niedziela, 17 listopada 2013

W piątkowym (15 listopada br.) wydaniu "Rzeczpospolitej" były minister obrony narodowej p. Janusz Onyszkiewicz wyraził wątpliwość dotyczącą wiarygodności Polski jako sojusznika w NATO. Jego zdaniem, wypowiedzi i działania polskich decydentów w ostatnim czasie, w szczególności w przypadku interwencji w Libii, poddały w wątpliwość naszą wiarygodność. Nie wzięliśmy udziału w operacji Świt Odysei, nie poparliśmy wyraźnie idei obalenia Kaddafiego. Janusz Onyszkiewicz nie wspomina w swoim artykule o Syrii, a w przypadku ewentualnej interwencji w tym kraju byliśmy bardzo sceptyczni. Były szef MON zauważa odwrót od poparcia misji ekspedycyjnych i skupienie na obronie własnego terytorium. Powoduje to, zdaniem p. Onyszkiewicza, osłabienie wiarygodności sojuszniczej. Czy aby na pewno?

Mniej wiarygodni?

grafikaNależy przyznać rację Januszowi Onyszkiewiczowi, iż w sprawie Libii nasi decydenci mogli trochę sprawniej komunikować nasze stanowisko. Lepiej wyszło to już w przypadku Syrii, gdzie jasno wyraziliśmy - nie tylko swoje - obawy, a także potępiliśmy sytuację, w której ofiarami konfliktu padają głównie cywile. Wydaje się więc, że lekcje z przypadku libijskiego zostały wyciągnięte, a komunikacja była o wiele lepsza.

Jednak byłemu szefowi MON nie chodzi o rzecz tak błahą jak komunikacja, lecz o naszą wiarygodność. Czy na Polskę można liczyć? Wbrew tezie Janusza Onyszkiewicza, jestem przekonany, że można. Afganistan, Irak, a także misja EUFOR w Czadzie w latach 2008-2009, gdzie Polska zapewniła drugi co do wielkości (po Francji) kontyngent. Staliśmy więc u boku sojuszników z NATO (Afganistan), u boku Stanów Zjednoczonych (Irak) oraz u boku Francuzów (Czad). Brak udziału w operacji libijskiej oraz brak entuzjazmu dla interwencji w Syrii nie zamazują w żaden sposób naszego poważnego zaangażowania z lat ubiegłych. Warto przypomnieć, że w Afganistanie jesteśmy do dziś i wycofamy się dopiero w przyszłym roku, wraz z pozostałymi sojusznikami.

W ramach budowania naszej wiarygodności, a także - a może przede wszystkim - wzmacniania bezpieczeństwa Polski, planujemy w ciągu najbliższej dekady wydać 130 mld zł na modernizację sił zbrojnych. To równowartość 41 mld dolarów, bądź 31 mld euro. Jak na polskie warunki jest to suma gigantyczna. Co więcej, robimy to w sytuacji powszechnych cięć budżetów na obronę narodową. Polski budżet nie maleje. Wysyłamy wyraźny sygnał do naszych sojuszników - wojsko jest dla nas ważne, można na nas liczyć.

Dojrzały partner, poważny sojusznik

Owszem, nie jesteśmy już entuzjastami misji ekspedycyjnych. Za to należy w szczególności obwiniać misję iracką. Daliśmy się w nią wciągnąć kalkulując tak, jak robi to Janusz Onyszkiewicz, czyli nie chcąc dopuścić do spadku naszej wiarygodności. A mogliśmy, jak Francja czy Niemcy, stanąć z boku w obliczu poważnych, jak się później okazało całkowicie zasadnych, wątpliwości.

Na Polskę można liczyć. Jesteśmy gorącymi zwolennikami solidarności sojuszniczej i zasady wzajemności. Dojrzeliśmy jednak w trakcie naszego członkostwa w NATO. Nie jesteśmy już w awangardzie chętnych do bitki. Racjonalnie oceniamy sytuację w miejscu potencjalnej interwencji, ważymy nasze i wspólne interesy, analizujemy konsekwencje interwencji i dopiero później podejmujemy decyzje. Nie na odwrót, czyli najpierw decyzja, a potem jakoś to będzie. Stąd obawa p. Janusza Onyszkiewicza, iż Polska może skłaniać się w kierunku izolacjonizmu, jest - moim zdaniem - niezasadna. Natomiast warto docenić głos byłego ministra obrony, gdyż izolacjonizm w niczym by Polsce nie pomógł. Problemy i zagrożenia nie znikną, gdy postanowimy nie zawracać sobie nimi głowy i skupić na sobie.

Piotr Wołejko

czwartek, 07 listopada 2013

Afera Snowdena nie chce się skończyć. Co kilka dni media ujawniają kolejne informacje o skali i zasięgu globalnej inwigilacji prowadzonej przez amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Choć największe wrażenie na opinii publicznej zrobiły doniesienia o podsłuchiwaniu ponad 30 przywódców, w tym Angeli Merkel, nie można sprowadzać dyskusji o działalności NSA tylko do tego aspektu. Problem jest znacznie poważniejszy, a jego reperkusje są wielowymiarowe.

grafikaCzytających ten tekst zapewniam, że pojmuję istotę działania służb. Wszyscy szpiegują wszystkich, raczej bez wyjątku. Nieważne, wróg czy sojusznik. O ile biały wywiad (OSINT) może zapewnić dużo informacji, pewna część danych może być zdobyta tylko dzięki działalności szpiegowskiej (HUMINT, SIGINT). Szpiedzy to mistrzowie w łamaniu prawa, a ich działalność z istoty rzeczy jest nielegalna. Oburzanie się na szpiegostwo nie ma więc sensu. Nie oznacza to jednak, że mamy przyjąć do wiadomości – i przejść do porządku dziennego – to, że szpiegować można wszystkich i w dowolnym zakresie. Że nie ma już sfery prywatnej.

Dość już Putina w debacie o inwigilacji

Zanim przejdziemy do meritum chciałbym zauważyć, że argument o używaniu Snowdena przez Putina jako narzędzia dyskredytacji USA oraz wbicia klina między USA a Europę na mnie nie działa. To, że Putin wykorzystuje Snowdena nie jest równoznaczne z tym, że można rewelacje młodego informatyka zlekceważyć. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że przez Snowdena rozpadnie się NATO, a europejscy sojusznicy USA rzucą się w otwarte ramiona Władimira Putina. Zostawmy rosyjskiego prezydenta na boku i skupmy się na konkretach.

Dlaczego informacje ujawnione przez Snowdena są ważne?

Inwigilacja prowadzona przez NSA, jak zaznaczyłem we wstępie, wywołała implikacje na wielu poziomach.

  • zacierają się granice prywatności, a NSA zbiera informacje zarówno o Amerykanach (co jest niezgodne z amerykańskim prawem) oraz obywatelach państw trzecich. Kompilowane są dane o ilości, długości trwania oraz lokalizacji uczestników rozmów telefonicznych; monitorowani są użytkownicy Internetu; NSA wymusiła współpracę głównych firm technologicznych i telekomunikacyjnych (zbieranie i przekazywanie danych), a gdy to nie wystarczało, włamywała się do ich systemów informatycznych.
  • współpraca NSA z firmami sektora ICT zagraża rozwojowi tej branży w USA, gdyż wiarygodność amerykańskich firm została podważona. Jak powierzać swoje dane amerykańskim firmom, skoro mogą one trafić prosto do amerykańskich służb? To oddawanie walkowerem gospodarczego pola silniejszemu rywalowi. Nic dziwnego, że chociażby Eric Schmidt (ex-CEO Google) zareagował z oburzeniem na rewelacje Snowdena i ostro skrytykował NSA. Schmidt wie, że europejscy i azjatyccy konkurenci bez mrugnięcia okiem wykorzystają słabość swoich amerykańskich konkurentów. Jaka jest gwarancja, że alternatywne rozwiązania (głównie tzw. chmury obliczeniowe) są wolne od inwigilacji? Żadna. Jest natomiast powszechne przekonanie, że amerykańskie rozwiązania nie są bezpieczne.
  • zachwiane zostało zaufanie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami z Europy Zachodniej. Szpiegostwo i podsłuchy to norma, nikt się  na to nie oburza (choć koniunkturalnie wykorzystuje się informacje Snowdena to zaatakowania USA i zdobycia punktów w sondażach). Jednak podsłuchiwanie liderów, do tego – jak się wydaje – permanentne, to inna para kaloszy. To kwestia osobista. Podsłuchiwanie liderów sojuszniczych państw to poważny błąd. Oni powinni być immunizowani od podsłuchów. Ich doradcy i współpracownicy mogą być celem działalności szpiegowskiej, to wystarczy, żeby zdobyć odpowiednie informacje. Ale liderzy? Nawet jeśli służby działały tutaj bez wiedzy prezydenta Obamy, podsłuchiwanie ponad 30 przywódców państw obciąża właśnie jego. Jeśli wiedział, to skandal, że się na te podsłuchy zgodził. Jeśli nie, to nie ma odpowiedniego nadzoru nad swoimi służbami. Sam nie wiem, która z alternatyw jest gorsza.
  • brak nadzoru nad działalnością służb specjalnych (chociaż np. Edward Lucas twierdzi, że nadzór nad służbami to mocna strona amerykańskiego wywiadu). To jest moim zdaniem clue problemu. Pojawiał się on już znacznie wcześniej niż doniesienia Snowdena, ale mało kto zwracał na to uwagę. Wątpliwości pojawiły się bowiem przy znaczącej ekspansji programu zabójstw dokonywanych przez samoloty bezzałogowe (drony i targeted killing) w Pakistanie, a później także w Somalii i Jemenie. Kryteria podejmowania decyzji o „pociągnięciu za spust” były zbyt luźne. W Jemenie wystarczyło być mężczyzną w wieku poborowym, by zginąć, jeśli w pobliżu znajdował się cel uznany za powiązany z terrorystami. Kiedy słyszę, że w Pakistanie tylko 3% ofiar nalotów dronów to cywile, przecieram oczy ze zdumienia. Brzmi to bowiem niczym slogan z broszury reklamowej producentów dronów. Coś z tymi danymi było nie tak. Bardziej wiarygodne dane znajdziemy na stronach The Bureau of Investigative Journalism. Wracając do nadzoru, administracja Obamy (władza wykonawcza) twórczo rozwinęła koncepcję Georga W. Busha, znacząco poszerzając uprawnienia służb i ograniczając cywilny nadzór nad ich działalnością. Kongres otrzymuje strzępy informacji, docierają one tylko do wąskiego kręgu wybranych deputowanych (członkowie komisji ds. służb), a nierzadko przekazuje im się nieprawdziwe informacje. Jeszcze kilka miesięcy temu nadzorujący wszystkie amerykańskie służby James Clapper stwierdził na wysłuchaniu w Senacie, że służby te nie zbierają żadnych danych o obywatelach USA. Cóż, skąd mógł wiedzieć, że wkrótce prawda ujrzy światło dzienne.
  • znaczący spadek amerykańskiego soft power. Miękka siła to nieocenione, chociaż często niedoceniane narzędzie, które pozwala osiągać cele niewielkim bądź żadnym wręcz kosztem. Stanowi doskonałe uzupełnienie hard power, czyli siły militarnej. Soft power opiera się na wartościach, przekazie kulturalnym (zarówno tym kierowanym do elit, jak i do mas), atrakcyjności państwa (np. docenianie osiągnięć technologicznych) etc. Soft power  można porównać do wizerunku – jej tworzenie trwa długo (i zależy zarówno od instytucji publicznych, jak i prywatnych), natomiast jej utrata może nastąpić bardzo szybko. Zmasowana krytyka poczynań NSA osłabiła amerykańskie soft power i wzmocniła przeciwników Stanów Zjednoczonych w Europie. Trudniej będzie realizować własne interesy.

Strach przeciw wolności

O ile clue problemu jest nadzór nad służbami, to z punktu widzenia zwykłych obywateli, najważniejsze jest co innego – zagrożenie prywatności. Pod pozorem zagrożenia terroryzmem inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi i jest coraz głębsza. Mechanizmy zbierania danych (i nie tylko) zostały dobrze opisane w prezentacji Guardiana. Temat zagrożenia dla wolności w ramach przesadzonej odpowiedzi na ryzyko związane z terroryzmem ciekawie przedstawił Edwin Bakker, holenderski profesor specjalizujący się w sprawach terroryzmu i bezpieczeństwa.

Orwell i Rok 2014

Nie powinno być zgody na pozbawianie nas prywatności. Chyba, że dążymy do świata znanego z powieści Georga Orwella, „Rok 1984”. Niespełna 30 lat od wskazanego przez pisarza terminu jesteśmy naprawdę niedaleko od opisanej przez niego wizji braku prywatności. Kolejny krok to strach przed myślozbrodnią, czyli wypowiadaniem w naszej głowie nieprawomyślnych treści. Zamiast teleekranów we wszystkich pomieszczeniach, donosicielstwa i wszechobecnych agentów Ministerstwa Miłości, informacje na nasz temat zbierane są dzięki naszym telefonom, tabletom i komputerom. Przenośne teleekrany. Orwell, mimo swego geniuszu, na to akurat nie wpadł.

Piotr Wołejko

 

grafika: Felipe Crespo, http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Edward_Snowden_%22Xilograf%C3%ADa%22.jpg

czwartek, 24 października 2013

W wyniku wejścia w życie Karty Narodów Zjednoczonych, 24 października 1945 roku powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych. Zastępowała ona nieefektywną Ligę Narodów, tworząc nowe forum multilateralizmu, czyli mechanizm załatwiania spraw/rozwiązywania problemów, w drodze współpracy wielostronnej.

Czy doczekamy się reformy ONZ?

grafikaONZ przez blisko siedem dekad swego istnienia zmieniała się, dostosowując się do aktualnych wyzwań i trendów. Wielokrotnie sama te trendy kreowała bądź wspierała ich kreację (dekolonizacja, prawa człowieka, ograniczanie biedy i ubóstwa etc.). Ma na swoim koncie liczne sukcesy, porażki i wstydliwe epizody. W gruncie rzeczy, mimo udanej adaptacji do zmieniających się realiów, organizacja nie różni się w kluczowych aspektach od tej, którą pamiętamy z kart historii. Nadal głównymi rozgrywającymi są te same mocarstwa, co w 1945 roku (z uwzględnieniem zamiany Republiki Chińskiej na Chińską Republikę Ludową w latach 70.). Ta trwałość i ciągłość stanowi o sile i słabości ONZ, w zależności od tego kto i co będzie oceniał.

Podobno już pierwszy sekretarz generalny organizacji, Norweg Trygve Lie, po objęciu zaszczytnej funkcji od razu apelował o reformę ONZ. Ani wtedy ani później żadna istotna reforma nie nastąpiła. Cyklicznie ponawiane są wezwania do zmodyfikowania składu i zasad funkcjonowania najważniejszego ciała ONZ, czyli Rady Bezpieczeństwa. Składa się ona z pięciu stałych członków - Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Francji i Wielkiej Brytanii - oraz dziesięciu rotacyjnie wybieranych spośród pozostałych państw członkowskich. Wybór ten następuje w blokach regionalnych, co zapewnia stałą reprezentację poszczególnych regionów. Stali członkowie posiadają prawo weta, a więc możliwość zablokowania rezolucji, które z jakiegoś powodu im nie odpowiadają.

Zarówno prawo weta, jak i struktura RB ONZ nie podobają się wschodzącym potęgom, takim jak Indie, Brazylia, Niemcy, Meksyk, Japonia czy RPA. Domagają się one uwzględnienia zmian na geopolitycznej i ekonomicznej mapie świata. Mówiąc wprost, chcą dołączyć do prestiżowego grona uprzywilejowanych, wąskiego klubu decyzyjnego świata, jakim jest Rada Bezpieczeństwa. Propozycje w tym zakresie są wielce kontrowersyjne. W zasadzie każdy kandydat na nowego stałego członka RB ONZ ma silną opozycję w postaci regionalnych rywali. Wątpliwe również, by udało się uzyskać globalne przyzwolenie na reprezentację Europy aż przez trzy kraje (kooptacja Niemiec, przy utrzymaniu miejsc przez Francję i Wielką Brytanię). Bardziej ambitne, a przez to także utopijne propozycje zmierzają do reformy instytucji prawa weta. Wiadomo, że stała piątka nie pali się do zmian, które w oczywisty sposób ograniczyłyby jej wpływy.

Globalne wyzwania wymagają istnienia globalnej instytucji

Niezależnie od sporów o kształt RB ONZ, a także - często słusznych - zarzutów dotyczących skuteczności (w zasadzie jej braku), marnotrawstwa pieniędzy, czy upolitycznienia (vide potępianie poszczególnych państw przez Radę Praw Człowieka ONZ), Organizacja Narodów Zjednoczonych to niezwykle cenna i wartościowa instytucja. Jest to jedyne niemal stuprocentowo inkluzywne forum dialogu międzynarodowego. Dialogu prowadzonego na wielu poziomach i poświęconego szerokiej gamie problemów.

A problemy, z którymi borykają się państwa i społeczeństwa w XXI w. stają się coraz bardziej międzynarodowe, a często wręcz globalne. Nie wystarczają już bilateralne czy wielostronne umowy, nie dają rady regionalne organizacje. Potrzebne jest w pełni globalne forum, dysponujące wykwalifikowanymi kadrami i zasobami, a także prestiżem i zaufaniem. Można wiele zarzucać ONZ, podchodzić bardzo krytycznie do poszczególnych aspektów działalności organizacji, lecz należy uczciwie przyznać, że nie ma alternatywnej instytucji, zdolnej do wsparcia wysiłków na rzecz rozwiązywania problemów. Zaufanie do ONZ jest wśród społeczeństw całego świata bardzo wysokie - wystarczy rzut oka na niedawne badania opinii publicznej. Nawet w Stanach Zjednoczonych, o których mówi się, że są niechętne ONZ, 58% badanych pozytywnie ocenia organizację, a odmiennego zdania jest 31% ankietowanych. W kluczowych krajach europejskich pozytywna ocena ONZ jest jeszcze wyższa i wynosi ponad 60%. W Polsce aż 64% ankietowanych pozytywnie ocenia ONZ, a zaledwie 20% jest przeciwnego zdania.

W najbliższych dekadach ONZ może przydać się chociażby w przypadku rozwiązywania konfliktów o wodę pitną - surowiec coraz bardziej deficytowy. Nadal należy wspierać wysiłki na rzecz ograniczania ubóstwa. Narasta problem migracji, czego smutnym przykładem była niedawna tragedia w okolicy włoskiej wyspy Lampedusa. Śmierć setek imigrantów szukających lepszego życia w Europie wstrząsnęła opinią publiczną nie tylko w Unii Europejskiej.

Pamiętajmy o minilateralizmie

Doceniając potrzebę istnienia i sprawnego funkcjonowania ONZ, należy pamiętać również o minilateralizmie. W przeciwieństwie do multilateralizmu zakłada on współpracę ograniczonej liczby zainteresowanych aktorów. Taką właśnie współpracą jest chociażby Unia Europejska czy ASEAN, a także koalicje ad hoc. O ile w Europie i szeroko rozumianym świecie Zachodu występuje urodzaj rozmaitych organizacji międzynarodowych, to w Azji czy Afryce mamy do czynienia z ich deficytem. Jednym ze skutków takiego stanu rzeczy jest występowanie większej liczby napięć. Brakuje kanałów komunikacyjnych oraz mechanizmów dialogu, ucierania się kompromisów. Dlatego należy wspierać zarówno multilateralną Organizację Narodów Zjednoczonych, jak i minilateralne organizacje regionalne. Im więcej dyplomacji, tym mniej konfliktów zbrojnych. Im więcej współpracy, tym większe szanse na rozwiązanie problemów.

Piotr Wołejko

czwartek, 17 października 2013

Jak donosi Reuters, północna część Syrii stała się mekką dla Al-Kaidy. Rozmaite organizacje o profilu zbliżonym do Bazy działają na ww. dość swobodnie, dysponując znaczącymi zasobami kadrowymi, finansowymi oraz materialnymi. Radykałowie zaprowadzają na kontrolowanym terytorium swoje porządki, z jednej strony zapewniając rozmaite „usługi socjalne” (dostawy żywności, bezpieczeństwo), z drugiej zaś dopuszczając się okrutnych mordów (vide raport HRW). Czy Syria stanie się drugim Jemenem, czyli źródłem najpoważniejszego zagrożenia ze strony Al-Kaidy dla Zachodu, tyle że położonym bliżej Europy, niemalże u jej bram?

Libanizacja Syrii, czyli dezintegracja kraju

Z Assadem czy bez niego, Syria jaką znaliśmy sprzed wybuchu rebelii przeciwko jego rządom przepadła. Nawet jeśli Assad pozostanie prezydentem Syrii, nie uda mu się raczej odzyskać kontroli nad całym terytorium kraju. Czas działa, w tym przypadku, na jego niekorzyść. Przelano zbyt dużo krwi, dopuszczono się zbyt wielu zbrodni, a w wojnę domową zaangażowało się zbyt wielu aktorów zewnętrznych, aby można to było po prostu pozamiatać i wrócić do tego, co było przed marcem 2011 r. Przykład sąsiedniego Libanu, gdzie również miała miejsce brutalna wojna domowa, nie nastraja optymistycznie. Konflikt w tym kraju trwał bowiem 15 i pół roku. Brali w nim udział sąsiedzi (Syria, Izrael) oraz siły zachodnie mocarstwa (USA, Francja). Do dziś Liban jest głęboko podzielony według linii etnicznych i religijnych. Syria może podążyć tą samą ścieżką.

grafikaW czasach wojny domowej w Libanie nie istniała jednak Al-Kaida ani coś takiego jak globalny dżihad (dopiero rozkręcał się w Afganistanie). Do kraju nie nadciągały więc tysiące zdeterminowanych, często świetnie wyszkolonych bojowników. Główne role w konflikcie odgrywały etniczno-religijne milicje. Ograniczona była także liczba aktorów. W Syrii działają setki „ugrupowań opozycyjnych”. Cóż, w warunkach rozpadu struktur państwowych wystarczy garstka mężczyzn uzbrojonych w kałasznikowy stanowi siłę, z którą trzeba się liczyć. W szczególności dotyczy to cywilów. Podczas wojny domowej czy chaosu kwitną – a zarazem mogą szybko więdnąć – grupki bandytów i watażków wykorzystujących sytuację do szybkiego wzbogacenia się. W grę wchodzi też wyrównanie dawnych – prawdziwych bądź urojonych – krzywd. Takie grupy nie stanowią, w przeciwieństwie do terrorystów z Al-Kaidy, zagrożenia zewnętrznego.

Jak odpowiedzieć na syryjskie zagrożenie?

Dozbrajanie tzw. opozycji syryjskiej w sposób oczywisty sprawia, że w siłę rosną także radykałowie. Ba, mogą oni liczyć na bogatych sponsorów, głównie z państw Zatoki. Radykałowie są zazwyczaj lepiej wyszkoleni, a praktycznie zawsze bardziej zdeterminowani od świeckiej części opozycji. Walczą w imieniu boga, a nie interesów politycznych. Nie oznacza to, że takie interesy nie istnieją. Liderzy Al-Kaidy i pokrewnych ugrupowań mają dość jasno sprecyzowane cele. Budowa panislamskiego kalifatu, zaprowadzenie szariatu, walka z niewiernymi – w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi (i Zachodem, czyli także z Europą).

Al-Kaida w Syrii skupia się na razie głównie na zwalczaniu sił reżimu Assada oraz innych wewnętrznych przeciwników. Wkrótce może jednak podjąć operacje poza Syrią – w Turcji, a także w Europie. Istotnym zagrożeniem jest udział w syryjskim dżihadzie setek, a zapewne tysięcy europejskich bojowników. Część z nich będzie chciała wrócić do domów. Czy zapomną o dżihadzie? Wątpliwe. Raczej będą działać, w pojedynkę (samotni zabójcy) albo w komórkach (grupach). Czy służby dbające o bezpieczeństwo na Zachodzie są gotowe do stawienia czołu opisanemu wyżej wyzwaniu? Europejska swoboda przemieszczania się osób będzie dodatkowym utrudnieniem w walce z europejskimi terrorystami spod znaku Al-Kaidy. Jesteśmy już jednak przyzwyczajeni, że terroryści wykorzystują nasze osiągnięcia przeciwko nam.

Tymczasem świecka opozycja staje się coraz słabsza. Ponad 60 jednostek (oddziałów) walczących dotychczas w ramach Free Syrian Army (FSA) wymówiło posłuszeństwo dowództwu ugrupowania oraz jej politycznej reprezentacji w postaci Narodowej Koalicji Syryjskiej (NSC). Nie jest jasne, czy wspomniane jednostki "idą na swoje", czy dołączą do innego ugrupowania, np. radykałów z Jabhat al-Nusra.

Piotr Wołejko

grafika: Wikimedia Commons
czwartek, 10 października 2013

W przyszłym roku Afganistan powróci na pierwsze strony gazet i skupi uwagę decydentów oraz analityków. W kwietniu 2014 r. odbędą się wybory prezydenckie, po których głową państwa przestanie być Hamid Karzaj. Wyczerpał on limit kadencji i nie może ponownie ubiegać się o reelekcję. Poprzednie wybory (2009 r.) okazały się farsą pełną wszelkich możliwych nadużyć. Karzaj ostatecznie pozostał na stanowisku, gdy z udziału w drugiej turze wyborów zrezygnował Abdullah Abdullah, ex-minister spraw zagranicznych wywodzący się z Sojuszu Północnego.

Dziś Abdullah jest jednym z faworytów do zastąpienia Karzaja. Nie ma to większego znaczenia, gdyż ważniejsze od osoby nowego prezydenta jest wycofanie się wojsk zachodnich z Afganistanu i konsekwencje z tym związane. Czy Stany Zjednoczone pozostawią pod Hindukuszem swoich żołnierzy po 2014 r., a jeśli tak, to ilu? I jakie będą ich możliwości działania? Na ten temat ma wypowiedzieć się najważniejszy organ decyzyjny w Afganistanie – loja dżirga.

Czego chcą Afgańczycy?

grafikaNowy prezydent Afganistanu stanie przed nie lada wyzwaniem – jak utrzymać się przy władzy, a być może przy życiu. Skorumpowana administracja i słabe, niezdyscyplinowane, a przede wszystkim zdemoralizowane siły bezpieczeństwa i afgańska armia, nie wyglądają na godnych rywali dla zdeterminowanych Talibów. Kraj znowu może pogrążyć się w wojnie domowej, w której rozmaici watażkowie i Talibowie będą wyrywać sobie wpływy i połacie terytorium. Rząd w Kabulu na czele z nowym prezydentem będzie zdany na łaskę Amerykanów. Jakby historia zatoczyła koło i wróciły klimaty z przełomu lat 80. i 90. po wycofaniu się Sowietów.

Dobrze wiemy, co wydarzyło się w latach 90. i jakie były tego skutki. Teraz będzie gorzej. Ponad dekada okupacji Afganistanu odcisnęła piętno na niemal każdym mieszkańcu kraju, a możliwość walki z Amerykanami przyciągała i nadal przyciąga tysiące jihadystów z całego świata. Wojna w Afganistanie trwa w zasadzie bez przerwy od 1979 r. – większość ludzi nie zna innych realiów niż wojenne. Są przyzwyczajeni do załatwiania sporów z bronią w ręku, nie znają innego fachu niż walka. Wielu zradykalizowało się pod wpływem radykalnej islamistycznej propagandy oraz obserwacji rzeczywistości. Widzieli, jak postępują zachodni żołnierze i reprezentanci rządu w Kabulu. Mają dość okupacji, dronów, nocnych aresztowań, wymuszeń i korupcji. Większość zapewne nie ucieszy się z powrotu Talibów, ale chcą zmian. Czy uwierzą, że nowy prezydent je wprowadzi i chociaż częściowo uzdrowi sytuację, poprawiając ich byt?

Błędy, wypaczenia i stracone szanse

Przez ponad dekadę zachodnie wojska w Afganistanie zwalczały głównie nie Al-Kaidę i inne ugrupowania terrorystyczne, lecz powstanie zbrojne przeciwko okupacji. Ze względów propagandowych określano wszelkich rebeliantów i przeciwników marionetkowego rządu Karzaja oraz jego obrońców z ISAF mianem Talibów. Talibowie tu, talibowie tam, wszystko to talibowie. Nie miało to jednak większego związku z rzeczywistością. Co więcej, intensyfikacja działań sił specjalnych w Afganistanie (drony, naloty, nocne aresztowania, operacje komandosów) spowodowała radykalny wzrost liczby ofiar wśród cywilów. Jeden zabity niewinny Afgańczyk kreował kilkunastu, kilkudziesięciu czy nawet kilkuset wrogów ISAF, gotowych do odwetu. W skomplikowanej układance etniczno-plemiennej, wspartej tradycyjnymi zasadami honorowymi, zachodni żołnierze poruszali się jak dzieci we mgle. Zamiast spróbować te realia zrozumieć i wykorzystać na swoją korzyść, najczęściej próbowali wyrąbać sobie drogę maczetami. W konsekwencji tzw. bitwa o umysły Afgańczyków została przegrana lata temu.

Można łudzić się, że dziesiątki miliardów dolarów przeznaczonych na odbudowę zniszczonego kraju przysporzyły Zachodowi zwolenników. Na tej pomocy najlepiej skorzystali jednak skorumpowani oficjele każdego szczebla, którzy wywozili pełne dolarów walizki poza Afganistan, urządzając sobie gniazdka w Dubaju czy innych lokalizacjach w Zatoce. Sporo budynków i instalacji zbudowanych ze środków pomocowych nie jest wykorzystywanych (chociażby z powodu braku pieniędzy) bądź zostało zniszczonych. Zastanówmy się, jak przeciętny Afgańczyk odpowiedziałby na pytanie: czy żyje się Panu lepiej niż 2, 5, 10, 15 lat temu?

Talibowie muszą wrócić?

Wycofanie wojsk zachodnich (ew. z wyjątkiem części amerykańskich) z Afganistanu jest pewne. Zmiana na stanowisku prezydenta raczej też. A co z Talibami, niezbędnym elementem układanki? Dotychczasowe próby rozmów z nimi zakończyły się fiaskiem. Głównie dlatego, że Karzaj i Amerykanie rozmawiali z Talibami za swoimi plecami, bez uzgodnień i koordynacji. Co więcej, w rozmowy nie zaangażowano Pakistanu, który jest żywotnie zainteresowany porządkiem w Kabulu po 2014 r. Czasu na przygotowanie i przeprowadzenie kompleksowych rozmów coraz mniej. A nawet jeśli w końcu uda się wynegocjować porozumienie, zorganizować wielką konferencję i zrobić piękne zdjęcia, to nie wiadomo, czy po wycofaniu zachodnich wojsk kompromis się utrzyma. Czy trzeba przypominać rozwój zdarzeń z Wietnamu? Zresztą nawet bez tej analogii trzeba mieć dużo wiary, by uwierzyć w trwałość porozumienia w Afganistanie. O układzie sił tradycyjnie decyduje tam karabin, a nie świstek papieru.

W wymiarze międzynarodowym skutki zmian, które nastąpią w Afganistanie w przyszłym roku, będą znaczące. Pakistan będzie twardo dążył do zabezpieczenia własnych interesów, wspierając swoich faworytów. Po wycofaniu się wojsk Zachodnich większa odpowiedzialność za bezpieczeństwo w regionie spadnie na Rosję. Moskwa postrzega islamski radykalizm za poważne zagrożenie dla stabilności wewnętrznej, a także dla państw Azji Centralnej. Interesy Pakistanu i Rosji mogą okazać się sprzeczne, gdyż Islamabadowi jest z grubsza wszystko jedno, jaką ideologię będzie wyznawać nowa elita rządząca w Kabulu. Może okazać się, że najwygodniejszy dla Pakistanu jest powrót Talibów do władzy. Dla Amerykanów, Rosjan, Hindusów czy Irańczyków byłby to prawdziwy koszmar. Niestety, jest to bodaj najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju zdarzeń.

Jakie NATO po 2014 r.?

Koniec misji ISAF niesie również istotne konsekwencje dla NATO. W obliczu cięć w budżetach obronnych państw europejskich oraz braku woli politycznej do zaangażowania w wojny ekspedycyjne (vide brak „entuzjazmu” dla interwencji w Syrii, czego głównym wyrazem był sprzeciw brytyjskiego parlamentu), a także rosnącej roli Azji i azjatyckiego układu sił, powstaje pytanie o rolę Sojuszu w najbliższych latach. Na dziś wydaje się, że zmęczone wojnami (Afganistan, Irak – misja nie pod egidą NATO, lecz z udziałem wielu członków Sojuszu) i kryzysem finansowym NATO przejdzie w fazę uśpienia. Nie będzie się wychylać, szukając możliwości do użycia siły w odległych rejonach Azji bądź Afryki, a skupi się na sobie – szukając odpowiedzi na pytanie, jak usprawnić obronę w sytuacji malejących budżetów wojskowych. Szczyt NATO, na którym wszystkie powyższe zagadnienia (i nie tylko) będą omawiane odbędzie się również w 2014 r.

Piotr Wołejko

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook