Bliski Wschód

wtorek, 04 lutego 2014

Zapraszam do wysłuchania podcastu z audycji Świat Na Wskroś, na falach Radia Kielce, podczas której miałem okazję rozmawiać o sytuacji w Iraku. Kontekst jest jasny: bezpieczeństwo w kraju w obliczu okupacji Falludży przez sunnickie plemiona (z Al-Kaidą w tle). Pisałem o tym na łamach Dyplomacji w ubiegłym miesiącu: Al-Kaida mogłaby okupować Bagdad? oraz Czwarta bitwa o Falludżę.

wtorek, 21 stycznia 2014

Powiązani z Al-Kaidą bojownicy z Falludży posiadają wystarczająco dużo broni, by okupować Bagdad - to nie tylko tytuł artykułu z The National, angielskojęzycznej gazety z Abu Zabi, lecz również cytat z wypowiedzi irackiego wiceministra spraw wewnętrznych.

Irackie siły bezpieczeństwa nie odbiły Falludży, ani szeregu innych miejscowości w sunnickiej prowincji Anbar, z rąk powiązanych z Al-Kaidą ugrupowań i sprzymierzonych z nimi miejscowych plemion. Cały czas nie odbyła się czwarta bitwa o Falludżę, wspomniana przeze mnie w ostatniej, pochodzącej ze stycznia, analizie sytuacji w Iraku oraz Syrii. Wydaje się jednak, że bez jakiegoś rodzaju szturmu się nie obędzie, gdyż rebelianci zapuszczają korzenie w kontrolowanych przez siebie miejscach - aresztują lokalnych oficjeli, tworzą własne sądownictwo, a w meczetach wzywają do stawiania oporu irackim siłom bezpieczeństwa.

Tymczasem w Iraku dzień jak co dzień, czyli zamachy i wybuchy bomb pułapek. Dziesiątki ofiar śmiertelnych oraz jeszcze liczniejsze grono rannych. Rok 2013 był najbardziej krwawy od sześciu lat, czyli roku 2007. Wówczas rozpędu nabierało tak zwane sunnickie przebudzenie, a Amerykanie wysłali do Iraku dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy - skupiając ich znaczną część we wspomnianej wyżej prowincji Anbar. To tam ruch oporu był najsilniejszy, a Al-Kaida znalazła swoją bezpieczną przystań. Teraz wracają najgorsze koszmary trudnych lat 2004-2007, gdy rebelia przeciwko Amerykanom nabierała rozpędu. Tym razem celem nie są już Amerykanie (opuścili Irak z końcem 2011 r.), lecz szyicki rząd Nuriego al-Mailikiego. Maliki jest w znacznej mierze odpowiedzialny za to, co dzieje się w jego kraju.

grafika

Źródło: ONZ (via BBC News)

O ile wspomnianej we wstępie przez wiceministra spraw wewnętrznych okupacji Bagdadu przez bojowników powiązanych z Al-Kaidą (ISIL) raczej nie będzie, to skala problemu jest coraz większa. Niezdolność Bagdadu do przywrócenia porządku i ładu, w prawniczej nowomowie - skorzystania z monopolu na przemoc, którym powinna dysponować władza - tylko zachęca przeciwników Malikiego do chwycenia za broń. Ciekawe, czy z okazji skorzystają także radykałowie po stronie szyitów, którzy koniunkturalnie wspierają Malikiego, lecz niejednokrotnie decydowali się na realizację własnej polityki. Jeśli taki scenariusz miałby się ziścić, dzisiejsza sytuacja będzie za rok wspominana jako prawdziwa sielanka. Kolejna odsłona krwawej wojny o podłożu religijnym prowadzi do punktu wyjścia, jakim było ponad 34 tysiące ofiar wśród cywili w 2006 roku.

Piotr Wołejko

środa, 15 stycznia 2014

Wojna domowa w Syrii trwa w najlepsze, a sytuacja geopolityczna wokół tego konfliktu zmienia się jak w kalejdoskopie. Już niedługo zapewne okaże się, że Baszar al-Assad wcale nie jest taki zły, jak przedstawiano to jeszcze do niedawna, a więc - w ostateczności - lepiej, by pozostał na stanowisku prezydenta Syrii, a jego Alawici w dalszym ciągu dzierżyli ster władzy w Damaszku. Przygrywką do nagłej zmiany frontu przez kraje zachodnie mogą być kontakty wywiadów, o których rozpisuje się zachodnia prasa.

Walki w łonie opozycji

grafikaO ile warto wstrzymać się jeszcze z ferowaniem jednoznacznych wyroków, to nie ulega wątpliwości, że czynnikiem, który odegrał decydującą rolę w zmianie percepcji Assada, jest rosnąca potęga radykalnych islamistów z organizacji takich jak ISIL czy Jabhat al-Nusra. Obie grupy są "afiliowane" przy al-Kaidzie, co zapewnia im stały napływ funduszy i chętnych do bitki bojowników, a także odpowiednie publicity. W ubiegłym roku uznawana za najbliższą Zachodowi grupę opozycyjną Wolna Armia Syryjska (FSA) poszła w rozsypkę. Gwoździem do jej trumny była fuzja siedmiu grup opozycyjnych i powstanie Frontu Islamskiego. Nastąpiło to w listopadzie 2013 r., a za decyzją o połączeniu stała zapewne Arabia Saudyjska - główny sponsor operacji pt. "obalenie Assada i osłabienie przez to wpływów szyickiego Iranu". 

Ostatnie dni przyniosły z Syrii doniesienia o intensywnych walkach syryjskiej opozycji z... ISIL (Islamskie Państwo Iraku i Lewantu). Nastąpił skoordynowany atak na powiązanych z al-Kaidą bojówkarzy, którzy zdawali się przejmować rebelię przeciwko Assadowi z rąk jej "prawowitych właścicieli", czyli Syryjczyków. W łonie ISIL znaczącą rolę odgrywają bowiem zagraniczni dżihadyści. Jeśli ISIL nie uda się zakorzenić w lokalnych strukturach plemiennych, Syryjczycy mogą odnieść w tej walce sukces. Może jednak zdarzyć się to, co nastąpiło w Somalii - tam al-Shabab, w pewnym momencie przejęte przez zagranicznych bojowników, bardzo mocno wtopiło się w struktury plemienne i stało się dzięki temu ugrupowaniem w zasadzie niemożliwym do usunięcia ze sceny politycznej. Reprezentuje bowiem część miejscowej ludności.

Możliwy scenariusz zdarzeń

Gdy opozycja jest zajęta sama sobą, nie zważając przesadnie na los ludności cywilnej, wzrasta pozycja urzędującego prezydenta Syrii Baszara al-Assada. Okazuje się, że jest on jedyną postacią, która ma szanse na uporządkowanie sytuacji w kraju, na przywrócenie względnej stabilności. A o tej stabilności marzy nie tylko Izrael czy Jordania, lecz także kraje zachodnie, zmęczone i rozdarte konfliktem syryjskim. Po tych kilku latach rebelii staje się jasne, że status quo wcale nie był zły. Assad przestaje być "trędowaty" dla Zachodu. Odblokowanie komunikacji za pośrednictwem wywiadów to pierwszy krok do dalszych konsultacji.

W tej geopolitycznej rozgrywce Syryjczycy nie są niestety podmiotem. Nikt się nimi nie przejmuje. A gra może wyglądać tak - Amerykanie dogadają się z Iranem i Rosją, przy wsparciu Izraela, że Assad powinien jednak zostać. Izrael w zamian za to ustępstwo ze strony USA (i Europy) może bardziej konstruktywnie podejść do rozmów z Palestyńczykami, na czym teraz bardzo Amerykanom zależy. Kupią tym także umacniającą się po rocznej przerwie juntę wojskową w Egipcie, która z nienawiści do islamistów wspiera reżim Assada zezwalając na tranzyt irańskiej ropy przez własne porty. Amerykanie znowu "podpadną" Arabii Saudyjskiej, która jest poważnie zaniepokojona odprężeniem amerykańsko-irańskim, a także Turcji, która zajęła dość twarde antyassadowskie stanowisko. Turcy są jednak w tej chwili zajęci rozgrywkami wewnętrznymi (starcie Erdogana i jego niedawnego sojusznika F. Gullena, lidera ruchu religijnego) i nie mają głowy do Syrii. Po krótkim czasie dojdą do wniosku, że stabilna Syria z Assadem jest o niebo lepsza od rozkręcającego się z roku na rok chaosu.

Piotr Wołejko

niedziela, 05 stycznia 2014

W wyniku sunnicko-szyickiej wojny domowej, która ma miejsce w Iraku, w ubiegłym roku zginęło ok. 8 tysięcy osób. Jednym z kluczowych punktów oporu wobec irackich władz (zdominowanych przez szyitów z premierem Nurim al-Malikim na czele) ponownie okazała się Falludża. Miejsce to kojarzy się z rewoltą przeciwko amerykańskim wojskom okupacyjnym. Amerykanie dwukrotnie szturmowali miasto w 2004 r. (na wiosnę, co zakończyło się fiaskiem, oraz jesienią, wówczas operacja się udała), a trzeci raz posłużyli się tzw. przebudzonymi (sunni awakening) na przełomie 2007 i 2008 r.

Teraz czas na czwartą bitwę o Falludżę, która znalazła się pod kontrolą bojowników z ugrupowania ISIS (Islamskie Państwo Iraku i Syrii). Czym jest ISIS? Al-Kaidą po rebrandingu. Od pewnego czasu Al-Kaida prowadzi swoją globalną walkę pod płaszczykiem regionalnych czy lokalnych celów. Szerzej na ten temat we wpisie z maja 2012 r. Bojownicy z ISIS przejęli kontrolę nad Falludżą i zawiesili swoje flagi na budynkach rządowych. Państwo irackie kończy się przed rogatkami miasta. Czy armia iracka będzie w stanie je odbić? Amerykanie określają drugą bitwę o Falludżę mianem największej bitwy miejskiej od czasów wojny wietnamskiej i walk o miasto Hue w 1968 r.

Sunnicki trójkąt vs. Maliki

grafikaFalludża nieprzypadkowo wymyka się spod kontroli szyickiego rządu w Bagdadzie. Miasto znajduje się w tzw. sunnickim trójkącie, w prowincji Anbar, a obszar ten był ostoją opozycji wobec amerykańskiej inwazji (bastionem sił pro-saddamowskich). Dopiero przekupienie plemion z prowincji Anbar (wspomniane "sunnickie przebudzenie"), uznawane za największy sukces dowodzącego wówczas siłami amerykańskimi gen. Davida Petraeusa, doprowadziło do pokonania i przepędzenia radykałów z Al-Kaidy i podobnych jej ugrupowań. Nie czarujmy się jednak - za zmianą stron stały pieniądze i taktyczna kalkulacja, iż w tym konkretnym momencie lepiej sprzymierzyć się z wrogiem. Gdy Amerykanie opuścili Irak w grudniu 2011 r., a sunnici zaczęli znajdować się w coraz większej defensywie polityczno-ekonomicznej, wybór był jasny - sunnici musieli zjednoczyć siły przeciwko premierowi Malikiemu i irackiemu państwu.

To właśnie Maliki ponosi - w znacznym stopniu - odpowiedzialność za tragiczną sytuację w Iraku. Zmusił sunnickiego wiceprezydenta do ucieczki z kraju, a zaocznie doprowadził do skazania go na karę śmierci. Prowadzi skrajnie proszyicką politykę, zapominając o tym, że 1/5 mieszkańców kraju stanowią sunnici. W rzeczywistości, w której łatwiej chwycić za broń, niż rozmawiać z politycznym oponentem, musiało to doprowadzić do rozlewu krwi. Bez udziału Amerykanów, którzy bez żalu wycofali się z Iraku (obietnica wyborcza Baracka Obamy), za sznurki pociągają Maliki (wraz z irańskimi sojusznikami) oraz - tak moi drodzy, nie mylicie się - Arabia Saudyjska, wspierająca sunnickich braci. Stąd właśnie ogromne niezadowolenie Rijadu, który prowadzi dwie wojny (także w Syrii) i napotyka się na brak wsparcia USA, a także - o zgrozo! - na detente z Iranem.

Co robią Amerykanie?

Nic dziwnego, że zdesperowani w poszukiwaniu bliskowschodniego sukcesu Amerykanie skierowali swą uwagę na konflikt izraelsko-palestyński i za wszelką cenę dążą do zawarcia, nie wahajmy się tego powiedzieć, historycznego porozumienia. Paradoksalnie, to konflikt izraelsko-palestyński jest teraz, jakkolwiek dziwacznie to nie zabrzmi, najłatwiejszym do rozwiązania w całym regionie. Zacznijmy od podstaw - w Ziemi Świętej mamy przynajmniej jasno zdefiniowanych graczy, z którymi można rozmawiać (rząd premiera Netanjahu, prezydent Mahmud Abbas, kierownictwo Hamasu ze Strefy Gazy). Skoro jest z kim rozmawiać (czego nie można powiedzieć o Syrii, a wkrótce - niestety - zapewne także o Iraku), to sekretarz stanu Kerry zamienił się w pas transmisyjny i oblatuje serce Bliskiego Wschodu z godną pochwały wytrwałością. Czy uda mu się doprowadzić do porozumienia, to zupełnie inna sprawa. Zażegnanie konfliktu w Ziemi Świętej byłoby niebywałym sukcesem i bodaj jedyną dobrą wiadomością z Bliskiego Wschodu, na jaką możemy (nieśmiało) liczyć.

Syryjsko-iracka droga do upadłości

Wracając do Iraku, Falludży i bojowników ISIS nie można nie odnieść się do Syrii, gdzie ta sama grupa stała się kluczowym punktem oporu wobec reżimu prezydenta Baszara al-Assada. Ba, prowadzi nawet podjazdową wojenkę z szyickim Hezbollahem, uderzając w jego siedziby na terytorium Libanu. Przypomina mi się zeszłoroczna historia z walkami o kluczowe dla losów rebelii przeciwko Assadowi miasto Hama, podczas których bojownicy Hezbollahu starli się z członkami Al-Kaidy. Ci pierwsi wygrali, a ci drudzy wspominali, że nigdy jeszcze nie walczyli z tak zdeterminowanym przeciwnikiem. Dokonując daleko posuniętego uproszczenia można powiedzieć, że Iran odniósł wówczas ważne zwycięstwo nad Arabią Saudyjską, przełamując przy tym tzw. momentum rebeliantów i zapewniając oddech Assadowi - ważnemu sojusznikowi Teheranu.

Wojna domowa w Syrii doskonale uzupełnia się z postępującą wojną domową w Iraku. Przyczyny konfliktu w obu państwach były czysto lokalne, lecz szybko zeszły na dalszy plan, gdy do gry wkroczyli zewnętrzni interwenienci. W znacznej mierze to oni decydują teraz o sytuacji w obu państwach, a to nie oznacza niczego dobrego. Na Bliskim Wschodzie trwa bezwzględna walka o wpływy, a geopolityka odgrywa kluczową rolę. Od momentu zamachu stanu w Egipcie latem 2013 r. z gry w znacznej mierze wypadł Katar (główny sponsor Bractwa Muzułmańskiego), zdystansowany przez Arabię Saudyjską (i inne państwa Rady Współpracy Zatoki - GCC), toczącą spór z szyickim Iranem.

Primum non nocere

Zachód nie za bardzo wie, jak odnaleźć się w tak skrajnych realiach i - raczej słusznie - nie decyduje się na bezpośrednią interwencję (zbrojną) w którymkolwiek z miejsc konfliktu (Syria, czy ew. powrót do Iraku). Słusznie też próbuje (USA) rozbroić konflikt w Ziemi Świętej, który przez dekady był solą w oku wielu mieszkańców Bliskiego Wschodu. Jakaś interwencja będzie jednak potrzebna, gdyż rysujące się alternatywy ewentualnych zakończeń konfliktów są trudne do przyjęcia: pełne zwycięstwo sunnickich radykałów (a więc także i Al-Kaidy), pełne zwycięstwo szyickich radykałów (Iranu i Hezbollahu), długotrwała wojna z jej wszystkimi konsekwencjami (uchodźcy, bezpieczna przystań dla terrorystów).

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Wikimedia Commons / LCPL JOEL A. CHAVERRI, USMC

poniedziałek, 25 listopada 2013

W miniony weekend (23-24 listopada br.) w sprzyjających okolicznościach przyrody (Genewa, Szwajcaria) udało się zawrzeć tymczasowe (czas trwania to sześć miesięcy) porozumienie w sprawie irańskiego programu atomowego.

Główne punkty porozumienia to wstrzymanie przez Iran wzbogacania uranu powyżej 5%, zneutralizowanie posiadanych zasobów uranu wzbogaconego do 20%, ograniczenie liczby użytkowanych wirówek do wzbogacania uranu, zapewnienie nieskrępowanego dostępu do instalacji nuklearnych w Natanz i Fordow. W zamian Iran otrzyma stosunkowo niewiele – bardzo ograniczone uchylenie bądź poluzowanie sankcji gospodarczych. W ciągu kilku tygodni rozmowy zostaną wznowione, a ich celem będzie zawarcie pełnego porozumienia.

Zwycięstwo dyplomacji

grafikaDyplomacja triumfuje. I nie mam tu na myśli tylko bloga Dyplomacja i jego autora. Od dawna bowiem pisałem (tag Iran) o irańskim programie nuklearnym, konsekwencjach ewentualnego skonstruowania bomby atomowej przez Iran, czy rozgrywce geopolitycznej wokół Teheranu. Studziłem gorące głowy naszych analityków, którzy uprawiali czarnowidztwo i cyklicznie przewidywali kolejne terminy amerykańskiej lub izraelskiej interwencji zbrojnej. Żadnej interwencji nie było. Iran nie wszedł w posiadanie broni A, chociaż od lat w mediach i analizach think-tanków pojawiają się informacje, iż już za dwa lata Iran będzie mógł taką broń skonstruować. Czas mija, a broni jądrowej jak nie było, tak nie ma. Nad kabaretowym występem izraelskiego premiera Netanjahu na forum ZO ONZ w ubiegłym roku nie ma się co rozwodzić.

Dyplomacja triumfuje, gdyż udało się – na razie częściowo – osiągnąć zakładane cele bez konieczności używania siły. Byłoby to zresztą dość trudne, a jednocześnie mogłoby wywołać szereg daleko idących konsekwencji. Iran, to nie Irak, jak głosi jeden z bardziej suchych żartów o blondynkach (Jedna blondynka pyta drugą: to jak się w końcu mówi, Irak czy Iran?). Irak dało się łatwo pokonać, ale co było później – dobrze wiemy. Iran to zupełnie inna para kaloszy. Inna kategoria wagowa, komentując to w kategoriach bokserskich. Zamiast wątpliwego, z punktu widzenia przyszłych korzyści, użycia siły, postawiono na kombinację sankcji ekonomicznych i zachęt do rozmów. Podobno pierwsze próby badania gruntu miały miejsce w marcu br., czyli na trzy miesiące przed wyborem Hassana Rouhaniego na prezydenta Iranu. Jeśli tak rzeczywiście było, to nowe otwarcie nowego prezydenta jest sterowane przez najwyższego przywódcę Islamskiej Republiki Iranu Alego Chemeneiego i nastąpiłoby bez względu na to, kto zastąpiłby Mahmuda Ahmadineżada. Nie umniejszam jednak roli Rouhaniego, który od początku kadencji prowadzi „ofensywę uroku”, poprawiając wizerunek swojego kraju i atmosferę wokół programu atomowego.

Geopolityczne otoczenie negocjacji

Zakończone sukcesem negocjacje nie były łatwe. Nie tylko sprzeciwiał się im Izrael, czy kraje arabskie z Arabią Saudyjską na czele (właśnie to mogło być prawdziwym powodem demonstracyjnego odrzucenia wyboru Rijadu na niestałego członka RB ONZ), dla których Iran jest głównym geopolitycznym przeciwnikiem. W pewnym momencie porozumieniu sprzeciwiła się Francja, która sprzedaje krajom arabskim, w tym Rijadowi, broń o wartości miliardów euro. Presja Stanów Zjednoczonych była jednak tak silna, że Paryż wycofał swoje obiekcje i udało się wynegocjować tymczasowe porozumienie.

Paradoksalnie, to nie same negocjacje z Iranem mogą stać się główną przeszkodą w osiągnięciu ostatecznego porozumienia. Głównym hamulcowym może być amerykański Kongres, który musi przegłosować zniesienie nałożonych na Iran sankcji. O ile ich nakładanie nie było przesadnie trudne, zazwyczaj przegłosowywano stosowne ustawy przygniatającą większością głosów, przy tylko symbolicznym sprzeciwie, to ze znoszeniem sankcji nie będzie tak łatwo. Kongres jest bowiem znacznie bliższy poglądom izraelskiego premiera Netanjahu, niż administracji z Barackiem Obamą na czele. Panuje tu ponadpartyjny konsensus. Netanjahu nazywa tymczasowe porozumienie z Iranem poważnym błędem i porównuje dzisiejszą sytuację do tej z 2005 r., gdy negocjowano w sprawie programu atomowego z Koreą Północną (Pjongjang wkrótce wycofał się z układu i przeprowadził testy broni jądrowej). W ostatnim okresie wytężonych negocjacji Obama i sekretarz stanu John Kerry musieli raczej apelować do kongresmanów, aby nie ważyli się nakładać na Iran nowych sankcji.

Czy to początek odwilży w relacjach amerykańsko-irańskich?

Zawarcie tymczasowego porozumienia pokazuje, że z Iranem można się dogadać. Teheran przestaje być międzynarodowym pariasem, a staje się normalnym partnerem, który ma swoje zasadne interesy i należy to respektować. Zasadne interesy to chociażby budowa kolejnych (po Buszehr) elektrowni atomowych i pozyskiwanie energii elektrycznej z tego źródła. Liczę na to, że negocjacje dotyczące programu atomowego pozwolą Iranowi i Stanom Zjednoczonym przywrócić, zerwane w 1979 r., stosunki dyplomatyczne. Na razie są to zbyt dalekosiężne cele, biorąc pod uwagę naprawdę niewielkie postępy, jakie udało się w tym roku osiągnąć. Oba kraje są dopiero na początku długiej drogi odbudowy wzajemnego zaufania. W interesie nas wszystkich jest, aby pozostały na tej drodze.

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook