Australia i Oceania

piątek, 18 listopada 2011

Dyskusji o rywalizacji na Pacyfiku ciąg dalszy. Dziś druga część artykułu specjalizującego się w polityce australijskiej Jarosława Błaszczaka, który na moją prośbę odniósł się do opublikowanego w dniu 16 listopada wpisu pt. Wielka Gra o Pacyfik. Pierwszą część artykułu przeczytacie tutaj.

Cztery fazy stosunków Australia-Chiny

grafikaStosunki chińsko-australijskie można podzielić historycznie na cztery fazy. Pierwsza to okres od powstania ChRL do uznania przez Australię rządów komunistycznych w Państwie Środka, co miało miejsce dopiero w 1972 roku. Jak już sygnalizowałem, był to czas półoficjalnego rozwoju więzów gospodarczych, ale na razie dotyczących głównie sektora rolno-spożywczego, przy jednoczesnych lodowatych stosunkach politycznych. Druga epoka to okres od 1972 do 1989, czyli oczywiście do masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, która zrobiła piorunujące wrażenie na australijskiej opinii publicznej. Jest to czas wzajemnej fascynacji, zwłaszcza po stronie australijskiej. Wymieniane są niezliczone wizyty na różnych szczeblach, rozwija się współpraca naukowa i kulturalna, a Chiny stają się modne wśród australijskich turystów. Naturalnie idzie też za tym współpraca gospodarcza. Ułatwieniem jest również zdecydowana liberalizacja rasistowskiej dotąd polityki imigracyjnej Australii i otwarcie się na przybyszów z Azji, nawet w roli stałych mieszkańców.

Po wydarzeniach z czerwca 1989 w Australii następuje okres gorzkiej refleksji nad własnym postrzeganiem Chin – wielu wpływowych komentatorów przyznaje się czy oskarża współobywateli o zbudowanie sobie wyidealizowanego, wręcz naiwnego obrazu Chin, który w jednej chwili rozsypał się jak domek z kart. Nie trwa to jednak długo. Już w 1991 były premier Australii Gough Whitlam, znany sinofil, jako pierwszy tej rangi zachodni polityk składa wizytę w Chinach i przełamuje ich izolację dyplomatyczną, w jakiej znalazły się po krwawym stłumieniu studenckich protestów. W tym samym roku na czele australijskiego rządu staje Paul Keating, dla którego stosunki z szeroko rozumianym basenem Pacyfiku są absolutnym priorytetem polityki zagranicznej – dość powiedzieć, że był on współtwórcą APEC. Te wydarzenia otwierają trwającą do dziś fazę czwartą stosunków z Chinami – fazę bardzo dynamicznie rozwijających się i coraz bliższych relacji. Być może zbyt bliskich.

Relacje dzisiaj – dwa strategiczne partnerstwa

I tak idąc przez historię doszliśmy do sytuacji współczesnej, a zarazem do sedna problemu, który analizował już w tekście Wielka Gra o Pacyfik Piotr Wołejko. Gdyby chcieć ująć ten problem maksymalnie lakonicznie i prosto, można powiedzieć tak: Australia ma obecnie dwóch absolutnie kluczowych partnerów, Stany Zjednoczone i Chińską Republikę Ludową. W obu przypadkach są to zupełnie inne relacje, co za chwilę rozwinę, ale każdy z tych partnerów ma dla Australii fundamentalne znaczenie. Z żadnego z nich Australia nie chciałaby rezygnować, z oboma chce pielęgnować jak najlepsze relacje. Ale co się stanie, jeśli wydarzenia na regionalnej i globalnej arenie politycznej sprawią, że te dwie lojalności będą nie do pogodzenia? W moim odczuciu jest to najważniejsze pytanie w analizie współczesnej polityki zagranicznej Australii.

Podczas wizyty prezydenta Obamy w Australii ogłoszono, iż w Darwin powstanie baza amerykańskiej piechoty morskiej. Darwin jest stolicą i największym miastem najbardziej zapadłego i słabo rozwiniętego spośród stanów i terytoriów Australii, Terytorium Północnego. Wybór tego miejsca ma znaczenie zarówno praktyczne, jak i symboliczne. Co do względów praktycznych, Darwin jest także największym miastem i portem północnego wybrzeża Australii, co w oczywisty sposób ułatwia szybkie przerzucenie niezbędnych sił w zasadzie w całej Azji Południowo-Wschodniej czy na zachodnim Pacyfiku. Jeśli chodzi o symbolikę, Darwin było w czasie II wojny światowej jedynym spośród większych miast Australii, które mocno ucierpiało w wyniku japońskich nalotów, przeprowadzonych w lutym 1942 roku, a przypomnianych niedawno w filmowej superprodukcji „Australia”. Rozmieszczając swoich żołnierzy właśnie tam, Ameryka symbolicznie wysyłka sygnał, że z jej pomocą tak dramatyczne wydarzenia już się w historii Australii nie powtórzą.

Warto jednak pamiętać, iż nawet bez nowej bazy w Darwin, na terenie Australii istnieją trzy ważne, choć ze swej natury mało eksponowane instalacje. Najsłynniejszą z nich jest wspólna baza wojskowa w Pine Gap, na pustyni na pograniczu Terytorium Północnego i stanu Australia Południowa, niemalże na geograficznym środku kontynentu. Oficjalnie charakter tego miejsca jest objęty ścisłą tajemnicą. Jest to jedyne miejsce w Australii, gdzie żadnemu samolotowi nie wolno przelatywać poniżej wysokości 5500 metrów. Jakiekolwiek próby nawet podejścia pod bramę przez osoby nieuprawnione kończą się, w najlepszym razie, odwiezieniem do najbliższego miasteczka przez policję lub żandarmerię. Nieoficjalnie, jest to jeden z największych na świecie ośrodków wywiadu elektronicznego, gdzie znajduje się osiem ogromnych anten działających w ramach programu ECHELON, prowadzonego przez wojskowe służby specjalne USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Jeśli wierzyć doniesieniom medialnym i spekulacjom ekspertów, dzięki sieci co najmniej kilku takich ośrodków na świecie, ECHELON potrafi przechwycić każdą formę komunikacji elektronicznej na Ziemi – telefony, faksy czy wszystko, co przechodzi przez Internet. Podobny charakter, choć na mniejszą skalę, mają także dwie wspólne bazy w stanie Australia Zachodnia. Dodatkowo bazy w Australii są jednym z miejsc, gdzie Amerykanie odbierają dane ze swoich satelitów szpiegowskich.

Gdyby chcieć jakoś zaszufladkować charakter więzów łączących obecnie USA i Australię, jest to przede wszystkim bardzo bliski sojusz wojskowy, będący wciąż fundamentem bezpieczeństwa Australii, zwłaszcza bezpieczeństwa rozumianego bardzo tradycyjnie – jako wolność od  fizycznych zagrożeń dla terytorium Australii i jej ludności. Naturalnie nie można też zapominać o więzach kulturowych. Co prawda specyficzna australijska odmiana języka angielskiego jest zdecydowanie bliższa oryginałowi brytyjskiemu niż mutacji amerykańskiej, tym niemniej oddziaływanie amerykańskiej kultury na Australię jest ogromne, bez wątpienia większe nawet niż na Polskę. W mniejszym stopniu działa to też w drugą stronę, wszak takie gwiazdy jak Nicole Kidman, Hugh Jackman, Russell Crowe,  Kylie Minogue, Geoffrey Rush czy Cate Blanchett, by wymienić tylko kilka nazwisk, to sami Australijczycy. Tego rodzaju relacje bywają ignorowane zwłaszcza przez miłośników realistycznego spojrzenia na stosunki międzynarodowe (mam oczywiście na myśli realizm jako prąd myślowy, a nie cechę w znaczeniu potocznym), a niesłusznie, bo więzi kulturowe bywają znacznie trwalsze od politycznych czy wojskowych.

Stosunki z Chinami nie dają się zdefiniować tak łatwo. Na pierwszy rzut oka ich najbardziej oczywistym wymiarem są więzy ekonomiczne. Niekiedy zapominamy, że choć niewątpliwie Australia jest państwem wysokorozwiniętym w sensie cywilizacyjnym, to jednak jej struktura eksportu nie różni się specjalnie np. od Demokratycznej Republiki Konga, będąc opartą przede wszystkim na surowcach kopalnych, a w mniejszym stopniu także na rolnictwie.

Chiny są dla Australii wymarzonym odbiorcą eksportu, ponieważ ich wciąż bardzo dynamicznie rozwijająca się gospodarka jest w stanie wchłonąć właściwie nieograniczone ilości surowców, zwłaszcza energetycznych. Choć wzbudza to duże emocje wśród opinii publicznej, Australia sprzedaje Chinom nawet uran, warto zresztą pamiętać, że jest ona czymś w rodzaju uranowej Arabii Saudyjskiej, mając ogromne i wciąż słabo wykorzystane złoża. Nie bez znaczenia jest także widoczna zmiana w polityce energetycznej Chin w ostatniej dekadzie. Wcześniej Państwo Środka zadowalało się zakupem tego, co inni gracze oferowali na rynku. Obecnie jednak Chiny starają zabezpieczyć się przed rynkowymi zawirowaniami, wywołanymi przez czynniki ekonomiczne czy też polityczne. W ramach tej polityki inwestują ogromne pieniądze w branże wydobywczą w wielu krajach. W ten sposób oczywiście nie przeniosą złóż do siebie, ale roztaczają nad nimi pieczołowitą kontrolę i zapewniają sobie stabilność oraz korzystne warunki dostaw na dziesięcioleci.

Znaczącym beneficjentem tej polityki jest także Australia, która ma ze swoim interiorem problem podobny, jak Rosja z Syberią – zostało tam jeszcze pod ziemią całe mnóstwo bogactw, ale ich wydobycie wymaga ogromnego kapitału inwestycyjnego, przekraczającego chęci i możliwości rodzimych firm. Chiny chętnie przychodzą tu z pomocą, co najbardziej widoczne jest obecnie w sektorze gazu ziemnego. Ma to również duże znaczenie społeczno-politycznej w samej Australii, bowiem inwestycje te bardzo ożywiają najsłabiej rozwinięte części kraju, dając pracę tysiącom ich mieszkańców.

Ale nie można sprowadzać tych stosunków tylko do gospodarki. Australia zdaje sobie sprawę, że w najbliższych dekadach to właśnie Chiny będą mocarstwem nadającym ton jej części świata. Nie jest jeszcze do końca jasne, czy będą w tej roli samodzielnie, czy też w konkurencji z USA, ale na pewno od ich postawy będzie zależeć w regionie bardzo wiele. W tym kontekście często pada określenie responsible stakeholder („odpowiedzialny udziałowiec”), które co prawda zostało wypracowane w kręgach dyplomacji amerykańskiej, ale dobrze oddaje politycznej oczekiwania Australii wobec Chin. Chodzi o to, aby były gotowe być jednym z liderów regionu nie tylko poprzez realizację własnych interesów i gospodarcze podporządkowywanie sobie sąsiadów, lecz także przez współudział w rozwiązywaniu problemów w tej części świata, zwłaszcza politycznych. Niewątpliwie najważniejszym jak dotąd testem, na ile Chiny chcą i mogą pełnić taką rolę, jest ich zaangażowanie w negocjacje z północnokoreańskim reżimem.

Zamiast pointy, nawiążę po raz ostatni do tekstu Wielka Gra o Pacyfik, w którym Piotr Wołejko zwracał uwagę na to, iż Chiny mogą czuć się okrążane przez pierścień sojuszników USA. Scenariusz taki jest analizowany wśród politologów od co najmniej kilku lat i być może faktycznie Waszyngton dąży do jego realizacji, choć nie bez przeszkód (moim zdaniem obecnie klucz do jego powodzenia znajduje się w Indiach, z którymi należy zbudować relacje jeszcze bliższe niż dotąd, a historia stosunków Dehli-Waszyngton wcale nie jest łatwa).  Ale co do Australii, kluczową kwestią jest ta, iż Canberra w gruncie rzeczy wcale nie chce być w żadnym układzie wycelowanym w Chiny. Cała polityka zagraniczna tego państwa od kilkunastu lat balansuje między oboma mocarstwami. W jej interesie są jak najlepsze relacje chińsko-amerykańskie, zaś wszelkie ich zaognianie jest dla Australii niekorzystne i potencjalnie niebezpieczne.

Jarosław Błaszczak


Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.


Pierwsza część artykułu Rozdarta Australia


grafika: monash.edu.au

czwartek, 17 listopada 2011

W dniu wczorajszym opublikowałem na Dyplomacji wpis poświęcony geopolitycznemu i geostrategicznemu kontekstowi wizyty, jaką składa właśnie w Australii prezydent USA Barack Obama. Pisząc tekst poprosiłem mojego przyjaciela, specjalizującego się w polityce australijskiej Jarosława Błaszczaka, o komentarz. Prosiłem o kilka zdań, natomiast Jarek przesłał mi potężny artykuł (za co bardzo mu dziękuję). Dla łatwości czytania, podzielę go na dwie części, publikując poniżej pierwszą z nich. Na wstępie kilka słów od autora: Trudno nie zgodzić się z ogólną analizą sytuacji i wnioskami, jakie Piotr przedstawił w swoim wpisie. Być może warto jednak naszkicować przy tej okazji nieco szerszy obraz złożonych stosunków USA – Australia – Chiny. Chciałbym zwrócić uwagę na kilka aspektów tych relacji.

Bliska Północ

Już w okresie międzywojennym australijscy politycy często używali sformułowania, iż to co dla Europy jest Dalekim Wschodem, dla nich jest Bliską Północą. Miało to służyć uzmysłowieniu różnic między postrzeganiem regionu przez Australię oraz przez Wielką Brytanię, która do II wojny światowej była głównym, jeśli nie jedynym, gwarantem jej bezpieczeństwa. Dla Brytyjczyków był to region ważny, ale nie tak ważny jak Europa. Dla Australii przeciwnie – wydarzenia w Azji Wschodniej i na Pacyfiku bezpośrednio przekładały się na poziom bezpieczeństwa tego kraju.

II wojna światowa z całą brutalnością obnażyła brytyjską niezdolność do prowadzenia wojny na dwóch frontach naraz. Ogromna większość sił i środków została skupiona w Europie i na Bliskim Wschodzie, zaś Azja Wschodnia znalazła się na dalszym planie. Symbolem niemocy Zjednoczonego Królestwa był upadek twierdzy w Singapurze, o której fortyfikacjach krążyły wręcz legendy. Planiści mieli rację o tyle, iż faktycznie nikt nie zdołał jej zdobyć od tej strony, skąd spodziewano się ataku, czyli od morza. Japońskie wojska przebiły się za to od strony lądowej, gdzie dżungla okazała się nieskuteczną ochroną.

W tej sytuacji Australia zwróciła się do Stanów Zjednoczonych, odgrywając rolę wielkiej bazy logistycznej i zaopatrzeniowej dla wojsk dowodzonych przez generała MacArthura (być może nie wszyscy w Polsce pamiętają, że przez dużą część wojny jego sztab mieścił się w Melbourne).

Zimnowojenny sojusz

grafikaW okresie zimnej wojny australijska polityka zagraniczna pozostawała w pewnym rozdarciu między dwoma wielkimi sojusznikami: USA i Wielką Brytanią. Niewątpliwie ważniejszym partnerem w sensie strategicznym czy militarnym był Waszyngton. Należy pamiętać, że traktat ANZUS, stanowiący do dziś formalną podstawę sojuszu, został „wychodzony” w Departamencie Stanu i Białym Domu przez Australijczyków, to oni byli stroną, której na tym dokumencie zależało znacznie bardziej. Szczególne zasługi położył na tym polu Percy Spender, minister spraw zagranicznych Australii w latach 1949-51, a potem wieloletni i niezwykle wpływowy ambasador w Waszyngtonie. Australia była lojalnym sojusznikiem Ameryki w czasie wojen koreańskiej i wietnamskiej. Za absolutne apogeum przyjaźni obu państw uznaje się okres, gdy premierem Australii był Harold Holt (1966-67), który wsławił się  zawołaniem „All the way with LBJ” (trudno to przetłumaczyć dosłownie, ale sensem było coś w stylu „na dobre i na złe z LBJ” - ów LBJ to oczywiście ówczesny prezydent USA Lyndon B. Johnson, na zdjęciu z Holtem). Johnson odwdzięczył się gestem o dużej wymowie symbolicznej – jako pierwszy urzędujący prezydent postawił stopę na australijskiej ziemi.

Przy okazji w australijskiej myśli politycznej czy strategicznej narodziły się dwa ciekawe sposoby argumentowania, pozwalające znaleźć przekonujące uzasadnienia dla bardzo aktywnego i niekiedy budzącego kontrowersje wśród opinii publicznej zaangażowania po stronie USA. Pierwszym była tzw. forward defense, co można przetłumaczyć jako „obronę wysuniętą”. W ramach tej koncepcji dowodzono, iż istnieje bezpośrednie przełożenie sytuacji geopolitycznej w Azji Południowo-Wschodniej na poziom bezpieczeństwa Australii. Stąd np. udział w wojnie wietnamskiej był nie tylko gestem sojuszniczej lojalności, lecz także działaniem w żywotnym interesie własnego państwa. Lepiej bronić się przed zagrożeniami, gdy są jeszcze relatywnie daleko od domu, niż gasić potem pożary na własnym podwórku.

Po drugie, stosowano bardzo trafną moim zdaniem, nota bene mającą też zastosowanie do relacji polsko-amerykańskich, metaforę polisy ubezpieczeniowej. Otóż kiedy kupujemy ubezpieczenie, to płacimy składkę często przez wiele lat, nie dostając nic w zamian. Robimy to jednak z wiarą, iż w razie sytuacji kryzysowej, pewnego dnia możemy otrzymać od ubezpieczyciela nawet więcej niż suma naszych składek. A nawet jeśli tak się nie stanie, bo szkoda nie wystąpi, to poczucie bezpieczeństwa również warte jest pewnej ceny. Oczywiście ubezpieczycielem miały tu być Stany Zjednoczone, klientem Australia, a składkami jej kolejne akty sojuszniczego wsparcia.

Niewątpliwie prezydenturą, która najbardziej negatywnie wpłynęła na stosunki australijsko-amerykańskie, była prezydentura Richarda Nixona. Jego administracja zrobiła dwie rzeczy, które poważnie osłabiły zaufanie i sympatię do USA wśród australijskich elit. Pierwsza sprawa dotyczyła uznania Chińskiej Republiki Ludowej. Wbrew namowom Londynu, który uznał ChRL już w latach 50., Australia odmawiała formalnego uznania komunistycznych władz w Pekinie przez całe lata 50. i 60., co nie zresztą nie przeszkadzało jej dyskretnie sprzedawać do Chin ogromnych ilości płodów rolnych, przede wszystkim zboża. Innymi słowy, Australia trzymała się tu kierunku wytyczonego przez USA, na co zresztą nałożyły się też pewne wewnętrzne uwarunkowania polityczne, związane z bardzo mocno antykomunistycznymi nastrojami wśród działaczy katolickich w Australii, których polityczna emanacja – Demokratyczna Partia Pracy – była przez kilka kadencji języczkiem u wagi dla koalicji rządzącej.

Kiedy na początku lat 70. prezydent Nixon zaczął prowadzić z Chinami tajne negocjacje (których architektem był Henry Kissinger), Australia nie została w nie w porę wtajemniczona. W efekcie ówczesny premier William McMahon, mając za lidera opozycji życzliwego wobec Chin Gougha Whitlama, okopywał się w wewnętrznej debacie politycznej na antychińskich pozycjach, nie mając świadomości, że lada chwila od takiej postawy odejdą nawet USA. Zakończyło się to dla premiera kompromitacją i przegranymi wyborami.

Innym ciosem w relacje dwustronne była tzw. doktryna Nixona, zwana też często doktryną Guam, od miejsca jej ogłoszenia, co nastąpiło w lipcu 1969 roku. Mówiąc w największym uproszczeniu, przewidywała ona, iż choć USA utrzymają nad swoimi sojusznikami na Pacyfiku parasol nuklearny na wypadek poważnego zagrożenia ich bezpieczeństwa, mniejsze regionalne kryzysy powinni oni rozwiązywać własnymi siłami. Oznaczało to dla Australii konieczność większego zaangażowania państw regionu w budowanie stabilności i bezpieczeństwa. Zmuszało to także Australię do pewnej wstrzemięźliwości w rozmaitych regionalnych konfliktach, chociażby związanych z ekspansją terytorialną Indonezji (sprawa zachodniej części Nowej Gwinei, a potem Timoru Wschodniego), bowiem nie miała już za sobą aż tak silnej ściany amerykańskiego poparcia. Jutro druga część artykułu.

Jarosław Błaszczak


Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.

 

grafika: Wikimedia Commons

środa, 16 listopada 2011

Do 2016 roku Stany Zjednoczone będą posiadały w australijskim porcie Darwin liczący 2,500 Marines oddział bojowy, poinformował prezydent Barack Obama na wspólnej konferencji prasowej z premier Australii Julią Gillard. Zdaniem Obamy, „Stany Zjednoczone nie mają bliższego sojusznika niż Australia, związanego wspólnymi wartościami”. Premier Gillard kontynuowała, iż „zwiększona obecność sił USA zwiększy stabilność na obszarze Azji i Pacyfiku”. Zdaniem chińskiej gazety China Daily Amerykanie starają się otoczyć Chiny pierścieniem baz w krajach regionu.

Wzmocnienie sojuszu

grafikaWaszyngton i Canberra twierdzą, że nie powstaje stała amerykańska baza w Darwin. Jednak rotacyjne przebywanie ponad 2,000 żołnierzy wraz z okrętami i lotnictwem można uznać za stałą obecność. Darwin, zwane bramą do Azji, było ważnym portem podczas II wojny światowej. Stąd już tylko 820 kilometrów do Indonezji, a 3350 km do Singapuru. Jak zauważa poświęcony marynarce wojennej blog Information Dissemination, US Navy może niekoniecznie posiadać wystarczającą liczbę okrętów, aby wypełnić polityczne zobowiązania Białego Domu. W komentarzach do artykułu zwraca się jednak uwagę na, moim zdaniem kluczową kwestię, którą jest przeciągnięcie na swoją stronę państw regionu oraz uzyskanie zgody na potencjalną obecność sił USA na ich terytorium.

Na ten aspekt zwraca także uwagę Raoul Heinrichs z australijskiego think-tanku Lowry Institute for International Policy. Jego zdaniem zgoda na stałą obecność 2,500 amerykańskich żołnierzy na australijskiej ziemi to uprzedzająca próba definitywnego ulokowania Canberry po swojej stronie. Jest to tym bardziej istotne, iż australijska gospodarka w coraz większym stopniu jest uzależniona od Chin – kraj ten odebrał czwartą część australijskiego eksportu. Na kolejnych miejscach były Japonia, Republika Korei i Indie. Dopiero na piątym miejscu znalazły się Stany Zjednoczone, których udział w eksporcie z Australii wyniósł ledwie 4%.

Zarówno Pekin, jak i Waszyngton zwracają uwagę na takie szczegóły. Obserwując globalne trendy ekonomiczne, udział Chin w australijskim eksporcie będzie rósł, a amerykański pozostanie niewielki i mało znaczący. Z drugiej strony, nie można uznawać, że rola Australii sprowadzi się do zaplecza surowcowego Pekinu. Surowce naturalne można sprzedać każdemu. Wyspiarski kraj ma tutaj nieograniczone pole manewru. W tym kontekście należy rozważać również geopolityczną koncepcję roli Australii jako moderatora narastających spięć amerykańsko-chińskich. Czy można jednak liczyć na odegranie takiej roli w sytuacji, gdy Australia od dekad jest bliskim sojusznikiem USA (ANZUS od 1951 roku)? Czy potrafiłaby się zdystansować i być dla Chin wiarygodna w tym zakresie?

Gra o sumie zerowej

Amerykanie, od początku rządów Obamy, mocno postawili na Pacyfik. Ich wysiłki przynosiły w najlepszym razie umiarkowane rezultaty do przełomu 2009 i 2010 roku. Wszystko z powodu diametralnej zmiany chińskiej polityki, która nastąpiła po wybuchu kryzysu finansowego. Uśmiechy, dialog i pozytywistyczną pracę od podstaw zastąpiły buta, arogancja i prężenie muskułów. Pekin zrzucił maskę sympatycznego giganta, którego interesuje tylko wzrost gospodarczy i rozpoczął twardą, bezpardonową walkę o własne interesy geopolityczne. Rozgrzewa do czerwoności spory terytorialne z sąsiadami i krajami regionu, chociażby o kontrolę Morza Południowochińskiego.

Nic dziwnego, że mniejsze państwa Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN), a także Japonia, Republika Korei, Indie czy Australia, zupełnie inaczej patrzą na amerykańską obecność w regionie. Gdy Chiny robiły dobrą minę do swojej przemyślanej gry, nie było potrzeby przesadnie zbliżać się do Stanów Zjednoczonych. Jednak zmiana chińskiej polityki w naturalny sposób zwiększyła presję w krajach ASEAN na zyskanie sympatii Wuja Sama. Dlaczego? O ile w regionie nie dominuje lokalny hegemon, istnieje tam swoiste equilibrium. W sytuacji, gdy jedno z państw staje się zdecydowanie silniejsze od pozostałych, mają one dwie opcje do wyboru: przystać na żądania silniejszego bądź spróbować balansować jego siłę. Wówczas powstają lokalne koalicje, do których – jeśli jest to możliwe – można dokooptować zewnętrzne mocarstwo. Ono także ma swój interes w tym biznesie, ponieważ nie życzy sobie, aby w innym regionie świata wyrósł mu silny konkurent. W regionie Azji i Pacyfiku mamy do czynienia z taką właśnie rozgrywką.

Rola Australii w tym układzie jest istotna, lecz nie kluczowa. Jest to, używając terminologii przypisanej Izraelowi, niezatapialny lotniskowiec. Możliwość korzystania z jej ogromnego terytorium daje Amerykanom istotne korzyści militarne. Mimo to, ważniejszy zdaje się być udział w koalicji balansującej Chiny takich państw jak Indonezja, Wietnam, Filipiny, Republika Korei czy Tajlandia. To z tymi krajami Chiny toczą spór terytorialny i to ich interesy są w tej chwili zagrożone. Jeśli Morze Południowochińskie stałoby się de facto chińskim jeziorem, Chiny przejęłyby kontrolę nad kluczowym szlakiem handlowym, którym rocznie transportuje się towary warte ponad 5 bilionów dolarów. Nie mówiąc już o bogatych złożach surowców energetycznych i łowiskach ryb.

Geopolityczne podchody

Stąd nie może dziwić aktywna postawa Ameryki wobec dynamicznej polityki w Azji i na Pacyfiku, tak samo jak chińskie niezadowolenie z amerykańskich działań. Zdaniem Pekinu Stany Zjednoczone nie powinny mieszać się w sprawy pomiędzy państwami trzecimi. Gdyby tak się stało, to znaczy Amerykanie rzeczywiście by się wycofali, mniejsze kraje regionu prędzej czy później musiałyby ustąpić chińskim żądaniom. Być może nie w całości, ale tak rozwinęłaby się sytuacja.

Warto więc uważnie obserwować Wielką Grę o Pacyfik. Amerykańskie momentum nie będzie trwało wiecznie, chociaż w perspektywie zmian w chińskim kierownictwie może potrwać jeszcze przez kilkanaście miesięcy. Chiny mogą jednak „odkręcić” dyplomację, powracając do polityki uśmiechów i bardziej powolnej realizacji własnych interesów. A gdy presja ze strony Chin się zmniejszy, potrzeba utrzymania bliższych relacji z USA stanie się dla państw regionu mniej paląca.

Piotr Wołejko

 

grafika: terminalx.org

piątek, 10 września 2010

Za nami jedno z najbardziej dramatycznych przesileń politycznych w powojennej historii Australii.  A jeszcze rok temu wydawało się, że zaplanowane na rok 2010 wybory federalne nie dostarczą obserwatorom polityki na Antypodach poważniejszych emocji.

Cisza przed burzą

We wrześniu 2009 roku Australią rządził premier Kevin Rudd. Polityk w typie sympatycznego technokraty, pozbawiony wielkiej charyzmy, ale dający obywatelom poczucie stabilizacji. Rudd został szefem rządu w grudniu 2007, gdy jego Australijska Partia Pracy (ALP) po 11 latach odebrała władzę Liberalnej Partii Australii (LPA) kierowanej przez premiera Johna Howarda, bliskiego politycznego przyjaciela George'a W. Busha.

Australijczycy nie lubią częstych trzęsień ziemi na scenie politycznej, dlatego zwykle zmieniają partię rządzącą raz na kilka trzyletnich kadencji, nie częściej. Stąd Rudd i jego ALP mogli być raczej spokojni o wynik wyborów, które zgodnie z konstytucją premier musiał rozpisać najpóźniej jesienią 2010. Zwłaszcza, że LPA po przejściu do opozycji znalazła się w głębokiej defensywie, kierowana przez niezbyt rzutkich Brendana Nelsona i jego następcę Malcolma Turnbulla.

Premier Rudd przyjął kilka motywów przewodnich swych rządów, wśród których bodaj najważniejszym były kwestie ekologiczne, zwłaszcza związane ze zmianami klimatycznymi. O wadze tej tematyki świadczy to, że w jego gabinecie zasiadali obok siebie minister środowiska i osobny minister ds. zmian klimatycznych. Szczególnie duże nadzieje Rudd wiązał ze szczytem klimatycznym w Kopenhadze (7-18 grudnia 2009), gdzie pragnął odegrać rolę głównego dealmakera.

Nawiasem mówiąc, nawiązywało to do obecnej od lat w polityce zagranicznej Australii, ale także np. Kanady czy Norwegii, koncepcji middle power. Zakłada ona, że choć państwa o potencjale podobnym do Australii nie są w stanie rywalizować z wielkimi mocarstwami, mogą budować swoją pozycję międzynarodową poprzez odgrywanie wiodącej roli w wybranych kwestiach, o dużym znaczeniu dla całej społeczności międzynarodowej. Tak właśnie Rudd widział rolę Australii w sprawie zmian klimatycznych.

Fiasko Kopenhagi - początek problemów Rudda

Konferencja kopenhaska zakończyła się fiaskiem, przynajmniej w odczuciu australijskiej prasy, co było poważnym ciosem dla premiera, który rzucił na szalę cały swój międzynarodowy autorytet. Mówiąc bardziej złośliwie: pokazało to dobitnie, iż autorytet ten nie jest zbyt wielki. Ale to nie porażka negocjacji w stolicy Danii okazała się głównym problemem Rudda. Chcąc wzmocnić wizerunek Australii jako lidera zmian, w przededniu Kopenhagi rząd Rudda starał się przeforsować ustawę, która zmuszała przemysł do poważnego ograniczenia własnej emisji gazów cieplarnianych. A trzeba pamiętać, że choć Australia jest państwem wysokorozwiniętym w sensie cywilizacyjnym i pod względem poziomu życia mieszkańców, jej struktura eksportu wygląda niemalże jak w państwie Trzeciego Świata, opierając się na surowcach kopalnych oraz ich przetwórstwie (i płodach rolnych).

Rudd zdołał uzyskać poparcie własnej partii dla tego pomysłu, a nawet zawarł w tej sprawie porozumienie z liderem opozycji. Tyle tylko, że w szeregach opozycyjnej LPA, tradycyjnie reprezentującej interesy środowisk biznesowych, wybuchł bunt. Doszło do wyborów nowego lidera, w których ugodowy Malcolm Turnbull przegrał jednym głosem z sytuującym się zdecydowanie na prawym skrzydle partii Tony'm Abbottem. Dosłownie następnego dnia izba wyższa parlamentu utrąciła kontrowersyjną ustawę głosami LPA.

Przejęcie przez Abbotta sterów opozycji stworzyło dla ALP nieoczekiwane zagrożenie. Ten żarliwy katolik, były bokser-amator i zarazem były kleryk z seminarium duchownego, okazał się znacznie bardziej medialnym i mniej wygodnym rywalem dla szefa rządu niż jego dwaj poprzednicy. Do tego Rudd popełnił brzemienny w skutkach błąd. Po porażce ustawy klimatycznej i Kopenhagi, całkowicie zmienił linię partii w tej sprawie. Z dnia na dzień flagowe hasło ALP przestało mieć dla tego stronnictwa większe znaczenie. Wyborcy zauważyli tę woltę i odebrali ją jako przejaw politycznego koniunkturalizmu czy wręcz cynizmu. Sondaże zaczęły wskazywać coraz mniejszą przewagę partii rządzącej nad opozycją.

Tonący brzytwy się chwyta

A premier Rudd brnął dalej. Najpierw, w ramach walki z kryzysem gospodarczym (który był jak dotąd w Australii faktem bardziej medialno-eksperckim niż problemem szarego człowieka) postanowił nałożyć superpodatek, w wysokości 40% zysku, na wielkie korporacje wydobywcze, czerpiące krociowe dochody z eksportu australijskich surowców. Takie giganty jak BHP Billiton czy Rio Tinto nie zamierzały zgodzić się na rolę chłopców do bicia i odpowiedziały medialną kontrofensywą, wspieraną przez opozycję. Firmy te są głównymi pracodawcami w najbardziej zapadłych regionach Australii, takich jak jej szeroko rozumiana północ, stąd łatwo było wywodzić, że jeśli ograniczą inwestycje (a groziły tym), odbije się to na najbardziej wrażliwych grupach społecznych.

Potem Rudd ogłosił pomysł, który nazwał po prostu „Dużą Australią” (Big Australia). Premier wyszedł z założenia, że jeśli australijska gospodarka ma się rozwijać, to potrzebny jest systematyczny wzrost ludności. Jako docelowy poziom zaludnienia, który kraj miał osiągnąć w ciągu 40 lat, określił  36 milionów mieszkańców, czyli ok. 14 milionów więcej niż dziś. Problem w tym, że tą jedną koncepcją dotknął dwóch wielkich narodowych obaw, mających w Australii co najmniej stuletnią tradycję.

Pierwsza to lęk przed nieanglosaską, a zwłaszcza azjatycką, imigracją. Choć od lat 70. australijskie społeczeństwo jest coraz bardziej otwarte i multikulturowe (po wielu wcześniejszych dekadach bezkompromisowo rasistowskiej polityki imigracyjnej), ostatnio w kraju nasilają się incydenty na tle etnicznym czy religijnym. Najszerzej znane stały się bitwy toczone na plażach przez skrajnie konserwatywnych młodych muzułmanów, starających się przegonić plażowiczki w bikini, z broniącymi swobód, ale również nie przebierającymi w środkach, grupami białych wyrostków.

Druga obawa dotyczy ekologii kontynentu – ile osób jest on w stanie pomieścić bez nadmiernego narażania środowiska naturalnego. Oczywiście Australia jest ogromnym krajem, ale często zapomina się, że znaczna część jego powierzchni to pustynie i inne nieużytki. Ziem przyjaznych człowiekowi jest relatywnie niewiele, a do tego ogromne połacie zajmuje wielkoobszarowe rolnictwo.

Zamach stanu w partii władzy

To wszystko doprowadziło do zaskakujących wydarzeń, które zaczęły się 23 czerwca tego roku. Jak grom z jasnego nieba na australijskich wyborców spadło doniesienie prestiżowego dziennika Sydney Morning Herald: Kevin Rudd kazał szefowi swojego personelu politycznego pilnie przeprowadzić sondę wśród parlamentarzystów ALP, aby sprawdzić poziom jego poparcia w klubie. Był to bardzo czytelny sygnał, że w partii rządzącej, pod powierzchnią rutynowych uśmiechów, zaczyna wrzeć.  Po całym dniu pracy swego podwładnego premier już wiedział: zaczął się pucz, na którego czele stoi jego zastępczyni Julia Gillard. Natychmiast zarządził na następny poranek nadzwyczajne zebranie klubu i wybory lidera. Po całej nocy liczenia głosów, rano Rudd zaczął spotkanie od złożenia dymisji z funkcji szefa partii i rządu.

Większość w ALP postawiła wszystko na jedną kartę i było to naprawdę niezwykle ryzykowne zagranie. Na niespełna pół roku przed ostatecznym konstytucyjnym terminem wyborów pozbyli się przywódcy będącego ostatnio w opałach, lecz wciąż popularnego i wskazywanego jako faworyt wyborów, choć z większym niż wcześniej znakiem zapytania. Na swoją nową liderkę i zarazem pierwszą w historii panią premier Australii wybrali Julię Gillard. Nowa szefowa rządu postanowiła nie czekać, lecz szybko wezwać opozycję na ubitą ziemię: rozpisała wybory parlamentarne na 21 sierpnia.

Przedterminowe wybory

Tym samym w kampanii stanęły naprzeciw siebie dwie postacie o zupełnie przeciwstawnych biografiach. Konserwatywny i pobożny Tony Abbott, wzorowy mąż i ojciec, oraz Julia Gillard, ateistka żyjąca w nieformalnym związku, która zaczęła urzędowanie od brutalnego wysadzenia z siodła lubianego, mimo wszystko, poprzednika. Miała zresztą poważny problem z wytłumaczeniem elektoratowi, dlaczego Rudd musiał odejść. Jej wywody o rządzie wypadającym z szyn mało kogo przekonywały. Rudd na chwilę usunął się w cień, ale już po kilku tygodniach Gillard przeżyła swoją małą Canossę, gdy w obliczu wciąż spadających notowań, musiała poprosić poprzednika o aktywne włączenie się w kampanię, zwłaszcza w jego rodzinnym stanie Queensland.

Samą kampanię komentatorzy oceniali jako merytoryczną acz  nudną, często nadmiernie pogrążoną w lokalnych sprawach newralgicznych okręgów wyborczych, a ignorującą wielkie problemy kraju i świata. Słowem: pozbawioną szerszej wizji. Najbardziej emocjonujące były sondaże, które wskazywały na to, że po majowym dreszczowcu w Wielkiej Brytanii, Australia będzie kolejnym państwem anglosaskim, które znajdzie się w tym roku na politycznym rozdrożu.

Powyborczy pat

I rzeczywiście. W liczącej 150 miejsc Izbie Reprezentantów, izbie niższej parlamentu federalnego, wybory dały wynik całkowicie remisowy. Kierowana przez premier Gillard ALP zebrała 72 mandaty. Tyle samo uzyskała Koalicja, czyli blok partii prawicowych zdominowany przez Liberałów Tony'ego Abbota. Języczkiem u wagi z miejsca stało się sześciu pozostałych posłów, czterech niezależnych oraz dwaj reprezentanci mniejszych ugrupowań, Australijskich Zielonych i Narodowej Partii Australii Zachodniej.

Partia Pracy zdołała uzyskać poparcie trzech deputowanych niezależnych oraz przedstawiciela Zielonych. Koalicja miała mniej szczęścia, zaskarbiając sobie względy tylko jednego niezrzeszonego oraz reprezentanta nacjonalistów z Australii Zachodniej. Nikt z newralgicznej szóstki nie zgodził się jednak wejść do rządu, ich poparcie jest wyłącznie parlamentarne. Dodatkowo posłowie niezależni uzyskali bardzo dobrą cenę za swoje głosy. Oprócz „pakietów regionalnych” dla swoich okręgów wyborczych, wytargowali poważną reformę parlamentu, której najważniejszym elementem jest powołanie ponadpartyjnego spikera, na wzór brytyjski, co zmniejszy stopień kontroli partii rządzącej nad przebiegiem obrad.

Krucha większość

I tak Australia wychodzi z tego roku zawirowań z mniejszościowym rządem, mającym dwa mandaty przewagi nad opozycją, opierającym się na kruchej i bardzo interesownej współpracy z luźną grupą kanapowych polityków, o których w normalnych warunkach nikt poza ich okręgiem nawet by nie usłyszał. Trudno uwierzyć, aby rozpoczynająca się właśnie kadencja parlamentu mogła potrwać pełne trzy lata, jak tego chce konstytucja. Jeżeli ALP uda się zwiększyć swoją, minimalną obecnie, sondażową przewagę nad LPA, zapewne premier Gillard nie zawaha się przed rozpisaniem przedterminowych wyborów, aby ustabilizować swoją bazę w parlamencie, bez czego na dłuższą metę trudno będzie jej rządzić. Jeśli natomiast ALP wciąż będzie tracić poparcie, posłowie niezależni mogą zmienić front i wynieść do władzy Liberałów, którzy również zapewne zechcą ją umocnić w drodze nowych wyborów.

Jarosław Błaszczak


Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.

sobota, 08 listopada 2008

Po powrocie z Oxfordu, gdzie jako delegat reprezentujący Nową Zelandię uczestniczyłem w Model United Nations, okoliczności sprawiły, iż zamiast zdać relację z tego, co udało się ustalić, skupiłem się na amerykańskich wyborach prezydenckich. Kurz bitewny opadł, a Barack Obama sposobi się do przeprowadzki do Białego Domu - mogę więc spełnić obietnicę i napisać kilka słów o obradach Disarmament and International Security Committee.

Jak pisałem przed wyjazdem, Nowa Zelandia jest liderem wśród państw zachodnich jeśli chodzi o nieproliferację broni jądrowej. Przy ogromnym poparciu społecznym rząd Nowej Zelandii podjął bowiem decyzję o stworzeniu, wraz z kilkoma państwami Pacyfiku, Strefy Wolnej od Atomu (Nuclear Free Zone), a następnie przyjął ustawę zakazującą okrętom i statkom powietrznym państw trzecich dostępu do nowozelandzkich portów oraz wstępu na terytorium Nowej Zelandii.

Delegaci reprezentujący blisko 60 państw zdecydowali, że tematem dyskusji powinien być temat dotyczący  nowych ram dla nieproliferacji broni atomowej. Od samego początku Nowa Zelandia aktywnie uczestniczyła w obradach, wielokrotnie zabierając głos podczas dyskutowania kolejnych kwestii. Wraz z delegatem Kanady przygotowywaliśmy tzw. working papers, zawierające postanowienia, które powinny naszym zdaniem znaleźć się w rezolucji.

Pierwsze pomysły szły oczywiście bardzo daleko i z wielu musieliśmy się wycofać, aby zyskać poparcie większości państw reprezentowanych w komitecie. Pod presją Stanów Zjednoczonych z projektowanej rezolucji usunięto wezwanie wszystkich państw do podpisania i ratyfikowania Comprehensive Test Ban Treaty, traktatu zakazującego przeprowadzania prób jądrowych. Waszyngton jest bardzo niechętny CTBT i zamiast niego co rok wprowadza jednostronne moratorium na wszelkie próby jądrowe.

Zyskawszy poparcie Stanów Zjednoczonych wokół Kanady, Nowej Zelandii i Włoch zgromadziła się spora grupa państw, posiadająca większość w DISEC. Po "naszej stronie" znalazły się także Rosja, Chiny i Wielka Brytania. Z państw "wielkiej piątki" tylko Francja nieugięcie, aż do końca obrad, pozostawała w opozycji i sprzeciwiała się proponowanej przez nas rezolucji.

Choć posiadaliśmy większość, która zapewniała przegłosowanie każdej rezolucji, byliśmy cały czas otwarci na współpracę z blokiem państw arabskich (który przygotował własny projekt rezolucji) oraz państwami, które nie opowiadały się wyraźnie za żadnym z projektów. Nowa Zelandia odegrała istotną rolę w zasypywaniu różnic pomiędzy krajami arabskimi a "obozem" zachodnim, ale przede wszystkim forsowała pomysł włączenia Indii i Pakistanu jako państw posiadających broń jądrową (NWS) do traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT)

Propozycja ta była dyskutowana, z inicjatywy Nowej Zelandii, podczas obrad, a następnie została uwzględniona w projekcie rezolucji przygotowanym przez Kanadę. Pomysłowi sprzeciwiała się Francja, która wzywała Pakistan i Indie do przystąpienia do NPT w charakterze państw nie posiadających broni jądrowej. Dla większości delegatów taka postawa była absurdalna, gdyż jasne jest, iż Pakistan i Indie nie zdecydują się na rozbrojenie, a poświadczanie nieprawdy jest prawnym bezsensem. Pomijam tu fakt, że Pakistan czy Indie nie zamierzają przystępować do NPT w innym charakterze niż jako NWS (Nuclear Weapon State). 

Zdrowy rozsądek wskazuje zaś, że lepiej mieć pod kontrolą instalacje nuklearne Pakistanu i Indii, niż utrzymywać stan obecny. Stąd w ostatnich godzinach obrad Nowa Zelandia skupiła się na walce o utrzymanie, choćby w rozwodnionej formie, wezwania, które znajduje się w punkcie drugim rezolucji. 

Tuż przed końcem posiedzenia, kiedy mieliśmy głosować nad przyjęciem rezolucji, Iran wraz z krajami arabskimi zgłosił poprawkę do punktu szóstego rezolucji, wzywającą wszystkie kraje bliskowschodnie, aby zobowiązały się do utworzenia na Bliskim Wschodzie strefy wolnej od broni jądrowej (nuclear-weapon-free zone). Poprawka przeszła ogromną większością głosów - przeciw było ledwie kilkanaście na blisko 60 państw, w tym oczywiście Izrael i Stany Zjednoczone.

Tym samym wiele państw, które przygotowywało rezolucję zagłosowało na koniec przeciwko jej przyjęciu. Nowa Zelandia zagłosowała za przyjęciem rezolucji przez Disarmament and International Security Committee, a następnie zagłosowała za przyjęciem rezolucji przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Zgromadzenie zdecydowaną większością głosów przyjęło przedstawioną przez DISEC rezolucję, choć - co słusznie zauważyły Stany Zjednoczone - będzie ona najpewniej kartką papieru, skoro kilka kluczowych państw było przeciwne jej przyjęciu. 

Moim zdaniem rezolucja jest nieco rozwodniona i w większości skupia się na powtarzaniu tego, co już istnieje, ale dwa punkty są niezwykle istotne. Pierwsza kwestia to wezwanie konferencji rewizyjnej NPT do rozważenia możliwości poszerzenia grupy państw uznawanych za posiadające broń jądrową (NWS), a druga dotyczy wezwania do wyeliminowania bomb termojądrowych trzeciego stopnia przez państwa, które je posiadają. Tekst rezolucji znajduje się TUTAJ.

Piotr Wołejko
 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook