniej na razie, grają dość ostrożnie, trzymając na razie najcięższe działa w garażach, a na obecnym etapie zwycięzcą okazuje się paradoksalnie Bruksela.

Niską temperaturę sporu można tłumaczyć polityką wewnętrzną w Niemczech. Kanclerz Merkel co prawda wygrała wybory, ale ich wynik zakończył karierę polityczną obecnego jeszcze ministra spraw zagranicznych republiki federalnej, a negocjacje koalicyjne zakończyły się dopiero w zeszłym tygodniu. Wobec niechęci zarówno premiera Camerona, jak i prezydenta Hollande’a do konfliktowania się z Rosją, nie było komu wymusić działań agend unii zarówno na forum WTO czy wspólnej służby zagranicznej. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak przyjęcie z premedytacją strategii polegającej na wykrwawianiu przeciwnika, czyli prezydenta Putina.

Beg your neighbor

Wbrew pozorom, działania dyplomacji rosyjskiej nie polegają na sformułowaniu oferty ‘przebijającej’ tą unijną, ale są zastosowaniem klasycznej XIX-wiecznej metody „zrujnuj swojego sąsiada”. Problem polega na tym, że jej skuteczność – w tym konkretnym przypadku – będzie bardzo krótkotrwała, a zrujnowany sąsiad za chwile ustawi się do kasy. Wielkość koniecznej wypłaty zadecyduje o stanowisku Moskwy wobec europejskiej przyszłości Ukrainy. Świadomość tej – dość bliskiej – perspektywy jest zapewne przyczyną milczenia służb prasowych Kremla, czy też ministra Ławrowa. Wystarczy porównać obecną sytuację do tej związanej z ‘ograniem’ sekretarza Kerry’ego przy okazji syryjskiej broni chemicznej, która została mocno wykorzystana w piarze Kremla. Błąd popełniony przez rosyjską dyplomację polegał prawdopodobnie na przecenieniu warunków wstępnych dla podpisania porozumienia stawianych przez Unię. Chodziło tutaj m.in. o uwolnienie byłej premier, czy też wprowadzeniu kilku reform strukturalnych. Wydawały się one na zaporowe – z punktu widzenia wewnętrznej polityki ukraińskiej. Dodatkowo, istniejąca w samej Unii opozycja wobec rozszerzania się na wschód wydawała się wystarczająco silna dla zablokowania całego pomysłu. Co gorsza, z polskiego punktu widzenia, działalność tej opozycji nie ograniczała się jedynie do złośliwego milczenia.

Obecne kłopoty finansowe Ukrainy w dużym stopniu wiążą się z obniżaniem ratingu, czego dokonano niemal równocześnie z otwarciem „publicznej”, w sensie międzynarodowym, debaty na temat stowarzyszenia się Kijowa z Brukselą. Było to coś więcej niż puszczone z centrum Zachodu (czyli londyńskiego City) oczko do prezydenta Putina. Tzw. agencje ratingowe są wyraźnie afiliowane politycznie, co pozwala interpretować ich działania w tych kategoriach. Dodatkowo, Unia w żaden sposób nie reagowała na groźby Moskwy kierowane pod adresem Kijowa w kwestiach handlowych. Brak reakcji Brukseli, która w zakresie polityki handlowej na forum WTO jest potęgą i z łatwością mogłaby skontrować antyukraińskie działania Rosji w tym zakresie, był dodatkowym sygnałem. W ten sposób zachód wyraźnie sygnalizował nie tylko fakt, że nie będzie „osłaniał” przeorientowania ukraińskiej gospodarki ze wschodu na zachód, ale wyraźne pokazał brak wiary, że umowa stowarzyszeniowa zostanie faktycznie podpisana.

Oczywiście, gdyby władze w Kijowie miały odpowiednią determinację, mogły podpisać taką umowę – jednocześnie narażając się na retorsje ze strony Moskwy. Najwyraźniej pozycja Janukowicza w ukraińskiej polityce jest zbyt słaba aby ponosić ryzyko gwałtownego obniżenia poziomu życia własnych obywateli. Co spowodowało przemianę, wydawałoby się  „pustej”, oferty stowarzyszeniowej w realną propozycję? Być może było to zakończenie impasu w negocjacjach koalicyjnych  w Niemczech, bądź też – na co wskazuje lista obecności na szczycie Partnerstwa Wschodniego - była to, jak to zwykle bywa w polityce, cyniczna gra prowadzona przez Zachód.

Bitwa materiałowa

Posługując się klasykiem, który pisał o wojnie jako o przedłużeniu polityki, można spróbować przenieść na grunt gry międzynarodowej pojęcie „bitwy materiałowej”, która polega ni mniej ni więcej na próbie wykrwawienia przeciwnika. W przypadku Ukrainy oczywiście nie chodzi o prezydenta Jankowycza, który postawiony pod ścianą przez Putina, bez wsparcia Unii w obszarze ekonomicznym i, co gorsza, bez zdolności do poniesienia politycznych kosztów integracji z UE, w zasadzie nie ma żadnego ruchu. Co więcej, Ukraińcy najwyraźniej starali się tak prowadzić negocjacje, aby odpowiedzialność za ich prowadzenie spadła na kogoś innego, co nie było ładnym – również w sensie międzynarodowym - zagraniem. Wydaje się, że w tym kontekście należy odczytywać wstrzymanie przez ukraiński parlament (Rada Najwyższa) prac nad ratyfikacją umowy stowarzyszeniowej i późniejsze wypowiedzi ukraińskich oficjeli, deprecjonujących zarówno układ stowarzyszeniowy oraz wskazywanie na Moskwę jako szantażystę.

Takie postawienie sprawy było zasadniczym błędem, bo nie tylko zirytowało obu oponentów, ale  pozwoliło stronie unijnej na dokonanie  – oczywiście w kategoriach negocjacyjnych – egzekucji drugiej strony. Natychmiast zaproponowano Kijowowi podpisanie umowy bez żadnych warunków wstępnych, co zmusiło Janukowycza do jasnego odrzucenia takiej propozycji. Całe odium związane z porażką brakiem spadało więc na niego. Jednocześnie Ukraińcy zrobili coś, co miało zabezpieczyć ich przed tym skutkiem, przy okazji uderzając w działania Kremla. W tych kategoriach należy patrzeć na złożoną przez Janukowycza propozycją włączenia do negocjacji, jako trzeciej strony, Moskwy - przy jednoczesnym podkreślaniu szantażu Putina jako czynnika blokującego porozumienie. Takie postawienie sprawy wyraźnie ograniczyło możliwości działania antyukraińskiego lobby w Brukseli.  Zarówno Londyn, jak i Paryż z radością przyjęłyby niezdolność Kijowa do wypełnienia warunków porozumienia, ale uległość wobec Putina byłaby prestiżową porażką. Tymczasem polityka zagraniczna to aktualnie jedyny obszar, gdzie zarówno Cameron, jak i Hollande, mogą szukać jakichś sukcesów na potrzeby własnej opinii publicznej.

Wygenerowany w ten sposób pat negocjacyjny – oparty na próbie – wymuszonej bądź nie, ale jednak polityce siedzenia przez Ukraińców na barykadzie i twierdzenia: chcę, ale nie mogę wobec Unii i nie chcę, ale muszę wobec Moskwy, jest zdecydowanie bardziej korzystny dla Brukseli, niż dla Moskwy, a najmniej korzystny dla Kijowa. Bruksela może w zasadzie nie robić nic, wyciągając - w miarę potrzeb - na stół wynegocjowaną już umowę stowarzyszeniową i deklarując politykę otwartych drzwi dla Ukrainy. Dużo gorzej ma Putin. Czas gra na jego niekorzyść, gdyż pogarszająca się sytuacja Ukrainy będzie w światowych mediach interpretowana jako skutek zablokowania przez Moskwę integracji Kijowa z Brukselą. Co gorsza, tak samo może myśleć coraz więcej Ukraińców, choć obiektywnie nie będzie to prawdą.

Dodatkowo, z politycznego punktu widzenia, każde „negatywne” działanie ze strony Moskwy – takie jak np. próba wyegzekwowania długów gazowych poprzez zamknięcie kurków z gazem, będzie odczytywane jako realizacja gróźb. Co gorsza, równie fatalny będzie brak jakichkolwiek działań. Jeśli czekający w kolejce do moskiewskiej kasy Janukowycz nie dostanie jakiejś wypłaty, np. w przypadku ogłoszenia niewypłacalności Ukrainy, prestiż Kremla również ucierpi. Bo skutek ulegania groźbom Moskwy będzie dokładnie taki sam, jak nie uleganie im. Ukraińców będzie więc można oceniać tak, jak ocenił postawę rządu Jej Królewskiej Mości podczas konferencji Monachijskiej niejaki Winston Churchill – mając do wyboru wojnę i hańbę, wybrali hańbę, a wojnę i tak będą mieli.

Problem Kremla polega na tym, że za bardzo na szastanie pieniędzmi go stać, a Ukraina może się szybko okazać studnią bez dna. Nie chodzi bowiem o jednorazową zapomogę, a finansowanie tego kraju przynajmniej do wyborów prezydenckich w roku 2015. Utrzymywanie czterdziestu paru milionów Ukraińców, nawet w tym ograniczonym czasie, może przekraczać możliwości Kremla. Warto podkreślić, że postulowany przez wielu Polskich polityków pomysł „pakietu pomocowego” Brukseli dla Ukrainy byłby w kontekście tego modelu negocjacyjnego błędem.  Nie chodzi o to, jak nieszczęśliwie napisał minister Sikorski, by utopić kilkanaście miliardów euro w Kijowie, tylko o kwestię polityczną. „Wygranie przetargu” nad Dnieprem oznaczałoby nie tylko wzięcie na polityczny garnuszek wyraźnie schyłkowej ekipy Janukowycza. Bruksela znalazłaby się w obecnej sytuacji Putina, na którego można bez większego problemu zwalać wszystkie problemy, nie tylko gospodarcze, Kijowa. W tej chwili napędza to zwolenników „opcji” europejskiej. Po wygranym przetargu – sytuacja wróciłaby do tej z okresu po pomarańczowej rewolucji – ówczesny, jak najbardziej proeuropejski, prezydent Juszczenko miał po dwóch latach kilkuprocentowe poparcie.

Gra na wykrwawienie Kremla w tej politycznej bitwie materiałowej daje szanse na wyrwanie Kijowa – siłami samych Ukraińców – ze strefy wpływów Kremla. Putin nie ma specjalnego wyboru, jak topić miliardy petrodolarów w utrzymanie „swoich” w Kijowie. Bez większych szans na ostateczny sukces, bo ukraińskiemu społeczeństwu zawsze będzie można powiedzieć, że w Unii miałoby lepiej. Opcja odwrotu też nie wchodzi w grę, bo pokazywałaby słabość „suwerennej demokracji” nie na jakiś antypodach, ale na swoim podwórku. W każdym przypadku będzie to prestiżowo i ekonomicznie kosztowne dla Kremla, ale największą cenę zapłacą Ukraińcy. Najbliższe kilka lat to nie tylko czas zamieszania politycznego w Kijowie, ale przede wszystkim jego koszty ekonomiczne.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja


Inne wpisy Marka Bełdzikowskiego

poniedziałek, 25 listopada 2013

W miniony weekend (23-24 listopada br.) w sprzyjających okolicznościach przyrody (Genewa, Szwajcaria) udało się zawrzeć tymczasowe (czas trwania to sześć miesięcy) porozumienie w sprawie irańskiego programu atomowego.

Główne punkty porozumienia to wstrzymanie przez Iran wzbogacania uranu powyżej 5%, zneutralizowanie posiadanych zasobów uranu wzbogaconego do 20%, ograniczenie liczby użytkowanych wirówek do wzbogacania uranu, zapewnienie nieskrępowanego dostępu do instalacji nuklearnych w Natanz i Fordow. W zamian Iran otrzyma stosunkowo niewiele – bardzo ograniczone uchylenie bądź poluzowanie sankcji gospodarczych. W ciągu kilku tygodni rozmowy zostaną wznowione, a ich celem będzie zawarcie pełnego porozumienia.

Zwycięstwo dyplomacji

grafikaDyplomacja triumfuje. I nie mam tu na myśli tylko bloga Dyplomacja i jego autora. Od dawna bowiem pisałem (tag Iran) o irańskim programie nuklearnym, konsekwencjach ewentualnego skonstruowania bomby atomowej przez Iran, czy rozgrywce geopolitycznej wokół Teheranu. Studziłem gorące głowy naszych analityków, którzy uprawiali czarnowidztwo i cyklicznie przewidywali kolejne terminy amerykańskiej lub izraelskiej interwencji zbrojnej. Żadnej interwencji nie było. Iran nie wszedł w posiadanie broni A, chociaż od lat w mediach i analizach think-tanków pojawiają się informacje, iż już za dwa lata Iran będzie mógł taką broń skonstruować. Czas mija, a broni jądrowej jak nie było, tak nie ma. Nad kabaretowym występem izraelskiego premiera Netanjahu na forum ZO ONZ w ubiegłym roku nie ma się co rozwodzić.

Dyplomacja triumfuje, gdyż udało się – na razie częściowo – osiągnąć zakładane cele bez konieczności używania siły. Byłoby to zresztą dość trudne, a jednocześnie mogłoby wywołać szereg daleko idących konsekwencji. Iran, to nie Irak, jak głosi jeden z bardziej suchych żartów o blondynkach (Jedna blondynka pyta drugą: to jak się w końcu mówi, Irak czy Iran?). Irak dało się łatwo pokonać, ale co było później – dobrze wiemy. Iran to zupełnie inna para kaloszy. Inna kategoria wagowa, komentując to w kategoriach bokserskich. Zamiast wątpliwego, z punktu widzenia przyszłych korzyści, użycia siły, postawiono na kombinację sankcji ekonomicznych i zachęt do rozmów. Podobno pierwsze próby badania gruntu miały miejsce w marcu br., czyli na trzy miesiące przed wyborem Hassana Rouhaniego na prezydenta Iranu. Jeśli tak rzeczywiście było, to nowe otwarcie nowego prezydenta jest sterowane przez najwyższego przywódcę Islamskiej Republiki Iranu Alego Chemeneiego i nastąpiłoby bez względu na to, kto zastąpiłby Mahmuda Ahmadineżada. Nie umniejszam jednak roli Rouhaniego, który od początku kadencji prowadzi „ofensywę uroku”, poprawiając wizerunek swojego kraju i atmosferę wokół programu atomowego.

Geopolityczne otoczenie negocjacji

Zakończone sukcesem negocjacje nie były łatwe. Nie tylko sprzeciwiał się im Izrael, czy kraje arabskie z Arabią Saudyjską na czele (właśnie to mogło być prawdziwym powodem demonstracyjnego odrzucenia wyboru Rijadu na niestałego członka RB ONZ), dla których Iran jest głównym geopolitycznym przeciwnikiem. W pewnym momencie porozumieniu sprzeciwiła się Francja, która sprzedaje krajom arabskim, w tym Rijadowi, broń o wartości miliardów euro. Presja Stanów Zjednoczonych była jednak tak silna, że Paryż wycofał swoje obiekcje i udało się wynegocjować tymczasowe porozumienie.

Paradoksalnie, to nie same negocjacje z Iranem mogą stać się główną przeszkodą w osiągnięciu ostatecznego porozumienia. Głównym hamulcowym może być amerykański Kongres, który musi przegłosować zniesienie nałożonych na Iran sankcji. O ile ich nakładanie nie było przesadnie trudne, zazwyczaj przegłosowywano stosowne ustawy przygniatającą większością głosów, przy tylko symbolicznym sprzeciwie, to ze znoszeniem sankcji nie będzie tak łatwo. Kongres jest bowiem znacznie bliższy poglądom izraelskiego premiera Netanjahu, niż administracji z Barackiem Obamą na czele. Panuje tu ponadpartyjny konsensus. Netanjahu nazywa tymczasowe porozumienie z Iranem poważnym błędem i porównuje dzisiejszą sytuację do tej z 2005 r., gdy negocjowano w sprawie programu atomowego z Koreą Północną (Pjongjang wkrótce wycofał się z układu i przeprowadził testy broni jądrowej). W ostatnim okresie wytężonych negocjacji Obama i sekretarz stanu John Kerry musieli raczej apelować do kongresmanów, aby nie ważyli się nakładać na Iran nowych sankcji.

Czy to początek odwilży w relacjach amerykańsko-irańskich?

Zawarcie tymczasowego porozumienia pokazuje, że z Iranem można się dogadać. Teheran przestaje być międzynarodowym pariasem, a staje się normalnym partnerem, który ma swoje zasadne interesy i należy to respektować. Zasadne interesy to chociażby budowa kolejnych (po Buszehr) elektrowni atomowych i pozyskiwanie energii elektrycznej z tego źródła. Liczę na to, że negocjacje dotyczące programu atomowego pozwolą Iranowi i Stanom Zjednoczonym przywrócić, zerwane w 1979 r., stosunki dyplomatyczne. Na razie są to zbyt dalekosiężne cele, biorąc pod uwagę naprawdę niewielkie postępy, jakie udało się w tym roku osiągnąć. Oba kraje są dopiero na początku długiej drogi odbudowy wzajemnego zaufania. W interesie nas wszystkich jest, aby pozostały na tej drodze.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 18 listopada 2013

Gorąco zapraszam na dyskusję o prawach człowieka w Syrii, która odbędzie się w najbliższy wtorek (19 listopada) o godz. 20.00 w sali 2.4 w Collegium Iuridicum II, przy ul. Lipowej 4 (koło BUWu).

grafikaGośćmi wydarzenia będą autor niniejszego bloga - Piotr Wołejko, oraz Patryk Gorgol, który prowadzi blog Kącik Dyplomatyczny. Porozmawiamy o łamaniu praw człowieka w Syrii oraz szansach na zakończenie konfliktu. Zastanowimy się, czy rezygnacja z interwencji zbrojnej, rozważanej na przełomie sierpnia i września, była słuszna. Czy negocjacje w Genewie mogą zakończyć się porozumieniem? Czy można pomóc Syryjczykom, którzy znaleźli się w kleszczach realpolitik?

Czytelnicy Dyplomacji znają mój pogląd na konflikt w Syrii. Wiedzą też, jakie zagrożenia czają się w kraju, który znajduje się na krawędzi rozpadu. Jednak ta wiedza nie powinna Was powstrzymać przed wzięciem udziału w dyskusji. Spotkajmy się we wtorek i porozmawiajmy o Syrii.

Organizatorem wydarzenia jest Studenckie Forum Praw Człowieka działające na WPiA UW pod kierunkiem dr Adama Bodnara.

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook