Afryka

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Błędy i niedociągnięcia popełnione w przeszłości mszczą się dzisiaj. Gwałtowna dekolonizacja Afryki, w efekcie której powstało kilkadziesiąt - w zdecydowanej większości nieprzygotowanych do niepodległości - państw to główna przyczyna dzisiejszych niepokojów na Czarnym Lądzie. Sztuczne granice, brak elit i westfalskie rozumienie suwerenności to prawdziwie wybuchowa mieszanka. Afryka nigdy nie była kontynentem stabilnym, a w niezliczonych wojnach trup słał i ściele się gęsto. Czy Zachód jest w stanie cokolwiek zrobić? Zasypywanie Afryki pieniędzmi nie przyniosło bowiem pozytywnych skutków.

Mniejszy bądź większy chaos

Niestabilna jest Afryka Północna, w której od Tunezji przez Libię po Egipt rewolucje wywróciły konserwowany przez dekady autorytarny porządek polityczny. Podmuch arabskiej wiosny dotarł do Sahelu w postaci Tuaregów, którzy postanowili upomnieć się o swoje prawa w Mali. Szło im to naprawdę dobrze, w kilka miesięcy przejęli kontrolę nad połową terytorium kraju. Na tym obszarze coraz śmielej zaczęli działać radykalni islamiści, w tym terroryści z grup powiązanych z Al-Kaidą. Gdy islamiści przejęli pałeczkę w początkowo tuareskim buncie i zaczęli zagrażać pokonaniem resztek zdemoralizowanej i słabej malijskiej armii, do gry wkroczyła dawna metropolia - Francja. W kilka tygodni udało się pokonać islamistów i wymusić na Tuaregach, by realizowali swoje cele za pomocą metod politycznych.

grafikaJednak nie tylko Mali jest płonącym problemem na obszarze Sahelu. Kolejne kostki domina to Niger, Czad, Republika Środkowoafrykańska i Sudan Południowy. Z powodzeniem można dodać też północną część Nigerii. Na południe od Republiki Środkowoafrykańskiej oraz Sudanu Południowego wieczną ostoją niestabilności jest DR Kongo (oczywiście nie leży na obszarze Sahelu). Gdy udało się powierzchownie ugasić pożar w Mali, z pełną mocą wybuchł pożar w Republice Środkowoafrykańskiej. Znowu to Francuzi musieli wysłać swoich żołnierzy, by ratować dawną kolonię przed totalnym chaosem i zbrodniami przeciwko ludzkości. Paryż apeluje do sojuszników o pomoc, gdyż sam nie poradzi sobie z porządkowaniem tak ogromnego terytorium. Nie w sytuacji, gdy nie ma czegoś takiego jak linia frontu, a walki wybuchają i gasną w różnych punktach kraju.

Poważny niepokój wzbudza też sytuacja w Sudanie Południowym, który istnieje jako niezależny byt dopiero 2,5 roku. Walka o władzę między elitami dwóch najliczniejszych plemion - Dinkami i Nuerami - nabiera niebezpiecznej dynamiki. Pytania o zachowanie integralności kraju są może przedwczesne, lecz obawy o długotrwały konflikt, który może pochłonąć tysiące istnień ludzkich są jak najbardziej uzasadnione. Ostatnie dekady zebrały w Sudanie wyjątkowo krwawe żniwo, a teraz do walki między sobą stanęli dawni towarzysze broni, zbuntowani przeciwko Arabom z Chartumu.

Jak pomóc, żeby nie zaszkodzić?

Porządkowanie sytuacji w Sahelu nie może być oderwane od porządkowania sytuacji w Afryce Północnej. Dopóki w Libii trwa chaos, a coś takiego jak władza centralna de facto nie istnieje, nie ma mowy o stabilności w Sahelu. Zbyt dużo broni, zbyt duże pole do popisu dla licznych milicji i ugrupowań o radykalnym charakterze. Nawet gdy Libia była oazą spokoju pod twardą pięścią Muammara Kaddafiego, Sahel przypominał dziurawy kanister paliwa, do którego co chwilę podbiegali z zapałkami chętni do wywołania fajerwerków. Sahel to kombinacja ubóstwa, wysokiego przyrostu naturalnego i słabej, zacofanej gospodarki. Wszystko to jest podlane sosem niekompetentnej, skorumpowanej i nastawionej na promowanie interesów własnego plemienia/grupy etniczno-religijnej władzy. A w tle mamy wspomniane na początku sztuczne granice, których politycy afrykańscy zrzeszeni w Unii Afrykańskiej są gotowi bronić do krwi ostatniej. Nie zapominajmy też o surowcach naturalnych, za którymi idą gigantyczne pieniądze i koncerny z całego świata, gotowe - i to dosłownie - po trupach dojść do celu, czyli zdobyć kontrakty na wydobycie i eksport.

W takich warunkach się poruszamy i należy zapytać, czy potrafimy się w tym wszystkim odnaleźć. Czy mamy odpowiedź na bolączki państw Sahelu i jakąś alternatywę dla rosnącej rzeszy podatnych na radykalizację ludzi? Czy wysłanie kilku tysięcy żołnierzy rozwiązuje cokolwiek poza doraźnymi problemami? Czy odgrywamy rolę policjanta przerywającego masakry cywilów, nie mając wiele więcej do zaproponowania? Co moglibyśmy zaproponować wiedząc, że budowa państwa od podstaw (nation-building) to kosztowne przedsięwzięcie, które nie za bardzo nam wychodzi? Czy wysyłanie do kolejnych państw kontyngentów pokojowych składających się z afrykańskich żołnierzy (chwała Unii Afrykańskiej za to, że takie misje organizuje) stanowi lepsze rozwiązanie niż zachodnia interwencja?

Listę pytań można z powodzeniem uzupełniać o kolejne propozycje. Tylko czy znajdujemy jakieś rozsądne, racjonalne odpowiedzi? Czy możemy zrobić coś więcej od doraźnego gaszenia pożarów?

Piotr Wołejko

 

grafika: Flockedereisbaer / Wikimedia Commons

czwartek, 06 czerwca 2013

Czy z powodu zaplanowanej budowy hydroelektrowni może wybuchnąć wojna? W przypadku Egiptu i Etiopii żadnej opcji nie można wykluczyć. Zapowiedź realizacji projektu wielkiej hydroelektrowni na Błękitnym Nilu wywołała wściekłość przedstawicieli głównych opcji politycznych w Kairze. W tej sprawie nie ma podziału na islamistów i liberałów, wszyscy są Egipcjanami. A dla Egiptu woda z Nilu to sprawa życia bądź śmierci. O większości poniższych spraw pisałem już dwa lata temu (KLIK!).

Realia są jednak takie, że Egipt na spółkę z Sudanem nie mogą dłużej domagać się całej wody płynącej Nilem do Morza Śródziemnego. Niestety, zamiast konstruktywnego podejścia i dyplomacji zainteresowane strony (Egipt, Sudan) wybrały argumenty o historycznych prawach do Nilu i kategoryczne obstawanie przy swoim. Tymczasem kraje, przez które przepływają (lub z których pochodzą) dopływy Nilu słusznie uważają, że przysługuje im prawo do zagospodarowania wody. Mowa o Etiopii, Ugandzie, Kenii, Tanzanii, Burundi, Rwandzie oraz DR Kongo. Wszyscy potrzebują wody pitnej, irygacji, a także energii elektrycznej.

Cenne zasoby Nilu

Sytuacja wokół Nilu i jego dopływów będzie się zaogniać nie tylko z powodu etiopskich hydroelektrowni (swoją drogą kraj ten naprawdę intensywnie rozwija hydroenergetykę). Wody w Nilu nie przybędzie, natomiast dynamicznie zwiększają się populacje państw, które mogą czerpać z Nilu. Jest oczywiste, że Egipt wkrótce straci swój monopol na ¾ wody z największej rzeki Afryki. Już dziś trzeba zatem zastanawiać się nad efektywnością wykorzystywania cennego zasobu, którego podaż będzie się zmniejszać. Historycznie Nil decydował o tym, czy skupiona wokół niego populacja rozwijała się czy wymierała. Czy teraz będzie podobnie? Czy północno-wschodniej Afryce grożą klęski suszy, nieurodzaju i głodu?

grafikaKraje zaangażowane w spór o Nil (źródło: arcticcompass.blogspot.com)

Odpowiedzią na zagrożenie może być dyplomacja i współpraca. Aktualnie zainteresowane strony nie mogą jednak dojść do porozumienia, a maksymalistyczne żądania wykluczają dialog. Siła wojskowa w niczym tu nie pomoże. Trudno wyobrazić sobie wojnę Egiptu z Etiopią, Ugandą czy DR Kongo. Nikogo nie stać na takie przedsięwzięcia. Kłopoty wokół Nilu pokazują słabość, żeby nie powiedzieć fasadowość Unii Afrykańskiej, która tylko teoretycznie jednoczy cały kontynent.

Wspólny problem ludzkości

Dostępność wody pitnej stanie się w najbliższych dekadach kluczowym problemem. Może on dotknąć także Polski. Konfliktów należy się spodziewać jednak gdzie indziej. Oprócz opisanego wyżej przykładu Nilu, warto wspomnieć o rzekach azjatyckich, które biorą swój początek w kontrolowanym przez Chiny Tybecie. Indie, Pakistan czy Bangladesz, które już dziś zamieszkuje niemal 2 miliardy ludzi, znajdują się na łasce Pekinu. A ten zamierza wykorzystać rzeki po swojemu, nie patrząc się na innych zainteresowanych. Podobnie Izrael nie patrzy na innych (Jordania, Palestyńczycy), gdy zagospodarowuje ograniczone zasoby wody w Ziemi Świętej. Problemy z wodą mogą dotknąć także Amerykę Południową, mimo tego, że znajduje się tam największa rzeka świata – Amazonka. Od pytań dotyczących wykorzystania wody nie uciekną też Stany Zjednoczone, gdzie zaczyna jej brakować w rzece Kolorado.

Wyścig po surowce naturalne i atrakcyjne tereny rolnicze trwa już w najlepsze. Czy doczekamy się analogicznego wyścigu po wodę pitną? Nie tylko komercyjnego, lecz militarnego? Czy zasobne w wodę pitną terytoria staną się celem kampanii wojennych? A może ograniczone zasoby wody pitnej wpłyną na powstanie nowych, tańszych i wymagających mniejszego zużycia energii technologii odsalania wody morskiej? Tej akurat nie zabraknie.

Piotr Wołejko 

środa, 22 maja 2013

Sytuacja w Mali nie przykuwa już uwagi opinii publicznej. Cykl życia Mali w mediach dobiegł w zasadzie końca w połowie maja, gdy międzynarodowi donatorzy postanowili przekazać Bamako ponad 4 mld dolarów na odbudowę i rozwój. Tak zwykle kończy się zainteresowanie Zachodu sprawami w tzw. trzecim świecie. Szczęśliwie Francja, która przeprowadziła militarną interwencję w Mali, nie wypycha problemów tego państwa (i szerzej – regionu) ze swojej świadomości.

grafikaZ punktu widzenia władz w Bamako 4 mld dolarów to góra pieniędzy. W ubiegłym roku wydatki rządu szacowano na nieco ponad 2 mld dolarów, przy wpływach oscylujących wokół 1,4 mld dolarów (dane za CIA World Factbook). Przy istniejących możliwościach instytucjonalnych w Mali, pieniądze te powinny starczyć na długo. Zapewne tak się jednak nie stanie. Jednym z głównych powodów obaw o właściwe rozdysponowanie międzynarodowego wsparcia jest to, że od początku zakłada się przeznaczenie sporej części środków na opłacanie lojalności na zbuntowanej północy kraju. Zasypywanie problemów pieniędzmi to droga skuteczna tylko na krótką metę. Podłożem buntu na północy Mali były czynniki ekonomiczne (bieda i wykluczenie) oraz polityczne (dominacja południa nad północą). Doszły do tego czynniki zewnętrzne – Libia, powrót tysięcy  tuareskich najemników Kaddafiego, zainstalowanie się w regionie radykalnych islamistów.

Radykałowie nie do końca pokonani

Militarny sukces interwencji pod egidą Francji nie ulega wątpliwości. Odzyskano kontrolę nad utraconym na rzecz islamistów terytorium, a ich samych rozproszono. Zniszczono szereg baz i składów broni, pojmano bądź zabito część liderów radykalnych ugrupowań. Niemożliwe było jednak zadanie islamistom śmiertelnego ciosu. Podobnie jak w Afganistanie czy Iraku, regularna armia prowadziła walkę z bojówkami. Cechą charakterystyczną tego rodzaju asymetrycznych konfliktów jest zdolność bojówkarzy do wtapiania się w tło, w okoliczną ludność cywilną, a także umiejętność taktycznego wycofania się i przeczekania trudniejszego okresu. Idealnie sprawdza się to także w przypadku Mali. Radykałowie i terroryści wcale nie zostali pokonani. Nadal są i działają, chociaż mogli chwilowo wybrać sobie „bezpieczniejszą” przystań, na przykład południową Libię czy górzyste południe Algierii. Mają wielką swobodę przemieszczania się przez ogromne, a praktycznie niestrzeżone terytorium oraz łatwość w przyłączaniu się do lokalnych ugrupowań kontestujących władze centralne. Liczba konfliktów o rozmaitym podłożu - ekonomicznym, etnicznym, religijnym czy politycznym – wyjątkowo im sprzyja.

Czas na mozolne nation-building

Od pierwszego lipca porządku w Mali ma pilnować nawet 12 tysięcy żołnierzy z państw afrykańskich. Francja pozostawi w tym kraju ok. 1 tysiąca swoich żołnierzy, najpewniej także po 31 grudnia 2013 r. Oznacza to, że pole do działania dla radykalnych ugrupowań w Mali zostanie mocno ograniczone. Nie oznacza to jednak, że o Mali można już zapomnieć, a problemy tego kraju uznać za załatwione. Teraz bowiem zaczyna się trudniejsza część zadania – odbudowa państwa i jego instytucji. W proces ten muszą zostać zaangażowani przywódcy Tuaregów. W innym razie alienacja północy pozostanie problemem, który w każdej chwili będzie mógł wybuchnąć, rozsadzając Mali od środka. A mało prawdopodobne jest, by afrykańskie wojska zechciały brać udział w wojnie domowej po jednej z jej stron. Potrzebna będzie presja ze strony donatorów i szerzej rozumianego Zachodu. Nie można potraktować Mali jako tematu zamkniętego.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

W Mali następuje zmiana charakteru misji sił interwencyjnych z bojowego na stabilizacyjny. Francuzi wycofują część swoich żołnierzy, Czad już wycofał swój kontyngent. Na spotkaniu w Luksemburgu w dn. 23 kwietnia o szkoleniu wojsk malijskich przez europejskich instruktorów będą rozmawiać szefowie resortów obrony.  Czy problem Mali został już z grubsza rozwiązany?

Co udało się osiągnąć w Mali?

grafikaKampania przeciwko islamistom kontrolującym północną część Mali rozpoczęła się w drugiej dekadzie stycznia, gdy Francja postanowiła włączyć się zbrojnie do konfliktu. Dość szybko i w miarę sprawnie (w dużej mierze dzięki logistycznemu wsparciu USA) Francuzi przetransportowali sprzęt i ludzi do Mali, a następnie – również dość szybko i sprawnie – wyparli islamistów z zajmowanego przez nich terytorium. Przy okazji udało się „upolować” niektórych liderów ugrupowań islamistycznych, a także wykryć i zlikwidować liczne składy broni. Islamiści nie stanowią teraz, zdaniem analityków Stratforu, większego zagrożenia – nie operują w większych grupach, nie przeprowadzili od pewnego czasu żadnego istotnego ataku, w znacznej mierze rozpierzchli się po okolicznych państewkach i próbują przeczekać ciężkie czasy.

Priorytety na najbliższą przyszłość

Tymczasem za porządek w Mali ma odpowiadać kilkutysięczny (a może nawet 12-tysięczny) kontyngent sił pokojowych pod egidą Unii Afrykańskiej. Swój udział zadeklarowały już państwa ECOWAS, w tym lider organizacji – Nigeria. Prawdopodobny jest powrót sił czadyjskich, które starają się współdziałać z Francuzami. Zapewnienie porządku i bezpieczeństwa to podstawowy warunek do osiągnięcia sukcesu w pozostałych dziedzinach, a rzeczywiście trzeba zaczynać od podstaw. Reorganizacja i przeszkolenie wojska, uzdrowienie systemu politycznego, rozwiązanie wielu problemów życia codziennego mieszkańców Mali. Plus, o czym nie można zapominać, bo od tego zaczął się konflikt, znalezienie porozumienia z Tuaregami z północy kraju. Warto pamiętać także o uchodźcach, którzy musieli opuścić swoje miejsca zamieszkania.

Islamiści nadal groźni

Bardzo ambitna lista zadań i okazja do obserwacji kolejnej misji typu nation-building. Wszystko to będzie odbywać się w warunkach możliwego powrotu islamistów i wywołanej przez to przemocy bądź starć. Wątpliwe, by grupy islamistyczne szybko odpuściły. Pogranicze algiersko-malijskie, północny Niger, południe Libii, a w zasadzie cały obszar od Atlantyku (Mauretania) po Róg Afryki (Somalia) to wymarzona przystań dla islamistów i terrorystów. Coś na kształt Afganistanu w skali makro – słaba państwowość, mnogość problemów społecznych (z naciskiem na biedę), liczne lokalne ugrupowania rebelianckie (bądź opozycyjne w stosunku do władz centralnych).

Islamiści są także poważnym zagrożeniem dla stabilności Nigerii. Dziś pojawiły się informacje o starciach w pobliżu granicy nigeryjsko-czadyjskiej, w wyniku których mogło zginąć około 200 osób. A to tylko jedno z wielu starć nigeryjskiej armii z islamistami z ugrupowania Boko Haram.

Czas stabilizacji

Odtrąbienie sukcesu interwencji w Mali, o ile zrozumiałe z politycznego i wizerunkowego punktu widzenia, może być przedwczesne. Dobrze pamiętamy, gdy George W. Bush ogłaszał 1 maja 2003 r. zakończenie wojny w Iraku z pokładu lotniskowca USS Abraham Lincoln. Nie mógł bardziej rozminąć się z prawdą, gdyż między Tygrysem a Eufratem miała rozgorzeć krwawa i bezwzględna wojna domowa i rebelia przeciwko Amerykanom. Również Mali może być jeszcze dalekie od osiągnięcia stabilności. Decyzja o pozostawieniu w tym kraju przynajmniej 1000 żołnierzy po zakończeniu 2013 r. pokazuje, iż Francja ma świadomość ewentualnych kłopotów.

Piotr Wołejko

sobota, 02 lutego 2013

Dwie różne perspektywy z jakich można spojrzeć na sytuację w Mali. Piotr Wołejko opisuje rolę i powody dzisiejszego zaangażowania Francji w pomoc Mali, z drugiej strony Michał Hola przybliża przyczyny które doprowadziły do obecnej sytuacji... cofając się aż do Afganistanu lat '80-tych.

Artykuł ukazał się również na portalu Dziennik Zbrojny

Po naszej stronie barykady

Decyzja o zaangażowaniu się w wojnę domową w Mali nie przyszła Paryżowi łatwo. Francja próbuje unikać określenia „Żandarm Afryki”, które wynika z wielu interwencji podejmowanych na Czarnym Lądzie. Tylko w 2011 roku Francuzi brali udział w operacjach w Libii (obalanie Kaddafiego) i Wybrzeżu Kości Słoniowej (usunięcie Laurenta Gbagbo, który nie chciał ustąpić mimo porażki w wyborach prezydenckich). Jeszcze wcześniej, bo w 2008 roku, francuscy żołnierze wspierali reżim Idrissa Deby’ego w Czadzie. Skutecznie.

grafikaDziś Deby odwdzięcza się, zapowiadając wysłanie do Mali aż 2000 zaprawionych w boju żołnierzy. Po kilka setek (albo więcej, na razie pojawiają się sprzeczne doniesienia) dorzucą członkowie ECOWAS – Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Zachodniej: Nigeria, Senegal, Niger, Burkina Faso, Togo. Łącznie siły afrykańskie mają liczyć blisko 6000 żołnierzy. Mandatu do prowadzenia operacji Rada Bezpieczeństwa ONZ udzieliła jeszcze w grudniu 2012 r. Rezolucja zezwala też wszystkim państwom członkowskim ONZ przyłączyć się do operacji zwanej AFISMA (African-led International Support Mission in Mali). Francuzom zależy na tym, aby afrykańskie wojska jak najszybciej dotarły do Mali i przejęły główny ciężar walk. Zdają sobie jednak sprawę z tego, że są to pobożne życzenia. Dlatego francuska operacja zakłada udział ponad 2500 żołnierzy wraz z istotnym wsparciem lotniczym (samoloty startują z lotnisk we Francji i tankują w powietrzu).

Działania podejmowane przez Francuzów w Mali są realizacją przyjętej w 2008 roku reformy wojskowej o charakterze doktrynalnym. Francuskie siły zbrojne mają przejść od obrony terytorialnej do aktywnego reagowania na globalne zagrożenia, m.in. zwalczania terroryzmu w kraju i za granicą, głównie w krajach frankofońskich (ze szczególnym uwzględnieniem Afryki – gdzie znajduje się ponad 200 tys. Francuzów). Podjęto decyzję o zamknięciu zbędnych baz wojskowych, w tym w Senegalu i Dżibuti (przejęta przez Amerykanów). Utrzymano bazę w Gabonie, utworzono nową w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Takie usytuowanie otwiera Francuzom możliwości działania na Oceanach Atlantyckim i Indyjskim.

Wśród wielu przyczyn podjęcia przez Francję interwencji w Mali warto wyróżnić następujące:

  • Rebelianci z północy Mali postanowili uprzedzić, planowaną na jesień br., misję państw ECOWAS, rozpoczynając ofensywę na południe kraju. Rosnące wpływy organizacji i ugrupowań o charakterze radykalnym bądź otwarcie terrorystycznym niosły za sobą istotne zagrożenia dla kolejnych państw regionu, a także dla terytorium Francji – obawa przed zagrożeniem terrorystycznym;
  • Destabilizacja polityczna zagraża francuskim obywatelom, ale przede wszystkim interesom gospodarczym. Sąsiadujący z Mali Niger jest czołowym dostawcą uranu dla francuskiego przemysłu atomowego, a Mali jest trzecim największym producentem złota w Afryce (ok. 50 ton rocznie). Obrona status quo ma znaczenie na każdym szczeblu: politycznym, militarnym i gospodarczym;
  • Spadające sondaże prezydenta Hollande’a, uznawanego za słabego przywódcę. Zagraniczna eskapada wojskowa prowadzona pod szczytnymi hasłami wpływa pozytywnie na wizerunek prezydenta. Argument dyskusyjny, lecz należy zwrócić uwagę na to, że problemy w Mali to nic nowego, a pogłoski o ewentualnej interwencji trwały od miesięcy. Badania opinii publicznej pokazują, że Francuzi w zdecydowanej większości (60-70 proc., w zależności od sondażu) popierają malijską operację. W tym samym czasie Francja nie decyduje się na interwencję w Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie trwa rebelia przeciwko reżimowi prezydenta Bozize. Ma ona jednak charakter stricte wewnętrzny, brakuje pierwiastka zagrożenia radykalnym islamem czy terroryzmem.

Z punktu widzenia Francji najważniejsze jest, by interwencja okazała się krótkotrwała i nie przerodziła się w długą walkę partyzancką. Francuzi bardzo nie chcą znajdować się na pierwszym froncie walk i stąd naciski na państwa regionu, by przejęły ciężar zaangażowania na siebie. Chwilowo to się raczej uda. Malijska armia jest słaba, zdemoralizowana i rozbita, a ma przeciw sobie zdeterminowanych, najczęściej dobrze wyszkolonych i nieźle uzbrojonych rebeliantów. Francuzi muszą wziąć na siebie ciężar walk i, przy wsparciu z powietrza, zainicjować kontrofensywę, by odbijać północ Mali (przejęli kontrolę nad Timbuktu i Kidalem, przeciwnicy póki co unikają bezpośrednich starć). Docelowo to afrykańscy sojusznicy zajmą się „doczyszczaniem” odbitego terytorium oraz jego utrzymaniem. Rolą francuskich żołnierzy będzie zabezpieczenie kluczowych miejsc i instalacji. Rebelianci i islamiści szykują się do wojny partyzanckiej.

Mimo militarnego charakteru operacji, kluczowym problemem jest przywrócenie politycznej stabilności w Mali. Będzie to wymagało znalezienia porozumienia między południowcami z Bamako, stolicy kraju, a Tuaregami z północy, od których wszystko się zaczęło. A to tylko początek, bo nawet po wyparciu islamistycznych ugrupowań, liczne grupy i sami bojownicy nie rozpłyną się w powietrzu. Owszem, mogą „zaginąć” w przysłowiowych piaskach pustyni. Szczególne zagrożenie wynika z działalności zagranicznych bojowników. Mogą oni jeszcze przez dłuższy czas destabilizować kraje regionu.

Na koniec wypada zwrócić uwagę na wyjątkowo ograniczoną pomoc, jaką Francuzom zaoferowali europejscy sojusznicy: kilkanaście samolotów transportowych, wsparcie logistyczne, dane wywiadowcze, obietnica wysłania niewielkich misji szkoleniowych (w tym polskiej). Można powiedzieć, że to i tak dużo, bo w przypadku Libii niektóre kraje (vide Niemcy) byli przeciwni zaangażowaniu. Pokazuje to, jak iluzoryczna jest unijna wspólna polityka zagraniczna i obrony. Z drugiej strony, siła zazwyczaj stała po stronie NATO (Stanów Zjednoczonych), a europejskie doświadczenia sprowadzają się ostatnimi czasy do misji o charakterze cywilno-administracyjnym, odbudowy i tworzenia struktur państwowych etc. Tutaj rola UE mogłaby być większa. Ale czy będzie?

Po drugiej stronie barykady

Dżihad do Zachodniej Afryki przybył na dobre wraz z „afgańskimi Arabami” (weteranami walki w Afganistanie przeciwko agresji Związku Radzieckiego). Zagraniczni muzułmanie napływali do Afganistanu od początku lat ’80-tych aż do zakończenia wojny. Dla pierwszej grupy nazywanej „wczesnymi afgańskimi Arabami” to była pierwsza i najważniejsza wojna globalnego Islamu. Druga grupa przybyłych już w drugiej połowie lat ’80-tych nie kierowała się wyłącznie ideologią Abdullaha Azzama, lecz odbywała wyjazdy na front walk z chęci przeżycia przygody lub wręcz w celach turystycznych. Prawdziwy potencjał obu tych grup ujawnił się wraz z ich powrotem do domów. Tak dla części z nich rozpoczęła się wędrówka po kolejnych frontach walki w ramach globalnego dżihadu, a dla innych celem stały się działania prowadzone we własnych krajach.

Przyjmuje się, że atak z dnia 29 listopada 1991 r. dokonany na posterunek armii w algierskim mieście Guemar był pierwszym przykładem dżihadu na terenie Północnej Afryki. Ataku dokonała jedna z grup „afgańskich Arabów”, którzy powrócili do domu.

"Afgańczycy”, jak potocznie zwykło się ich nazywać, w 1992 r. powołali w Algierii pierwszą Zbrojoną Grupę Islamską (GIA). Nie bez znaczenia były środki finansowe przekazywane na ten cel z Pakistanu i Arabii Saudyjskiej. GIA odradzana pod rządami kolejnych przywódców działała aż do końca 2005 r., lecz dla rozpatrywania obecnej sytuacji w jej historii kluczowe są zupełnie inne daty. Grupa na początku lat ’90-tych miała zdolność przeprowadzania operacji militarnych poza granicami kraju. 24 grudnia 1994 r. członkowie GIA dokonali porwania samolotu Air France, a w latach 1995-1996 serii zamachów bombowych we Francji. Chociaż grupa oficjalnie istniała jeszcze kolejnych dziesięć lat to jej faktyczny koniec miał miejsce w latach 1998-1999 wraz z rozłamem dokonanym w GIA oraz amnestią ogłoszoną przez władze w Algierii.

We wrześniu 1998 r. byli członkowie GIA Hassan Hattab (powodowany niechęcią dla zabójstw ludności cywilnej dokonywanych przez grupę) Abou al-Barra oraz Amari Saifi założyli Salaficką Grupę Modlitwy i Walki (GSPC). Po usunięciu Hattaba radykałowie finalnie przejęli kontrolę nad GSPC. Kolejny przywódca Emir Nabil Saharaoui (a.k.a. Mustafa Abou Ibrahim) wbrew woli poprzednika zacieśnił związki grupy z al-Kaidą Osamy Bin Ladena. Po śmierci Saharaouina w czerwcu 2004 r. przywódcą grupy został Abu Musab Abdel Wadoud (a.k.a. Abdelmalek Broukdel) a po gwarancji wierności danej Osamie Bin Ladenowi 13 września 2006 r. oraz zmianie nazwy grupy na al-Kaidę Islamskiego Maghrebu (AQIM) 24 stycznia 2007 r. dynamika działań organizacji zaczęła niebezpiecznie wzrastać. Niewątpliwy wpływ na to miał członek AQIM Mokhtar Belmokhtar, nabywający swych przekonań podczas pobytu w Sudanie w połowie lat ’90-tych oraz później w wyniku relacji z Abu Mussabem al-Zarkawim oraz Abu Musabem al-Surim, wspierającymi globalny dżihad i al-Kaidę.

Tylko w ciągu dwóch następnych lat w kolejnych 6 samobójczych atakach zginęło 117 osób oraz porwano i zabito 6 cudzoziemskich zakładników. Poza zyskami czerpanymi z porwań poważne źródło dochodu dla grupy stanowił przemyt papierosów oraz kokainy, dostarczanej przez kolumbijski FARC. Ocenia się, że organizacja liczyła w tamtym czasie ok. 700 osób zgrupowanych w katibaty na czterech frontach, głównie w Algierii i Mali.

Możliwe, że to właśnie w okresie największego rozwoju grupy w czerwcu 2008 r. islamiści spojrzeli na południowy katibat el-Moulathamoune z zupełnie innej perspektywy. Na południe, którego centrum było Timbuktu zaczęli napływać ludzie, sprzęt, broń a przede wszystkim wiedza i pieniądze.

Środowisko organizacji śmiało można nazwać wrzącym tyglem. Członkowie poszczególnych grup wykazują różnoraką aktywność na froncie w Mali przeciwko władzom kraju wspomaganym przez Francję. Wciąż niejasne pozostają powiązania części z nich z władzami Algierii. Głównymi aktorami tej strony konfliktu są al-Kaida Islamskiego Maghrebu, Ruch na Rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej (MUJAO), Narodowy Ruch Wyzwolenia Azawadu (MNLA) oraz Bojownicy na Rzecz Religii (Ansar Dine). Grupy stanowią polityczno-militarno-religijną mieszankę członków ostatnich dwóch rebelii Tuaregów, weteranów walk w Libii (po obu stronach konfliktu), podmiotów chcących rozszerzenia konfliktu na inne kraje, islamskich radykałów i członków twardego jądra al-Kaidy. Grupy łączą relacje rodzinne i klanowe oraz liczne migracje bojowników. W osi konfliktu pojawiają się również działania komórek radykalnych islamistów z Maroka i Tunezji.

Na froncie w Mali znajdują się nie tylko bojownicy z Mali czy krajów sąsiadujących ale również Egipcjanie, Sudańczycy, Jemeńczycy czy Pakistańczycy. Według nieoficjalnych informacji Europejczyków walczących w Mali określa się jako „kilkudziesięciu”, pośród nich mogą być Brytyjczycy, Francuzi, Niemcy, Włosi, Hiszpanie.

Ruch na Rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej (MOJWA/MUJAO) do połowy 2011 r. formalnie stanowił część al-Kaidy Islamskiego Maghrebu. Jego wyodrębnienie oceniane jest jako próba rozszerzenia konfliktu o podłożu islamskim poza terytorium Algierii i Mali. Komisja Europejska uznała tę organizację za powiązaną z al-Kaidą zamrażając jej aktywa na początku grudnia 2012 r. Część z bojowników działała wcześniej w katibacie el-Moulathamoune, któremu przewodził Mokhtar Belmokhtar. W działaniach widać więcej wpływów klasycznej ideologii Bazy. 4 stycznia br. na zamkniętym forum wymiany radykalnych poglądów opublikowano oświadczenie MUJAO mówiące, że jedna z niedawno powołanych brygad nazwała trzy z czterech batalionów na cześć Abdullaha Azzama (mentora Osamy Bin Ladena), al-Zarqawiego (Emira al-Kaidy w Iraku i mentora Belmokhtara) oraz Abu al Libiego (ideologa i istotnego przywódcę al-Kaidy powiązanego z regionem).

24 stycznia br. z Ansar Dine wydzielił się Islamski Ruch Azawadu (MIA). Ruch jest dowodzony przez doświadczonych uczestników ostatnich dwóch rebelii Tuaregów. MIA odrzucając powiązania z al-Kaidą deklaruje gotowość do rozpoczęcia rozmów pokojowych. Jednocześnie członkowie Ruchu potwierdzają chęć dalszego stosowania działań zbrojnych i metod terrorystycznych.

Kluczem do zrozumienia przemian jakie zachodzą w rejonie Sahelu jest zrozumienie roli i wpływów Algierii a dokumenty je potwierdzające znów stanowią jeden z gorętszych tematów na brukselskiej giełdzie wywiadowczych zagadnień. Ostatni raz poszukiwano tych związków w 2010 r. w wyniku przesilenia we współpracy wywiadowczej Francji i Algierii. Wtedy też Komisja Europejska otrzymała raport poświęcony oficjalnie związkom polityki i Islamu w rejonie Sahelu, którego część poświęcono relacjom łączącym algierski Departament Wywiadu i Bezpieczeństwa z al-Kaidą Islamskiego Maghrebu. Dokument został przygotowany przez jedną z prywatnych firm doradczych. Powyższe pozwala stwierdzić, że autorem sukcesu algierskich wpływów jest siedemdziesięcioczteroletni generał Mohammed Mediene, Szef Departamentu Wywiadu i Bezpieczeństwa Algierii. Mediene piastujący stanowisko od dwudziestu trzech lat jest określany jako jeden z najbardziej wpływowych ludzi w kraju. Operacje nadzorowane przez Medienego w myśl zasady „dziel i rządź” mają znajdować odzwierciedlenie w poziomie infiltracji i próbach wpływu na wszystkie kolejne grupy od Pierwszej GIA a kończąc na ostatnio powstałym Islamskim Ruchu Azawadu.

Z kolei kluczem do prognoz poświęconych przyszłość dżihadu na terenie Afryki Zachodniej są dwie postaci: Abdul Droukdel oraz Mokhtar Belmokhtar. Po śmierci Younisa al-Mauretaniego uważa się ich za jedyne znaczące ogniwa mogące łączyć radykalizm religijny w regionie z klasyczną ideologią al-Kaidy oraz decyzyjnością twardego jądra grupy. Od połowy 2012 r. Droukdel wydaje się być zainteresowany budową pozycji al-Kaidy Islamskiego Maghrebu jako organizacji stowarzyszonej, w ramach której umacnia swoje wpływy. Mając na uwadze przeszłość Belmokhtara można sądzić, że to on czuje się sukcesorem pierwotnych idei Bazy i będzie zamierzał je realizować w praktyce, co potwierdzają jego działania z okresu ostatnich kilku lat, w tym oświadczenie wydane w związku z operacją porwania zakładników w algierskim In Amenas.

W obliczu pogarszającej się sytuacji w Sahelu do gry wchodzą znane z Afganistanu i Pakistanu samoloty bezzałogowe. Drony, na razie w roli dostarczycieli danych dla wywiadu, wesprą działania Francji i jej sojuszników. Kiedy zaczną się loty bojowe bezzałogowców? Jeśli islamiści zaczną przeprowadzać ataki wymierzone w siły francuskie, malijskie bądź afrykańskie, drony wejdą do akcji. Teraz wracają do regionu. W 2008 r. Stany Zjednoczone zamknęły bazę w Nauakchott w Mauretanii skąd prowadzono loty samolotów rozpoznawczych odpowiedzialnych za śledzenie działań al-Kaidy Islamskiego Maghrebu. Ciężar zadań został przeniesiony na bazy samolotów rozpoznawczych w Ouagadougou w Burkina Faso skąd nadal prowadzone są operacje przeciwko AQIM w Mauretanii oraz Mali lecz również przeciwko grupie Boko Haram na terenie Nigerii, Nigru, Czadu i Kamerunu. Ponadto z bazy jest prowadzone rozpoznanie nad całym terytorium Sahary. Zwiększenie ilości operacji połączone ze zmianą środka ciężkości działań na rzecz baz w Ugandzie, Południowym Sudanie, Etiopii, Dżibuti Kenii oraz na Seszelach mogło w mojej ocenie przyczynić się do wzrostu poczucia bezpieczeństwa a tym samym poziomu aktywności dżihadystów na tym obszarze. Refleksją przedstawicieli Stanów Zjednoczonych uznano potrzebę prowadzenia działań bojowych za pomocą dronów i według ostatnich dostępnych informacji baza ma zostać założona w Niamey w Nigrze.

Opracowanie tekstu:

Piotr Wołejko - Ekspert ds. polityki i bezpieczeństwa międzynarodowego, autor bloga Dyplomacja oraz publicysta portalu PolitykaGlobalna.pl

Michał Hola – Doradca ds. bezpieczeństwa, specjalista działań “tracking and targeting”, członek redakcji DziennikZbrojny.pl

 

Zdjęcie: Ministère de la Défense

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook