Ameryka Północna

środa, 26 lutego 2014

Panie prezydencie, gwarantuję Panu że w tym momencie – gdzieś, w jakiś sposób, ktoś z administracji rządowej właśnie coś spieprzył. W ten sposób sekretarz obrony Robert Gates podsumował sytuację z którą mierzy się każda osoba na wysokim stanowisku kierowniczym. W momencie, gdy dowiaduje się o problemie, jego konsekwencje dotknęły już wielu osób i są potencjalnym zagrożeniem dla funkcjonowania administracji. Szczególnie gdy kieruje się organizacją skupiającą kilkaset tysięcy osób, jak Departament Obrony. Autor wspomnień Duty: Memoirs of a Secretary at War wie o czym mówi. Pracował w administracjach 8 prezydentów USA. Towarzyszył Z. Brzezińskiemu w rozmowach z przedstawicielami Iranu na kilka dni przed zajęciem ambasady USA w Teheranie. Przez wiele lat pracował w National Security Council a pod koniec zimnej wojny został dyrektorem CIA. W administracjach G.W. Busha i B. Obamy pełnił funkcję sekretarza obrony. Nominację na stanowisko otrzymał gdy był rektorem uniwersytetu w Teksasie. W krótkim czasie przyszło mu spotykać pozornie takich samych dwudziestolatków jak na uczelni, ale tym razem byli to żołnierze ciężko doświadczeni przez wojnę w Afganistanie i Iraku.

Zmiany w armii, zmiany na polu bitwy

grafikaWiększość omawianej książki dotyczy tych dwóch miejsc i wszystkiego, co z nimi - z militarnego punktu widzenia- związane. Gates obrazowo zdiagnozował sytuację. Inwazje na te dwa kraje były jak gonienie samochodu przez psa. Pies samochód dogonił, ale tak właściwie to po co? Zastępował Donalda Rumsfelda, bliskiego przyjaciela wiceprezydenta Cheneya, który miał olbrzymi wpływ na politykę wojenną USA. W tym kontekście opisuje jak istotne są relacje personalne. Jak wiele od nich zależy. A wszystkie decyzje, jakie przychodzi podejmować związane są z olbrzymimi kosztami, naciskami, ryzykiem. Jedną z najtrudniejszych było wydłużenie czasu służby na wojnie z 12 do 15 miesięcy. Oznaczało to że wielu żołnierzy ominie dwa razy pod rząd święta, urodziny dzieci, itp. (tzw. law of twos). To wiązało się z olbrzymią presją i zwiększeniem liczby urazów psychicznych żołnierzy. Jedną z najdroższych decyzji była konieczność zwiększenia liczebności armii: Marines o 27 000 (do 202 000), US Army o 65 000 (do 547 000). Ameryce po prostu brakowało żołnierzy dla przedłużającej się wojny na dwóch frontach. Sama ta decyzja kosztowała 100 mld $. Autor zauważył, że to posunięcie uratowało Irak i Afganistan przed upadkiem i pozwoliło USA na zintensyfikowanie działań wojennych (surge). Każda ze znaczących decyzji była ryzykowna. Administracja nigdy nie była w stanie przewidzieć sytuacji w perspektywie najbliższych 6 miesięcy.

Tym bardziej, że zmieniła się charakterystyka współczesnych konfliktów. Ze state-to-state na bardziej lokalne i punktowe. Dla ich rozwiązania nie była nawet konieczna olbrzymia przewaga militarna, ale często techniczna. Na przykład zagrożenie ze strony fundamentalistów operujących z terytorium Pakistanu, wobec braku współpracy z rządem, było niwelowane poprzez użycie dronów. Skala rozwoju tej technologii jest olbrzymia. W 2003 r. było w Iraku 8 UAV (Unmanned Aerial Vehicle). W 2008 r. już 1700. Liczebność wojsk specjalnych (m. in. SEAL, Delta Force) zwiększono w związku z tym o 30%. Bush podczas swojej ostatniej wizyty w Pentagonie usłyszał, że tego dnia Special Operations Command prowadzi działania w 61 krajach (!). Często jednak hamulcem w rozwoju technologii bywa biurokracja. O MRAPach – najlepiej opancerzonych pojazdach chroniących żołnierzy przed ładunkami wybuchowymi umieszczanymi przy drogach (IED) – Gates dowiedział się z prasy. A blisko 80 % ofiar było skutkiem właśnie IED. Wprowadzenie do służby tych pojazdów zmniejszyło zagrożenie o 75% (!), choć od pierwszej prośby generałów do decyzji Pentagonu minęły 2 lata.

Gates mówi jak jest, jego zdaniem

Robert Gates ustanowił precedens, służąc na tym stanowisku w dwóch różnych administracjach – republikańskiej i demokratycznej. Dzięki temu ma unikalną perspektywę i nie waha się prezentować swoich opinii. Nowa administracja skażona jest grzechem micromanagement – próby zarządzania każdą sprawą. Stara też nie jest bez winy, z reguły zostawia zobowiązania nie do wykonania. Gates zmuszony był przez Obamę do cięcia 33 głównych programów, które sam zaproponował Bushowi. Choć według niego prezydenci Obama i Bush nigdy nie rozpatrują ponownie raz podjętej decyzji, to Bush kierował się częściej instynktem, natomiast Obama chce poznać wszystkie możliwe opcje (most deliberative president I worked for). Dwunastego dnia swojej prezydentury B. Obama powiedział mu: niepokoi mnie to co wiem, to czego nie wiem niepokoi mnie jeszcze bardziej, a najbardziej martwię się o to czego mi nie mówią. Wiele informacji zanim dotrze do prezydenta dociera do prasy. I tutaj pojawia się ciekawy podział. Jeśli przeciek pochodzi z Białego Domu, to z reguły pojawia się w New York Times. Jeśli z Pentagonu to zwykle w Washington Post. A prasa w USA ma dużą siłę rażenia. Jeden artykuł w magazynie Rolling Stone pozbawił stanowiska głównodowodzącego wojskami w Afganistanie generała McChrystala. Gates nie szczędzi ostrych słów wobec nieodpowiedzialnych zachowań, które doprowadzają do takich komplikacji. Prezydenta Saakaszwiliego nazywa aggressive and impetuous georgian nationalist, prezydenta Karzaja - przeczulonym na swoim punkcie, ponieważ tamten potrafi zrzucać winę na USA za krytyczny artykuł w Irish Times (who the hell reads IT outside Ireland?!).

Potrafi także krytycznie spojrzeć na własne działania. Wiele decyzji podejmowanych na najwyższych szczeblach określa po prostu jako głupie. Jako sekretarz obrony anulował program nowego helikoptera prezydenckiego VH-71. Miał gorsze osiągi niż dotychczasowy (m.in. zasięg i możliwość manewrowania) ale za to oferował mikrofalówkę na pokładzie. Gates skwitował: żeby prezydent w czasie ataku nuklearnego zdążył sobie podgrzać obiad.  Tak opisuje swój wpływ na „wolne” wybory w Afganistanie: wszystko to była brudna sprawa, prezydent Afganistanu był umoczony (tainted), a nasze (USA) ręce były równie brudne. Wszystko to dlatego, że naciskał na złamanie konstytucyjnego terminu wyborów prezydenckich, tak aby USA zdążyły wesprzeć opozycję wobec Karzaja. Inne kraje nie były lepsze. W Iraku aresztowano irańskiego generała, który za odpowiednie głosowanie obiecywał legislatorom 250 000 $. Pytanie tylko czy USA chcą być na równi z Iranem.

Tarcza antyrakietowa

A propos wątku irańskiego, pojawia się sprawa Polski i Czech – czyli tarczy antyrakietowej. Gates tłumaczy powody wycofania z projektu rozwojem techniki. Tarcza ma służyć do obrony przed rakietami dalekiego zasięgu m. in. z Iranu i Korei Północnej. Ponieważ oba kraje rozwijają raczej rakiety średniego zasięgu (grożące Bliskiemu Wschodowi i Alasce), które można unieszkodliwić nowymi rakietami SM-3 z okrętów i dotychczasowych baz (Alaska i Kalifornia) - nie ma powodu dla rozwijania tej technologii w Polsce. Rozumie jednak rozgoryczenie, choć jego zdaniem wynika ono z różnicy interesów. Polska chciała rakiet, a właściwie związanego z nimi pakietu militarnego jako straszaka na Rosję i element wewnętrznej rozgrywki politycznej. Prezydent Kaczyński naciskał na zakończenie negocjacji przed wyborami w 2009 r., a minister Klich na zaangażowanie na poziomie podobnym do tego jakie USA ma w Jordanii i Pakistanie. Gates przypomina w tym miejscu błędną decyzję ogłoszenia informacji  o rezygnacji z tarczy 17 września - w rocznicę napaści na Polskę (chociaż myli się pisząc o agresji Nazistów).

Co wpływa na podejmowane decyzje?

Sprawa tarczy antyrakietowej jest pewną egzemplifikacją problemów przed jakimi stoją decydenci. Wytyczanie kierunków działań wiąże się z wieloma aspektami, których z zewnątrz nie widać, a także takimi, za którymi nie idzie racja, ale nacisk polityczny, finansowy. Do tego dochodzą kwestie personalne – ambicji, głupoty, obojętności, braku odwagi, itp. To wszystko otacza jeszcze nieprzewidywalna rzeczywistość. Robert Gates w sposób bardzo bezpośredni podchodzi do tych spraw przedstawiając barwny i nierzadko przygnębiający opis rzeczywistości oraz próby zmiany stanu rzeczy. Jest to odważna książka, po napisaniu której raczej nie przybyło mu przyjaciół. Z drugiej strony otrzymujemy wyjątkową możliwość podejrzenia polityki USA od kuchni.

Dariusz Pruchniewski

 

Poprzednio Darek opisywał książkę "Jack Kennedy. Elusive Hero".

 

Grafika pochodzi ze strony amazon.com, gdzie książka jest dostępna 20,99 dolarów w wersji papierowej i 24,53 dolarów w formie ebooka.

środa, 13 lutego 2013

Prezydent Barack Obama wygłosił orędzie o stanie państwa. Co oczywiste, skupił się na sprawach wewnętrznych, w szczególności na gospodarce. Poświęcił jednak trochę czasu polityce zagranicznej. I na niej się skupimy.

Climate change na poważnie

Zaczęło się od zmian klimatycznych i przeciwdziałaniu nim. Obama wezwał Kongres do podjęcia działań w tej dziedzinie. Legislacja powinna wprowadzać rozwiązania oparte na modelu rynkowym, który dobrze się w Ameryce sprawdził, chociażby w przypadku ograniczenia emisji tlenku siarki. Prezydent zagroził przy tym, że jest gotów do podejmowania jednostronnych decyzji w sytuacji braku porozumienia na Kapitolu. Przypomniał, że zdarzenia takie jak huragan Sandy można uznawać za przypadkowe albo powiązać je z dominującym w świecie naukowym poglądem o rosnącym wpływie emisji gazów cieplarnianych na zmiany klimatyczne. Żeby im przeciwdziałać potrzeba nie tylko działań na własną rękę, lecz również współpracy międzynarodowej. O niej nie było mowy. Tymczasem cały czas trwają prace nad przyjęciem traktatu, który zastąpi słynne porozumienie z Kioto. Bez USA nie będzie miał on sensu. A inni główni emitenci, z Chinami na czele, nie palą się do nakładania na siebie żadnych wiążących zobowiązań.

Afganistan i Al-Kaida

Następnie prezydent podniósł kwestię Afganistanu i walki z terroryzmem. Według słów Obamy, dzięki poświęceniu żołnierzy i cywilów „Stany Zjednoczone zakończą misję w Afganistanie i osiągną nasz cel, jakim jest pokonanie rdzenia Al-Kaidy”. Misja afgańska zbliża się do końca – to fakt. Obama przed wyborami wycofał dodatkowe 33 tys. żołnierzy, a do końca 2014 roku wycofane zostaną pozostałe siły. Trwają negocjacje z rządem afgańskim w sprawie zaangażowania USA w Afganistanie po 2014 roku. Możliwe są wszystkie opcje, od pozostawienia znacznego kontyngentu po totalne wycofanie się z kraju (jak w przypadku Iraku).

grafikaźródło: WhiteHouse.gov

To wszystko wiedzieliśmy już wcześniej. Ważniejsze jest twierdzenie Obamy o pokonaniu rdzenia Al-Kaidy. Jak pisaliśmy w maju ub.r. z Michałem Holą, terroryzm ewoluuje i trudno o jednoznaczną ocenę, czy jesteśmy bezpieczniejsi po zabiciu Osamy bin Ladena i rozprzestrzenieniu się Al-Kaidy w innych miejscach świata (Jemen, Afryka Północna, Somalia, Sahel). Trudno więc uznać za prawdziwe słowa, iż „organizacja, która zaatakowała nas 11 września 2001 r. jest cieniem samej siebie”. Jest inna, jeszcze bardziej zdecentralizowana, ale wcale nie mniej niebezpieczna. We współpracy z lokalnymi ugrupowaniami jest w stanie, co pokazuje przykład Jemenu, Somalii a ostatnio Mali, kontrolować znaczne terytorium i narzucać własną ideologię. Al-Kaida jest elastyczna i nadal atrakcyjna.

W kontekście terroryzmu Obama zapowiedział też informowanie Kongresu, społeczeństwa oraz świata o podejmowanych przeciwko terrorystom działaniach. Wynika to zapewne z chęci uspokojenia wzburzenia wywołanego polityką ekspansji ataków samolotów bezzałogowych na pograniczu pakistańsko-afgańskim czy w Jemenie oraz nieustannie powracających doniesień o potężnej sieci tajnych więzień i katowni CIA. Administracja Obamy musiała dojść do wniosku, że zaczyna tracić piarowsko w tym zakresie i potrzebne jest kontrnatarcie.

Atom, otwarcie na Europę i obrona wartości

Następnie Obama napomknął o Korei Północnej i Iranie, potępiając prace nad rozwojem militarnej technologii nuklearnej i wzywając Teheran do negocjacji. Obama ma zamiar kontynuować współpracę z Rosją w dziedzinie redukcji potencjału atomowego. Tutaj pojawia się pytanie, czy Moskwa jest gotowa do kooperacji. Od powrotu Putina na Kreml widzimy zdecydowanie ochłodzenie w relacjach amerykańsko-rosyjskich. Nie widać natomiast potencjału do kolejnego resetu.

W relacjach z Europą Obama zaproponował rozpoczęcie prac nad kompleksowym porozumieniem o wolnym handlu i inwestycjach z Unią Europejską. Trudno nie odnieść wrażenia, że to chęć podbudowania więzi transatlantyckich, nadwerężonych przez amerykański zwrot ku Azji. Amerykanie pracują już nad układem o wolnym handlu na Pacyfiku. Teraz chcą nadrobić zaległości w Europie. Zwracając się ku przyszłości, która najpewniej znajduje się na azjatyckich rynkach, warto pamiętać o teraźniejszości – tutaj przewaga Europy nad resztą świata jest nadal ogromna. Poprawa kondycji gospodarek państw europejskich jest istotna również przez wzgląd na NATO.

Na koniec Obama zapewnił o poparciu dla dążeń wolnościowych, przywołując przykłady pokojowej demokratyzacji w Birmie oraz wojny domowej w Syrii. O interwencji w tej ostatniej nie ma mowy. Będzie natomiast „presja na reżim” oraz poparcie Izraela w jego działaniach na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa i pokoju. Niestety, nie wymienił w tym kontekście Palestyńczyków. A bez nich osiągnięcie czegokolwiek będzie niemożliwe. Swoją drogą, trudno spodziewać się tego, że Obama uzgodni cokolwiek z Netanjahu. Musiałby wykazać naprawdę ogrom determinacji i zaangażować się w sprawę osobiście. A raczej nie ma na to czasu ani ochoty. Uniknie też okazji to poniesienia spektakularnej porażki.

Jak widać, polityka zagraniczna została potraktowana po macoszemu. Prezydent Obama pominął szereg państw i poważnych problemów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć (relacje z Pakistanem czy Chinami, spory terytorialne na Morzu Południowochińskim, meksykańskie kartele narkotykowe, eksploracja surowców w Arktyce). Jego przemówienie to jednak orędzie o stanie państwa, a nie o działaniach na arenie międzynarodowej. O tych więcej powie sekretarz Kerry. A wszystko skomentujemy na Dyplomacji.

Piotr Wołejko
niedziela, 20 stycznia 2013

Jutro Barack Obama zostanie po raz drugi zaprzysiężony na prezydenta. W listopadowych wyborach w 2012 r. wyraźnie pokonał kandydata republikanów Mitta Romneya. Pomiędzy tymi wydarzeniami Obama odniósł niewielkie, acz istotne zwycięstwo nad Partią Republikańską w sprawie tzw. klifu fiskalnego. Obama podzielił swoich rywali, natomiast finanse rządu federalnego w żaden sposób nie zostały "uzdrowione". W drugiej kadencji Obama bardzo chciałby zająć się gospodarką i przywrócić ją na właściwy tor. Liczy też zapewne na jakiś sukces za granicą. Pragnie zapisać swoje nazwisko w historii dokonując czegoś wielkiego. Nie będzie miał łatwo.

Trudno o postępy w sprawach wewnętrznych

grafikaRepublikanie nadal będą robić wszystko, aby na froncie wewnętrznym powstrzymywać prezydenta przed realizowaniem jego zamierzeń. Robili tak przez cztery lata pierwszej kadencji, licząc na to, że totalna obstrukcja pozwoli im odzyskać Biały Dom. W efekcie poprzedni skład Izby Reprezentantów był nieefektywny, przyjmując ograniczoną liczbę, do tego niezbyt istotnych, ustaw. Teraz, gdy Obama nie może ubiegać się o kolejną reelekcję, republikanie będą twardo blokować wszelkie inicjatywy Obamy i demokratów, by w 2016 roku powrócić do Białego Domu. Oznacza to, że inicjatywy prezydenta mają małe szanse zyskać poparcie na Kapitolu. W Senacie nie będzie z tym trudności, wszak większość mają tam demokraci, ale w Izbie obstrukcja będzie trwać w najlepsze.

W lutym Stany Zjednoczone czekają kolejne trudne i dramatyczne negocjacje dotyczące podwyższenia pułapu zadłużenia rządu federalnego. Wątpliwe, by udało się uzyskać odpowiednio wysoki "zapas", a tym bardziej przyjąć chociaż częściowe reformy o charakterze długofalowym. A powinny one dotknąć programów socjalnych i zdrowotnych oraz prawa podatkowego. Szanse na zdroworozsądkowe porozumienie, które jest konieczne, są podobne do tych, jakie ma uczestnik gry w totolotka na trafienie szóstki.

Gospodarka będzie więc musiała radzić sobie z pokryzysowymi zawirowaniami samodzielnie, przy ewentualnym dalszym wsparciu Fedu. Pytanie, na ile drukowanie pustego pieniądza może pozytywnie oddziaływać na poziomy produkcji, zatrudnienia i bezrobocia. Pieniądz zresztą zostaje w większości w sektorze finansowym, nie docierając do pożyczkobiorców. Co więcej, amerykańskie firmy mają rekordowe "zapasy" wolnej gotówki, która leży na kontach i nie pracuje dla gospodarki. Potrzebny jest sygnał od rządu, że jest w stanie zapanować nad własnymi finansami. A tego trudno się spodziewać.

Za granicą niewiele łatwiej

W obliczu wątpliwych do osiągnięcia postępów w sprawach wewnętrznych, prezydent Obama może skierować w pewnym momencie swoją uwagę poza granice USA. Po prawdzie, już teraz musi to robić, do tego w sytuacjach, których rozwiązanie nie jest proste. Syria to problem "odziedziczony" jeszcze z pierwszej kadencji, po części jest tak z Mali - z tą różnicą, że Francuzi zdecydowali się na interwencję dopiero 11 stycznia. Różne kryzysy mogą wybuchać w innych miejscach świata, a musimy pamiętać o dających się przewidzieć wyzwaniach, jak wycofanie się z Afganistanu w 2014 roku oraz wzrost zaangażowania w Azji i na Pacyfiku.

Gdziekolwiek spojrzeć, o sukcesy nie będzie łatwo. Presja na bardziej widoczne zaangażowanie w obalenie Baszara al-Assada będzie narastać z każdym miesiącem trwania wojny domowej, która jest prawdziwą krwawą łaźnią. W ponad rok od wybuchu rebelii konflikt pochłonął już 60 tysięcy ofiar. Niechybnie kolejne tysiące zginą, zanim zapadnie definitywne rozwiązanie. Nie można wykluczyć, że Assad wytrzyma kolejny rok, chociaż wydaje się, że nawet Rosja - wraz z Iranem główny obrońca syryjskiego dyktatora - powoli przygotowuje się do jego upadku. Syria może pogrążyć się w chaosie walk etniczno-religijnych, a te z łatwością przeniosą się wówczas do Libanu.

Amerykańskiego zaangażowania może też wymagać Mali. Francuzi wraz z afrykańskimi siłami powinni poradzić sobie z obroną południa kraju, ale czy uda im się odbić północ? Jeśli tak, to gdzie przeniosą się islamscy radykałowie, pośród których znajduje się liczny "kontyngent" międzynarodowy. Wyczyszczenie Sahelu z tych radykałów i terrorystów może potrwać wiele lat, gdyż znajdują oni tam sprzyjające dla ich działalności warunki - często wirtualną władzę państwową, biedę i brak perspektyw dla młodych ludzi, ogromną przestrzeń geograficzną dla prowadzenia działalności i ukrywania się. "Zabawa" w Sahelu może się dopiero rozpoczynać.

Malijskie problemy zwracają też uwagę na dwa inne kraje afrykańskie, gdzie islamiści mają duże wpływy i możliwości działania - Nigerię (Boko Haram) i Libię, gdzie w zeszłym roku zginął amerykański ambasador. Destabilizacja Afryki Północnej zaczęła się zresztą od Libii, walki z Kaddafim i jego późniejszego obalenia. Region został zalany bronią z arsenałów libijskiego dyktatora.

O ból głowy może przyprawić Obamę także Egipt, gdzie trwa utrwalanie się nowego postrewolucyjnego porządku oraz Izrael i Iran. W Izraelu na kolejną kadencję premiera sposobi się Beniamin Netanjahu, z którym Obama ma chłodne relacje. Wątpliwe, by w sprawie palestyńskiej udało się pójść do przodu. Prędzej powstaną kolejne osiedla żydowskie utrudniające jakiekolwiek porozumienie.

Krajem, gdzie już w tym roku może wybuchnąć kryzys, jest Iran. Mahmud Ahmadineżad kończy urzędowanie po dwóch kadencjach, odbędą się wybory prezydenckie. Czy zielony ruch na rzecz zmian, który powstał w 2009 roku, znów podniesie głowę? Czy tym razem Obama zdecyduje się poważniej wesprzeć opozycję?

Europa i Pacyfik

Druga kadencja Obamy w polityce zagranicznej upłynie na układaniu się z licznymi państwami azjatyckimi. Zwrot ku Pacyfikowi, omawiany szerzej we wpisie z 11 stycznia br., oznacza przede wszystkim mozolne budowanie relacji z krajami Azji Południowo-Wschodniej (blok ASEAN), Indiami, Japonią, Koreą Płd., Australią oraz, a może w szczególności, z Chinami. Wszystko to zajmie mnóstwo czasu i skupi uwagę wielu pracowników Departamentu Stanu.

Z punktu widzenia Europy zanosi się na kolejną kadencję coraz mniejszego znaczenia relacji transatlantyckich. Owszem, nadal są one ważne, ale coraz bardziej uznaje się je - głównie w Waszyngtonie - za echo przeszłości. Przyszłość jest na Pacyfiku. Jaskółką nadziei w tej sytuacji jest wybór senatorów Kerry'ego i Hagela na sekretarzy, odpowiednio, stanu i obrony. Słyną oni z przywiązania do więzi transatlantyckich, ze znaczenia przykładanego do NATO. Problem w tym, że tendencje dotyczące wydatków obronnych w Europie mogą bardzo utrudnić Kerry'emy i Hagelowi znaczącą poprawę dwustronnych relacji.

Nie zapominać o sąsiadach

Jakby tego było mało, coraz wyraźniej w amerykańskim establishmencie rysuje się pogląd, iż należy większą uwagę poświęcić krajom zachodniej półkuli. Nie tylko sąsiadom, Meksykowi i Kanadzie, ale przede wszystkim państwom Ameryki Południowej, z największym naciskiem na Brazylię. Prezydent Bush junior lekceważył najbliższe sąsiedztwo, podobnie czynił Obama podczas pierwszej kadencji (wsparcie walki Kolumbii czy Meksyku z narkogangsterami to główne inicjatywy, warte wspomnienia i pochwały). Czy lekceważenie ustąpi pola zaangażowaniu i współpracy? Chiny już podgryzają dawnego regionalnego hegemona na jego własnym podwórzu.

Co oczywiste, to tylko zarys głównych wyzwań, jakie czekają prezydenta Obamę w jego drugiej kadencji. Będzie się musiał napracować, by przejść do historii jako lider, który rozwiązał ważny problem, nieważne już czy wewnętrzny, czy międzynarodowy. Jednak jutro powinien zrobić sobie wolne od takich rozważań i cieszyć się chwilą. Jeden dzień taryfy ulgowej, a później nie ma zmiłuj.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Wikimedia Commons

środa, 19 grudnia 2012

Kampania prezydencka 2012 przeszła już do historii. Republikanie bardzo szybko zapomnieli o Romneyu, który po serii błędów, wpadek i strategicznych pomyłek został zmiażdżony przez sprawną maszynę Obamy. Ale prezydent nie ma łatwego życia. Nie tylko tragedia w Newtown, ale przede wszystkim spór o klif fiskalny będą wyznacznikami jego drugiej kadencji, która rozpocznie się w styczniu 2013 roku.

grafikaTragedia w Newtown miała miejsce w bardzo skomplikowanej sytuacji politycznej dla prezydenta. Mimo wyraźnego zwycięstwa, Obama musi przede wszystkim rozwiązać kwestię tzw. klifu fiskalnego, czyli automatycznych cięć wydatków i podwyżki podatków dla większości Amerykanów. Klif fiskalny nadchodzi, ponieważ Republikanie i Demokraci nie byli w stanie porozumieć się w sprawie podwyższenia limitu zadłużenia USA w 2011. Wtedy ostatecznie udało się go podnieść – co wcześniej było czymś rutynowym – ale zawieszono nad Ameryką fiskalny miecz Damoklesa. Wydawało się, że to wystarczy, by przez rok znaleźć rozwiązanie problemu zadłużenia USA. Tak się nie stało. Desperackie negocjacje trwają cały czas, ale zostało już mniej niż dwa tygodnie na ich zakończenie. Republikanie nie zgadzają się na podwyższenie podatków dla najbogatszych, a Demokraci nie chcą słyszeć o cięciach w programach opieki społecznej. Ostatnie doniesienia są nieco bardziej optymistyczne: obie strony są gotowe do pewnych ustępstw i zapewne w ostatniej chwili dojdzie do kompromisu.

Na tym tle Obama przebudowuje swój gabinet – odchodzą sekretarz stanu Hillary Clinton i sekretarz skarbu Tim Geithner, zmieniają się najbliżsi doradcy prezydenta. Obama chce wzmocnić swoją drużynę przed czekająca go walkę z Republikanami o reformę imigracyjną i być może – o rozwiązania dotyczące emisji dwutlenku węgla.

Na to wszystko nakłada się kwestia kontroli dostępu do posiadania broni. Już w ostatnią niedzielę wpływowa senator Dianne Feinstein zapowiedziała, że wyjdzie z inicjatywą przywrócenia zakazu sprzedaży broni automatycznej, który został wprowadzony w 1994 roku i wygasł w 2004. To tylko jeden z pomysłów politycznych w świetle tragedii w Newtown.

Dlatego też najbliższe 18 miesięcy będzie dla prezydenta bardzo trudne. Później Ameryka ponownie wejdzie w tryb wyborczy – najpierw będą to wybory do Kongresu w 2014 r., a później kolejna kampania prezydencka w 2016 roku. Amerykańska polityka na pewno nie będzie nudna, mimo że nie będzie się toczyć – przynajmniej oficjalnie – żadna duża kampania wyborcza. Ale tak naprawdę zarówno Republikanie i Demokraci już teraz ustawiają się w blokach startowych do wyścigu w 2016 r. Jedno jest pewne: po stosunkowo mało spektakularnej kampanii 2012 r., za cztery lata być może czeka nas powtórka z roku 2008. Do tego czasu Obama będzie chciał budować swoje polityczne dziedzictwo (legacy), a Republikanie muszą wyjść z impasu, w którym tkwią jako partia, alienująca Latynosów, młodych i kobiety. Bez przełamania tego kryzysu nie będą w stanie powalczyć o prezydenturę za cztery lata.

 

Michał Kolanko, członek redakcji portalu 300polityka.pl



Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:



grafika: Wikimedia Commons

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Jeden z amerykańskich komentatorów zauważył kiedyś, że rodzina Kennedych była dla Stanów Zjednoczonych tym, czym dla Europy mitologia Greków. W losach irlandzkich imigrantów odbijały się dzieje całego narodu. Z drugiej strony klan Kennedych posiadał status nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników. Ojciec przyszłego prezydenta - Joseph P. Kennedy -  był jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Mimo to, ciężko było mu jako katolikowi dołączyć do wywodzącej się z protestantów elity kraju. Jednak kolejnemu pokoleniu udało się nie tylko dostać na szczyt (John został prezydentem, Robert prokuratorem generalnym, a Edward senatorem), ale także uratować światowy pokój i wytyczyć drogę na Księżyc.

Ryzykant i marzyciel

grafikaKennedych od zawsze otaczała aura wielkości. Chris Matthews, autor biografii prezydenta: Jack Kennedy. Elusive Hero, miał 10 lat, gdy zobaczył na konwencji w Chicago Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Przegrał on wtedy walkę o nominację na wiceprezydenta i charakterystycznym akcentem prosił delegatów o poparcie Estesa Kefauvera przez aklamację. Ojciec Kennedy’ego nazwał go idiotą gdy ten oznajmił mu, że nie mając wystarczającego zaplecza stanął do walki. To była jednak jego cecha charakterystyczna, porywał się na rzeczy niewykonalne. Cały kraj poznał wtedy senatora z Massachusetts, bohatera II wojny światowej, odznaczonego Medalem Marynarki Wojennej za uratowanie życia załogi statku PT-109, którym dowodził niedaleko Wysp Salomona.

Nic jednak nie zapowiadało bohaterskiej kariery. Od dziecka walczył z problemami zdrowotnymi, przez co wiele czasu spędzał w łóżku. Żółtą od choroby skórę zakrywała opalenizna którą zdobywał w letniej posiadłości rodzinnej na Florydzie. Jak opowiadała autorowi biografii Jean – najmłodsza siostra prezydenta: był taki mądry, ponieważ w czasie gdy kształtowała się jego osobowość dużo czytał, podczas gdy reszta grała w baseball lub futbol. Wypracowana umiejętność analizy pozwoliła mu krytycznie spojrzeć na działania władz w przededniu II wojny światowej. W swojej pracy dyplomowej na Harvardzie nie wahał się skrytykować działań własnego ojca, który w czasie kryzysu monachijskiego był ambasadorem USA w Wielkiej Brytanii. Wydana pod tytułem Why England Slept stała się bestsellerem. Jego politycznym idolem stał się Winston Churchill, który miał podobne podejście do polityki appeasementu.

Rodzina Kennedych poniosła olbrzymią stratę w wojnie – w brawurowej akcji zginął najstarszy syn – Joseph Jr. Miał skierować na cel wyładowany materiałami wybuchowymi samolot i w ostatniej chwili wyskoczyć z niego na spadochronie. Niestety bombowiec wybuchł przedwcześnie. W związku z tym polityczne nadzieje ojca podjął John. W 1946 zdobył mandat kongresmana z okręgu Massachusetts. Jednak jego marzeniem był zawsze senat. Za książkę o senatorach, którzy w imię przekonań ryzykowali własną karierę zdobył w 1957 r. nagrodę Pulitzera.

Sam również podejmował ryzyko. Kiedy były gubernator Massachusetts James Curyle przebywając w więzieniu ciężko zachorował, wszyscy demokratyczni kongresmani wybrani w tym stanie podpisali petycję o jego zwolnienie. Kennedy odmówił. Wyznał później, że gdyby Curley zmarł w tym czasie, opinia publiczna by mu nie wybaczyła i zostałby one-term congressman. Odważną decyzją było głosowanie wbrew Bostonowi, gdy podniósł rękę za projektem budowy kanału St. Lawrence Seaway, który prowadziłby statki w głąb kraju, do Wielkich Jezior, zamiast do portu w jego rodzinnym mieście. W sposób oczywisty odbiło się to negatywnie na interesach lokalnej społeczności, ale Kennedy myślał w szerszym zakresie niż tylko partykularne interesy. Dla człowieka z jego zdolnościami miejscem, w którym mógłby je realizować był Biały Dom.

W kampanii prezydenckiej walczył o każdy głos, także mniejszości narodowych. Jacqueline Kennedy na wiecu w Milwaukee zwracała się do wyborców po polsku mówiąc: Niech żyje Polska (siostra Jacqueline miała męża Polaka). Wygrał różnicą blisko 113 tysięcy głosów, która była marginalna w stosunku do ponad 68 milionów oddanych głosów. Choć kraj podzielony był po połowie, to jednak charyzma Kennedy’ego porwała cały naród, kształtując przyszłe pokolenia.

Bohater telewizji

Głównym aspektem omawianej książki jest właśnie mit jaki powstał dzięki rozwojowi telewizji i środków przekazu oraz zdolnościom i ciężkiej pracy całego klanu Kennedych. Autor biografii był przez wiele lat współpracownikiem przewodniczącego Izby Reprezentantów Tipa O’Neilla, stąd też miał możliwość zdobycia relacji z pierwszej ręki (O’Neill był bliskim przyjacielem Kennedy’ego, zajął jego miejsce w kongresie). Ma bogatą wiedzę i doświadczenie związane z amerykańską polityką. Jako dziennikarz polityczny MSNBC relacjonuje wybory prezydenckie od 1988 r.  

Mimo obszernego materiału faktograficznego, książka napisana jest stylem lekkim, reporterskim, łatwym w czytaniu. Szczególną wartość mają przytaczane zakulisowe fakty. Poznajemy dzięki temu Kennedy’ego, który z jednej strony jest twardy w rozmowach z Chruszczowem i wytrzymuje fizycznie i psychicznie 13 dni negocjacji prowadzących do uniknięcia wojny nuklearnej, z drugiej zaś nie jest w stanie przejść kilkunastu metrów z helikoptera do rezydencji. Potrzebuje gorsetu, zastrzyków ze sterydów, chodzi o kulach. Wrażliwy na los drugiego człowieka nie potrafi zostać przy rodzącej żonie, ale leci na urlop do Palm Beach.

Chociaż książka skupiona jest głównie na procesie formowania się Kennedy’ego na drodze do prezydentury, to mamy też relacje z ostatnich lat przed zamachem. Tu znowu widać jego nieuchwytną naturę. Człowieka, który przed minutą dowiedział się o śmierci prezydenta Wietnamu (tydzień wcześniej sam nakazał przeprowadzenie na niego zamachu) a po chwili jak gdyby nigdy nic bawi się z synem.

 Autor biografii ukazał złożoność postaci wpisanej w kontekst gwałtownych przemian lat 40-tych i 50-tych. Każdy rozdział książki ukazuje konkretny aspekt osobowości prezydenta. Potrafił on czarować nawet oponentów, dlatego Nixon zaczął słynną pierwszą telewizyjną debatę prezydencką od przyznania racji swojemu przeciwnikowi zamiast wyłożenia własnych argumentów.

W pogoni za nieuchwytnymi celami

Jednak omawiana biografia pokazuje przede wszystkim wizjonera. W 1957 w senacie powiedział: największą siłą w dzisiejszym świecie nie jest ani komunizm ani kapitalizm, ani bomba atomowa ani pociski balistyczne. Jest nią za to wieczne pragnienie człowieka bycia wolnym i niezależnym. Swoje otwarte podejście do świata, praw obywateli zaszczepił na całe pokolenia. Stał się inspiracją. Sam autor biografii brał udział w stworzonym przez prezydenta programie Peace Corps, który miał promować idee wolności i amerykańskiej kultury w najodleglejszych zakątkach świata. Chris Matthews spędził blisko dwa lata w Suazi na południu Afryki pomagając w rozwoju gospodarki kraju.

Johna Kennedyego stworzyły historie, które czytał będąc jako mały chłopak przykutym do łóżka. Marzył o Rycerzach Okrągłego Stołu z zamku Camelot dokonujących niezwykłych rzeczy, podążających za nieuchwytnymi marzeniami. Takim marzycielem pozostał do końca. Obiecał Amerykanom podróż na Księżyc w momencie, gdy nikt nie miał pojęcia jak to zrobić. Roztaczał przed Murzynami wizję równego w prawach społeczeństwa w sytuacji, gdy wstępu na uniwersytety zabraniało im nie tylko prawo ale i fizycznie – policja. Mówił o rozbrojeniu świata z bomb atomowych, podczas gdy Sowieci przeprowadzali podziemne próbne wybuchy. Tragiczna śmierć nie pozwoliła mu zrealizować marzeń, ale jego pomysł na świat był punktem wyjścia dla kolejnych pokoleń, kontynuowanym przez następców. Pierwsza Dama najlepiej ujęła ducha tamtych czasów przytaczając słowa piosenki z głośnego wówczas na Broadwayu musicalu:

Don’t let it be forgot that once there was a spot

for one brief shining moment that was known as Camelot.

 

Chris Matthews, Jack Kennedy. Elusive Hero, wyd. Simon & Schuster (skąd pochodzi załączony do wpisu obrazek), Nowy Jork 2011. W Amazonie od 10 dolarów za wersję papierową, $11,99 za e-booka.

 

Dariusz Pruchniewski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

Też chcesz opublikować swój tekst na blogu Dyplomacja? Skontaktuj się ze mną! Napisz na: p.wolejko[at]vp.pl.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook