Ameryka Łacińska

niedziela, 14 kwietnia 2013

Niedziela 14 kwietnia to dzień wyborów prezydenckich w Wenezueli. Już wkrótce okaże się, czy następcą zmarłego 5 marca br. Hugo Chaveza będzie Nicolas Maduro, delfin chavistowskiej partii PSUV, czy reprezentujący opozycję Henrique Capriles Radonski. Sytuację polityczną w Wenezueli pomoże nam zrozumieć Mateusz Doliński, ekspert zajmujący się Ameryką Łacińską m.in. na Portalu Spraw Zagranicznych - PSZ.pl. Oddajmy mu głos:

Krótka, ale bardzo intensywna kampania wyborcza, podczas której obaj kandydaci usiłowali osiągnąć jak najwięcej. Zarówno tymczasowy prezydent, Nicolas Maduro, wystawiony przez rządzącą partię PSUV, jak i Henrique Capriles Radonski, kandydat środowisk opozycyjnych, postawili na masową mobilizację swojego elektoratu i wielotysięczne wiece na ulicach wenezuelskich miast.

Przez ostatnie dni mieliśmy do czynienia z emocjonalnymi wystąpieniami i nawiązywaniem do osoby zmarłego prezydenta Hugo Chaveza. Nicolas Maduro liczy na wygraną dzięki ogromnemu sentymentowi za Chavezem. W tym celu wykorzystał media i sprawnie poprowadzoną kampanię, w której starał się podkreślić związki z rewolucją boliwariańską oraz przedstawić siebie w roli gwaranta i kontynuatora przemian społecznych zapoczątkowanych przez Chaveza. Spoglądając na ogromne plakaty i wszechobecne ulotki wyborcze, jakie w ciągu minionych dziesięciu dniu pojawiły się na wenezuelskich ulicach, można było odnieść wrażenie, że to sam Chavez ubiega się o kolejną reelekcję.

Maduro próbuje naśladować Chaveza, jednak od razu daje się zauważyć, że brakuje mu wielkiej charyzmy i łatwości w nawiązywaniu kontaktu z masami, które charakteryzowały zmarłego prezydenta. Maduro nie potrafi porwać tłumów i przyciągnąć wyborców swoją osobą. Właśnie dlatego cała kampania została oparta na spuściźnie Chaveza i poczuciu tęsknoty za ukochanym przywódcą.

grafikaOkoliczności niewątpliwie sprzyjają Maduro, który mimo braku charyzmy może liczyć na poparcie wyborców Chaveza, który zaledwie w ubiegłym roku pobił Caprilesa w wyborach prezydenckich w stosunku 54 do 44 procent oddanych głosów. Co więcej, partia PSUV odniosła imponujące zwycięstwo w wyborach stanowych w grudniu ub.r., wygrywając w 20 z 23 stanów (opozycja utraciła cztery). Henrique Capriles Radonski obronił stanowisko gubernatora stanu Miranda, jednak poparcie dla niego nieznacznie spadło, a dla rywala z PSUV wzrosło.

W obliczu tego wszystkiego kandydat opozycji nie mógł frontalnie atakować Chaveza. Jak mówi Mateusz Doliński, Radonski z szacunkiem odnosił się do zmarłego prezydenta. "Wytykał natomiast błędy systemu panującego w kraju. Przede wszystkim zwracał uwagę na liczne patologie i problemy targające społeczeństwem Wenezueli m.in. korupcję, nepotyzm i rosnącą przestępczość (liczba zabójstw wyniosła w ub.r. niemal 3,5 tys.). Obiecywał nowy model społeczno-ekonomiczny wzorowany na rozwiązaniach brazylijskich, a więc szerokie programy socjalne przy jednoczesnym utrzymaniu mechanizmów wolnorynkowych."

W analizie sprzed miesiąca pisałem, że szanse Maduro są zdecydowanie większe niż Radonskiego, a największym zagrożeniem dla Rewolucji Boliwariańskiej jest dekompozycja obozu władzy. Z oczywistych powodów nie nastąpiła ona w ciągu kilku tygodni od śmierci Hugo Chaveza do dzisiejszych wyborów. Sondaże dają zwycięstwo Maduro, który ma szansę powtórzyć wynik swojego poprzednika, bijąc Radonskiego różnicą 10 procent głosów. Mateusz Doliński wskazuje na mechanizm, który zapewne zadziała w dzisiejszym głosowaniu:

Kandydat opozycji  otrzymał metkę "kapitalisty" i "liberała", zaś dla wielu przeciętnych Wenezuelczyków, którzy pobierają od państwa wydatną pomoc materialną, jawi się po prostu jako zagrożenie. Obawiają się ewentualnych zmian i rewizji dotychczasowej polityki socjalnej, więc w niedzielę zagłosują na Maduro. Capriles i opozycja mogą spodziewać się wygranej tylko w sytuacji, gdyby jeszcze bardziej zmobilizowali swój elektorat, zaś część zwolenników Chaveza pozostała w domach.

Sukces Maduro tylko teoretycznie oznacza, iż niewiele się zmieni w obecnym systemie władzy. Zmieni się bardzo dużo, ponieważ osobowość Chaveza nadawała treść temu systemowi, wypełniając jego liczne luki i odwracając uwagę od niespójności. Podtrzymuję swoją prognozę z marcowej analizy, iż niezależnie od tego, kto będzie rządził krajem w krótkim i średnim terminie, najważniejsze wyzwania mają charakter czysto wewnętrzny. Najpewniej zmierzy się z nimi Nicolas Maduro. Jeśli jednak wygra Henrique Capriles Radonski, sytuacja mocno by się skomplikowała, ponieważ - o czym przypomina Mateusz Doliński - większość samorządów znajduje się w rękach chavistów. Z drugiej strony, pamiętamy nie tak dawne przecież doświadczenie rządów w naszym kraju, opartych na zasadzie "wasz prezydent, nasz premier". Tylko czy Radonski i jego ekipa potrafiliby się zachować jak drużyna Tadeusza Mazowieckiego?

Piotr Wołejko

środa, 06 marca 2013

Skutki śmierci Hugo Chaveza będą odczuwalne poza granicami Wenezueli. Niemniej, największe trzęsienie ziemi może nastąpić w Caracas. Jakie scenariusze można rozważyć?

Rozwój sytuacji w Wenezueli

grafikaPo śmierci charyzmatycznego lidera pod znakiem zapytania staje cały stworzony przez niego system władzy. Pozycja Chaveza była wyjątkowa, to on pociągał za wszystkie sznurki. Potrafił uwodzić obywateli, dawać w kość przeciwnikom politycznym i rozstawiać po kątach swoich współpracowników. Dzięki dochodom z ropy naftowej nie musiał przejmować się tak błahymi problemami jak deficyt budżetowy czy zadłużenie publiczne, nie potrzebował też niezależnego banku centralnego, a odpowiedzią na problemy gospodarcze najczęściej bywała nacjonalizacja. Ropa pozwalała kupować spokój społeczny i ograniczać skalę ubóstwa. Ropa nie rozwiązała jednak wszelkich problemów (nadal znaczne obszary biedy, ogromna przestępczość), a stworzyła wiele nowych – wynikających z podziału pieniędzy z eksportu surowca. Powstała nowa kasta ludzi dobrze ustosunkowanych i czerpiących korzyści z nadpodaży petrodolarów - czerwona burżuazja.

Wenezuelski system polityczny, cała Boliwariańska Rewolucja, opierała się na Chavezie i pieniądzach z ropy naftowej. Dla chavistów, stronników zmarłego prezydenta, jego odejście to poważny cios. Czy namaszczony na następcę wiceprezydent Nicolas Maduro będzie w stanie zastąpić Chaveza? Czy będzie mógł liczyć na zdyscyplinowanie swojej partii i wyborców? Nowe wybory mają się odbyć za 30 dni. Tak krótki czas sprzyja Maduro i chavistom. Po pierwsze, najpewniej uda się zapobiec dekompozycji obozu władzy i walkom frakcyjnym, wszelkiego rodzaju rywalizacji o schedę po Chavezie. Po drugie, opozycja może nie zdążyć się odpowiednio zorganizować. Niespełna pół roku temu Chavez pokonał kandydata opozycji Henrique Radonskiego w stosunku 54 do 44 procent poparcia. Czy w zaledwie 30 dni, z czego 7 to żałoba narodowa, Radonski zdąży przeprowadzić skuteczną kampanię? Większość atutów jest po stronie Maduro.

Zakładając, że Maduro ma znaczne szanse zwycięstwa nie należy bagatelizować sedna problemu – utrzymania stworzonego przez Chaveza modelu władzy. Wątpliwe, by nie wystąpiły tarcia i konflikty wewnętrzne, by nie pojawili się nowi kandydaci na liderów. Naoliwiona ropą naftową i zespolona z instytucjami publicznymi maszyna partyjna Chaveza zapewne złapie zadyszkę. Scena polityczna ulegnie dekompozycji, pojawią się nowe inicjatywy i podmioty. Jako prezydent Nicolas Maduro znajdzie się pod presją ze strony opozycji oraz frakcji we własnej partii. Teraz okaże się, czy Chavez stworzył coś więcej niż jednoosobowy urząd wszechmogącego prezydenta. Czy stworzył system, który – nawet z uwzględnieniem ewentualnych modyfikacji – będzie trwać i przeżyje swojego twórcę?

Wenezuelska polityka zagraniczna

Oprócz istotnej zmiany w polityce wewnętrznej – socjalizm XXI wieku – Hugo Chavez wprowadził nową jakość w polityce zagranicznej. Postawił swój kraj w zdecydowanej opozycji wobec Stanów Zjednoczonych i niewątpliwie przyczynił się do zwrotu Ameryki Południowej w lewo. Zaraz po objęciu władzy związał Wenezuelę z Kubą, odświeżając nieco wizerunek Fidela Castro oraz zyskując namaszczenie na następcę od lidera socjalistycznej rewolucji. Niewielkim kosztem liczonym w baryłkach ropy naftowej, Chavez wzmocnił swój image międzynarodowy. W dniu jego śmierci w orbicie Wenezueli znajduje się Ekwador (prezydent Rafael Correa), Boliwia (prezydent Evo Morales) oraz Nikaragua (prezydent Daniel Ortega). Bliskie więzy z Caracas posiada również Argentyna, gdzie rządzi Cristina Fernandez de Kirchner. Swego czasu Wenezuela wyrastała na politycznego lidera regionu, jednak szybko została stłamszona przez dynamicznie rozwijającą się – i rozpychającą na arenie międzynarodowej – Brazylię. Ta z kolei przeciwdziałała modnemu na kontynencie antyamerykanizmowi, pozycjonując się jako lider regionu nastawionego na pragmatyzm i rozwój gospodarczy.

Wszyscy zapamiętają trudne stosunki Wenezueli z Kolumbią i liczne oskarżenia o wspieranie przez Chaveza rebeliantów z lewackiego ugrupowania FARC. Gdy Chavez przejmował władzę, FARC było w Kolumbii prawdziwą potęgą, kontrolującą znaczne połacie terytorium kraju i zarabiającą krocie na porwaniach i handlu narkotykami. Twarda polityka, wspieranego przez USA, prezydenta Alvaro Uribe, kontynuowana od 2010 przez Juana Manuela Santosa, doprowadziła do złamania potęgi FARC. Relacje Bogoty z Caracas delikatnie się poprawiły. Teraz powstaje szansa na nowe otwarcie.

Ambicje Chaveza sięgały jednak daleko poza Amerykę Łacińską. Utrzymywał bliskie relacje z Białorusią i Iranem, tworząc groteskowe sojusze z jedyną europejską satrapią i bliskowschodnią teokracją. Dużo poważniej należy traktować stosunki z Rosją i Chinami. Moskwa z radością wykorzystała okazję do zbliżenia z głównym globalnym krytykiem USA – za rządów Chaveza kwitły relacje polityczne, gospodarcze (głównie współpraca w sektorze energetycznym) oraz militarne (wielomiliardowe kontrakty na zakup rosyjskiego uzbrojenia; wizyta rosyjskiego okrętu wojennego na Morzu Karaibskim i zawinięcie do wenezuelskiego portu). Chaveza z Rosją wiązały też ceny ropy, w szczególności troska o to, by były one jak najwyższe. W przypadku Chin chodziło głównie o ropę, której Chiny potrzebują w każdych ilościach. Wkrótce zapewne staną się głównym importerem wenezuelskiej ropy, głównie za sprawą spadającego popytu na zagraniczny surowiec w USA. Spełni się zatem marzenie Chaveza, który dążył do ograniczenia uzależnienia kraju od eksportu ropy do Stanów Zjednoczonych.

Wenezuela pod rządami Chaveza zaistniała na kontynencie i miała wpływ na orientację polityczną regionu. Rola Wenezueli malała wprost proporcjonalnie do wzrostu pozycji Brazylii, która stała się południowoamerykańskim hegemonem. Poza zachodnią półkulą Caracas nie miało jednak zbyt wiele do powiedzenia. Wątpliwe, by następca Chaveza zmienił coś w tej dziedzinie. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym model gospodarki opartej na eksporcie ropy stanie się niewydolny i będzie musiał ulec poważnym zmianom. Niezależnie od tego, kto będzie rządził krajem w krótkim i średnim terminie, najważniejsze wyzwania mają charakter czysto wewnętrzny. Dopiero uniezależniona od ropy jako głównego źródła dochodu Wenezuela może odegrać znaczącą rolę w polityce międzynarodowej. A przede wszystkim opracować ją, bazując na bardziej twórczej podstawie niż antyamerykanizm.

Piotr Wołejko

 

Zdjęcie: Wikimedia Commons/Jose Cruz/ABr

wtorek, 17 lipca 2012

Lato, dla niektórych wakacje, to - wbrew plotkom, iż jest nią jesień - najlepsza pora na nadrobienie czytelniczych zaległości bądź poświęcenie czasu na przeczytanie bardziej aktualnych pozycji. Stąd pomysł, by polecić kilka książek, które sam w ostatnim czasie przeczytałem bądź właśnie czytam. Omawiane pozycje dotyczą oczywiście tematyki międzynarodowej, natomiast poruszane w nich zagadnienia są bardzo różnorodne. Moim zdaniem składają się na wartą uwagi listę lektur, które z czystym sumieniem mogę polecić każdemu.

Na pierwszy ogień, czyli początek cyklu (o nieznanej jeszcze ilości części, jest to bowiem lista rozwojowa), zapraszam wszystkich na wycieczkę do Meksyku. Nie mam jednak na myśli gorących plaż w kurorcie Cancun, a raczej granicę amerykańsko-meksykańską oraz góry Sierra Madre biegnące m.in. przez stany Sonora, Chihuahua i Sinaloa. Wyprawa do Meksyku nie wiąże się bowiem z drinkami z palemką i piękną opalenizną, a z krwawą walką o pieniądze i wpływy.

Meksyk płonie

grafikaW pasjonujący sposób o meksykańskiej wojnie narkotykowej pisze Ioan Grillo, brytyjski dziennikarz, autor polecanej przeze mnie książki El Narco (wydanej nakładem wydawnictwa REMI). Książka ta trafiła w moje ręce wprost od szefa wydawnictwa Remigiusza Krakowskiego, a efektem tej znajomości była rozmowa na antenie telewizji Polsat News nt. wojny państwa meksykańskiego z kartelami narkotykowymi (zobacz w YouTube).

Ioan Grillo prezentuje historię produkcji i dystrybucji narkotyków w Meksyku. Pokazuje, w jaki sposób powstawały meksykańskie kartele i jak przejęły znaczną część biznesu od Kolumbijczyków. Od co najmniej dekady stolicą globalnego rynku narkotykowego nie jest już Medellin, skąd wywodzi się dawny najpotężniejszy kartel świata, tylko np. stan Sinaloa, z którego pochodzi jeden z największych karteli Meksyku.

Z książki dowiemy się też, jak powstał kartel Zetas, uznawany za najbardziej brutalny spośród narkotykowych karteli. Zetas słyną ze strasznego okrucieństwa, wymyślnych tortur i dręczenia swych ofiar, a także szokujących masowych egzekucji.

Powstrzymać przemoc

Wreszcie, Grillo pokazuje, iż dzisiejsze kartele to nie tylko narkotyki, od produkcji, przez szmuglowanie, aż po dilerów w amerykańskich miastach i kampusach akademickich, ale wielobranżowe przedsiębiorstwa o zdywersyfikowanych źródłach przychodów, takich jak porwania, tzw. ochrona, "obsługa" nielegalnych imigrantów etc.

Jaka powinna być odpowiedź na zalewającą Meksyk falę przemocy? Cóż, problem może rozwiązać nie siła i kule w postaci wojny, jaką kartelom wytoczyło państwo meksykańskie. Rozwiązanie leży na północ od Meksyku, w Stanach Zjednoczonych. To największy konsument narkotyków na świecie, a także źródło niewyczerpanych zapasów broni. Zmiana polityki narkotykowej oraz dotyczącej dostępu do broni palnej w Ameryce jest konieczna, by powstrzymać rozwój karteli i okiełznać krwawą jatkę, która w ostatnich pięciu latach kosztowała życie ponad 50 tys. ludzi.

To tylko zarys tego, o czym Ioan Grillo napisał na nieco ponad 400 stronach swojej książki. Gorąco zachęcam do lektury El Narco.

Piotr Wołejko

 

grafika: wydawnictworemi.pl

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Falklandy/Malwiny, obie nazwy dotyczą tych samych wysp, jednak ich zamienne używanie może skończyć się nieprzyjemnie, zwłaszcza w Argentynie. Kraj ten 30 lat temu zbrojnie zajął wyspy, zmuszając do kapitulacji niewielki oddział brytyjskich żołnierzy. Tak opisywałem sytuację w 25. rocznicę argentyńskiej inwazji:

Junta generała Galtieriego nie spodziewała się, że Brytyjczycy przemierzą 12 tys. kilometrów, aby odbić Falklandy. Galtieri srodze się pomylił, gdyż Margaret Thatcher wysłała liczące blisko 30 tys. żołnierzy siły ekspedycyjne - wraz z ponad setką okrętów - i po kilku tygodniach walk Brytyjczycy odbili wyspy. Popularność Thatcher wzrosła do niebotycznych poziomów, a argentyńska junta zaczęła sypać się jak domek z kart - i w 1983 roku upadła.

Z okazji okrągłej rocznicy walk nastroje w Argentynie są ponownie podgrzewane. Czyni to najbardziej nacjonalistyczny od lat gabinet prezydenta Nestora Kirchnera. Wykorzystuje on dawne sentymenty (patriotyczne uniesienie) w bieżącej polityce, chcąc zbić na historycznym wydarzeniu polityczny kapitał. Kirchner zapowiedział, że wymówi podpisaną w 1995 roku umowę, w myśl której wraz z Brytyjczykami Argentyna miała eksploatować złoża gazu i ropy. Choć szans na odzyskanie wysp nie ma praktycznie żadnych, na uroczystościach rocznicowych zarówno prezydent, jak i szef sztabu generalnego zapowiedzieli, że Buenos Aires nigdy nie zrezygnuje ze swoich roszczeń w stosunku do Malwinów. Co więcej, wiceprezydent Daniel Scioli stwierdził: "Odzyskamy to, co do nas należy", dodając "Wojna nie zmieniła rzeczywistości. Malwiny są argentyńskie, zawsze były i zawsze będą argentyńskie". Prezydent Kirchner mówi tymczasem o zakończeniu "bezprawnej okupacji", a także trzykrotnie zwiększa pensje weteranom z czasów bytyjsko-argentyńskiej wojny. Niemal 20% ankietowanych Argentyńczyków twierdzi, że najlepszym sposobem odzyskania Malwinów jest ponowna akcja zbrojna. Większość liczy jednak na sukces wysiłków dyplomatycznych.

Dziś Falklandy są zamieszkuje nieco 3 tys. osób, które w większości są angielskojęzyczne. Nie chcą one nawet słyszeć o "powrocie" pod argentyńskie władanie i kategorycznie odrzucają wszelkie roszczenia wysuwane przez Buenos Aires. Nie ma co dziwić wyspiarzom, gdyż PKB na głowę wynosi na Falklandach grubo ponad 50 tys. dolarów i jest jednym z najwyższych na świecie. Wielka Brytania wydaje także ponad 160 milionów funtów (310 milionów dolarów) rocznie na obronę wysp. Ich mieszkańcy pamiętają jeszcze krótkie czasy argetyńskiej okupacji, która oznaczała bezwzlgędną "hiszpanizację", czy zmianę ruchu drogowego na prawostronny. Inwazja tylko pogorszyła obraz Argentyny w oczach wyspiarzy i większość z nich odnosi się do tego kraju z mniej lub bardziej skrywaną wrogością.

Zwrotu Falklandów (Malwinów) Argentynie nie należy się spodziewać. Oby prezydent Nestor Kirchner nie przeciągnął struny z patriotycznym uniesieniem, które sztucznie wywołuje podsycając nadzieje na odzyskanie wysp. Polityka zdominowana przez przeszłość utrudnia patrzenie w przyszłość”.

Pięć lat później sytuacja jest podobna. Argentyna znowu publicznie rości sobie pretensje do suwerenności nad Falklandami/Malwinami, a Wielka Brytania kategorycznie odrzuca wszelkie żądania ze strony Buenos Aires. Konserwatywny premier David Cameron w specjalnym oświadczeniu nie pozostawia złudzeń: „Trzydzieści lat temu mieszkańcy Falklandów stali się ofiarami agresji, której celem było pozbawienie obrabowanie ich z praw i wolności, a także dotychczasowego stylu życia (…) Słusznie jesteśmy dumni z roli, jaką odegrała Wielka Brytania przywracając [mieszkańcom – przyp. P.W.] wolność”.

W sprawie przyszłości przekaz Camerona jest jasny: „Wielka Brytania będzie twardo i zdecydowanie stać na straży prawa mieszkańców Falklandów, i tylko i wyłącznie ich, do decydowania o swej przyszłości. To była podstawowa zasada, która była zagrożona trzydzieści lat temu i którą uroczyście potwierdzamy w dniu dzisiejszym”.

grafika

Przywiązanie Londynu do Falklandów wynika nie tylko z krótkiej wojny sprzed trzech dekad. Znaczenie strategiczne wysp drastycznie zmalałoby dla Wielkiej Brytanii, gdyby nie znaczne zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego, które znajdują się w specjalnej strefie ekonomicznej Falklandów. Londyn tymczasem tworzy energetyczne imperium i agresywnie poczyna sobie w energetycznym wyścigu, którego jesteśmy świadkami. Jednak mając za rywali Chiny czy Indie trudno nie wykorzystywać wszystkich pojawiających się szans. Z tego samego powodu Argentyna ponownie odgrzewa falklandzki kotlet.

I choć dzisiejsza flota brytyjska, jej niegdysiejsza dumna Royal Navy, jest okrojona w stosunku do 1982 roku, nie mam wątpliwości, że Londyn użyłby jej w przypadku militarnych zakusów ze strony Argentyny. Z podobnym jak trzy dekady temu efektem. Nie spodziewam się jednak tak daleko posuniętej eskalacji. Buenos Aires stara się zbudować latynoamerykańską koalicję wspierającą własne roszczenia, co idzie dość skutecznie, i na drodze prawno-politycznej doprowadzić do – no właśnie, do czego? Do przejęcia kontroli nad Falklandami czy tylko jak największego udziału w zyskach z wydobywanych surowców energetycznych? Pierwszy cel wydaje się wątpliwy do osiągnięcia, natomiast o udziale można próbować rozmawiać.

Piotr Wołejko

 

grafika: menasborders.blogspot.com

czwartek, 22 marca 2012

Brazylijska gospodarka jest już szóstą największą na świecie. Na przełomie lutego i marca br. Brazylia wyprzedziła Wielką Brytanię. Do piątej Francji brakuje już naprawdę niewiele, bo tylko 300-500 mld dolarów. Powinniśmy się więc przyzwyczajać do tego, że Brazylia znajduje się w wielkiej piątce, a do końca dekady najpewniej wyprzedzi największą gospodarkę Europy – niemiecką. Oznacza to, że siła Europy coraz bardziej maleje. Relatywnie nie słabniemy, po prostu inni rosną szybciej.  

Brazylia staje się prawdziwym hegemonem Ameryki Łacińskiej. Jej gospodarka jest większa od meksykańskiej, wenezuelskiej, argentyńskiej i kolumbijskiej razem wziętych. Brazylijczycy coraz aktywniej działają na arenie międzynarodowej. Dotychczas skupiali się na stosunkach z krajami tzw. Południa, głównie afrykańskimi. Teraz coraz śmielej wkraczają do pierwszej ligi, czego przykładem jest rola odgrywana przez Brazylię podczas negocjacji klimatycznych oraz dotyczących liberalizacji handlu, a także propozycja (wypracowana wspólnie z Turcją, inną rosnącą potęgą) dotycząca irańskiego programu nuklearnego z 2010 roku. Nie oceniając skuteczności tych działań i inicjatyw należy dostrzec, iż Brazylia ma coraz więcej do powiedzenia w naprawdę szerokiej palecie tematów. Jej głosu nie wypada już ignorować. Być może zmierza ona nawet po stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, o ile uda się to grono kiedykolwiek zreformować.

Nie tak szybko

grafikaReasumując, jest pięknie, a będzie jeszcze piękniej? I tak, i nie. Gospodarka dynamicznie się rozwija, a miliony obywateli wychodzą z nędzy, tworząc coraz liczniejszą klasę średnią. Stabilizuje to jednocześnie ustrój demokratyczny, który opiera się właśnie na klasie średniej. Politycznie Brazylia może prężyć muskuły i skutecznie realizować interesy, a także przyczyniać się do stabilizacji sytuacji w regionie (vide Haiti) i na świecie. Modernizacji i rozwojowi sprzyjają dwa wielkie wydarzenia sportowe, które odbędą się na brazylijskiej ziemi – w 2014 roku będą to mistrzostwa świata w piłce nożnej, a w 2016 roku Igrzyska Olimpijskie. W sprawie Mundialu ostatnio FIFA mocno Brazylię skrytykowała, ale ostatecznie wszystko w miarę się uda.

Brazylia stoi przed szeregiem wyzwań, spośród których rozbudowa i modernizacja infrastruktury transportowej i telekomunikacyjnej niekoniecznie jest największym problemem. Za piękną fasadą mocarstwowych ambicji Brasilii kryje się endemiczna korupcja trawiąca życie społeczno-gospodarcze, wielkie nierówności społeczne (vide fawele) oraz dobrze zorganizowane przestępcze podziemie zajmujące się m.in. handlem narkotykami. Rozwiązanie tych problemów to nie kaszka z mleczkiem, a długotrwały, skomplikowany i kosztowny proces. Militarne pobicie gangów, co widać na przykładzie Meksyku, nie jest ani łatwe ani skuteczne w tym sensie, że zawsze znajdą się chętni do pracy dla przestępców. Potrzebne są programy społeczne i edukacja, aby mieszkańcy biedniejszych dzielnic i miejscowości mieli alternatywę.

Ostrożnie z krytyką

Wracając do generalnych rozważań, nie można patrzeć na Brazylię przez pryzmat faweli, gdyż najpotężniejsze dziś państwo świata – Stany Zjednoczone – też ma swoje dzielnice biedy, a infrastruktura transportowa lata świetności ma już dawno za sobą. Gdy dokładnie przyjrzeć się poszczególnym państwom, zawsze znajdzie się pewne słabości. Mają one wpływ na obraz sytuacji, lecz nie powinno się ich wyolbrzymiać. Przykładowo, od co najmniej dekady obiegowa plotka głosi, iż gospodarkę Iranu trapią poważne problemy (inflacja, bezrobocie, zacofanie technologiczne, sankcje), a jednak gospodarka nie upada. Można tłumaczyć, że gaz i ropa, ale to są tylko wymówki. Tak samo teraz próbuje się szukać dziury w całym, czyli wynajdować słabości Chin (vide przegrzany rynek nieruchomości). Nikt poważny nie przeczy, że Chiny mają z rynkiem nieruchomości pewne problemy, ale czy to wpływa w decydujący sposób na ich pozycję międzynarodową?

Piotr Wołejko

 

grafika: paraibaparadise.com

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook