Organizacje międzynarodowe

czwartek, 24 października 2013

W wyniku wejścia w życie Karty Narodów Zjednoczonych, 24 października 1945 roku powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych. Zastępowała ona nieefektywną Ligę Narodów, tworząc nowe forum multilateralizmu, czyli mechanizm załatwiania spraw/rozwiązywania problemów, w drodze współpracy wielostronnej.

Czy doczekamy się reformy ONZ?

grafikaONZ przez blisko siedem dekad swego istnienia zmieniała się, dostosowując się do aktualnych wyzwań i trendów. Wielokrotnie sama te trendy kreowała bądź wspierała ich kreację (dekolonizacja, prawa człowieka, ograniczanie biedy i ubóstwa etc.). Ma na swoim koncie liczne sukcesy, porażki i wstydliwe epizody. W gruncie rzeczy, mimo udanej adaptacji do zmieniających się realiów, organizacja nie różni się w kluczowych aspektach od tej, którą pamiętamy z kart historii. Nadal głównymi rozgrywającymi są te same mocarstwa, co w 1945 roku (z uwzględnieniem zamiany Republiki Chińskiej na Chińską Republikę Ludową w latach 70.). Ta trwałość i ciągłość stanowi o sile i słabości ONZ, w zależności od tego kto i co będzie oceniał.

Podobno już pierwszy sekretarz generalny organizacji, Norweg Trygve Lie, po objęciu zaszczytnej funkcji od razu apelował o reformę ONZ. Ani wtedy ani później żadna istotna reforma nie nastąpiła. Cyklicznie ponawiane są wezwania do zmodyfikowania składu i zasad funkcjonowania najważniejszego ciała ONZ, czyli Rady Bezpieczeństwa. Składa się ona z pięciu stałych członków - Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Francji i Wielkiej Brytanii - oraz dziesięciu rotacyjnie wybieranych spośród pozostałych państw członkowskich. Wybór ten następuje w blokach regionalnych, co zapewnia stałą reprezentację poszczególnych regionów. Stali członkowie posiadają prawo weta, a więc możliwość zablokowania rezolucji, które z jakiegoś powodu im nie odpowiadają.

Zarówno prawo weta, jak i struktura RB ONZ nie podobają się wschodzącym potęgom, takim jak Indie, Brazylia, Niemcy, Meksyk, Japonia czy RPA. Domagają się one uwzględnienia zmian na geopolitycznej i ekonomicznej mapie świata. Mówiąc wprost, chcą dołączyć do prestiżowego grona uprzywilejowanych, wąskiego klubu decyzyjnego świata, jakim jest Rada Bezpieczeństwa. Propozycje w tym zakresie są wielce kontrowersyjne. W zasadzie każdy kandydat na nowego stałego członka RB ONZ ma silną opozycję w postaci regionalnych rywali. Wątpliwe również, by udało się uzyskać globalne przyzwolenie na reprezentację Europy aż przez trzy kraje (kooptacja Niemiec, przy utrzymaniu miejsc przez Francję i Wielką Brytanię). Bardziej ambitne, a przez to także utopijne propozycje zmierzają do reformy instytucji prawa weta. Wiadomo, że stała piątka nie pali się do zmian, które w oczywisty sposób ograniczyłyby jej wpływy.

Globalne wyzwania wymagają istnienia globalnej instytucji

Niezależnie od sporów o kształt RB ONZ, a także - często słusznych - zarzutów dotyczących skuteczności (w zasadzie jej braku), marnotrawstwa pieniędzy, czy upolitycznienia (vide potępianie poszczególnych państw przez Radę Praw Człowieka ONZ), Organizacja Narodów Zjednoczonych to niezwykle cenna i wartościowa instytucja. Jest to jedyne niemal stuprocentowo inkluzywne forum dialogu międzynarodowego. Dialogu prowadzonego na wielu poziomach i poświęconego szerokiej gamie problemów.

A problemy, z którymi borykają się państwa i społeczeństwa w XXI w. stają się coraz bardziej międzynarodowe, a często wręcz globalne. Nie wystarczają już bilateralne czy wielostronne umowy, nie dają rady regionalne organizacje. Potrzebne jest w pełni globalne forum, dysponujące wykwalifikowanymi kadrami i zasobami, a także prestiżem i zaufaniem. Można wiele zarzucać ONZ, podchodzić bardzo krytycznie do poszczególnych aspektów działalności organizacji, lecz należy uczciwie przyznać, że nie ma alternatywnej instytucji, zdolnej do wsparcia wysiłków na rzecz rozwiązywania problemów. Zaufanie do ONZ jest wśród społeczeństw całego świata bardzo wysokie - wystarczy rzut oka na niedawne badania opinii publicznej. Nawet w Stanach Zjednoczonych, o których mówi się, że są niechętne ONZ, 58% badanych pozytywnie ocenia organizację, a odmiennego zdania jest 31% ankietowanych. W kluczowych krajach europejskich pozytywna ocena ONZ jest jeszcze wyższa i wynosi ponad 60%. W Polsce aż 64% ankietowanych pozytywnie ocenia ONZ, a zaledwie 20% jest przeciwnego zdania.

W najbliższych dekadach ONZ może przydać się chociażby w przypadku rozwiązywania konfliktów o wodę pitną - surowiec coraz bardziej deficytowy. Nadal należy wspierać wysiłki na rzecz ograniczania ubóstwa. Narasta problem migracji, czego smutnym przykładem była niedawna tragedia w okolicy włoskiej wyspy Lampedusa. Śmierć setek imigrantów szukających lepszego życia w Europie wstrząsnęła opinią publiczną nie tylko w Unii Europejskiej.

Pamiętajmy o minilateralizmie

Doceniając potrzebę istnienia i sprawnego funkcjonowania ONZ, należy pamiętać również o minilateralizmie. W przeciwieństwie do multilateralizmu zakłada on współpracę ograniczonej liczby zainteresowanych aktorów. Taką właśnie współpracą jest chociażby Unia Europejska czy ASEAN, a także koalicje ad hoc. O ile w Europie i szeroko rozumianym świecie Zachodu występuje urodzaj rozmaitych organizacji międzynarodowych, to w Azji czy Afryce mamy do czynienia z ich deficytem. Jednym ze skutków takiego stanu rzeczy jest występowanie większej liczby napięć. Brakuje kanałów komunikacyjnych oraz mechanizmów dialogu, ucierania się kompromisów. Dlatego należy wspierać zarówno multilateralną Organizację Narodów Zjednoczonych, jak i minilateralne organizacje regionalne. Im więcej dyplomacji, tym mniej konfliktów zbrojnych. Im więcej współpracy, tym większe szanse na rozwiązanie problemów.

Piotr Wołejko

środa, 04 kwietnia 2012

Czwartego kwietnia 1949 roku powołano do życia najpotężniejszy w historii świata sojusz wojskowy - NATO. Wówczas był on odpowiedzią na sowiecką dominację w Europie Środkowo-Wschodniej i strach przed potencjałem wojskowym ZSRR. Stany Zjednoczone obawiały się, że potężna machina militarna na rozkazach Stalina przetoczy się niczym walec po podnoszącej się z ruin Europie. Należało więc wziąć Stary Kontynent w obronę, zgodnie z geopolitycznym paradygmatem, iż trzeba powstrzymać potencjalnego rywala przed zbytnim wzmocnieniem swoich sił.

Dzisiejsze realia są zupełnie inne. Związek Radziecki rozpadł się ponad dwie dekady temu, a NATO poszerzyło się do 28 członków. Dawna zimnowojenna granica stref wpływów przesunęła się o setki kilometrów na wschód, a osłabiona Rosja do dziś nie odbudowała dawnej potęgi. Co więcej, mimo częstych groźnych pomruków i nieprzyjaznych gestów (vide manewry Zapad z ubiegłego roku, plotki o rozmieszczeniu rakiet Iskander w Obwodzie Kaliningradzkim, zawieszenie udziału w traktacie CFE) Rosja nie stanowi dla NATO zagrożenia. Jej siły zbrojne są w dużej mierze przestarzałe, a poszczególne jednostki mają istotne braki kadrowe, nierzadko sięgające kilkudziesięciu procent stanu osobowego. Rosja zdaje sobie z tego sprawę i zamiast poetyki wojskowej sięga w dyplomacji po surowce naturalne.

Odpowiedzieć na nowe wyzwania

grafikaPo upadku ZSRR Sojusz Północnoatlantycki stracił swojego oponenta, a przez to główny powód istnienia. Mimo upływu dwóch dekad nadal nie do końca wiadomo, jaka jest tożsamość organizacji i jej główne cele. Czy są to misje zagraniczne (vide Afganistan, Libia) czy obrona terytorialna, czyli dbanie o bezpieczeństwo swoich członków? Niemniej NATO  nie pozostaje głuche na wyzwania XXI w., chociażby w sferze cyberbezpieczeństwa. Sojusz przechodzi transformację na naszych oczach, a istotną rolę w jego przyszłym statusie odegrają czynniki ekonomiczne (cięcia wydatków w Europie spowodowane kryzysem, ale też polityczną decyzją o redukcji sił zbrojnych) oraz geopolityczne (reorientacja Stanów Zjednoczonych z Atlantyku na Pacyfik).

Dla Polski silne NATO, zdolne do obrony granic swoich członków, to podstawa i główny instrument naszej polityki bezpieczeństwa. Znajduje to odzwierciedlenie w niedawnym wystąpieniu szefa MSZ w Sejmie oraz dokumencie strategicznym wyznaczającym priorytety polityki zagranicznej na lata 2012-2016. Bez Sojuszu bylibyśmy dużo bardziej narażeni na rosyjską presję i musielibyśmy szukać wsparcia w Berlinie, Paryżu czy Londynie. Jednocześnie pamiętamy, że takie gwarancje bezpieczeństwa w ubiegłym wieku niekoniecznie się sprawdziły.

Ponieważ zbliżamy się do 65. urodzin NATO należy dostrzec, i docenić, jak żywotna to organizacja. Przetrwała rywalizację z Sowietami i trwa w najlepsze już ponad dwie dekady od końca Zimnej Wojny. Mimo krytyki widać, że potrafi adaptować się do zmieniającej się rzeczywistości i odpowiadać na potrzeby swych członków. Wbrew lansowanym z lubością tezom, misja afgańska nie doprowadziła do złożenia Sojuszu do grobu, podobnie jak krótki epizod w Libii (operacja powietrzna). Sojusz jako organizacja oraz poszczególni jego członkowie odebrali lekcje i starają się czerpać z tego doświadczenia.

Więcej sojuszu w Sojuszu

Jaki będzie Sojusz w przyszłości? Ile jeszcze przetrwa? Na pewno będzie krytykowany, zarówno przez Rosję, jak i część elit w Europie i USA. Główne tematy tej krytyki łatwo przewidzieć: nieruchawy moloch, niespójne interesy członków, brak zdolności do zaangażowania poważnych sił poza granicami Sojuszu, archaiczna struktura czy brak celu istnienia (zdefiniowanego przeciwnika). Do tego dojdą inne elementy, natomiast powyższe z pewnością odegrają główną rolę.

Tymczasem NATO w dalszym ciągu będzie adaptować się do zmiennych realiów i dostosowywać możliwości do ograniczającego się potencjału. Zarówno wewnętrznego (cięcia wydatków wojskowych), jak i zewnętrznego (rosnąca potęga państw BRICS), które nie pozwolą działać z dotychczasową swobodą. Istotne jest, aby rozbudowywać i koordynować potencjał w zakresie cyberbezpieczeństwa oraz doprowadzić do szerszego uwspólniania potencjałów wojskowych (pooling & sharing).

Czy należy wprowadzać do Sojuszu nowych członków? Oczywiście, że tak. Sprzyja to stabilizacji oraz szerzeniu demokratycznych standardów, wygasza konflikty i wymusza współpracę oraz dialog. A zawsze lepiej jest rozmawiać, niż prowadzić konflikt. Opcja "najpierw strzelaj, potem zadawaj pytania" sprawdza się w kinie akcji, natomiast jest mało efektywna w stosunkach międzynarodowych.

Piotr Wołejko

 

grafika: panstwa.com

wtorek, 26 kwietnia 2011

Od czasu do czasu nastaje moda na bycie Kasandrą. Tym razem w rolę mitycznej wieszczki próbowała wcielić się Anne Applebaum, publicystka Washington Post, a prywatnie żona szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego. Pyta ona w tytule swojego tekstu, czy interwencja w Libii doprowadzi do rozpadu NATO? Chwileczkę, toż to Afganistan miał rozbić Sojusz. Bez skutku.

Dobrze pamiętamy, jak wielu analityków, ekspertów i polityków stawiało wiarygodność NATO na szali zwycięstwa w Afganistanie. Wiadomo, że żadnego sukcesu nie uda się tam osiągnąć. Jednak czy NATO rozpadnie się z tego powodu? Nie sądzę. Próba podjęcia analogicznej do afgańskiej, opartej na operacji libijskiej, kampanii składania Sojuszu do grobu również spełznie na niczym. Podobnie jak pod Hindukuszem, to nie organizacja, ale państwa członkowskie sprawiają, że operacja w Libii nie należy do najprostszych.

Nieuzasadniona krytyka

Nie można uważać NATO, ani żadnej innej organizacji, za monolit. Sojusz nie dysponuje własną armią - opiera swoje działania na siłach zbrojnych państw członkowskich. Sojusznicy często obwarowują udział swoich żołnierzy w misjach rozmaitymi ograniczeniami. Jedni nie walczą w nocy, drudzy nie walczą w nieparzyste dni miesiąca, a inni mogą być wysłani tylko tam, gdzie jest bezpiecznie. Takie były i są realia operacji w Afganistanie. Zresztą, zanim w ogóle sojusznicy wyślą gdzieś woje wojska, najpierw musi zapaść decyzja polityczna. I tutaj zaczynają się schody.

grafika

grafika: topnews.in

Warto wprowadzić w tym momencie drugi symptomatyczny przykład organizacji międzynarodowej, której działania w wymiarze dyplomatycznym i bezpieczeństwa są uzależnione od osiągnięcia kompromisu przez liczne grono państw członkowskich - Unię Europejską. Zawsze łatwo skrytykować unię, iż na coś zareagowała z opóźnieniem, w stosunku do czegoś zajęła rozwodnione stanowisko, a inną kwestię zbyła milczeniem. Ot, nieudacznicy w Brukseli są już tak rozleniwieni bajońskimi pensjami, że nie są w stanie zebrać się do konkretnej roboty.

Podobnie zaczyna być postrzegane NATO. Krytykuje się organizację, bo większości wydaje się, że integracja zaszła tak daleko, iż oczywistym jest, że decyzje podejmuje się w centrali - a obie instytucje mają swe siedziby w Brukseli. Takie wyobrażenie jest zupełnie oderwane od rzeczywistości. Nikt w Brukseli nie ma mocy decyzyjnej, a ustalenia zapadają w stolicach państw członkowskich. Tymczasem, ucieranie decyzji przez ponad 20 dyplomatów - reprezentujących często rozbieżne interesy swoich państw - to proces czasochłonny. Co więcej, zazwyczaj także mało efektowny.

Niełatwy kompromis

Jeśli więc chcemy kogoś skrytykować za opieszałość bądź trudne realia misji wojskowych (w przypadku Libii, jedni nie bombardują, inni tylko patrolują etc.), powinniśmy skierować gniew w stronę stolic narodowych. To Francja, Niemcy, Włochy, Stany Zjednoczone czy Turcja powinny znaleźć się na celowniku. Jednak wówczas postawienie pytania o upadku państwa byłoby zupełnie nie na miejscu.

W przypadku organizacji międzynarodowej także jest nie na miejscu. Gdyby państwa miały zawsze takie same poglądy i interesy, mogłyby pójść o krok dalej i po prostu się zjednoczyć. Organizacje istnieją po to, aby - bazując na wspólnych interesach - szukać kompromisu tam, gdzie interesy te są sprzeczne. Naturalne jest, że nawet od kompromisowych decyzji niektóre państwa się dystansują. I nie oznacza to, że organizacja chwieje się w posadach i należy odliczać dni do ich smutnego końca.

Za klasykiem należałoby wezwać wszelkiej maści wieszczów do tego, by nie szli tą drogą. Nie warto, gdyż kierunek ten oparty jest na fałszywych przesłankach. Warto przy tym zauważyć, że NATO i UE są najbardziej zintegrowanymi organizacjami międzynarodowymi na świecie. Jeśli one upadają, to pozostałe nie miałyby nawet szansy zaistnieć.

Piotr Wołejko

niedziela, 14 listopada 2010

W dniach 19-20 listopada w Lizbonie odbędzie się szczyt NATO, podczas którego mogą zapaść decyzje o przeniesieniu Sojuszu w XXI wiek. Według Sekretarza Generalnego Paktu Andersa Fogh Rasmussena, "z lizbońskiego szczytu musimy wyjść jako NATO 3.0" [wywiad Rasmussena dla Gazety Wyborczej]. Oznacza to także porzucenie postzimnowojennego myślenia oraz nawiązanie bliższej współpracy z Rosją dotyczącej rozwiązywania szerokiego spektrum problemów, od zwalczania terroryzmu przez zapobieganie proliferacji broni masowego rażenia po piractwo. Pytanie, czy także Rosja jest zainteresowana bliższą kooperacją z Sojuszem.

Podczas spotkania w Lizbonie temat przyszłości NATO będzie odgrywał dominującą rolę. Czym powinno być NATO i jaką rolę ma do odegrania na arenie międzynarodowej? Czy misja w Afganistanie będzie miała istotne konsekwencje dla przyszłości Sojuszu? Dlaczego coraz częściej pojawiają się głosy, iż NATO traci na znaczeniu i może stać się nieistotne? Dlaczego wreszcie, gdy mowa o Pakcie, przeważają opinie pesymistyczne?

Afganistan przysłania osiągnięcia

grafikaWiększość komentatorów, a zapewne także większość z nas, zwykłych obywateli, zdaje się nie doceniać pozytywnej roli, jaką NATO odegrało i odgrywa w otaczającej nas rzeczywistości. Nie do końca prawdziwy przekaz medialny o rzekomo natowskiej misji w Afganistanie tylko pogarsza sprawę, a twierdzenia o katastrofalnych skutkach możliwej klęski tejże misji dodatkowo podbijają bębenek. Warto pamiętać, że operacja afgańska odbywa się na mocy mandatu ONZ, a NATO zapewnia infrastrukturę dowodzenia. Nie jest to jednak operacja natowska, ponieważ Amerykanie nie zdecydowali się skorzystać z oferty sojuszników, proponujących wprowadzenie w życie gwarancji zawartych w art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Misja afgańska to operacja typu coalition of the willing, czyli zainteresowanych państw. Koniec, kropka.

Wracając do roli NATO, należy powiedzieć, że Sojusz zapewnia swoim członkom stabilność i bezpieczeństwo na bezprecedensową skalę. Nie tylko od zewnątrz, chroniąc przed ewentualnymi zagrożeniami z zewnątrz, ale również od wewnątrz, zmuszając do rozwiązywania sporów innymi metodami niż wojna. W Europie, wspólnie z dzisiejszą Unią Europejską (dawniej Wspólnotami Europejskimi) zapewnił dogodne warunki dla wypracowania dobrobytu setek milionów ludzi. To naprawdę wspaniałe osiągnięcie.

Zamiast cieszyć się tym, co mamy, nieustannie pragniemy mieć więcej. Nie myślimy już za bardzo o pierwotnej funkcji NATO, czyli zapewnieniu bezpieczeństwa sojusznikom, a szukamy problemów daleko poza naszymi granicami. Amerykanie, główna potęga wojskowa świata i fundament, na którym zbudowano NATO, pragną przekształcić Pakt w ekspedycyjne siły uderzeniowe, które u boku amerykańskiej armii będą uczestniczyć w operacjach takich jak ta w Afganistanie.

Priorytety dla NATO

Rozumiejąc potrzebę działania poza granicami NATO, trudno przystać na transformację Sojuszu w przyboczną straż Stanów Zjednoczonych. Jeśli USA poszukują takiej straży, należałoby pomyśleć raczej o nowej instytucji, posiadającej inne priorytety i, najpewniej, częściowo odmienny skład. Główną rolą NATO jest stabilizacja obszaru transatlantyckiego. Nie jest nią jednak zwalczanie wspieranych przez pakistańskie wojsko talibów w Afganistanie czy terrorystów w Jemenie. Zwalczanie piractwa na wodach Zatoki Adeńskiej czy wzdłuż somalijskiego wybrzeża to nie to samo, co budowanie od podstaw państwowości afgańskiej. Mam nadzieję, że nowa strategia NATO dość jasno wyrazi, co jest w interesie państw Sojuszu i jakie są granice wspólnego zaangażowania.

NATO 3.0 powinno dalej opierać się na art. 4 i 5 Traktatu Północnoatlantyckiego (należy nawet rozważyć wzmocnienie brzmienia art. 5, który na dziś zapewnia pomoc sojuszniczą jaką państwa członkowskie uznają za konieczną), gdyż istotą Sojuszu jest właśnie obrona sojuszników. Dzisiaj zagrożenia mogą mieć nie tylko charakter militarny, ale również ekonomiczny (w tym również energetyczny) i NATO powinno wiedzieć, jak na te zagrożenia odpowiedzieć.

Konieczna jest współpraca w zakresie cyberbezpieczeństwa, które w dobie coraz powszechniejszego dostępu do internetu i informatyzacji kolejnych sektorów życia publicznego i społecznego będzie w coraz większym stopniu narażone na szwank. Hakerzy wspierani przez państwa (np. Chiny czy Rosję), międzynarodowe korporacje a także organizacje o charakterze terrorystycznym z łatwością mogą zadać nam straty wykorzystując naszą zależność od nowoczesnych technologii.

Hard power nadal górą

Nie wolno przy tym stracić możliwości wykorzystania sił zbrojnych w klasycznej wojnie. Si vis pacem, para bellum. Niestety, państwa europejskie dokonują coraz większych cięć wydatków obronnych (a już przed kryzysem finansowym tylko nieliczne państwa przeznaczały na obronę zadeklarowane 2 proc. PKB) i ich potencjał wojskowy maleje. Jeśli dodać do tego, że wiele armii dosłownie przejada fundusze, którymi dysponuje (nawet do dwóch trzecich wydatków przeznacza się na personel, czyli głównie na żołd), łatwo zrozumieć rosnącą irytację Wujka Sama zza Oceanu.

Zdaniem Amerykanów, europejskie bezpieczeństwo jest zapewnione na kredyt - Europa liczy, że większość wydatków pokryją Stany Zjednoczone i na razie tak było. Sekretarz Obrony Robert Gates ostrzega jednak, że w ciągu jednego pokolenia sytuacja może ulec poważnym zmianom. Mówiąc wprost, USA wycofają większość swoich sił z Europy i obetną fundusze na obronę Starego Kontynentu. Czy Europejczycy będą w stanie zastąpić Amerykę? A może pojawi się inna zamorska potęga zainteresowana stabilnością Europy? Może Chiny?

Problem w tym, że jeśli Europa jest dziś amerykańskim protektoratem, a NATO jest instrumentem o tożsamym znaczeniu jak Układ Warszawski w przypadku Związku Radzieckiego, to czy powinniśmy sobie życzyć, aby rolę jednej dominującej potęgi zajęła inna? Czy Europa nie może posiadać własnego, samodzielnego głosu w kwestiach bezpieczeństwa, także na arenie międzynarodowej? Bez silnej armii, nie mówiąc nawet o wspólnej armii, ale o siłach zbrojnych państw europejskich, trudno będzie o podmiotowość na świecie. Przykład Japonii pokazuje, że bycie potęgą gospodarczą nie wystarcza, by traktowano ją poważnie. Kilka tygodni temu Chiny pokazały dobitnie, na jakie traktowanie zasługują takie państwa.

Piotr Wołejko

 

grafika: zachod.pl

piątek, 28 maja 2010

Esej Charlesa Kupchana, profesora stosunków międzynarodowych na Georgetown University oraz eksperta think-tanku Council on Foreign Relations, zatytułowany "Ostateczna granica NATO. Dlaczego Rosja powinna dołączyć do Sojuszu Atlantyckiego", ożywił debatę dotyczącą przyszłości najpotężniejszego sojuszu militarnego w historii. Kupchan twierdzi, że akcesja Rosji do NATO nie tylko wzmocni Sojusz, ale pomoże dokonać w nim istotnych (i jednocześnie niezbędnych) zmian, a także pozwoli Ameryce na skuteczniejsze działanie w wymiarze globalnym.

grafikaCzłonkostwo Rosji w NATO wydaje się dziś czystą abstrakcją. Moskwa widzi w Sojuszu swego głównego przeciwnika, alergicznie reagując na poszerzanie paktu o nowe kraje oraz na rozmieszczanie infrastruktury wojskowej NATO na terytorium "nowych" członków organizacji. Nawet jedna, zupełnie niegroźna i bezużyteczna bateria rakiet Patriot, która po raz pierwszy stacjonuje w Polsce, wywołała niezadowolenie w Rosji. Może to być bardziej teatr, niż realne obawy, jednak potwierdza dominujący w Moskwie paradygmat: NATO - nasz wróg. Jak zatem Kupchan argumentuje za członkostwem Rosji w NATO? Przytacza pięć powodów, które poniżej opiszę i skomentuję.

Argument pierwszy: Otworzenie NATO na Rosję pozwoli zadziałać głównym siłom transformującym Europę po zakończeniu II wojny światowej - integracji. Rosja znajduje się obecnie na strategicznej ziemi niczyjej, dystansując się od Zachodu i jednocześnie unikając zbliżenia z Dalekim Wschodem. Otwarcie na Rosję pozwoli zmienić ten stan rzeczy, przy okazji uruchamiając siły demokratyzacyjne w Federacji Rosyjskiej, tak samo, jak w przypadku Niemiec w latach 50. czy państw Europy Środkowo-Wschodniej dekadę-dwie temu. NATO ponownie będzie głównym gwarantem bezpieczeństwa na kontynencie.

Komentarz: Rosja znajduje się na strategicznej ziemi niczyjej z własnego wyboru. Choć realizm nakazywałby szukanie zbliżenia z Europą i Stanami Zjednoczonymi, Rosjanie próbowali grać w totalnej opozycji do Zachodu. Gdy Moskwa nie czuła się na siłach, aby grać solo, szukała zbliżenia z Chinami, które mogą stanowić dla Rosji - w perspektywie kilku dekad - poważne zagrożenie, chociażby w kwestii integralności terytorialnej. Dopiero kryzys finansowy obnażył słabość polityki mocarstwa energetycznego i otworzył Kremlowi oczy. Stąd szukanie zbliżenia z Europą i chęć pozyskania europejskich pieniędzy oraz technologii.

Wizja transformacji demokratycznej w Rosji i jej głębszej integracji z Zachodem jest miła dla oka czytelnika, jednak wydaje się bardzo optymistyczna, jeśli nie naiwna. Jeszcze niedawno Rosjanie chełpili się własną odmianą demokracji, zwaną suwerenną, ograniczając przy okazji podstawowe prawa i wolności polityczne swoich obywateli. Przykład Niemiec trudno zaakceptować, gdyż znajdowały się one w szczególnej sytuacji i de facto nie były suwerenne. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej robiły natomiast co mogły, by wyrwać się z przestrzeni postsowieckiej i ostatecznie uciec spod buta Moskwy, która nie porzuciła swoich pretensji imperialnych. Aby Rosja mogła wejść do NATO takiego, jakie dziś znamy, musiałaby uznać swoją ostateczną porażkę w rywalizacji z Zachodem (głównie Ameryką) i przyznać, że jej model polityczny poniósł klęskę. Obecna Rosja, choć podlega nieustannym zmianom, jest bardzo odległa od tego typu wyznań.

Argument drugi: Wejście Rosji do NATO przekształci Europę w globalnego gracza, co jest bardzo na rękę Stanom Zjednoczonym. W Waszyngtonie panuje dzisiaj konsensus, zgodnie z którym silniejsza i aktywniejsza Europa jest potrzebna Ameryce w załatwianiu spraw o charakterze globalnym. Rosja, ze swoją potężną armią, zaangażowaniem w wiele istotnych problemów (Iran, Korea Północna) oraz wielkimi ambicjami stanowiłaby przeciwwagę dla bardziej pasywnej i powściągliwej Unii Europejskiej. UE, USA i Rosja, działając wspólnie pod sztandarem NATO, miałyby ogromną siłę przebicia. A jest to niezmiernie istotne w obliczu wzrostu nowych potęg, takich jak Chiny czy Indie.

Komentarz: Strategiczne gdybanie i rozstawianie pionków na planszy wygląda w wyżej przedstawionym przypadku całkiem dobrze. Potencjał Zachodu oraz Rosji jest ogromny: obejmowałby około miliarda osób, dwie największe gospodarki świata wraz z zapleczem surowcowym, a także największe siły zbrojne świata (połączone). Najpierw jednak Rosja i Zachód muszą wyjaśnić między sobą sprzeczne interesy, a także w sposób znaczący zwiększyć wzajemne zaufanie. Ciekawe, jaka byłaby gotowość do ustępstw zainteresowanych stron?

Argument trzeci: Gdyby Rosja weszła do NATO, nie byłoby przeszkód dla członkostwa Ukrainy, Gruzji, a docelowo także innych państw z obszaru postsowieckiego. Ich członkostwo byłoby nawet wskazane, raz na zawsze eliminując rywalizację o strefy wpływów pomiędzy Rosją a NATO.

Komentarz: Koniec stref wpływów? To oznaczałoby dla Rosji prawdziwą rewolucję. Jej polityka zagraniczna jest od wieków oparta o strefy wpływów oraz poszerzanie własnych granic, a wszystko w celu zapewnienia bezpieczeństwa położonym na równinach rosyjskim ziemiom. Integracja Rosji z NATO, bez jednoczesnej integracji państw WNP z Sojuszem, byłaby dla Moskwy potencjalnie niebezpieczna. Weźmy choćby Kaukaz, który - znajdując się w sporej części w granicach rosyjskich - jest uznawany za miękkie podbrzusze i obszar ewentualnych problemów.

Argument czwarty: Stworzenie europejskiej wspólnoty bezpieczeństwa opartej o NATO sprawia, że to właśnie ta organizacja pełni główną rolę w tej dziedzinie. Nie ma już mowy o proponowanym obecnie przez Rosjan nowym traktacie o pan-europejskim bezpieczeństwie, czy o zwiększeniu roli OBWE.

Komentarz: Nawet bez członkostwa Rosji w Sojuszu, pełni on główną rolę w dziedzinie bezpieczeństwa na kontynencie. Propozycja traktatu została przedstawiona przez prezydenta Miedwiediewa wiele miesięcy temu, nie spotykając się z żadnym istotnym odzewem. Natomiast OBWE nie jest w stanie przejąć roli NATO, gdyż jest to organizacja zupełnie innego typu i o innych celach działania. Podczas gdy NATO jest typowym sojuszem militarnym, w którym wszyscy członkowie zobowiązują się bronić zaatakowanego państwa członkowskiego, OBWE to forum pan-europejskiego dialogu.

Argument piąty: Członkostwo Rosji w NATO pozwoli skupić uwagę na rozwiązaniu problemów bezpieczeństwa w Europie (Bałkany, Kaukaz), ale także skuteczniej realizować interesy na arenie globalnej. Była o tym mowa przy przedstawianiu argumentu drugiego.

Komentarz: Bez wątpienia, gdyby Rosja stała po tej samej stronie co Zachód, wiele problemów w Europie udałoby się rozwiązać łatwiej i szybciej. Do tej pory rywalizacja utrudniała współpracę. Mimo to, nie wszędzie konsensus jest możliwy. Nawet wśród państw Zachodu nie uzgodniono wspólnego stanowiska wobec Kosowa. Wątpliwe, by nawet z Rosją jako członkiem NATO, udało się wypracować jednolite stanowisko w kwestii niepodległości Kosowa. Decydujące okazały się w tej kwestii problemy wewnętrzne poszczególnych państw.

Podsumowanie: Kupchan nie jest naiwny i zdaje sobie sprawę, że ewentualne członkostwo Rosji w NATO to nie kwestia dnia dzisiejszego lub jutrzejszego, a najbliższych dekad. Niezbędne są bowiem istotne zmiany w nastawieniu rosyjskich władz, a także zmiany wewnętrzne w Rosji. Jednak NATO powinno pozostać otwarte na Rosję, kładąc na stół ofertę do niej skierowaną. Wspomniane członkostwo wymusiłoby również reformę systemu podejmowania decyzji w Sojuszu, powodując odejście od jednomyślności. Kupchan dostrzega także możliwość odejścia od zbiorowej (przy udziale wszystkich członków) akcji militarnej, na rzecz koalicji chętnych (coalition of the willing).

Możliwość realizacji wizji Kupchana, na dziś, jest niewielka. Zgodnie z początkowym stwierdzeniem o trudnościach z określeniem własnej strategicznej tożsamości, Rosjanie muszą podjąć decyzję, dokąd chcą zmierzać i z kim jest im po drodze. Racjonalną odpowiedzią byłoby wskazanie na Zachód, ale to tylko nasza, zachodnia percepcja. Rosjanie natomiast postrzegają siebie jako punkt odniesienia dla innych (Trzeci Rzym). Czy mogliby zaakceptować rolę młodszego partnera przy krajach Zachodu? Bo chyba nikt nie ma złudzeń, że o żadnym równouprawnieniu (z racji różnic w potencjale) mowy być nie może?

Piotr Wołejko

 

grafika: ruvr.ru

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook