Europa

czwartek, 10 kwietnia 2014

Wiem, że częstotliwość wpisów w ostatnich miesiącach jest daleka od zadowalającej i zdaję sobie sprawę z tego, że wystawiam Waszą cierpliwość na poważną próbę. Stąd poniżej kilka słów komentarza do wydarzeń na Ukrainie. Zanim o tym, chciałbym poprosić Was o jeszcze trochę cierpliwości, z którą związany będzie brak aktywności na Dyplomacji. Nie mam talentu śp. Steve'a Jobsa i nie zapowiem się tak, jak on zapowiadał cudeńka z Cupertino, ale już wkrótce nadejdzie wielka chwila dla Dyplomacji. Zaglądajcie tu co jakiś czas, żeby być na bieżąco. Śledźcie także Dyplomację na jej profilu na FB oraz mnie na Twitterze.

Czas na merytorykę. O sytuacji na Ukrainie wypowiadałem się dla ukraińskiej telewizji BTB. Tutaj znajdziecie zwięzłe podsumowanie rozmowy, a poniżej link do filmiku na YouTube. Oglądamy od 4:22.

O czym mówiłem? Po pierwsze, obalałem tezę "demonstrantów" ze wschodnich części kraju, że skoro zachodnia Ukraina mogła protestować za UE i przeciw Rosji, to oni mogą protestować za Rosją, a oba protesty, tj. EuroMajdan i wydarzenia w Charkowie, Doniecku czy Ługańsku są podobne i można postawić między nimi znak równości. W żadnym razie nie można, gdyż EuroMajdan był spontaniczny, czego nie da się powiedzieć o protestach na wschodzie kraju. Z daleka czuć rękę Moskwy, która inspiruje różnego rodzaju wystąpienia, proklamacje kolejnych "republik" i robi coś więcej ponad ściskanie kciuków za destabilizację wschodu Ukrainy. Czy szykuje wariant krymski, czyli wprowadzenie sił samoobrony w mundurach z pierwszego lepszego sklepu z militariami, czy tym razem użyje sił konwencjonalnych (zgromadzonych przy granicy z Ukrainą, co pokazało NATO na zdjęciach satelitarnych)? Bez różnicy, bo efekt końcowy będzie taki sam - Rosja przejmie kontrolę nad kolejnymi częściami Ukrainy.

Co powinien robić rząd w Kijowie? Musi poradzić sobie z separatystami i to jak najszybciej, także przy użyciu siły - choć każda, nawet przypadkowa ofiara, to wielkie ryzyko i kolejny pretekst dla obłudnej gry Rosji. Muszą jednak zostać zapewnione warunki dla przeprowadzenia majowych wyborów prezydenckich. W przypadku destabilizacji bądź chaosu na wschodzie Ukrainy Rosjanie będą mogli śmiało używać argumentów o nielegalności wyborów i dyskryminacji ludności wschodniej Ukrainy.

Kluczowa jest jednak gospodarka - i to był trzeci temat mojej wypowiedzi dla telewizji BTB. Reformy, zmiany, transformacja. A wszystko powinno być przeprowadzane ze świadomością, że do Ukrainy nie przyjedzie żaden Święty Mikołaj z Zachodu, który sypnie pieniędzmi. Nikt niczym nie sypnie, tak jak nie sypnął w Polsce. Do wszystkiego Ukraińcy będą musieli dojść sami. Oczywiście, pewna pula pieniędzy z MFW czy UE będzie dostępna, ale są to pieniądze obwarowane licznymi haczykami. Środki te wesprą transformację, ale będzie ona bolesna dla zwykłych Ukraińców. Trzeba zapewnić odpowiednie osłony socjalne, nie można zostawić ludzi na lodzie, z dnia na dzień zmieniając "warunki gry".

Piotr Wołejko

Tagi: Rosja Ukraina
22:00, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (9) »
czwartek, 27 marca 2014

Julia Tymoszenko zapowiedziała udział w majowych wyborach prezydenckich na Ukrainie. O ile nieoznakowani żołnierze Putina nie zaczną odkrajać kolejnych skrawków ukraińskiego terytorium, 25 maja w szranki obok Julii staną także były bokser Witalij Kliczko oraz oligarcha Petro Poroszenko. Dawną ekipę Wiktora Janukowycza ma reprezentować Serhij Tihipko. Sondaże faworyzują Poroszenkę, dając mu między 25 a 30% głosów. Pozostali kandydaci mogą liczyć na jednocyfrowe poparcie.

grafika

Julia na Euromajdanie (źródło: Mstyslav Chernov/Wikimedia Commons)

Pierwsze, co rzuca się w oczy, gdy przyglądamy się liście kandydatów, to deficyt "nowych twarzy". Poza Kliczką, który jest jednak wielką niewiadomą (plus dla niego, że pieniędzy dorobił się sam, a nie dzięki rozmaitym układom) pod względem poglądów na kluczowe sprawy (nie mówiąc o szczegółowych rozwiązaniach), widzimy stare, zgrane nazwiska. Ukraińcy znowu mają wybór między oligarchami i kłótliwymi politykami, efekty pracy których wyprowadziły ich na Majdan. Jest jasne, że ani Poroszenko, ani Tihipko, ani tym bardziej Julia Tymoszenko nie wprowadzą istotnych reform, czy na poważnie walczyć z korupcją.

Prawdziwe oblicze Tymoszenko

Sam fakt zgłoszenia chęci udziału w wyborach przez Julię Tymoszenko oceniam negatywnie. Jako osoba współodpowiedzialna za klęskę Pomarańczowej Rewolucji, do tego mająca całkiem dobre relacje z Władimirem Putinem, Tymoszenko nie powinna już odgrywać żadnej istotnej roli na Ukrainie. Jej wyniszczająca wojna z Wiktorem Juszczenką najpierw pozwoliła powrócić do władzy Wiktorowi Janukowyczowi i Partii Regionów, a następnie zawiodła ją za kratki (pretekst: niekorzystna umowa na dostawy gazu z Rosji, którą Julia dogadywała bezpośrednio z Putinem).

grafika

źródło: www.kremlin.ru/Wikimedia Commons

Polacy powinni pamiętać, że gdy Julia była premierem, stosunki polsko-ukraińskie były co najwyżej "letnie". Tymoszenko przedkładała relacje z Niemcami ponad te z Polską, chociaż to Warszawa była i jest największym adwokatem Ukrainy w Unii Europejskiej. Wbrew oczekiwaniom Warszawy, Tymoszenko wcale nie spieszyło się ku Europie. Duże wątpliwości wzbudza także dziwna "słabość" Władimira Putina do Julii. Może chodzi o dawne zajęcie byłej premier, która w latach 90. była "magnatem gazowym" (handel z Rosją), a może o coś innego. Na pewno Putin sprzeciwiał się wendetcie Janukowycza na Tymoszenko, a po jej uwolnieniu zapraszał ją do Moskwy. Może scenariusz Putina wygląda tak, że po aneksji Krymu zechce osadzić na fotelu prezydenta Julię Tymoszenko, która pozornie jest prozachodnia, ale gwarantuje utrzymanie rosyjskich wpływów i realizację interesów Kremla? Wiadomo przecież, że triumf jakiegokolwiek kandydata Partii Regionów jest w zasadzie niemożliwy, Kliczko jest niewiadomą także dla Putina, a Poroszenko - jako oligarcha - to raczej krótkodystansowy frontrunner sondaży niż kandydat, którego należy traktować poważnie.

Czy Majdan przegra po raz drugi?

Powrót starej gwardii Majdanu, oligarchia, dawny układ czy wielka niewiadoma w osobie Witalija Kliczki? Niestety, Euromajdan nie wykreował żadnego lidera, który mógłby realnie myśleć o rywalizacji z wyżej wymienionymi. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że wielki entuzjazm, sprzeciw wobec skorumpowanym władzom, a przede wszystkim setka ofiar, nie przyniosą spodziewanej zmiany. Że wszystko to znowu pójdzie na marne. Mimo wielkiej mobilizacji, to Władimir Putin ma większą szansę na takie rozdanie kart, po którym odejdzie od stołu usatysfakcjonowany. A Zachód nie kiwnie palcem, żeby temu zapobiec. Ważniejsze są kontrakty niemieckich i francuskich przedsiębiorców oraz interesy brytyjskich finansistów. Nikt nie zamierza nawet udawać, że chce nacisnąć na odcisk Rosji.

Piotr Wołejko

wtorek, 11 marca 2014

Współczesne polskie media niezwykle rzadko odnoszą się do wydarzeń międzynarodowych. Jednym z nielicznych wyjątków jest sytuacja na Ukrainie, zwana potocznie „europejskim majdanem” - ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich dwóch-trzech tygodni. Okres ten przyniósł spektakularną wywrotkę komentatorów spraw międzynarodowych we wszystkich chyba massmediach. Uprawiane zaklinanie rzeczywistości, niesłusznie zwane prognozami i komentarzami, naraziło widzów i słuchaczy na wstrząs psychiczny, gdyż z rysowanego obrazu defilady zwycięstwa na kijowskim majdanie zostaliśmy teleportowani na skraj wojny – i to w wystąpieniu samego premiera.

Niestety wstrząs  jest uzasadniony, gdyż wbrew tworzonym pozorom sytuacja na Ukrainie jest coraz groźniejsza dla Polski. Nie idzie tutaj o pojawiające się co jakiś czas ostrzeżenia o pleniącym się w Kijowie faszyzmie czy banderowcach szykujących kolejny majdan w Przemyślu, czy też o ruskich czołgach grzejących silniki w Brześciu, ale o poważne ryzyko wciągnięcia Polski w otwarty konflikt z dużo silniejszym sąsiadem.

O co w tym wszystkim chodzi?

Na początek warto sobie uświadomić rzecz dla obserwatorów oczywistą - w Kijowie nie chodzi o Ukrainę, ale o Moskwę. Ukraina to tylko jedno z pól na globalnej szachownicy, co gorsza dla Polski – wcale nie najważniejsze dla tzw. Zachodu, a całkiem istotne, głównie zresztą z przyczyn wewnętrznych, dla Rosji. Efektem konsolidacji wewnętrznej Rosji jest próba odzyskania przynajmniej części pozycji przy stole wielkich mocarstw. Obserwowany spór wynika z faktu, że miejsce to można odzyskać tylko kosztem któregoś z obecnych graczy.

grafikaWarto podkreślić, że siła Rosji w obecnym świecie wynika w dużym stopniu z jej słabości. Parasol z broni nuklearnej oraz relatywnie silna armia wraz z miejscem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ zapewniają niezależność od presji militarnej. Oparcie gospodarki na eksporcie węglowodorów i brak znaczących rynków eksportowych (poza uzbrojeniem) powoduje, że brak jest możliwości wywierania presji ekonomicznej. Jak łatwo jest taką presję wywoływać jest pokazuje polski eksport na rynki wschodnie i wprowadzone przez władze w Moskwie od czasu do czasu embarga. Nie tylko Warszawa, ale i Bruksela, czy też Waszyngton, nie mają możliwości odpowiedzenia kontrśrodkami. Żadna z rosyjskich gałęzi gospodarki ani firm, nie zdobyła żadnego z rynków międzynarodowych. Nie ma więc za bardzo w co uderzyć sankcjami.

Watko podkreślić, że kolejnym błędem pojawiającym się praktycznie we wszystkich komentarzach było uznawanie pogarszającej się sytuacji ekonomicznej Rosji za przesłankę do jej „spokojnego” zachowania się wobec wydarzeń w Kijowie. Często bywa tak, że tzw. szoki zewnętrzne mają istotny wpływ na politykę wewnętrzną. Z punktu widzenia władców wpływ ten bywa zbawienny, gdyż najczęściej powoduje tzw. „konsolidację obozu władzy. Dla władzy ma to zazwyczaj zbawienny wpływ, gdyż zmusza do milczenia nie tylko opozycyjnych krytyków, ale obniża też niezadowolenie zwykłych obywateli, czy też poddanych. Reakcją na strach jest zaspokajanie deficytu bezpieczeństwa tam, gdzie najbliżej, czyli u swoich władców. Puste brzuchy burczą wtedy mniej. Metodę tą obecna elita władzy w Moskwie stosowała wielokrotnie – generalnie im bardziej będzie gwałtowna reakcja świata zewnętrznego, tym łatwiej będzie Putinowi utrzymać się przy władzy, jako carowi „zjednoczycielowi ziem ruskich”.  

Zachód wobec Ukrainy

A co z interesami zachodnich graczy na Ukrainie? Kanclerz Merkel buduje swój image  obrończyni zarówno wartości demokratycznych, jak i Europy przed wschodem i zachodem. Podstawą tej konstrukcji są zarówno przepychanki z Moskwą z jednej strony, jak i Waszyngtonem (vide afera Snowdena oraz rosnąca liczba azylantów politycznych – do których niedawno dołączyła – zaraz po Chodorkowskim, piękna Julia [Tymoszenko]). Berlin co prawda zwalcza wpływy polityczne Rosji, ale tylko na obszarze, który uznaje za swój. Nie angażuje się jednak w obszar postradziecki. Głównie wizerunkowa reakcja Berlina na działania Moskwy zapewnia realizację tej polityki przy niewielkich kosztach.

Kolejny gracz, czyli prezydent Obama, na obecnym etapie swojej prezydentury jest zainteresowany zapewnieniem sobie odpowiedniej ilości ulic i pomników nie tylko na terenie  USA. Koniec drugiej kadencji zbliża się nieubłaganie, a jakiś spektakularny sukces międzynarodowy może się zdarzyć jedynie na Bliskim Wchodzie. A tam bez ministra Ławrowa ani rusz. Zasadniczym problemem nie tylko dla Ukrainy, lecz również dla Polski polega na tym, że dla zachodnich graczy Ukraina sama w sobie nie jest specjalnie istotna. Ma ona znaczenie jako źródło nacisku na Moskwę, który to – z przyczyn opisanych powyżej – ma pewien pozytywny wpływ na sytuację wewnętrzną Rosji. Nacisk ten nie jest więc przesadnie intensywny.

Jak gra Unia Europejska?

Szeroko reklamowany u nas „ukraiński” szczyt Unii wydaje się być czymś innym, niż się uważa w naszych mediach - będąc de facto pewną ofertą wobec Moskwy. Tak należy rozumieć ofertę popisania ‘części politycznej  umowy stowarzyszeniowej” pomiędzy Kijowem a Brukselą, dość słusznie nazwanej „częścią muzyczno-śpiewną”, czyli niewiążącej w sensie prawnym preambuły tej umowy. To co odczytuje się w Polsce jako niesamowity postęp Ukrainy na Zachód jest nie tylko wyraźnym krokiem wstecz w stosunku do oferty z Wilna, ale de facto sygnalizacją możliwości pewnego kompromisu z Rosją w kwestii integracji Kijowa z Brukselą. Jest nią…… kazus Kanady – stowarzyszonej w NAFTA - i UE. Nie można być w dwóch uniach celnych jednocześnie – więc Kijów może politycznie stowarzyszyć się z UE, a gospodarczo ze wschodem.

Pozostałe uchwały szczytu są czysto kabaretowe – zaprzestanie negocjacji w obszarach polityki wizowej czy umowy o pogłębionej współpracy gospodarczej. Tą pierwszą od dawna blokowały Niemcy a drugą zawetował jeszcze premier Jarosław Kaczyński w… 2007 roku. Groźba sankcji, ale dopiero w przypadku zajęcia wschodnich obszarów Ukrainy, to przecież cicha zgoda na aneksję Krymu. W przypadku USA obecność militarna np. w Polsce nie wykracza poza standardy – istotną zmianą byłoby pozostawienie przysłanych samolotów do Polski i Litwy na stałe. Oznaczałoby to jednak złamanie tzw. Deklaracji Madryckiej, sprowadzającej się do obietnicy braku obecności zarówno oddziałów NATO, jak i infrastruktury militarnej Sojuszu na terytorium „nowych” członków, co z pewnością…. nie nastąpi.

Lekcja historii dla Polski

Miękkość reakcji wskazuje że Zachód nie wybiera się wiec na wojnę, ale na kolejną rundę negocjacji z Putinem, zapewne oczekując – z racji przejęcia władzy w Kijowie przez swoich stronników – lepszej oferty od Moskwy. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że oferta ta niekoniecznie będzie dotyczyć Ukrainy, a co bardzo prawdopodobne - Iranu albo Syrii, i to w tym kontekście nastąpi rozwiązanie „kwestii ukraińskiej”. Co gorsza, do dzisiejszej sytuacji istnieje silna analogia historyczna związana z wydarzeniami sprzed stu lat, które oprócz jednego z wątków są całkowicie zapomniane.

Chodzi tutaj o próby powstrzymania historycznego poprzednika obecnej Rosji – czyli czerwonej Rosji, przez różne siły, również zagraniczne. Najciekawsze są oczywiście działania związane z tzw. frontem południowym, czyli Ukrainą. Jeśli zagłębimy się w ten fragment historii, odnajdziemy w nim wszystkie elementy układanki widoczne dzisiaj. W szczególności dwa (a tak naprawdę trzy, bo nie można zapominać o Zachodnioukraińskiej Republice Ludowej) państwa ukraińskie  tj. prozachodnia i „pro wschodnia” Ukraina wchodząca w skład RF SRR, oraz odrębne działania ówczesnych tzw. mocarstw zachodnich, które  wspierały tzw. „białych” …. na Krymie. Wszystkie elementy współczesnej układanki – czyli wschodnia i zachodnia Ukraina jak i Krym były już w grze.

Publicystom, a mam nadzieję że i naszym decydentom, znany jest ten element ówczesnego konfliktu. Z dzisiejszej perspektywy warto wskazać kluczowe elementy ówczesnej sytuacji, które doprowadziły do jej historycznego zakończenia. Po pierwsze, ówczesne mocarstwa nie przejawiały wielkiej woli do interwencji na rzecz sprawy ukraińskiej przeciwko Moskwie, mimo słabości powstającego dopiero bolszewickiego państwa. Ograniczano się jedynie do mało kosztownego wspierania lokalnych ruchów. Po drugie, ówczesne władze Polskie popełniły błąd oceniając siłę przeciwnika – Rosji Radzieckiej - i swoją własną. Skończyło się na cudzie nad Wisłą.

Podobnie źle odczytano zamiary zarówno Francji i Anglii, jak i rzekomo zagrożonych przez rewolucję Niemiec. Wszystkie te kraje w obliczu zapowiadającego się sukcesu Rosji w wojnie z Polską zaczęły grać na zwycięzcę – proponując mu dogodną granicę (tzw. linia Curzona), czy też blokując pomoc wojenną dla Polski. Bez wątpienia wojna polsko-rosyjska nam nie grozi, ale równie mało prawdopodobne jest utrzymanie się obecnego stanu rzeczy na Ukrainie.

Jeśli ktoś miał jakieś wątpliwości co do realnych zamiarów tzw. „Zachodu” nad Dnieprem, to marność oferty pomocowej powinna być ostatnim dzwonkiem alarmowym. Oczywiście  może się to skończyć powrotem do punktu wyjścia, czyli chwiejnej koegzystencji różnych sił. Niestety, coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Rosja spacyfikuje – wywołany przez samą siebie - chaos na Ukrainie i przywróci ten kraj do politycznego ładu, być może nawet z imprimatur sił tzw. zachodnich ( pierwsze jaskółki zwrotu w tej dziedzinie można znaleźć na stronie BBC). Nie będzie to ład a la Janukowycz, lawirujący w miarę możliwości pomiędzy wschodem a zachodem, ale zapewne jakaś forma twardszych rządów autorytarnych - kontrolowanych w pełni i administrowanych z Moskwy. Oczywiście nie w kategoriach formalnych zewnętrzne - atrybuty państwowości Ukrainy pozostaną. W takim scenariuszu – kontynuując obecną politykę - blisko nam do sytuacji w jakiej znalazł się Piłsudski pod Kijowem w 1920 roku.

Oczywistością jest brak zasobów Warszawy do samodzielnego podtrzymania zachodniego kursu Kijowa – co powoduje, że powinniśmy zachować się jak dobry harcownik, który wie, że kiedy nadchodzi prawdziwe starcie ciężkozbrojnych, należy schronić się za linią swoich wojsk. Wydaje się, że właśnie jest ostatni dobry moment na taki zwrot, można nawet iść po śladach Orbana. Nawet jeśli za kilka lat na wschodzie będziemy graniczyli faktycznie wyłącznie z Rosją, to już dziś należy zrobić wszystko, żeby nie była to Rosja znacznie bardziej antypolska niż obecnie.

Marek Bełdzikowski

czwartek, 13 lutego 2014

Największym wydarzeniem  tego roku w polityce europejskiej jest wyścig do pracodawcy roku naszej klasy politycznej, czyli Parlamentu Europejskiego. Wizja prawdziwie europejskich apanaży i warunków pracy jest bez wątpienia silnym motywatorem do walki o biorące miejsca na listach. Co ciekawe, temperatura rywalizacji rośnie z kadencji na kadencję, chociaż wiedza o sowitych apanażach w tej relatywnie mało znaczącej instytucji wspólnoty, jest ograniczona. Efektem tego stanu rzeczy jest sprowadzenie spraw europejskich w polskiej kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego do serii awantur o właściwe miejsce na listach kandydatów.

Niestety najbliższa kadencja europarlamentu może nie być jedynie spełnieniem wizji słonecznych i beztroskich wakacji na koszt niemieckiego podatnika. Przyczyną tego stanu rzeczy mogą być działania uważanego za naszego sojusznika premiera Wielkiej Brytanii i właśnie kanclerz Merkel. Ten funkcjonujący oficjalnie już od 2012 roku na europejskiej scenie tandem ma dość ambitną agendę zmian, która niestety w wielu punktach jest sprzeczna z interesami Polski i pozostałych biednych członków tej organizacji.

Mniej swobodna swoboda przepływu osób

grafikaW naszych mediach przebiła się jedynie antyemigrancka krucjata premiera Camerona, który zapowiedział cięcie socjalu dla emigrantów z nowych państw członkowskich.  W konsekwencji  przez nasze media przewaliła się nawała polityków donoszących o ich telefonach do premiera Zjednoczonego Królestwa. Co ciekawe – utrzymywano, że były to mało przyjacielskie w tonie i treści rozmowy - a Cameron był pozycjonowany przez główne siły polityczne w Polsce jako bliski nam człowiek w eurokołchozie. Ta zadziwiająca  wolta wizerunkowa była chyba pierwszym przejawem – przynajmniej w ostatnim 25-leciu – próby przynajmniej werbalnej obrony ekonomicznych interesów obywateli (jeszcze) polskich przez władze Polski. Oczywiście wynika to z faktu, iż chodzi o około miliona głosów samych emigrantów i ich rodzin.

Niestety, problem w Warszawie z Wielką Brytanią nie sprowadza się tylko do kwestii ostrej kampanii antyemigranckiej, polegającej na odebraniu zasiłków na dzieci, ale do kwestii bardziej fundamentalnych. Generalnie państwa bogate, w tym Anglicy, potrzebują innej Unii niż my, a lista sprzeczności czyli rozbieżności w interesach narodowych pomiędzy bogatymi a biednymi  jest całkiem spora. Najbardziej medialnym obszarem tego sporu jest oczywiście polityka imigracyjna. Nie ogranicza się ona jedynie do cięcia zasiłków na dzieci imigrantów. Pomysł zgłaszany przez Wielką Brytanię jest znacznie bardziej kompleksowy i wiąże się z ograniczeniem swobody przemieszczania się na terytorium wspólnoty. Co więcej Brytyjczycy w swoich planach nie są odosobnieni. Ich stanowisko znajduje nie tylko zrozumienie, ale i wsparcie u innych starych członków wspólnoty. Na razie nieformalne rozmowy na ten temat były prowadzone również w trakcie szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Do sojuszników Wielkiej Brytanii w tym zakresie można zaliczyć Niemców czy Holendrów, ale głosy wspierające pomysł ograniczający możliwości przemieszczania się po terytorium wspólnoty popierają nawet pozostające poza Unią, ale stosujące część jej praw Norwegia, czy Szwajcaria.

Kolejna odsłona walki z delokalizacją przemysłu

Niestety nie jest to jedyny aspekt czekających nas zapewne przemian wspólnoty. Zupełnie pominiętym w naszych mediach aspektem nowego pomysłu na Unię są pomysły w obszarze swobodnego przepływu towarów. Sprowadzają się one do różnych koncepcji ożywienia upadającego w krajach zachodnich przemysłu. Warto się tutaj wsłuchać w słowa premiera Wielkiej Brytanii, które zostały wygłoszone na niedawnym szczycie w Davos. Należy uświadomić sobie, że krajem low production costs jest również, a może przede wszystkim, Polska. Tekst wygłoszony przez Camerona brzmiał jak przemówienie kanclerza Schroedera czy też prezydenta Chiraca, którzy na dzień dobry dla dziesięciu nowych członków wspólnoty w 2004 roku rzucili hasło walki z delokalizacją unijnego przemysłu do jej nowych członków i stosowanym przez nich dumpingiem socjalnym. W przeciwieństwie do Chin czy Indii, Polska jest dość łatwym celem do stosowania różnych metod zachęcania producentów do powrotu do krajów starej unii.

Dlaczego mamy bać się właśnie teraz tego zagrożenia?  Napięcia na linii bogaci – biedni występowały zawsze,  zresztą nie tylko w tej organizacji.  Eurosceptycyzm jest wprost proporcjonalny do stopnia w jakim dany kraj jest płatnikiem netto do wspólnej kasy. Niechęć albo pisząc wprost ksenofobia wobec nowych członków charakteryzowała praktycznie każde rozszerzenie.  Przez prawie dekadę największe ofiary w tym zakresie ponosiły hiszpańskie owoce masowo wyrzucane przez francuskich farmerów  blokujących drogi w całej Francji w latach 90.

Czy aby na pewno Jedna Europa?

Tym, co odróżnia tamte czasy od dzisiejszych jest uruchomienie procesów integracyjnych odnoszących się do jedynie do wybranych członków, jak chociażby unia bankowa, w praktyce prowadzące do podziału wspólnoty jako całości. W przeciwieństwie do historycznych już procesów integracyjnych związanych np. z tworzeniem strefy Schengen nie są one dostępne dla wszystkich chętnych a jedynie dla wybranych. Jeśli ten proces nie zostanie zatrzymany, a wszystko wskazuje że niestety tak nie będzie, dzisiejsza w miarę egalitarna w zakresie poziomu integracji wspólnota stanie się formacją kilku prędkości, w której będzie dominować grupa państw posiadaczy waluty euro.  

Nie jest to jedyny z ośrodków mających ambicję tworzenia własnej wersji wspólnoty – jednym z nich jest pozostający poza strefą Euro ale bardzo silny w Brukseli gracz – czyli Wielka Brytania.  Paradoksalnie, w sytuacji w której unia jako całość traci swoją spoistość, będzie to dużo łatwiejsze.  Pozostali gracze zostaną nie tyle zmarginalizowani, ale przede wszystkim ich problemy i potrzeby będą stanowić peryferia problemów i dyskusji prowadzonych przez centrum w Brukseli. W sposób oczywisty będzie wymagało to zmiany traktatów unijnych. I proces przygotowania się do tej zmiany właśnie obserwujemy.

Najbardziej zaawansowani w tych przygotowaniach są Brytyjczycy, gdyż w kontekście przygotowywanej zmiany traktów należy traktować wypowiedzi premiera Camerona. Planowane przez niego referendum na temat dalszej obecności Wielkiej Brytanii w Unii będzie doskonałym argumentem do prowadzonych przez nią negocjacji o nowym traktacie. Wszyscy będą chcieli Brytanię we wspólnocie zatrzymać, pytanie czyim kosztem. Odpowiedź jest dość oczywista. Wielka Brytania i pozostali starzy członkowie wspólnoty dążą do instytucjonalnego obniżenia konkurencyjności nowych członków wspólnoty.  Na razie propozycje renegocjacji traktatu nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem – czego przykładem jest ostatnie spotkanie z prezydentem Hollandem. Bez wątpienia atmosfera ta zmieni się w okolicach brytyjskiego referendum o dalszym członkostwie we wspólnocie. Unia bez Londynu byłaby dużo słabsza niż jest obecnie i, podobnie jak w latach 70., pozostali członkowie wspólnoty posuną się na ławce, żeby utrzymać na niej Brytyjczyków.

Europarlament w środku politycznej burzy

Wydaje się, że pisanie przyszłego traktatu odbędzie się na linii Londyn – członkowie strefy Euro. Tym bardziej, że do czasu brytyjskiego referendum będzie już wypracowana architektura infrastrukturalna i organizacyjno-prawna eurolandu. Co w tym wszystkim robi europarlament? Otóż łatwo wyobrazić sobie, że stanie się polem konfliktu politycznego wokół planowanych zmian instytucjonalnych we wspólnocie. Nie idzie tutaj jedynie o rosnącą siłę eurosceptyków w tej instytucji, ale przede wszystkim o konieczność przynajmniej przedyskutowania wprowadzanych zmian instytucjonalnych, polegających np. na ograniczaniu praw emigrantów z nowych państw członkowskich czy swobodę poruszania się po wspólnej Europie. Awantura medialna będzie więc prawdopodobnie większa niż przy znienawidzonej przez wszystkich Lizbonie, która dotyczyła nie tylko mało zrozumiałych dla ogółu kwestii instytucjonalnych.

Dyskusja nad przyszłym traktatem będzie ogniskowała się wokół kwestii znacznie bardziej medialnych niż wypowiedzi premiera Camerona. Europosłowie nowej kadencji mogą być zmuszeni do zagłębienia się w tematykę europejską i co gorsza reagowanie na propozycje zgłaszane przez swoich kolegów z innych krajów. Ciepłe i leniwe z powodu zazwyczaj niskiego ciśnienia w Brukseli wakacje mogą się okazać dość nerwowe i groźne dla dalszego przebiegu kariery politycznej. Bo jak tu wytłumaczyć wyborcom w Polsce, że tak się walczyło z tą straszną Brukselą, że córce w Londynie zabrali mieszkanie socjalne, a do wnuka znów trzeba z paszportem i pod czujnym okiem Home Office? I to wszystko jeszcze pod koniec kadencji parlamentu w kraju, kiedy następne wybory za pasem.

Marek Bełdzikowski

 

grafika: Wikimedia Commons

wtorek, 07 stycznia 2014

Nie chciałem zabierać głosu w sprawie postępującego upadku brytyjskiego premiera Davida Camerona, lecz nie sposób przejść obojętnie wobec wysoko postawionej osoby, która w tak oczywisty sposób mija się z faktami. Rozumiem, że względy polityczne przemawiają za przewodzeniem antyimigranckiej nagonce, lecz to już problem pijarowców Camerona, by przebierając go za Nigela Farage'a, lidera nacjonalistów z UKIP, zachowali minimum powagi i chociaż cieniutką nić wiążącą Camerona z rzeczywistością.

Przelicytować nacjonalistów z UKIP

grafikaNagonka na Polaków, a także na innych imigrantów zarobkowych (głównie Rumunów i Bułgarów, dla których brytyjski rynek otworzył się z początkiem 2014 r.) to efekt słabnących sondaży Partii Konserwatywnej, której przewodzi David Cameron. Wymykająca się perspektywa drugiej kadencji Torysów u władzy i Camerona na Downing Street 10 wymusza gwałtowne ruchy, a Cameron postanowił postawić na skrajnie prawicowy, nacjonalistyczny elektorat. Mówiąc wprost, chce osłabić rywali z UKIP (Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), której przewodzi charyzmatyczny eurodeputowany Nigel Farage (znany chociażby z porównania Hermana van Rompuya do szmaty od mopa).

UKIP notuje coraz lepsze wyniki w sondażach, a dwucyfrowe poparcie dla tej partii wydaje się ustabilizowane. Cameron obawia się sukcesu UKIP w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego i ewentualnego "kopa", jaki dobry wynik w tychże wyborach dałby nacjonalistom w przypadku nowego rozdania w kraju. Farage to znany krytyk UE, brytyjskiego w niej członkostwa, oraz unijnych polityk, w tym dotyczących imigracji. Cameron wkracza więc na terytorium, na którym UKIP jest nie tylko wyrazisty, ale wiarygodny. Próba przelicytowania nacjonalistów wygląda na powtórkę manewru zastosowanego przez francuską UMP (gaullistów), zagrożoną rosnącym poparciem skrajnej prawicy prowadzonej przez Marine Le Pen. Wątpliwe jednak, by taka taktyka mogła się powieść. Dlaczego wyborcy mieliby poprzeć podróbkę, skoro mogą postawić na oryginał?

Rozpętana przez polityków antyimigrancka nagonka ma się świetnie. Dawno nie było tak wysokiego poparcia dla "rozprawienia się" z imigrantami. W sytuacji, gdy debata zamienia się w emocjonalną hucpę, racjonalne argumenty i badania niezależnych ośrodków nie mają szansy przebicia. Trwa lincz na imigrantach, którzy przyjeżdżają na Wyspy rzekomo tylko po to, by czerpać z hojnego (coraz mniej, rząd Camerona systematycznie tnie budżet i dalej będzie ciął) socjalu, podczas gdy bezrobocie w Wielkiej Brytanii przekracza 7%, a wzrost gospodarczy ma wynieść nieco ponad 1% w 2013 r. i ok. 2% w 2014 r. (dane za Eurostatem). Rząd brytyjski, rzekomo wspierający wolny handel (jak widać, ogranicza się to tylko do kapitału i obrony londyńskiego City), nie tylko zamierza uderzyć w imigrantów, lecz również wspierać jawnie protekcjonistyczną politykę "Buy British", czyli "Kupuj brytyjskie". Ot, żelazna logika brytyjskich konserwatystów.

Polacy w Wielkiej Brytanii

W Wielkiej Brytanii swojego szczęścia, a przede wszystkim pracy, szukają setki tysięcy Polaków. Najnowsze dane GUS wskazują Wielką Brytanię jako główny kierunek polskiej emigracji - 637 tys. Polaków spośród 2,13 mln emigrantów udało się właśnie tam. Większość z nich to wykształceni (wśród nich znaczna grupa to osoby młode) ludzie, którzy nierzadko pracują poniżej swoich kwalifikacji. Najczęściej pracują legalnie, płacą podatki, wynajmują pokoje/mieszkania/domy, kupują produkty w miejscowych sklepach, a więc brytyjski budżet wzmacnia VAT. Chcą być traktowani tak samo jak miejscowi, więc jeśli jakieś świadczenia im się należą, to starają się po nie sięgać. To żadne przestępstwo, podobnie jak tzw. optymalizacja podatkowa, która nierzadko wzbudza społeczne oburzenie. Ale Cameronowi przeszkadzają zasiłki dla dzieci polskich imigrantów, które znajdują się w Polsce, a nie przedsiębiorcy tworzący skomplikowane struktury, byle tylko obniżyć należne fiskusowi daniny. Zarówno imigranci, jak i przedsiębiorcy, działają w ramach prawa. A wobec prawa wszyscy powinni być równi.

Polski rząd słusznie reaguje na zaczepki Camerona względem przebywających w Zjednoczonym Królestwie Polaków. Słusznie odnosi się do faktów i konkretów. To nie magiel, tylko dyplomacja i emocje nie powinny mieć tu racji bytu. I raczej nie mają, bo mimo nagonki na polskich imigrantów kwitnie polsko-brytyjska współpraca w zakresie obrony wydobycia gazu łupkowego przed planami Komisji Europejskiej, która zamierza wprowadzić liczne bariery de facto uniemożliwiające eksploatację tego surowca.

Polityczna wydmuszka?

Przykro tylko patrzeć na Davida Camerona, który sprawiał naprawdę niezłe wrażenie najpierw jako młody i zdolny lider Torysów, a następnie jako premier koalicyjnego rządu Partii Konserwatywnej i Liberalnych Demokratów. Okazało się, że za pijarową otoczką nie ma zbyt wiele treści, a Cameron ma wszelkie zadatki na to, by skończyć niczym bańka mydlana.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: 10 Downing Street Website (via Wikimedia Commons)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook