Rosja

środa, 06 czerwca 2012

Przyszłość Władimira Putina i systemu władzy, który stworzył i którego jest twarzą zależy dziś w dużej mierze od cen surowców energetycznych, głównie ropy naftowej. Tymczasem cena ropy naftowej jest dziś najniższa od października ubiegłego roku (ok. 100 dolarów za baryłkę ropy Brent), a od chwili marcowych wyborów prezydenckich ropa potaniała o blisko 25 dolarów. Oznacza to, że Putinowi bardzo trudno będzie zrealizować chociażby niewielką część spośród licznych (i hojnych) obietnic wyborczych, a przede wszystkim w dalszym ciągu kupować spokój społeczny gwarantujący trwanie reżimu.

Niedawno przeczytałem interesujący artykuł prawnuczki Nikity Chruszczowa, Niny, w którym napisała, iż w chwili, w której obywatele przestają się bać władzy i wychodzą na ulice, dni tejże władzy w Rosji są już policzone. A rosyjscy obywatele są nadzwyczaj strachliwi, mało aktywni politycznie i przyzwyczajeni do silnej władzy. Jeśli, mimo tego, decydują się wyjść na ulice (dziesiątki tysięcy, czasem ponad sto tysięcy), pękła bańka chroniąca Kreml przed ludem. Link do artykułu znajdziecie na moim Twitterze, do którego odsyłam zainteresowanych.

Dlatego nie dziwi mnie, że zdominowana przez proputinowskie partie Duma w ekspresowym tempie przegłosowuje zmiany w prawie, których efektem będzie znaczące podwyższenie kar za udział w demonstracjach. Putin jest zbyt inteligentny by nie rozumieć, że nie będzie go stać na kupowanie spokoju społecznego przez kolejną, tym razem 6-letnią kadencję (dwie poprzednie były 4-letnie, Putin był prezydentem w latach 2000-2008). Przewiduje, że protesty będą znakiem firmowym kolejnego etapu sprawowania władzy i postanowił twardo rozprawiać się z opozycją. Nie będzie pacyfikował protestów siłą - po pierwsze, jest to teraz trudniejsze, gdyż demonstrują dziesiątki tysięcy osób, a nie kilka setek, jak jeszcze rok temu; po drugie, siłowe rozwiązania tylko zachęcą do dalszych protestów. Zamiast brutalnych interwencji OMONu będą więc kontrdemonstracje proputinowskich grup, jak np. Nasi, a także surowe kary dla wybranej, wąskiej grupy uznanej za przywódców/organizatorów protestów.

Putin reformator?

Dylemat Putina jest bardzo poważny. Stoi on przed wyzwaniem zapewnienia trwałości układu rządzącego. Musi ochronić fortuny zaprzyjaźnionych funkcjonariuszy reżimu, oligarchów, a jednocześnie modernizować kraj. Oba cele są jednak przeciwstawne. Bez wysokich cen ropy, a te w kryzysowych czasach są bardzo niestabilne, modernizacja nie ma szans. Bez modernizacji i bez przekupywania obywateli Putina czekają nasilające się protesty. Natomiast obrona przywilejów kasty rządzącej oznacza dalsze tolerowanie toczącego Rosję raka korupcji. I irytację coraz bardziej świadomej klasy średniej i ludzi młodych.

grafika

Władimir Putin (źródło: Wikimedia Commons)

Perspektywy ekonomiczne Rosji nie są świetlane. Kraj jest zależny od dopływu karbodolarów (ze sprzedaży gazu ziemnego i ropy naftowej), a jego gospodarka jest przestarzała i mało innowacyjna, a przez to niekonkurencyjna. Ostatnie lata to także odpływ kapitału zagranicznego i osłabienie entuzjazmu inwestorów. Sytuację może odwrócić wielka, warta nawet 500 mld dolarów umowa pomiędzy energetycznymi gigantami Rosnieftem i Exxon Mobile, jednak nie jest to nic pewnego. Historia współpracy zachodnich firm energetycznych z Rosją jest burzliwa, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i upokarzających rozstań (vide Sachalin, Sztokman, czy TNK i BP). Nie jest łatwo robić biznes w Rosji, a skoro problemy mają giganci, to co powiedzieć o mniejszych przedsiębiorstwach.

Na te wszystkie słabości (i wiele więcej) zwraca uwagę były minister finansów Federacji Rosyjskiej Aleksiej Kudrin. Jego zdaniem obecny model polityczno-gospodarczy jest nie do utrzymania. Pytanie, czy główny jego twórca, prezydent Władimir Putin, jest w stanie dokonać korekty systemu. Czy możliwa jest emulacja chińskiego wzorca, polegającego na liberalizacji gospodarczej (z zachowaniem kontroli państwa nad kluczowymi sektorami i przedsiębiorstwami) przy jednoczesnym usztywnieniu politycznym (faktyczna monowładza i brak alternatywy)? Czy Putin może okazać się reformatorem, czy będzie za wszelką cenę trwał przy obecnym układzie?

Jestem ciekaw Waszego zdania. Osobiście mało wierzę w drugą twarz Putina, czyli w to, że okaże się on zdolny do zmodyfikowania (nie mówiąc o zmianie) swojego podejścia do władzy. Słuchając jego wypowiedzi dotyczących trwających w Rosji od ponad pół roku protestów odnoszę bowiem wrażenie, że nie rozumie on o co w tym wszystkim chodzi. Nie rozumie demonstrujących, nie rozumie ich obaw, potrzeb i postulatów. Jedyne co potrafi, to wyszydzać opozycję i tworzyć kolejne parapartyjne byty, które mają udawać opozycję (Platforma Obywatelska Michaiła Prochorowa to najnowszy przykład). A to żadne rozwiązanie.

Piotr Wołejko

niedziela, 26 lutego 2012

Równo za tydzień, w przyszłą niedzielę, Rosjanie wybiorą Władimira Władimirowicza Putina na prezydenta Federacji Rosyjskiej. Po czteroletniej przerwie w urzędowaniu na Kremlu, Putin wraca na szczyt władzy. Choć de facto nigdy go nie opuścił, nadzorując Dmitrija Miedwiediewa z rosyjskiego Białego Domu - siedziby premiera.

Jak donosi z Moskwy dla portalu NaTemat.pl Wiktor Bater, sondaże przeprowadzone przez Centrum Jurija Lewady nie pozostawiają wątpliwości co do wyniku wyborów. Przy frekwencji na poziomie ok. 60% Władimir Putin zdobędzie blisko 2/3 głosów, deklasując swoich "rywali" (komunista Ziuganow, nacjonalista Żyrinowski, oligarcha Prochorow, psuedoopozycjonista Mironow) i zastąpi tymczasowego prezydenta Miedwiediewa, zainstalowanego na Kremlu tylko po to, by nie zmieniać konstytucji (ograniczającej liczbę kadencji z rzędu do dwóch). W międzyczasie wydłużono prezydencką kadencję z 4 do 6 lat, co oznacza, iż Putin może rządzić nawet do 2024 roku.

Putin 2018 czy 2024?

Mogę się w swoich przewidywaniach mylić, co sprawdzimy najdalej za sześć lat, jednak moim zdaniem Putin nie dociągnie do wspomnianego wyżej 2024 roku. Jego rządy potrwają do 2018 roku, a być może będzie musiał oddać władzę (przynajmniej oficjalnie) przed tym terminem. Dlaczego? Może trochę naiwnie, jednak wierzę, iż protesty po zeszłorocznych wyborach do Dumy oznaczają początek końca obecnego systemu władzy. Oferowany przez Putina et consortes układ, w którym obywatele mają zapewnioną stabilność polityczną i bezpieczeństwo gospodarcze, a w zamian nie angażują się w politykę, powoli wygasa. Kreml nie jest w stanie zapewnić ani stabilności ani bezpieczeństwa, a ogromne zyski z ropy naftowej w niewielki sposób poprawiają warunki bytowe ponad 100-milionowej populacji.

grafika

źródło: Wikimedia Commons

Stąd też Putin próbuje zastosować taktykę "nowego otwarcia", zapowiadając liczne i dość odważne reformy (liberalizacja gospodarcza i polityczna, m.in. przywrócenie powszechnych wyborów gubernatorów w częściach składowych Federacji Rosyjskiej) nakierowane na modernizację kraju i rozwój gospodarczy. Niestety, dotychczasowa praktyka rządów Putina i "interrexa" Miedwiediewa pokazuje, że za wielkimi słowami nie podążają czyny. W swoim inauguracyjnym wystąpieniu prezydenckim Miedwiediew zapowiadał, iż najważniejsze dla niego będzie przestrzeganie prawa i powstrzymanie nihilizmu prawnego, niszczącego państwo. Nic takiego nie nastąpiło. Wszelkie inicjatywy liberalizacyjne Miedwiediewa były powstrzymywane przez Putina lub, co bardziej prawdopodobne, były odgrywane przez prawnika z Petersburga na zasadzie dobry glina - zły glina.

Czego spodziewać się po prezydencie Putinie?

Co może zaserwować Rosjanom i światu powracający na Kreml Władimir Putin? Odgrzewane kotlety, które wszyscy dobrze znają. W polityce zagranicznej zaostrzenie kursu wobec Zachodu i koniec resetu ze Stanami Zjednoczonymi. Rękę Putina widać wyraźnie już w podejściu Moskwy do Syrii - Rosjanie są najwierniejszymi obrońcami masakrującego swoich obywateli dyktatora Baszara Asada. Nic więc dziwnego, że protestujący Syryjczycy wykrzykują, że ich rewolucja dotrze także do Moskwy. W dyplomacji Putin nie będzie bawił się w subtelności, a głosy obrońców praw człowieka zbędzie ironicznym uśmiechem. Za rządów Putina żadne kolorowe rewolucje już nie przejdą. Warto przy tym dodać, że gaz nadal będzie odgrywał istotną rolę w polityce zagranicznej, stanowiąc kluczowy instrument rosyjskiej dyplomacji. Po udanym zakończeniu budowy Nord Streamu Putin postawi teraz na South Stream, co przy nieustannych problemach gazociągu Nabucco nie będzie specjalnie trudne.

W polityce wewnętrznej nie będzie żadnego poluzowania dla opozycji. Wykluczenie z udziału w wyborach prezydenckich Grigorija Jawlińskiego z Jabłoka pokazuje, że Putin zamierza mieć wszystko pod kontrolą. Pełną kontrolą. Widać jednak, że Rosjanie coraz mniej obawiają się represji i decydują na wyjście na ulice. Protestów może być więcej i będą gromadziły więcej demonstrantów. Skąd takie przekonanie? Jak pisałem wyżej, Putinowi trudno przychodzi wywiązanie się ze swojej części umowy, czyli zapewnienie bezpieczeństwa gospodarczego, socjalnego. Do tego cały czas pogarsza się sytuacja na Kaukazie, gdzie trwa coś na kształt wojny partyzanckiej lokalnej muzułmańskiej społeczności z rosyjskim okupantem.

Niepewna przyszłość

Z rozwoju zdarzeń nie może być zadowolony Michaił Chodorkowski, były szef Jukosu i osobisty więzień prezydenta-premiera Putina. W 2010 roku został on skazany na kolejne sześć lat więzienia (został aresztowany w 2003 roku i od tego czasu jest pozbawiony wolności). Powrót Putina na Kreml oznacza dla niego, że nadal będzie tkwił za kratami. Ponieważ sprawa ma charakter osobisty, Putin nie dopuści do wyjścia Chodorkowskiego na wolność. Skoro teraz siedzi on za kradzież 350 milionów ton ropy, to w okolicach 2015 roku przedstawi się mu jeszcze bardziej absurdalne zarzuty.

W rosyjskiej suwerennej demokracji wyniki są znane na długo przed dniem wyborów. Możemy być pewni, że Putin w dniu 4 marca odniesie pewne zwycięstwo w pierwszej turze i powróci na Kreml. W żaden sposób nie przybliży to jednak Rosji do rozwiązania poważnych problemów, które trapią ten kraj. Zamiłowanie rosyjskiego społeczeństwa do stabilizacji i pokoju może poprowadzić kraj w zupełnie przeciwnym kierunku.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Ostatnie siedem dni to niełatwy okres dla władz Federacji Rosyjskiej. Zamachy w moskiewskim metrze, w wyniku których zginęło blisko 40 osób, były tylko początkiem fali terroru, która przetacza się aktualnie przez kontrolowany przez Rosjan północny Kaukaz. Republiki Dagestanu i Inguszetii od dawna były niespokojne, a poprzednie dni to pasmo ataków rebeliantów, głównie na funkcjonariuszy służb mundurowych. Zamachowcy, w celu zwiększenia liczby ofiar, dokonują podwójnych uderzeń, atakując ponownie w miejscu pierwszego ataku, gdy dotrą tam milicjanci, prokuratorzy etc.

Nieskuteczna wojna z terroryzmem

grafikaTytułowa ta sama banda to słowa opisujące autorów opisanych powyżej zamachów. Słowa, których użył premier Władimir Putin (na zdjęciu z prezydentem Czeczenii, Ramzanem Kadyrowem). To nie są łatwe dni dla Putina. Prowadzona przez niego od dekady wojna z terrorem nie przyniosła spodziewanych efektów. Terroryści nadal zagrażają Rosji i mogą w zasadzie zaatakować każdy cel, na całym terytorium kraju, nie wyłączając stolicy - Moskwy. Rosyjskie służby specjalne nie potrafią powstrzymać zamachowców, choć często posiadają informacje, które by im na to pozwoliły. Brak odpowiedniej koordynacji oraz wymiany informacji pomiędzy służbami to nie tylko problem Rosji - wystarczy przypomnieć bożonarodzeniowy lot z Amsterdamu do Detroit z nigeryjskim zamachowcem-samobójcą na pokładzie. Tym razem owe niedociągnięcia zakończyły się tragicznie.

Trudno mówić o zeszłotygodniowych aktach terroru w oderwaniu od sytuacji panującej na obszarze północnego Kaukazu. Zdemolowana i zrównana z ziemią Czeczenia znajduje się pod panowaniem Ramzana Kadyrowa. Rebelia została praktycznie stłumiona, przy wykorzystaniu niezwykle brutalnych metod, ale niedobitki partyzantów przeniosły się do sąsiednich republik - Dagestanu i Inguszetii. Mimo centralizowania władzy przez Kreml (wprowadzenie mianowania gubernatorów przez prezydenta zamiast wyłaniania go w drodze wyborów nastąpiło zresztą po tragicznym zamachu na szkołę w Biesłanie w 2004 roku) oraz rosnącej liczby rosyjskich sił porządkowych, północny Kaukaz płonie.

Dwie drogi do wyboru

Przemoc i siła nie są w stanie uspokoić niepokornych republik. Władze nie mają wiele do zaproponowania ich mieszkańcom. Bezrobocie i bieda są bardzo duże. Do tego dochodzą skomplikowane struktury rodzinno-klanowe oraz lokalne porachunki. W efekcie tego zabójczego miksu władze w Moskwie dostają istną beczkę prochu, z którą obchodzą się jakby dzierżyły w obu rękach rozpalone pochodnie. Brak pozytywnej oferty, którą mianowani przez Moskwę aparatczycy mogliby zachęcić miejscową ludność do zajęcia się czymś innym niż zwalczaniem władzy i jej przedstawicieli.

Dwie drogi główne prowadzące do uspokojenia sytuacji są następujące. Pierwsza zakłada dokręcenie śruby. Na przemoc odpowiedzią będzie jeszcze większa przemoc i represje, być może nawet specjalne operacje sił rosyjskich na terenie niespokojnych republik. Skala działań będzie musiała zwiększać się w trakcie ich prowadzenia, a pacyfikacja zatoczy bardzo szerokie kręgi. Uda się wytropić, pojmać lub zabić pewną liczbę rebeliantów, być może nawet Doku Umarowa, podejrzewanego o zaplanowanie zeszłotygodniowego festiwalu terroru. Zginą lub zostaną ranni także cywile, chociażby krewni bojowników, ale także postronni obywatele. Efektem takiej polityki będzie zwiększenie nienawiści do Rosjan i zaostrzenie sytuacji w regionie.

Druga opcja zakłada przygotowanie konstruktywnej propozycji dla Inguszetii, Dagestanu i sąsiednich republik, polegającej na przeznaczeniu istotnych środków finansowych na rozwój gospodarczy i poprawę sytuacji materialnej ludności. Praca i perspektywa lepszego życia, a więc pokój i dobrobyt są atrakcyjniejsze od biedy i trudów walk. Zredukowanie popularności rebeliantów to istotny krok na drodze do ograniczenia ich wpływów i siły. Obok pakietu pomocowego należy prowadzić rozważne działania militarno-wywiadowcze, które pozwolą pojmać lub wyeliminować przeciwnika. Rozważne, czyli bez zbędnej przemocy, z poszanowaniem życia i godności człowieka. Mówiąc inaczej, działanie odpowiednich sił w sposób, w jaki jeszcze nigdy nie postępowały.

Konieczna fundamentalna zmiana

Brak szacunku dla życia i godności człowieka to znak rozpoznawczy rosyjskich sił pacyfikujących demonstracje w Moskwie, walczących w Czeczenii czy odbijającej zakładników z rąk terrorystów. Skłonność do nadmiernej przemocy, brutalność w postępowaniu, tortury czy lekceważenie życia cywilów to rosyjski standard, który trudno będzie zmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wynika to nie tylko z długiej tradycji, ale także nastawienia aktualnych władz Rosji, dla których jednostka jest niczym i można ją śmiało poświęcić. Tymczasem taka zmiana, nowe podejście władz i sił odpowiedzialnych za zaprowadzenie porządku w razie potrzeby jest konieczne, aby niełatwa operacja ugaszenia pożaru na północnym  Kaukazie mogła się powieść.

Kaukaz odgrywa dla Rosji bardzo ważną rolę, stanowi wrota do projekcji rosyjskich interesów na Bliskim Wschodzie. Niestabilność regionu jest Rosji wybitnie nie na rękę. Mimo to, dotychczasowe działania tylko zaogniały sytuację. Czy elita władzy w Moskwie doszła wreszcie do wniosku, że przemoc i represje nie są  właściwą odpowiedzią na problemy na miękkim podbrzuszu Federacji Rosyjskiej?

Piotr Wołejko

grafika: russiablog.org

poniedziałek, 29 marca 2010

Dwa wybuchy wstrząsnęły w porannych godzinach szczytu moskiewskim metrem. Na stacjach Łubianka i Park Kultury wysadzili się, jak informują rosyjscy oficjele, zamachowcy samobójcy - być może kobiety. Zginęło blisko 40, a rannych jest kilkudziesięciu mieszkańców Moskwy, którzy zmierzali do pracy korzystając z głównego systemu komunikacyjnego miasta. Liczba ofiar może wzrosnąć, służby ratownicze udzielają pomocy rannym.

grafikaOd razu rozpoczęły się spekulacje, kto może stać za dzisiejszym atakiem. Stacje metra Łubianka i Park Kultury znajdują się w centrum Moskwy, zaś Łubianka w bezpośrednim sąsiedztwie siedziby Federalnej Służby Bezpieczeństwa, spadkobierczyni KGB. Pojawiły się informacje, później zdementowane, jakoby zaatakowano także trzecią stację - Prospekt Mira. Atak wygląda na zuchwały, dokonany pod nosem potężnej agencji wywiadowczej, której wpływy w Rosji są gigantyczne. Kto może stać za zamachami?

Pierwsze podejrzenia padają na ugrupowania z Kaukazu, być może Czeczenów. Podobno jedna z czeczeńskich grup wzięła odpowiedzialność za atak na metro, ale nie są to informacje potwierdzone. Spekulacje o uderzeniu w metro pojawiły się już kilka miesięcy temu, a od kilku dni miasto patrolowało więcej niż zwykle milicjantów. Czy służby posiadały informacje o przygotowaniach do zamachu, ale nie udało im się go udaremnić?

Podejrzenia mogą paść także w stronę rosyjskich służb specjalnych. Pierwszy wybuch, na stacji Łubianka, miał miejsce pod nosem FSB. Dość kompromitujące to wydarzenie, tak jakby do siedziby CIA w Langley wtargnęli uzbrojeni zamachowcy. Służby mogły wykorzystać, inspirować lub przymknąć oko na przygotowania do zamachu Czeczenów lub innych separatystów. Mogły także brać bezpośredni udział w przygotowaniu ataku - do dziś nie wyjaśniono, czy za zamachami z 1999 roku w Moskwie, Wołgodońsku czy udaremnionym zamachu w Riazaniu nie stali agenci rosyjskich służb. Mówił o tym zamordowany (najpewniej przez wspomniane służby) Aleksander Litwinienko.

Jak informował dzisiaj moskiewski korespondent Gazety Wyborczej Wacław Radziwinowicz, służby znalazły się pod presją prezydenta Miedwiediewa, który rozpoczął delikatne czystki w kierownictwie resortów siłowych. Być może dzisiejsze wydarzenia są przekazem dla prezydenta? Mogą być także uderzeniem w mera Moskwy Jurija Łużkowa. Opcji jest naprawdę wiele i trudno teraz wskazać, która jest najbardziej prawdopodobna. Atak wygląda na profesjonalnie przygotowany.

Piotr Wołejko

 

grafika: ecx.images-amazon.com

czwartek, 06 sierpnia 2009

W polityce ważna jest konsekwencja. Rzucanie słów na wiatr w istotnych sprawach nie wchodzi w grę. Władimir Putin ostatecznie rozwiał nadzieje Komisji Europejskiej na ratyfikację Traktatu Karty Energetycznej, podpisując zarządzenie odrzucające partycypację Rosji w traktacie [komunikat na stronie premiera Putina].

Informacja o tym istotnym wydarzeniu jest bardzo lakoniczna, nie uwzględnia chociażby powodów takiej decyzji. Nie są one jednak żadną tajemnicą. Premier Putin i prezydent Miedwiediew wyrażali wątpliwości wobec Karty już od dłuższego czasu. Obecny premier, wówczas prezydent Putin, podczas konferencji prasowej po szczycie G-8 w Sankt Petersburgu postawił sprawę wprost: "Oczywiście, możemy zapewnić naszym partnerom dostęp do zarówno do wydobycia surowców, jak i infrastruktury przesyłowej, ale pozostaje pytanie, dostęp do czego dostaniemy w zamian? Gdzie jest ich wydobycie, gdzie jest infrastruktura? (...) Nie jesteśmy przeciwko współpracy na takich [zawartych w Karcie Energetycznej] zasadach, ale najpierw chcemy wiedzieć, co dostaniemy w zamian".

Prezydent Miedwiediew natomiast kilkakrotnie stwierdził, że należy przygotować nowe podstawy prawne handlu energią oraz bezpieczeństwa energetycznego. Stanowisko Rosji jest jasne: Karta nadaje się do kosza, usiądźmy i wynegocjujmy nowy układ. Bruksela ma na tą sprawę inne zapatrywanie: Kartę należy utrzymać, negocjujmy na jej podstawie. Jak widać, po długim krygowaniu się, Moskwa postanowiła istniejący traktat wyrzucić do kosza. Jeśli prezydent Miedwiediew nie rzucał słów na wiatr, powinien przedstawić podstawy układu, który ma zastąpić Kartę Energetyczną.

Więcej o rosyjsko-unijnym sporze o Kartę w obszernym wpisie z dn. 28 maja br., wzbogaconym o ekskluzywną wypowiedź [video] przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso, odpowiadającego na pytanie autora bloga o problemy związane z ratyfikacją Karty Energetycznej przez Rosję.

Powstaje zupełnie nowe pole gry, stworzone przez decyzję Putina. Dla Rosji nie ma już powrotu do Traktatu Karty Energetycznej. Jak zareaguje Europa? Czy będzie kontynuacja dotychczasowego kursu, tj. liberalizacji rynku gazu, przejawiającej się m.in. w demonopolizacji, unbundlingu (rozdzieleniu wydobycia surowca od jego dystrybucji) oraz ochronie konkurencji? Należy pamiętać także o walce Brukseli z klauzulami zabraniającymi odsprzedaży nadwyżek gazu. Gazprom lubuje się w tychże klauzulach, które są w oczywisty sposób sprzeczne z zasadami jednolitego rynku.

Zrozumienie postawy i obaw Rosji jest bardzo ważne. Niestety, porozumienie jest mocno utrudnione przez politykę. Niektóre zarzuty Moskwy są słuszne. Rosyjskie firmy często mają utrudniony dostęp do infrastruktury przesyłowej w krajach należących do UE. Z drugiej strony, dostęp firm europejskich do rosyjskiej infrastruktury jest uniemożliwiony przez monopol państwowego Gazpromu oraz Transnieftu, a dostęp do złóż uznaniowy (pod wpływem politycznym, zazwyczaj z pominięciem kryteriów ekonomicznych) i ryzykowny (może zostać nagle odwołany bądź ograniczony). Ewidentnie widać, że zainteresowane strony nie do końca sobie ufają.

Problemem dla Europy, na który zwracają także uwagę Stany Zjednoczone, jest polityczne wykorzystywanie przez Rosję źródeł energii. Niektórym nie podoba się również monopolizowanie produkcji i dystrybucji gazu oraz ropy naftowej na obszarze postsowieckim. Rosnąca pozycja Rosji jako źródła surowców energetycznych w naturalny sposób niepokoi europejskich konsumentów. Co prawda do moskiewskiego dyktatu energetycznego daleko i może do niego nigdy nie dojść, ale słowa i czyny rosyjskich decydentów są powodem do zmartwienia europejskich i amerykańskich polityków oraz ekspertów.

grafikaRosja odniosła dziś mały sukces energetyczny, podpisując kilka umów z Turcją. Ankara wstępnie zgodziła się na przebieg rosyjskiego gazociągu South Stream przez swoje wody terytorialne na Morzu Czarnym. Putin obiecał zaś premierowi Erdoganowi budowę drugiej nitki gazociągu Blue Stream (pierwsza została oddana do użytku w 2005 roku i za jej pośrednictwem do Turcji trafia 16 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie) oraz magazynów do przechowywania błękitnego paliwa.

Zgodnie ze swoją polityką, Turcja gra na wszystkich dostępnych fortepianach, wykorzystując swe strategiczne położenie geograficzne. Zaledwie w połowie lipca w tureckiej stolicy podpisano umowy umożliwiające realizację gazociągu Nabucco, konkurencyjnego wobec rosyjskiego projektu South Stream. Zgadzając się na oba projekty Turcja ugrała dużo dla siebie, pokazując, jak należy prowadzić skuteczną politykę.

Wyścig energetyczny trwa. Wielka gra rozgrywa się na wielu równoległych szachownicach. Ciekawe, jaka będzie odpowiedź Europy na odrzucenie przez Rosję jej "ukochanego dziecka", Traktatu Karty Energetycznej.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy dot. polityki energetycznej:

 

grafika: vedomosti.ru

22:24, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook