Azja

czwartek, 02 stycznia 2014

Ilość punktów zapalnych w Azji i na Dalekim Wschodzie może przyprawić o ból głowy. Co gorsze, któryś z nich może wybuchnąć i przerodzić się w konflikt o regionalnym bądź nawet globalnym charakterze.

Jednym z powracających cyklicznie problemów jest świątynia Yasukuni, która znajduje się w Tokio. Wizyty japońskich dygnitarzy, nierzadko z premierem na czele, wywołują oburzenie w Chinach i Korei Płd., czyli głównym rywali geopolitycznym i ekonomicznym Japonii w regionie (Chiny) oraz w państwie teoretycznie sojuszniczym (Korea). Powodem tego oburzenia jest to, że w świątyni upamiętniono 1000 zbrodniarzy wojennych (z okresu II wojny światowej), w tym kilkunastu zbrodniarzy tzw. klasy A (skazanych przez Trybunał Tokijski za zbrodnie przeciwko pokojowi). 

Konfrontacja czy pojednanie?

grafikaSpór o Yasukuni (na zdjęciu) rozgorzał ponownie kilka dni temu, gdy po raz pierwszy od kilku lat, świątynię odwiedził premier. Do tego funkcję premiera sprawuje konserwatywny Shinzo Abe, który przyjmuje raczej konfrontacyjną pozycję względem Chin. Nastąpiła zatem "kumulacja" niekorzystnego efektu, co dało się odczuć w płynących z Pekinu oraz Seulu komentarzy. Zagraniczni eksperci znowu mieli okazję do powtórzenia analiz o wysokim poziomie napięcia, a także prognoz wieszczących dalsze zaostrzenie sytuacji.

Mało kto skupia się jednak na tym, czym tak naprawdę jest świątynia Yasukuni, jakie są powody odwiedzania jej przez japońskich decydentów, i co o tym wszystkim myślą sami Japończycy. O tym za chwilę. Najpierw jeszcze krótko o Chinach, bo odwołują się one do... przykładu niemieckiego i poprawiania relacji z Polską. Chińskie media twierdzą, że Shinzo Abe powinien wziąć przykład z Willy'ego Brandta. Krótki, acz wymowny cytat: "W chwili, gdy Brandt uklęknął, jego naród powstał". Na nic takiego w przypadku Japonii nie można, przynajmniej na razie, liczyć.

O znaczeniu Yasukuni w japońskiej polityce, zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej, bardzo dużo ciekawego dowiecie się z tego artykułu na stronie magazynu The Atlantic. Oferuje on unikalną perspektywę, ponieważ składa się głównie z wypowiedzi czytelników (różne pochodzenie, doświadczenie życiowe i zawodowe). Nie mam ambicji streszczania czy tłumaczenia całego tekstu, którego lekturę w całości gorąco polecam. Wspomnę tylko o kilku zagadnieniach, które były dla mnie najbardziej interesujące.

Zrozumieć znaczenie Yasukuni - kilka spostrzeżeń:

  1. Jest związana z modernizacją Japonii i powstaniem nowoczesnego państwa japońskiego, wzorowanego w znacznej mierze na europejskich potęgach kolonialnych XIX i XX w.
  2. Definicja zbrodniarzy wojennych oraz ich lista to efekt klęski Japonii w II wojnie światowej. To banał, ale to zwycięzcy piszą historię i dokonują oceny zdarzeń. Równie dobrze moglibyśmy się oburzać odwiedzinom amerykańskich decydentów na cmentarzu w Arlington, gdzie również można znaleźć nazwiska odpowiedzialnych za śmierć znacznej liczby cywilów.
  3. Japończycy mało dbają o to, jak ich poczynania odbierane są zagranicą. Owszem, rząd japoński dba o wizerunek kraju i dobre kontakty, ale zwykli Japończycy nie są przesadnie zainteresowani światem i odbiorem swojego kraju. W Yasukuni oddają hołd  poległym w walce bohaterom. Każdy naród ma swoją historię i pewne punkty zwrotne, które są ważniejsze od pozostałych. Japonia ma trudną historię Yasukuni, Ukraina - Banderę i UPA, Polska - akcję Wisła, Iran - krwawą wojnę z Irakiem, który używał broni chemicznej przy cichej akceptacji Zachodu. Trzeba do historii podchodzić ostrożnie, delikatnie i rozważnie.
  4. W zasadzie tylko Chiny i Korea Południowa protestują w przypadku wizyt japońskich dygnitarzy w Yasukuni. Akurat te dwa kraje najwięcej wycierpiały z rąk imperialistycznej cesarskiej Japonii, która chciała stworzyć własny porządek w Azji. To ograniczenie do trzech graczy sprawia, że pozostałe państwa zwracają coraz mniejszą uwagę na rytualne pohukiwania.
  5. W przypadku Chin Yasukuni stanowi użyteczne narzędzie mobilizowania własnego społeczeństwa i budowania wiarygodności partii i władzy jako dzielnych obrońców ojczyzny.

Po więcej argumentów oraz ich uzasadnienie odsyłam na łamy The Atlantic. Warto zagłębić się w wypowiedzi poszczególnych czytelników i poznać odmienne punkty widzenia. To zresztą niezła myśl na 2014 rok - odrzućmy stereotypy, poznajmy poglądy osób wywodzących się z innych kultur i tradycji. Taka, mam nadzieję, będzie Dyplomacja w 2014 r.

Korzystając z okazji pierwszego w tym roku wpisu, chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom i Przyjaciołom bloga Dyplomacja dużo zdrowia, jeszcze więcej ciekawości świata oraz sukcesów w osiąganiu celów i rozwiązywaniu problemów.

Piotr Wołejko

 

Zdjęcie: Wikimedia Commons (autor: Wiiii)

niedziela, 29 grudnia 2013

Politycy i wojskowi reprezentujący państwa zaangażowane w misję afgańską muszą nadrabiać dobrymi minami oraz okrągłymi stwierdzeniami, lecz nie są w stanie przykryć oczywistych faktów, ani zmienić długoterminowej prognozy dla Afganistanu. Prognozy, która przewiduje szybkie pogorszenie sytuacji wkrótce po wycofaniu bądź ograniczeniu liczebności amerykańskiego kontyngentu w tym kraju (wojska NATO wycofają się do końca 2014 r.).

Szybki regres

grafikaOrganizacje humanitarne i pomocowe już dziś biją na alarm, że brak zachodnich żołnierzy w znakomity sposób ograniczy ich działalność, a w wielu miejscach jej prowadzenie stanie się niemożliwe. Amerykańskie agencje wywiadowcze również nie pozostawiają złudzeń co do najbliższej przyszłości Afganistanu. Z wojskami amerykańskimi czy bez nich, osiągnięte ogromnymi kosztami - ludzkimi i finansowymi - "zyski" zostaną utracone. Mówiąc wprost, rząd centralny będzie tracił wpływ na to, co dzieje się na prowincji, a do gry oprócz talibów włączą się rozmaici watażkowie (w tym ci, którzy dzisiaj koniunkturalnie wspierają Karzaja bądź wojska zachodnie). Docelowo "zmiana" dosięgnie także rządu w Kabulu.

Rzekomy progres afgańskich sił bezpieczeństwa - w tym armii i policji - to raczej myślenie życzeniowe, niż twardy fakt. Mając u boku siły USA albo NATO, bądź mogąc liczyć na ich rychłe wsparcie, wojsko czy policja mogą osiągać mniejsze bądź większe sukcesy. Ale za rok, gdy takiego wsparcia już nie będzie (albo będzie znacznie ograniczone), afgańskie siły bezpieczeństwa zostaną poddane prawdziwej próbie. Czytając wypowiedzi żołnierzy, którzy mieli okazję współpracować bądź obserwować w działaniu afgańskie wojsko czy policję, trudno liczyć na to, że będą mogły stawić czoło zdeterminowanemu przeciwnikowi. Nie pomogą na to żadne zaklęcia ani zagrywki pijarowskie, z którymi mamy w ostatnim czasie do czynienia.

Strategiczna głębia Pakistanu

Dlatego też warto dziś zastanawiać się nad tym, jak poradzić sobie ze zbliżającym się chaosem. Nie będę oryginalny, gdy powtórzę samego siebie i powiem, że kluczem do sytuacji w Afganistanie jest Pakistan. Niestety, dotychczas pozorowano bądź w ogóle nie prowadzono rozmów z Islamabadem. A ten posiada "aktywa", które już wkrótce odegrają bardzo istotną rolę w afgańskiej polityce wewnętrznej. Mowa o różnego rodzaju ugrupowaniach zbrojnych, chociażby siatce Haqqaniego. Nie bez powodu pakistańska armia nie prowadzi praktycznie żadnych operacji zbrojnych w Północnym Wazyrystanie, gdzie bezpieczną przystań znaleźli główni przeciwnicy rządu Karzaja i jego zachodnich mocodawców. A w obliczu wycofywania się USA, Pakistan nie może pozwolić na wypełnienie powstałej próżni przez Indie (które od lat coraz mocniej rozpychają się w Afganistanie).

Zresztą, Karzaja już wkrótce nie będzie, gdyż kończy się jego druga kadencja, a w nowych wyborach nie wystartuje. Bez względu na to, kto zostanie jego następcą, czeka go ciężka praca, a widoki na sukces są niewielkie. Zmiana na stanowisku prezydenta może przyczynić się do tarć w obozie władzy, wywołać rozłamy czy wstrząsy, które przyspieszą zbliżający się chaos. Trzeba pamiętać o skomplikowanej strukturze etnicznej Afganistanu i licznych animozjach na tym tle.

Zarządzanie zmianą

W Nowy Rok Afganistan wkracza więc z wielką niepewnością po stronie sił zachodnich i ich lokalnych sojuszników. Zegar wyznaczający czas wycofania się większości (albo wszystkich) żołnierzy USA i NATO tyka coraz głośniej. Główni gracze bez wątpienia będą pozycjonować się pod kątem zmian, które majaczą już na horyzoncie.

Piotr Wołejko

czwartek, 10 października 2013

W przyszłym roku Afganistan powróci na pierwsze strony gazet i skupi uwagę decydentów oraz analityków. W kwietniu 2014 r. odbędą się wybory prezydenckie, po których głową państwa przestanie być Hamid Karzaj. Wyczerpał on limit kadencji i nie może ponownie ubiegać się o reelekcję. Poprzednie wybory (2009 r.) okazały się farsą pełną wszelkich możliwych nadużyć. Karzaj ostatecznie pozostał na stanowisku, gdy z udziału w drugiej turze wyborów zrezygnował Abdullah Abdullah, ex-minister spraw zagranicznych wywodzący się z Sojuszu Północnego.

Dziś Abdullah jest jednym z faworytów do zastąpienia Karzaja. Nie ma to większego znaczenia, gdyż ważniejsze od osoby nowego prezydenta jest wycofanie się wojsk zachodnich z Afganistanu i konsekwencje z tym związane. Czy Stany Zjednoczone pozostawią pod Hindukuszem swoich żołnierzy po 2014 r., a jeśli tak, to ilu? I jakie będą ich możliwości działania? Na ten temat ma wypowiedzieć się najważniejszy organ decyzyjny w Afganistanie – loja dżirga.

Czego chcą Afgańczycy?

grafikaNowy prezydent Afganistanu stanie przed nie lada wyzwaniem – jak utrzymać się przy władzy, a być może przy życiu. Skorumpowana administracja i słabe, niezdyscyplinowane, a przede wszystkim zdemoralizowane siły bezpieczeństwa i afgańska armia, nie wyglądają na godnych rywali dla zdeterminowanych Talibów. Kraj znowu może pogrążyć się w wojnie domowej, w której rozmaici watażkowie i Talibowie będą wyrywać sobie wpływy i połacie terytorium. Rząd w Kabulu na czele z nowym prezydentem będzie zdany na łaskę Amerykanów. Jakby historia zatoczyła koło i wróciły klimaty z przełomu lat 80. i 90. po wycofaniu się Sowietów.

Dobrze wiemy, co wydarzyło się w latach 90. i jakie były tego skutki. Teraz będzie gorzej. Ponad dekada okupacji Afganistanu odcisnęła piętno na niemal każdym mieszkańcu kraju, a możliwość walki z Amerykanami przyciągała i nadal przyciąga tysiące jihadystów z całego świata. Wojna w Afganistanie trwa w zasadzie bez przerwy od 1979 r. – większość ludzi nie zna innych realiów niż wojenne. Są przyzwyczajeni do załatwiania sporów z bronią w ręku, nie znają innego fachu niż walka. Wielu zradykalizowało się pod wpływem radykalnej islamistycznej propagandy oraz obserwacji rzeczywistości. Widzieli, jak postępują zachodni żołnierze i reprezentanci rządu w Kabulu. Mają dość okupacji, dronów, nocnych aresztowań, wymuszeń i korupcji. Większość zapewne nie ucieszy się z powrotu Talibów, ale chcą zmian. Czy uwierzą, że nowy prezydent je wprowadzi i chociaż częściowo uzdrowi sytuację, poprawiając ich byt?

Błędy, wypaczenia i stracone szanse

Przez ponad dekadę zachodnie wojska w Afganistanie zwalczały głównie nie Al-Kaidę i inne ugrupowania terrorystyczne, lecz powstanie zbrojne przeciwko okupacji. Ze względów propagandowych określano wszelkich rebeliantów i przeciwników marionetkowego rządu Karzaja oraz jego obrońców z ISAF mianem Talibów. Talibowie tu, talibowie tam, wszystko to talibowie. Nie miało to jednak większego związku z rzeczywistością. Co więcej, intensyfikacja działań sił specjalnych w Afganistanie (drony, naloty, nocne aresztowania, operacje komandosów) spowodowała radykalny wzrost liczby ofiar wśród cywilów. Jeden zabity niewinny Afgańczyk kreował kilkunastu, kilkudziesięciu czy nawet kilkuset wrogów ISAF, gotowych do odwetu. W skomplikowanej układance etniczno-plemiennej, wspartej tradycyjnymi zasadami honorowymi, zachodni żołnierze poruszali się jak dzieci we mgle. Zamiast spróbować te realia zrozumieć i wykorzystać na swoją korzyść, najczęściej próbowali wyrąbać sobie drogę maczetami. W konsekwencji tzw. bitwa o umysły Afgańczyków została przegrana lata temu.

Można łudzić się, że dziesiątki miliardów dolarów przeznaczonych na odbudowę zniszczonego kraju przysporzyły Zachodowi zwolenników. Na tej pomocy najlepiej skorzystali jednak skorumpowani oficjele każdego szczebla, którzy wywozili pełne dolarów walizki poza Afganistan, urządzając sobie gniazdka w Dubaju czy innych lokalizacjach w Zatoce. Sporo budynków i instalacji zbudowanych ze środków pomocowych nie jest wykorzystywanych (chociażby z powodu braku pieniędzy) bądź zostało zniszczonych. Zastanówmy się, jak przeciętny Afgańczyk odpowiedziałby na pytanie: czy żyje się Panu lepiej niż 2, 5, 10, 15 lat temu?

Talibowie muszą wrócić?

Wycofanie wojsk zachodnich (ew. z wyjątkiem części amerykańskich) z Afganistanu jest pewne. Zmiana na stanowisku prezydenta raczej też. A co z Talibami, niezbędnym elementem układanki? Dotychczasowe próby rozmów z nimi zakończyły się fiaskiem. Głównie dlatego, że Karzaj i Amerykanie rozmawiali z Talibami za swoimi plecami, bez uzgodnień i koordynacji. Co więcej, w rozmowy nie zaangażowano Pakistanu, który jest żywotnie zainteresowany porządkiem w Kabulu po 2014 r. Czasu na przygotowanie i przeprowadzenie kompleksowych rozmów coraz mniej. A nawet jeśli w końcu uda się wynegocjować porozumienie, zorganizować wielką konferencję i zrobić piękne zdjęcia, to nie wiadomo, czy po wycofaniu zachodnich wojsk kompromis się utrzyma. Czy trzeba przypominać rozwój zdarzeń z Wietnamu? Zresztą nawet bez tej analogii trzeba mieć dużo wiary, by uwierzyć w trwałość porozumienia w Afganistanie. O układzie sił tradycyjnie decyduje tam karabin, a nie świstek papieru.

W wymiarze międzynarodowym skutki zmian, które nastąpią w Afganistanie w przyszłym roku, będą znaczące. Pakistan będzie twardo dążył do zabezpieczenia własnych interesów, wspierając swoich faworytów. Po wycofaniu się wojsk Zachodnich większa odpowiedzialność za bezpieczeństwo w regionie spadnie na Rosję. Moskwa postrzega islamski radykalizm za poważne zagrożenie dla stabilności wewnętrznej, a także dla państw Azji Centralnej. Interesy Pakistanu i Rosji mogą okazać się sprzeczne, gdyż Islamabadowi jest z grubsza wszystko jedno, jaką ideologię będzie wyznawać nowa elita rządząca w Kabulu. Może okazać się, że najwygodniejszy dla Pakistanu jest powrót Talibów do władzy. Dla Amerykanów, Rosjan, Hindusów czy Irańczyków byłby to prawdziwy koszmar. Niestety, jest to bodaj najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju zdarzeń.

Jakie NATO po 2014 r.?

Koniec misji ISAF niesie również istotne konsekwencje dla NATO. W obliczu cięć w budżetach obronnych państw europejskich oraz braku woli politycznej do zaangażowania w wojny ekspedycyjne (vide brak „entuzjazmu” dla interwencji w Syrii, czego głównym wyrazem był sprzeciw brytyjskiego parlamentu), a także rosnącej roli Azji i azjatyckiego układu sił, powstaje pytanie o rolę Sojuszu w najbliższych latach. Na dziś wydaje się, że zmęczone wojnami (Afganistan, Irak – misja nie pod egidą NATO, lecz z udziałem wielu członków Sojuszu) i kryzysem finansowym NATO przejdzie w fazę uśpienia. Nie będzie się wychylać, szukając możliwości do użycia siły w odległych rejonach Azji bądź Afryki, a skupi się na sobie – szukając odpowiedzi na pytanie, jak usprawnić obronę w sytuacji malejących budżetów wojskowych. Szczyt NATO, na którym wszystkie powyższe zagadnienia (i nie tylko) będą omawiane odbędzie się również w 2014 r.

Piotr Wołejko

wtorek, 25 czerwca 2013

Nowy-stary premier Pakistanu Nawaz Sharif odpalił polityczną bombę, która zagraża kruchej stabilności Pakistanu. Szef rządu wypowiedział w parlamencie następujące słowa: „Będzie musiał odpowiedzieć za swoje winy przed sądem”. Ów niewymieniony z nazwiska w tej wypowiedzi bohater to były prezydent-dyktator Pervez Musharraf - w 1999 roku ówczesny szef sztabu pakistańskiej armii, który w bezkrwawym puczu obalił premiera Sharifa. Słowa zwycięzcy niedawnych wyborów parlamentarnych nie mogą jednak dziwić. Od lat szukał zemsty na Musharrafie i domagał się postawienia go przed sądem jeszcze w 2008 r., gdy Musharraf ustępował z urzędu prezydenta.

Trudne relacje wojskowych z cywilami

Pakistan jest krajem, w którym przez większą część z ponad sześciu dekad niepodległości rządy sprawowało wojsko. Cywile rządzili epizodycznie i zazwyczaj doprowadzali do mniejszego lub większego chaosu – taki stan rzeczy wykorzystywała armia, obalając cywilów i przejmując odpowiedzialność za kraj. Gdy władza armii stawała się niepopularna, następował powrót polityków. Ten scenariusz ma szanse zostać przełamany. W niedawnych wyborach opozycja zdobyła więcej głosów od partii rządzącej, a ta przekazała władzę. Dla zachodnich demokracji to standardowa procedura, jednak dla Pakistanu stanowi to totalną nowość. Można się obawiać, czy decyzja Sharifa o sądzeniu Musharrafa za zdradę stanu nie zagrożą procesowi krzepnięcia demokracji i umacniania się władzy cywilnej w kraju, w którym armia jest najpotężniejszą instytucją, pociągającą za kluczowe sznurki.

grafikaHistoryczne zdjęcie premiera Sharifa i gen. Musharrafa (źródło: pakistannewsday.com)

Czy obecny szef sztabu, podwładny Musharrafa, gen. Ashfaq Parvez Kayani pozwoli na publiczny spektakl, którego ostrze będzie wymierzone przeciwko wojsku? Mocno w to wątpię. Nie chodzi tu tylko o coś tak oczywistego jak solidarność zawodowa. Jeśli można skazać byłego szefa sztabu armii za przeprowadzenie zamachu stanu, to można zdziałać dużo więcej. Postawienie wojska pod pręgierzem – a jest to instytucja, która cieszy się wyjątkowym zaufaniem obywateli – nie wróżyłoby generalicji najlepiej. Jak zauważa Ilyas Khan, reporter BBC w Islamabadzie, Musharraf nie obalił Sharifa w pojedynkę. Pomogli mu w tym rozmaici oficjele, wywodzący się nie tylko z sił zbrojnych. Na ławie oskarżonych należałoby postawić znaczną część elit politycznych – wojskowych, sędziów, polityków, urzędników etc. Czy Pakistan jest gotowy na takie postępowanie sądowe? Czy armia jest gotowa uderzyć się we własne piersi i poświęcić swoich ludzi?

Pakistan to nie Turcja, a Sharif to nie Erdogan

Podobne pytania obserwatorzy sceny międzynarodowej zadawali sobie w przypadku Turcji, gdzie premier Erdogan ostro wziął się za świeckie elity spod znaku Ataturka. W aresztach i więzieniach wylądowały setki wojskowych (w tym szefów poszczególnych rodzajów sił zbrojnych), polityków czy dziennikarzy. Głośno było o tzw. Ergenekonie czy Operacji Młot, które opisywałem na blogu Dyplomacja. W porównaniu do Sharifa Erdogan miał jednak dużo silniejszą pozycję polityczną. Nie zabrał się za swoich przeciwników od razu, tylko po skonsolidowaniu władzy. Teraz rządzi już trzecią kadencję, a ostatnie demonstracje niespecjalnie mu zaszkodziły. Tureckie siły zbrojne wydają się być spacyfikowane. Rozumiem przez to, iż jest mało prawdopodobne, by ponownie zdecydowały się wystąpić przeciwko rządowi. Niemniej, nie wykluczałbym tego całkowicie.

W Pakistanie sytuacja jest zupełnie inna. Władze cywilne mają iluzoryczną kontrolę nad siłami zbrojnymi i wywiadem wojskowym (ISI), a armia funkcjonuje niejako obok instytucji państwowych. Wojsko stanowi główne spoiwo pakistańskiego państwa, a kluczowe decyzje nie mogą być podjęte wbrew generałom. Sharif nie może tego nie rozumieć, ponieważ jest zbyt doświadczonym i wytrawnym graczem. Nie sądzę, by wymarzony powrót na stanowisko premiera (po raz trzeci jest szefem rządu) mógł zaryzykować nierozważną decyzją w postaci zemsty na Musharrafie. Spodziewałbym się raczej, iż stawką w grze jest zmuszenie byłego dyktatora do ponownego opuszczenia kraju, a obecnie chodzi o zbicie kapitału politycznego. Trudno ukryć, że powrót byłego dyktatora przed kilkoma miesiącami wywołał poważne reperkusje i mocno skomplikował sytuację polityczną. Nie dowierzam w to, że gen. Kayani i spółka zdecydują się poświęcić Musharrafa – byłego dowódcę i druha. Armia nie jest gotowa na takie gesty, nie potrzebuje ich, a Sharif nie jest na tyle silny, by mógł sobie pozwolić na przeczołganie Musharrafa przed sądem. Tym bardziej, że ława oskarżonych z jednym tylko Musharrafem jest kpiną ze sprawiedliwości – jak pisałem wyżej, setki osób pozwoliło ówczesnemu szefowi sztabu na przejęcie władzy.

A co z Afganistanem?

Jakkolwiek nie rozwinie się sytuacja, w Pakistanie nadal bez zmian – czyli niestabilnie i niepewnie. W obliczu wycofywania się zachodnich wojsk z Afganistanu z końcem 2014 r. nie wróży to najlepiej. A przecież trzeba się jakoś porozumieć z Islamabadem w sprawie porządku politycznego w Kabulu. Bez Pakistanu nie utrzyma się tam żadna władza. Tylko z kim na ten temat rozmawiać, skoro premier Sharif i szef sztabu Kayani mogą być zajęci sami sobą? Nawet gdyby sporu między nimi nie było, pytanie o wskazanie właściwego rozmówcy nie miałoby oczywistej odpowiedzi.

Piotr Wołejko

wtorek, 11 czerwca 2013

Weekendowe spotkanie „bez krawatów” prezydentów USA i Chin w posiadłości Sunnylands w Kalifornii przedstawia się jako szansę na nowe otwarcie w relacjach dwóch największych gospodarek świata. Oba kraje dysponują litanią wzajemnych zażaleń na swoje postępowanie, a logika systemu międzynarodowego pcha je ku konfrontacji. Czego zatem należy się spodziewać w najbliższym czasie?

grafikaJestem sceptyczny jeśli chodzi o wagę osobistych relacji przywódców. Pamiętam dobrze, jak prezydent George W. Bush był zauroczony prezydentem Władimirem Putinem i jak szybko prysł czar tamtego okresu świetnego zrozumienia. Interesy państwa przeważają nad osobistymi sympatiami, a analiza międzynarodowa powinna być wolna od rozważań poświęconych poszczególnym politykom. Oczywiście nie możemy wykluczać wpływu osobowości i wzajemnych relacji decydentów (Reagan-Thatcher, Bush junior-Blair), ale musimy pamiętać o licznych niuansach i różnicach, które występują nawet między dobrze rozumiejącymi się osobami.

Co skrywa się za chińskim murem?

Fakty są takie, że od pewnego czasu – ja wskazuję tutaj na upadek banku Lehman Brothers – Chiny w sposób znaczący zmieniły swoją politykę zagraniczną. Porzucono nie tylko doktrynę ówczesnego prezydenta Hu Jintao (harmonijny rozwój), lecz również podejście twórcy nowoczesnych Chin Deng Xiaopinga (skupiać się na gospodarce, w sprawach zagranicznych specjalnie się nie wychylać). W zamian Pekin zaproponował dość agresywną politykę skierowaną przeciwko większości sąsiadów i państw regionu, której głównym elementem są roszczenia terytorialne dotyczące akwenów morskich. Nastąpiła eskalacja incydentów z udziałem chińskich łodzi rybackich, patrolowych, statków badawczych czy samolotów wojskowych. W tym samym czasie Chiny intensywnie rozbudowują potencjał militarny. Ostra retoryka, ekspansywne roszczenia i wspomniany wyżej element wojskowy – wszystko to sprawia, że postrzeganie Chin gwałtownie się zmieniło.

Czy próba odebrania prymatu Stanom Zjednoczonym przez Chiny jest nieunikniona? Czy Pekin rzuci wyzwanie Waszyngtonowi? Azjatycki pivot Ameryki wskazuje, iż Wujek Sam nie zamierza rzucać ręcznika. A może obawy związane z tą rywalizacją są daleko przesadzone, a Chinom jeszcze bardzo daleko do pozycji drugiego supermocarstwa? Zajmujący się Chinami profesor David Shambaugh twierdzi, iż „Chiny są krajem o wąskich horyzontach, skupionym na sobie, a do tego realistycznym”. Jego zdaniem „skupiają się [one] na maksymalizacji własnej potęgi”. Nie przejmują się także globalnym zarządzaniem czy wprowadzaniem międzynarodowych standardów postępowania (z wyłączeniem zasad suwerenności i nieingerencji w sprawy wewnętrzne). Polityka ekonomiczna Chin jest merkantylistyczna, a dyplomacja pasywna. Na koniec zauważa, że „Chiny są samotną potęgą”, pozbawioną sojuszników i zmagającą się z nieufnością oraz kiepskimi relacjami z większością państw świata.

Kansas City Shuffle – patrzysz na zagranicę, a gra idzie o sprawy wewnętrzne

Ciekawe jest także spojrzenie Johna Garnauta, korespondenta Sydney Morning Herald w Chinach, który na łamach Foreign Policy przybliża sylwetkę Xi Jinpinga. Garnaut zwraca uwagę na silne związki Xi z armią oraz sugeruje, że to nowy chiński przywódca stoi za eskalacją sporów morskich z państwami regionu, w szczególności z Japonią (Senkaku/Diaoyu). Argument Garnauta jest wart rozważenia – wydarzenia ostatnich miesięcy to próba oddzielenia ziarna od plew, lojalnych i twardych generałów od tych bardziej ostrożnych, a celem tej próby nie jest wywołanie konfliktu międzynarodowego, tylko zabezpieczenie interesów Komunistycznej Partii Chin. Obserwując działania zewnętrzne powinniśmy zatem skupiać się na sprawach wewnętrznych Chin. Co takiego dzieje się w Chinach, że szef partii objeżdża garnizony wojskowe i mobilizuje swoich dowódców? Dziesiątki tysięcy protestów rocznie, wszechobecna korupcja i nepotyzm oraz zwalniający wzrost gospodarczy (bliżej 7-8 niż 10%) to główne wyzwania dla władzy. Xi chce mieć pewność, że w sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Z analizy Garnauta wyłania się jednak niebezpieczna analogia – nikt inny tylko Deng Xiaoping wywołał w 1979 r. wojenkę z Wietnamem, która posłużyła mu jako narzędzie do konsolidacji wpływów w armii. Warto pamiętać, że chińska armia należy do partii, a nie do państwa i w ostatecznym rozrachunku ma realizować interesy partyjne.

Czy powinniśmy się zatem spodziewać „awantury Pana Xi” z jednym z państw regionu? I kto mógłby być celem takiej awantury? Garnaut zwraca uwagę, iż mimo ogromnych inwestycji i dwucyfrowego wzrostu budżetu, chińskie siły zbrojne nie przedstawiają większej wartości bojowej. Czy to czynnik odstraszający czy zachęcający do walki? Gdzież można zdobyć lepszą lekcję niż w prawdziwym boju? Chiny mogą być spokojne o wynik konfliktu nawet w przypadku porażki – nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada, że ktoś zaatakuje terytorium Chin. Takie przekonanie może rodzić poczucie bezkarności i stanowić zachętę do podjęcia „awantury”. Porażka mogłaby oczywiście poważnie zaszkodzić rządom KPCh, lecz poczucie krzywdy i nacjonalistyczny ferwor można zagospodarować z pożytkiem dla partii. A ta nauczyła się już zarządzać nacjonalizmem. Znowu Chiny wystąpiłyby w roli pokrzywdzonych, a propaganda szybko spięłaby dzisiejszą porażkę z okresem słabości sprzed stu lat, gdy zagraniczne mocarstwa zdominowały Państwo Środka.

Nerwowo, lecz stabilnie

Jak zauważa profesor Stephen Walt, relacje w świecie bipolarnym bywają burzliwe, lecz generalnie są stabilne. Jednak wspomniane burze powodują, że na styku dwóch mocarstw sypią się iskry i możliwe są konflikty na mniejszą skalę. Na razie nie żyjemy też w świecie bipolarnym, chociaż wzrost Chin powoduje, że ich pozycja względem USA i pozostałych graczy na arenie międzynarodowej rośnie. Różne tradycje i tożsamości głównych graczy dodatkowo utrudniają sytuację – ciężko rozmawia się z partnerem, który w inny sposób rozumie podstawowe pojęcia, niektórych nie zna bądź nie może pojąć. I tu pojawia się pewna wartość dodana spotkań takich jak w Sunnylands.

Piotr Wołejko

 

Grafika: whitehouse.gov (fot. Pete Souza)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook