Polska polityka zagraniczna

niedziela, 17 listopada 2013

W piątkowym (15 listopada br.) wydaniu "Rzeczpospolitej" były minister obrony narodowej p. Janusz Onyszkiewicz wyraził wątpliwość dotyczącą wiarygodności Polski jako sojusznika w NATO. Jego zdaniem, wypowiedzi i działania polskich decydentów w ostatnim czasie, w szczególności w przypadku interwencji w Libii, poddały w wątpliwość naszą wiarygodność. Nie wzięliśmy udziału w operacji Świt Odysei, nie poparliśmy wyraźnie idei obalenia Kaddafiego. Janusz Onyszkiewicz nie wspomina w swoim artykule o Syrii, a w przypadku ewentualnej interwencji w tym kraju byliśmy bardzo sceptyczni. Były szef MON zauważa odwrót od poparcia misji ekspedycyjnych i skupienie na obronie własnego terytorium. Powoduje to, zdaniem p. Onyszkiewicza, osłabienie wiarygodności sojuszniczej. Czy aby na pewno?

Mniej wiarygodni?

grafikaNależy przyznać rację Januszowi Onyszkiewiczowi, iż w sprawie Libii nasi decydenci mogli trochę sprawniej komunikować nasze stanowisko. Lepiej wyszło to już w przypadku Syrii, gdzie jasno wyraziliśmy - nie tylko swoje - obawy, a także potępiliśmy sytuację, w której ofiarami konfliktu padają głównie cywile. Wydaje się więc, że lekcje z przypadku libijskiego zostały wyciągnięte, a komunikacja była o wiele lepsza.

Jednak byłemu szefowi MON nie chodzi o rzecz tak błahą jak komunikacja, lecz o naszą wiarygodność. Czy na Polskę można liczyć? Wbrew tezie Janusza Onyszkiewicza, jestem przekonany, że można. Afganistan, Irak, a także misja EUFOR w Czadzie w latach 2008-2009, gdzie Polska zapewniła drugi co do wielkości (po Francji) kontyngent. Staliśmy więc u boku sojuszników z NATO (Afganistan), u boku Stanów Zjednoczonych (Irak) oraz u boku Francuzów (Czad). Brak udziału w operacji libijskiej oraz brak entuzjazmu dla interwencji w Syrii nie zamazują w żaden sposób naszego poważnego zaangażowania z lat ubiegłych. Warto przypomnieć, że w Afganistanie jesteśmy do dziś i wycofamy się dopiero w przyszłym roku, wraz z pozostałymi sojusznikami.

W ramach budowania naszej wiarygodności, a także - a może przede wszystkim - wzmacniania bezpieczeństwa Polski, planujemy w ciągu najbliższej dekady wydać 130 mld zł na modernizację sił zbrojnych. To równowartość 41 mld dolarów, bądź 31 mld euro. Jak na polskie warunki jest to suma gigantyczna. Co więcej, robimy to w sytuacji powszechnych cięć budżetów na obronę narodową. Polski budżet nie maleje. Wysyłamy wyraźny sygnał do naszych sojuszników - wojsko jest dla nas ważne, można na nas liczyć.

Dojrzały partner, poważny sojusznik

Owszem, nie jesteśmy już entuzjastami misji ekspedycyjnych. Za to należy w szczególności obwiniać misję iracką. Daliśmy się w nią wciągnąć kalkulując tak, jak robi to Janusz Onyszkiewicz, czyli nie chcąc dopuścić do spadku naszej wiarygodności. A mogliśmy, jak Francja czy Niemcy, stanąć z boku w obliczu poważnych, jak się później okazało całkowicie zasadnych, wątpliwości.

Na Polskę można liczyć. Jesteśmy gorącymi zwolennikami solidarności sojuszniczej i zasady wzajemności. Dojrzeliśmy jednak w trakcie naszego członkostwa w NATO. Nie jesteśmy już w awangardzie chętnych do bitki. Racjonalnie oceniamy sytuację w miejscu potencjalnej interwencji, ważymy nasze i wspólne interesy, analizujemy konsekwencje interwencji i dopiero później podejmujemy decyzje. Nie na odwrót, czyli najpierw decyzja, a potem jakoś to będzie. Stąd obawa p. Janusza Onyszkiewicza, iż Polska może skłaniać się w kierunku izolacjonizmu, jest - moim zdaniem - niezasadna. Natomiast warto docenić głos byłego ministra obrony, gdyż izolacjonizm w niczym by Polsce nie pomógł. Problemy i zagrożenia nie znikną, gdy postanowimy nie zawracać sobie nimi głowy i skupić na sobie.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Zimne wieczory najczęściej spędzam z książką, a ostatnie tygodnie to coraz większe tempo czytania. W moje ręce trafiła właśnie wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego książka "Między Majdanem a Smoleńskiem". Jest to wywiad-rzeka z eurodeputowanym Pawłem Kowalem (@pawelkowalpl), przewodniczącym partii Polska Jest Najważniejsza (a wcześniej wiceszefem MSZ w rządzie Jarosława Kaczyńskiego). Rozmowę z politykiem prowadzi dwójka dziennikarzy: Piotr Legutko i Dobrosław Rodziewicz. Książka dotyczy głównie tematyki polityki wschodniej, jednak od pewnych wątków wewnętrznych nie dało się uciec. Nie będą one przedmiotem naszego zainteresowania.

Zacznijmy od fragmentu wypowiedzi posła Kowala (już na końcu książki): "Tymczasem jesteśmy za dużym krajem, żeby stać z boku i się nie angażować. Wystarczająco dużym, by mieć obowiązek uczestniczenia w międzynarodowej rozgrywce". Wypowiedź ważna i słuszna, która dobrze podsumowuje liczącą blisko 300 stron rozmowę. Polska musi być aktywna, musi działać i ma do tego wielki potencjał. Jesteśmy szóstą gospodarką Europy i pomostem między Zachodem a Wschodem. Położenie geograficzne i geopolityczne predestynuje nas do odegrania istotnej roli.

Ukraina i Gruzja - polska sprawa

grafikaZdaniem Pawła Kowala powinniśmy być aktywni w szczególności na Wschodzie. Taki już nasz historyczny los i dziedzictwo, którego nie należy odrzucać. Nawet jeśli chwilowo mamy trudne relacje z niektórymi państwami, nie pozostaje nic innego jak przeczekać gorszy moment. Nie oznacza to jednak zgody na brak działania. Polem naszego szczególnego zainteresowania powinna być - i jest - Ukraina. Już prawie od dekady jesteśmy adwokatem Kijowa w Europie, lobbując za zbliżeniem tego kraju z UE. Czy możemy robić więcej? Za Ukraińców nie zdecydujemy, co podkreśla również Paweł Kowal. Ważne, by utrzymywać relacje ze wszystkimi graczami na ukraińskiej scenie politycznej, a więc również z nacjonalistami z partii Swoboda.

Z książki "Między Majdanem a Smoleńskiem" dowiemy się również, dlaczego Polska aktywność na kierunku gruzińskim jest ważna i uzasadniona. Los Gruzji i Polski jest ze sobą spleciony od bardzo dawna, a poseł Kowal przypomina w tej kwestii słowa Lwa Tołstoja. Bardziej współcześnie Kowal dokonuje analizy rządów prezydenta Saakaszwilego i podkreśla jego znaczenie w wymiarze regionalnym, na przestrzeni postsowieckiej. To pierwszy przywódca o tak jednoznacznie zachodnich i modernizacyjnych poglądach. Te atuty Saakaszwilego zostały uznane przez Moskwę za zagrożenie, stąd trudne relacje obu państw. Obecnie Saakaszwili oddaje władzę Bidzinie Iwaniszwilemu, miliarderowi-opozycjoniście, który wygrał wybory parlamentarne i został premierem. Czy osiągnięcia Rewolucji Róż zostaną zaprzepaszczone?

Jaka polityka wschodnia?

Polityka na Wschodzie to nieustanna rywalizacja z Rosją. Niemniej, polityka nie może być wymierzona ewidentnie przeciwko Rosji. Różne inicjatywy, w tym polskie, które miały wyraźny wymiar antyrosyjski, mają nikłe szanse na powodzenie. Miejscowi przywódcy w większości są postsowieckimi aparatczykami, mają podobną mentalność i pochodzenie. Co więcej, w świadomości Moskwy - co podkreśla Kowal - byłe republiki sowieckie to bardziej dzierżawcy niż właściciele. Przywódcy tych państw poruszają się po grząskim gruncie, próbując znaleźć miejsce dla swojej polityki i realizacji własnych celów. Tutaj dochodzimy do clue problemu - jeśli chcemy coś na Wschodzie osiągnąć, musimy być konsekwentni. Wymaga to kontynuacji i współpracy. Nie ma mowy o strategicznym zaangażowaniu na Wschodzie w sytuacji, gdy następna władza jest gotowa odrzucić cały spadek po poprzednikach i zaczynać wszystko od nowa.

Zwrócę uwagę na jeszcze jeden istotny punkt wywiadu-rzeki z Pawłem Kowalem - element unijny w polityce zagranicznej Polski. Poseł Kowal wielokrotnie zwraca uwagę na to, że można i trzeba wykorzystywać istniejące instrumenty. Robimy to coraz częściej, lecz nadal w stopniu niewystarczającym. Wyśmiewana przez medialnych setkowiczów (ekspertów, polityków i publicystów rywalizujących w konkurencji "kto wypowie się ostrzej i bardziej zabawnie, a niekoniecznie merytorycznie") Unia Europejska naprawdę może sporo zdziałać. Trzeba jej tylko na to pozwolić, a to oznacza - nierzadko mozolne - przepychanie sprawy przez kolejne biurka i posiedzenia różnych gremiów.

Książkę "Między Majdanem a Smoleńskiem", czyli wywiad-rzekę z eurodeputowanym Pawłem Kowalem, uważam za bardzo ciekawą i wartą uwagi. Poseł Kowal dyskutuje z dwójką przeprowadzających wywiad dziennikarzy w sposób swobodny, przywołując wiele anegdot i dykteryjek. W szczególności poleciłbym książkę osobom zainteresowanym polityką wschodnią i rolą Polski na Wschodzie oraz w regionie Europy Środkowej. Znajdą one w w niej liczne nawiązania do przeszłości i dawnych idei (Bączkowski, Giedroyć) oraz trzeźwą ocenę dzisiejszych relacji ze wschodnimi partnerami. Pozycja do nabycia już od 23 złotych z groszami, e-book na stronie Wydawnictwa Literackiego dostępny za 24,90 zł.

Paweł Kowal jest jednym z nielicznych polskich polityków, którzy mają dużą wiedzę o świecie i polityce zagranicznej. A szkoda, bo w dzisiejszych czasach taka wiedza to żadna ekstrawagancja, a po prostu konieczność.

Piotr Wołejko

 

grafika: wydawnictwoliterackie.pl

niedziela, 18 grudnia 2011

Artykuł specjalnie dedykowany p. Piotrowi Wołejko na rocznicę jego bloga.

Polska podjęła się bardzo trudnej roli w międzynarodowej rozgrywce energetycznej. Przyjęła poprzez oficjalne rządowe dokumenty oraz przez działania polityczne i gospodarcze, które tę politykę konstytuują (już realną, nie na papierze). Przykładem efektu tej polityki jest najnowsza poważna rysa na energetycznej mapie Europy, czyli Nord Stream.

Otwarcie Nord Streamu to nie „klęska”, ale poważna przegrana Polski. Widać już jej efekty: gaz, jaki kupujemy od Gazpromu jest drogi. Bo przegranej nie widać na polu bitewnym czy w gazetach. Widać ją w rachunkach.

grafikaźródło: ecrgroup.eu

W przedstawianych publiczności zestawieniach cen rosyjskiego gazu dla różnych krajów Polska wypada słabo. Płaciliśmy rok temu drożej od Niemiec o 24% (my 336 dolarów – oni 271). Tylko nikt nie przypomina, że cztery lata wcześniej płaciliśmy mniej - o 11% (my 240 dolarów – Niemcy - 266). Na Polską blokadę i ostre ataki na forum europejskim (zablokowanie negocjacji nowego porozumienia Unia – Rosja), Rosjanie odpowiedzieli twardą grą ekonomiczną. Gdy myśmy czytali o „zakręceniu kurka”, Gazprom po prostu podniósł rachunki. Wtedy o tym milczano. Dzisiaj, gdy już „najstarsi górale nie pamiętają...” jak do tego doszło - można śmiało udawać pokrzywdzonego. I domagać się niższych cen, udając zapominalskiego Greka, który nie wie, skąd się takie ceny wzięły. I zamiast usiąść do interesów, jak Niemcy czy Czesi – znowu się z Gazpromem będziemy ciągać po sądach. W słusznej sprawie – chcemy tańszego gazu. Jednak jak to dawniej mówiono: Cyryl jak Cyryl, ale te Metody...

Dlaczego trudną rolę? Bo w każdej grze trzeba ważyć siły. Swoje, przeciwnika, sojuszników.

W branży gazowej naszym głównym atutem nie jest rynek, bo ten jest mały, Porównajmy: Rosja produkuje 600 mld m3 gazu, eksportuje 200 mld. Niemcy zżywają 80 miliardów, importują 70 mld, z tego 34 z Rosji). Polska – zużycie 14 mld m3 (2,5% produkcji Rosji, 7% jej eksportu, 17% zużycia Niemiec). Jak widać proporcje sił dość dla nas niekorzystne – nie mamy tu szans prężyć muskułów.

Mamy jednak pozycję tranzytową. Leżymy na Nizinie Europejskiej, gdzie jest najbardziej korzystny dostęp do bezmiaru euroazjatyckich przestrzeni. Rosjanie to też wiedzą, bo przez kilkaset ostatnich lat przez te tereny przeszły wszystkie ataki na nich. Co robimy z naszą pozycją i siłą? Po części wykorzystujemy, budując najpierw rurociąg naftowy („Przyjaźń”), ale to jeszcze za PRL-u. Potem, na początku niepodległości - pierwszą nitkę gazowego Jamału. Budowa nie szła najlepiej, bo w miarę oddalania się od czasów radzieckiej dominacji, robiliśmy się coraz bardziej anty-rosyjscy. Paradoks z rodzaju tych, które serwował Stalin - „walka klasowa narasta w miarę zbliżania się do komunizmu”.

Mamy następną okazję być przy stoliku, gdzie toczy się gra (bardzo dziś popularne proeuropejskie powiedzenie). Przychodzą do nas w 2000 roku Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Włosi i mówią, że chcą drugą nitkę Jamału wybudować. My mówimy: jesteśmy bardzo otwarci, ale „wicie, rozumicie” – przyroda u nas wrażliwa na rurociągi... a poza tym, Ukrainy to wy nie obejdziecie przez polską ziemię. Po naszym trupie!

Zabrali się, poszli. Poknuli, poknuli i wymyślili, że i Ukrainę i nas i Białoruś obejdą przez morze – na początek sami Rosjanie z Niemcami zdecydowali o budowie Nord Streamu. Za chwilę inni do nich dołączyli i projekt zrobił się „europejski”. No i zbudowali.

A my o co graliśmy w tej grze? Graliśmy przeciw potędze energetycznej Rosji, największego na świecie producenta i eksportera węglowodorów. Graliśmy przeciw Niemcom, których dzisiaj nasz minister wychwala i błaga o europejskie przewodnictwo. Nawet pożyczymy im trochę pieniędzy, żeby to przewodnictwo raczyli sprawować. Ale ten sam minister 6 lat temu coś jęknął w kuluarach o tej bałtyckiej rurze, że to nowy „pakt Ribbentrop – Mołotow”. Więc graliśmy też przeciwko europejskiemu liderowi, tylko może wtedy jeszcze ten minister tego nie widział...

Widzimy więc, że na dwóch frontach, na obu znacznie silniejszy od nas przeciwnik... Tak na marginesie, czy zdajesz sobie sprawę Czytelniku, że oba te państwa budżety wojskowe (uuu, niepoprawnie, mówi się: obronne) – mają sześciokrotnie większe od naszego? Powtórzę: 6-krotnie i to każde - i Rosja i Niemcy? Miałeś Czytelniku świadomość? Warto o takich rzeczach pamiętać.

No dobrze, słabi jesteśmy. Ale może mamy silnych sojuszników? Mieliśmy. Amerykę, o której marzymy, ale łobuzy wiz nam nie chcą znieść. I ta Ameryka, światowa potęga, hegemon globalny, rzeczywiście nie chciała tego rurociągu. I zachęcała nas jak mogła, byśmy my też nie chcieli. Nie trzeba było nas aż tak zachęcać, sami chcieliśmy, nawet niczego za ten opór nie żądaliśmy. Podobnie zresztą jak za nasze wojska w Iraku, gdy Turcja za samo lotnisko zażyczyła sobie 10 miliardów dolarów. I dostał. My tak dla idei i przyjaźni transatlantyckiej to robiliśmy. Ale Amerykanie nie bardzo się chcieli zaangażować tak na poważniej. Woleli z tylnej ławki. I żeby choć tak jak w Libii, dostarczali te rakiety, choćby na kredyt. Nic, tylko zachęcali.

Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki. A jedyne co potrafili zastosować, to metoda „wrzeszczącego dziecka”. Ot siedzi się i na cały głos wrzeszczy. Ryczy się, aż wszyscy mają tego dość. Zwolennikiem takiej taktyki w sprawie Gazociągu Północnego był poseł Paweł Kowal. Ostatnio w mowie dla transatlantyckiego think-tanku Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego przyznał, że choć taka prosta, to nie dała jednak efektu. Można powiedzieć, że jacy politycy, taka metoda, takie i efekty.

No cóż, czasy mamy spokojniejsze niż w 30-tych latach XX wieku. Wtedy beznadziejny poziom naszych elit politycznych i ich pogubienie w wydarzeniach doprowadziły na największego nieszczęścia naszego narodu w historii. Dzisiejsze elity, które w polityce międzynarodowej błądzą jak dzieci we mgle, tyle szkód raczej nie narobią. Ale rachunki już płacimy słone.

Andrzej Szczęśniak


Ekspert rynku paliw i gazu, od 2005 roku prowadzi blog o sprawach energetycznych pod adresem: www.szczesniak.pl

czwartek, 13 października 2011

(…) to Putin, a nie Dymitr Miedwiediew stał za pomysłem polepszenia stosunków z Warszawą. Co więcej, Putin zrozumiał trochę z polskiej specyfiki, pojął że psychologiczna relacja Polaków do Rosjan jest skomplikowana, że to jest coś na kształt syndromu „kocham i nienawidzę. I zrozumiał, że polityką gestów w sferze symbolicznej można w relacjach z Polską sporo uzyskać.” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Dymitr Babicz, komentator rosyjskiej agencji RIA-Nowosti, komentując wyniki wyborów w Polsce.

To niezwykle ważne zdanie umknęło, czego można się było spodziewać, w nawale „ważniejszych” spraw typu: żegnamy Napieralskiego, Kalisz za niego? Kaczyński albo śmierć, itp. Warto się jednak nad wypowiedzią Babicza pochylić, gdyż dotyczy ona nie tylko polskiej polityki wobec Rosji, ale generalnie polskiej dyplomacji.

Z góry uprzedzam, że nie traktuję poważnie twierdzeń, podzielanych przez istotną część rodzimej sceny politycznej, iż Polska stanowi niemiecko-rosyjskie kondominium. W związku z tym, pominę w swojej analizie ten abstrakcyjny pogląd.

Za garść dolarów

Powtórzmy, co powiedział Dymitr Babicz. Twierdzi on, że Putin „(…) zrozumiał, że polityką gestów w sferze symbolicznej można w relacjach z Polską sporo uzyskać”. Czy nie brzmi to znajomo, jeśli weźmiemy pod uwagę stosunki z innym mocarstwem? A jak zachowujemy się w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi? Ostatnio ulega to stopniowej poprawie, jednak miniona dekada to niemalże wasalny stosunek każdego rządu Rzeczypospolitej Polskiej wobec Stanów Zjednoczonych.

grafikaAfganistan, Irak, wybór samolotu wielozadaniowego, tarcza antyrakietowa, Patrioty – to główne przykłady, rzekłbym nawet case’y, pokazujące to, jak bardzo zawierzyliśmy Amerykanom, nie żądając w zamian żadnych konkretów. Co ciekawe, to opcja polityczna wzywająca do zwinięcia białej flagi, zaprzestania prowadzenia polityki zagranicznej na czworakach i zakończenia „kłaniania się w pas” obcym mocarstwom prowadziła względem USA politykę według krytykowanych przez siebie zasad. Co więcej, robiła to z pozycji moralnej wyższości nad resztą sceny politycznej, reprezentującej jej zdaniem „Targowicę”, uzasadniając brak jakiekolwiek asertywności wobec USA twierdzeniem, iż strategiczny sojusz z Ameryką jest tego wart.

Każdy rząd, ogłaszając wszem i wobec, że zależy mu na uprzywilejowanych relacjach z USA, przy oczywistej dysproporcji sił i możliwości, skazywał się na rolę proszącego o nadanie przywileju petenta. Gdy minister Sikorski pojechał do Waszyngtonu z pakietem „żądań” w sferze modernizacji uzbrojenia polskiej armii, w stolicy USA uniesiono brwi w zadumie, a następnie odprawiono ministra z kwitkiem i kilkoma przestarzałymi Herculesami, które po dość kosztownym remoncie mogą nam szczęśliwie służyć przez wiele lat.

Dobry, zły i brzydki

Nie uzyskaliśmy nic konkretnego w zamian za udział w misji w Afganistanie, a tkwimy w tym kraju do dziś podporządkowując nasze interesy zmiennej, i do niedawna całkowicie niejasnej strategii Stanów Zjednoczonych. Wyprawa iracka również nie przyniosła nam spodziewanych profitów. Za bycie „strategicznym sojusznikiem” dostaliśmy slogan „You forgot Poland” podczas walki o Biały Dom między Bushem juniorem a demokratycznym senatorem Kerrym. Tarcza antyrakietowa, która przez dłuższy czas była cierniem w oku Rosji, została przesunięta na dalszą przyszłość (druga połowa tej dekady), a Polska zyskała rotacyjny pobyt jednej baterii przeciwrakiet Patriot – w wersji szkoleniowej.

Amerykanom do pozyskania Polski do realizacji amerykańskich interesów wystarczyło kilka komplementów, na które Polacy są bardzo łasi. Nic dziwnego, że tak utalentowany polityczny gracz, jakim bezsprzecznie jest Władimir Putin, dostrzegł tę prawidłowość i postanowił ją wykorzystać dla swoich celów. Najbardziej spektakularnym przykładem zmiany atmosfery na linii Warszawa-Moskwa było porzucenie Litwy na placu boju, gdy ważyły się losy układu Rosji z Unią Europejską. Kilka gestów Putina, spośród których najbardziej pamiętany jest udział w ceremonii ku pamięci obrońców Westerplatte w ubiegłym roku, pozwoliło Moskwie przywrócić relacje z Polską do stanu względnej normalności. Warto pamiętać, że gesty pojawiły się dopiero po wyborach z 2007 roku, w których antyrosyjski PiS został odsunięty od władzy. 

Za kilka dolarów więcej

Wydźwięk powyższych akapitów mógłby wprowadzić Czytelnika w fatalny nastrój. Oto obce mocarstwa przy użyciu kilku masek z ładnym uśmiechem rozgrywają swoje interesy kosztem umęczonej Ojczyzny. Należy w tym miejscu poczynić istotne uwagi:

  • Po pierwsze, w porównaniu do Rosji i USA jesteśmy krajem słabym i niezbyt ważnym, który musi dostosować swoje interesy do możliwości ich realizacji;
  • Po drugie, serdeczne relacje z Rosją nam nie grożą, gdyż mamy zasadniczo odmienne interesy w regionie i w Europie. Stąd powinniśmy współpracować tam, gdzie da się cokolwiek osiągnąć, nie wybrzydzając przy tym na ustrój polityczny panujący w Rosji. Natomiast sprzeciwiać się pomysłom, które nie są nam na rękę;
  • Po trzecie, dla Stanów Zjednoczonych nie stanowimy punktu odniesienia i nie będziemy go stanowić (choć innego zdania jest szef Stratforu George Friedman w swojej książce „Następne 100 lat”). Amerykanie wrzucają nas do jednego worka z Europą, Unią Europejską i jako część tej Europy powinniśmy z nimi rozmawiać. Pozycjonowanie się na lidera regionu czy najbardziej proamerykański kraj kontynentu jest bezcelowe i nieskuteczne. Jeśli natomiast chcemy coś w relacjach z USA zyskać, to trzeba to sprecyzować w rozmowach i walczyć. Wymaga to jednak zmiany paradygmatu, według którego „Ameryce się nie odmawia”;
  • Po czwarte, polska dyplomacja powoli wychodzi z okresu, w którym pogłaskanie nas po głowie zastępowało twarde efekty rozmów z innymi państwami. Pokazujemy w Unii Europejskiej, że coraz sprawniej przychodzi nam budowanie koalicji blokujących, ale także pozytywnych, nastawionych na stworzenie czegoś, na czym nam zależy. Nie klęczymy już przed USA, w czym pomogło nam zrozumienie (wreszcie!), że dla Ameryki najważniejszy jest teraz Pacyfik i tam skupiają się jej interesy. Pozbywamy się też, opornie to idzie, ale jednak, przekonania o naszej wyjątkowości, predestynującej nas do otrzymywania od innych czegoś za darmo. Nic nam się nie należy, dopóki tego nie wywalczymy. Dziś walczymy korzystając z dyplomatów, traktatów i instytucji, lecz musimy pamiętać, że dyplomacja to przedłużenie wojny, prowadzonej tylko innymi metodami.

Życzyłbym rządowi, dyplomatom i nam wszystkim, aby epoka działania w zamian za ładny uśmiech czy klepnięcie po plecach definitywnie odeszła w przeszłość. Ładne uśmiechy i klepanie po plecach ładnie wyglądają na zdjęciach ze spotkań liderów państw, natomiast za kulisami toczy się normalna walka o interesy. Nie zawsze, a w zasadzie bardzo rzadko, udaje się osiągnąć maksimum. Trzeba to zrozumieć, a tyczy się to głównie opinii publicznej – oceniającej „dzięki” mediom wszystko w kategorii „sukcesu” bądź „klęski”. W dyplomacji króluje stan pośredni, który słabo sprzedaje się w mediach.

Piotr Wołejko

 

grafika: naszrynek.pl

niedziela, 03 lipca 2011

grafikaSiłę państwa najłatwiej mierzyć siłą jego gospodarki. To ona jest miernikiem potęgi narodowej, choć zdarzają się odstępstwa od reguły (vide Rosja, której mocarstwowy status opiera się na tysiącach głowic nuklearnych). Dlatego nadrzędnym celem każdej władzy, niezależnie od jej opcji politycznej, powinno być zapewnienie probiznesowego otoczenia prawno-instytucjonalnego, a także wspieranie ekspansji rodzimych przedsiębiorców poza granicami kraju.

To, co oczywiste dla jednych, dla innych jest niezrozumiałe. Stąd niektóre państwa wspierają swoje firmy lepiej od pozostałych. Zapewniają im tym samym przewagę konkurencyjną, w szczególności w sektorach, które w większym niż zazwyczaj stopniu zależą od decyzji politycznych. Przykłady z ostatnich miesięcy pokazują, jak najwięksi gracze zabiegają o interesy przedsiębiorców - Francja i Wielka Brytania w Chinach, Chiny na Ukrainie, Francja i Stany Zjednoczone w Indiach, Chiny w USA.

Władza trzyma biznes na dystans

Na próżno szukać analogicznych, ze zrozumiałych względów na o wiele mniejszą skalę, informacji dotyczących Polski i polskich przedsiębiorstw. Co zadziwiające, kolejne polskie rządy przyjęły wobec rodzimego biznesu taktykę "byle jak najdalej" - trzymając się od przedsiębiorców z daleka. Ba, można śmiało stwierdzić, iż choroba ta postępuje, a władza wręcz szczyci się odseparowaniem od biznesu.

Ta anormalna sytuacja znajduje uzasadnienie w obawie polityków i urzędników o posądzenie o korupcję. W Polsce przedsiębiorca, w powszechnym odbiorze, to złodziej lub, w najlepszym przypadku, cwaniak, który swój sukces zawdzięcza znajomościom lub kopertom wręczanym politycznym bądź urzędniczym decydentom. W związku z tym władza pielęgnuje tradycję nieutrzymywania stosunków z biznesem, mając w pamięci doświadczenie tzw. afery Rywina.

Pobocznym efektem postępowania władzy wobec biznesu jest całkowity brak wsparcia dla ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorców. Podczas gdy we Francji, Wielkiej Brytanii czy Indiach czymś zupełnie naturalnym jest zabieranie przez premiera lub ministra towarzyszącej mu delegacji biznesowej, w Polsce szef rządu i jego ministrowie "nie hańbią" się podróżami z przedsiębiorcami i wsparciem ich działalności zagranicznej. Podcinają tym samym gałąź, na której siedzą, o czym pisałem we wstępie.

Co ciekawe, zapytani wprost przez Dziennik Gazetę Prawną (z dn. 20-22 maja br.) o pomoc polskiemu biznesowi we wchodzeniu na rynki wschodzące politycy dość zgodnie odpowiadają, iż dyplomacja powinna takiej pomocy udzielić. Tomasz Poręba z PiS stwierdzi, iż "należy opracować strategię zaangażowania polskiej dyplomacji w pomoc naszym firmom", a Maciej Raś z SLD dodaje,  iż "dyplomacji powinni być przygotowani do promocji firm". Zdaniem Rasia, "biznesowi powinna także służyć kultura". Klarowane "tak" dla wsparcia zagranicznej ekspansji biznesu przez dyplomację mówią również Andrzej Halicki z PO oraz Marek Migalski z PJN. Ten ostatni uważa, iż udzielanie wsparcia "powinno być jednym z podstawowych zadań polskich placówek dyplomatycznych. Taka polityka przynosi profity zarówno państwu, jak i przedsiębiorcom".

Migalski wyraża więc myśl, którą sformułowałem we wstępie artykułu i którą staram się w sposób przekonujący uzasadnić. Skoro więc wszystkie główne partie polityczne obecnej kadencji polskiego parlamentu zgadzają się w kwestii konieczności uczynienia ze wsparcia biznesu jednego z głównych celów naszej dyplomacji, dlaczego realia są całkiem inne? Dlaczego zamyka się placówkę w Mongolii, która staje się jednym z głównych zagłębi surowcowych świata?

Dyplomacja dla biznesu

Większe nakłady na dyplomację, choć konieczne, nie wystarczą, jeśli nie zmieni się filozofia polityczna. Globalizujący się świat wymaga elastycznego podejścia od wszystkich, publicznych i prywatnych aktorów. Rywalizacja o rynki, kontrakty i pozycję biznesową zaostrza się. W tym wyścigu, z powodu niezrozumiałych przesłanek i braku odwagi decydentów, polskie firmy - a przez to i polska gospodarka - tracą dystans do konkurentów.

Istnieje pilna potrzeba zmiany polityki i znalezienia synergii pomiędzy władzą a biznesem. W grę wchodzi tutaj bowiem interes narodowy - siła gospodarki, miejsca pracy, poprawa poziomu życia obywateli. Dla niektórych zabrzmi to jak herezja, jednak osobiście uważam, iż można znaleźć odpowiedni balans w relacjach biznes-władza, który nie będzie równoznaczny ze zgodą na patologie, m.in. korupcję. Czy polscy politycy są w stanie taki balans wypracować?

Piotr Wołejko

 

grafika: Alex Slobodkin/iStockphoto.com/lawyersweekly.ca

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook