Kartka z kalendarza

środa, 24 listopada 2010

Niektórzy nadal próbują zbijać kapitał polityczny na przekonywaniu o odpowiedzialności Polaków za wysiedlenia ludności niemieckiej po zakończeniu II wojny światowej. Wiarygodność tego twierdzenia można porównać do innego „powojennego mitu”, jakim są tzw. polskie obozy koncentracyjne (o których szerzej pisałem tutaj). Często nazywane zresztą hitlerowskimi, nie zaś niemieckimi. Trudno uciec od historycznego obciążenia. Niemcy, fakt, że hitlerowskie, stworzyły na terytorium Polski przemysł zagłady. Natomiast Amerykanie, Brytyjczycy i Sowieci odpowiadają za przesiedlenia ludności niemieckiej.

Kto odpowiada za wysiedlenia

To, że Niemcy zostaną przeniesieni z terytorium Polski, Węgier i Czechosłowacji zostało postanowione w umowie poczdamskiej z 2 sierpnia 1945 roku (rozdział XII). Prowizoryczne władze ww. państw wykonywały polecenia zwycięskich mocarstw, decydujących o kształcie powojennej Europy. Decyzję o realizacji przesiedleń ludności niemieckiej potwierdziła w listopadzie 1945 roku Sojusznicza Rada Kontroli, sprawująca najwyższą władzę na terytorium pokonanej III Rzeszy. W jej skład wchodzili gen. Dwight Eisenhower, marszałek Bernard Montgomery, marszałek Gieorgij Żukow i gen. Jean de Lattre de Tassigny.

grafika

Członkowie Sojuszniczej Rady Kontroli (od lewej): B. Montgomery, D. Eisenhower, G. Żukow i J. de Lattre de Tassigny / źródło: Bildarchiv Preußischer Kulturbesitz

Warto podkreślić postawę Francji wobec wysiedleń. Paryż nie był stroną umowy poczdamskiej, Francuzi nie uczestniczyli bowiem w konferencji w podberlińskiej miejscowości. Nie czuli się więc związani wszystkimi postanowieniami porozumienia z 2 sierpnia 1945 roku, między innymi właśnie tymi dotyczącymi wysiedleń ludności niemieckiej. Z drugiej strony, decyzje w Sojuszniczej Radzie Kontroli zapadały jednomyślnie, więc Francja zgodziła się na przesiedlenia, gdy Rada podejmowała stosowną decyzję w listopadzie 1945 roku.

Akceptacja metody Stalina

Głównym orędownikiem, wręcz promotorem wysiedleń, był przywódca ZSRR Józef Stalin. Miał zresztą doświadczenie przy tego typu przedsięwzięciach, gdyż stosował je wielokrotnie na narodach zamieszkujących Związek Radziecki. Przesiedlenia pozwalały stworzyć w miarę jednolite narodowościowo państwa, które w teorii powinny być bardziej stabilne. Niemiecka mniejszość została uznana za potencjalną piątą kolumnę, więc należało się jej pozbyć.

Alianci uważali także, iż wszyscy Niemcy muszą ponieść karę za wybuch wojny. Zastosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Na końcu wreszcie, Sowieci liczyli na stworzenie antagonizmów pomiędzy swoimi satelitami oraz między nimi a ich sąsiadami. Wówczas obecność ZSRR stawała się niezbędna dla zapewnienia bezpieczeństwa. Zachodni alianci nie protestowali jednak przeciwko przesiedleniom. Premier Churchill już pod koniec 1944 roku przekonywał w Izbie Gmin, iż stanowią one „najbardziej satysfakcjonującą i trwałą metodę”, aby zapewnić stabilne granice i ograniczyć do minimum konflikty etniczne.

Jak reagować na fałsz

Profesor Marian Dobrosielski, wieloletni pracownik polskiej dyplomacji, powiedział w rozmowie opublikowanej w Biuletynie Neutrum ze stycznia 2004 roku co następuje: „20 listopada 1945 r. Sojusznicza Rada Kontroli nad Niemcami przyjęła plan wysiedlenia ludności niemieckiej z Polski. Polska wykonała ten plan spełniając określone warunki wynikające z postanowień wspomnianej Rady. Żadne państwo (strona umowy poczdamskiej) nie podniosło wobec Polski zastrzeżeń dotyczących rozmiarów i sposobów wykonania akcji wysiedleniowej z Polski. Wszelkie więc roszczenia tzw. Związków Wypędzonych, Pruskiego Powiernictwa i popierających ich organizacji i polityków są pozbawione podstaw prawnych i skierowane pod fałszywym adresem.”

W 65. Rocznicę podjęcia decyzji o wysiedleniach Niemców z terytorium Polski, Czechosłowacji i Węgier należy podkreślić, iż pełną odpowiedzialność za przesiedlenia, w tym za ich przebieg, ponoszą trzy zwycięskie mocarstwa – Związek Radziecki, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Wszelkie roszczenia należy kierować pod ich adresem (przy czym w miejsce ZSRR wstępuje, jako prawny następca, Federacja Rosyjska). Kiedy więc usłyszymy oskarżenia kierowane w stronę Polski, nie powinniśmy wściekać się czy zbywać historycznych bredni milczeniem, tylko wskazywać na właściwych adresatów roszczeń.

Piotr Wołejko

piątek, 11 września 2009

grafikaWsiadając do samochodu mojego ojca, odbierającego mnie ze szkoły w dniu 11 września 2001 roku zostałem powitany stwierdzeniem: "zaatakowali Amerykę". Zaśmiałem się i spojrzałem na ojca z rozbawieniem odpowiadając, żeby nie robił sobie żartów. - "Kto byłby na tyle głupi, żeby atakować najpotężniejsze państwo na świecie?!". Wydające się być retorycznym pytanie pozostało bez odpowiedzi, jednak atak był jak najbardziej prawdziwy. W drodze do domu słuchaliśmy w radio informacji o dwóch samolotach, które uderzyły w bliźniacze wieże World Trade Center.

Po powrocie do domu spędziłem resztę dnia przyklejony do telewizora, nie mogąc uwierzyć w to, co widziałem. Szok był tak wielki, że żadne słowa nie są w stanie go opisać. Pytania: "kto?", "dlaczego?", pozostawały bez odpowiedzi. Wszystko zdawało się nie mieć większego sensu. Kolejne godziny i dni przybliżyły nieco kulisy ataku, w wyniku którego śmierć poniosło blisko trzy tysiące przypadkowych osób.

Atak na WTC przyszedł w momencie, gdy nowa administracja republikańska mościła się w Białym Domu i wielu federalnych instytucjach. Prezydent Bush doszedł do władzy pod hasłem  "współczującego konserwatyzmu" i wydawało się, że nie ma zamiaru skupiać zbyt dużej uwagi na polityce zagranicznej. Nowy prezydent miał swoje poglądy i umiał je wyartykułować, a także obronić. Dopiero po 11 września stał się zakładnikiem swoich współpracowników, a z biegiem lat ta zależność tylko się pogłębiała. Z drugiej strony, za współpracowników odpowiedzialność ponosi szef, więc próby wybielania Busha byłyby bardzo trudne.

Bez wątpienia jedenasty września zdeterminował amerykańską politykę i ciąży na niej do dziś. Zapewne będzie ciążyć jeszcze przez długi czas, także i po opuszczeniu Afganistanu przez zagraniczne wojska. Piętno zamachów na amerykańskiej ziemi okazało się tak silne, że wszystkie inne sprawy zostały zepchnięte na boczny tor. Grupka zmotywowanych, świetnie wyszkolonych i dysponujących odpowiednimi środkami pieniężnymi fanatyków potrafiła zmienić bieg historii.

Łatwo można zrozumieć gniew Ameryki, który został szybko skierowany na Afganistan. Interwencja w tym kraju była czymś dalece poważniejszym niż ratowaniem twarzy - była demonstracją siły i zdecydowania. Przeciwnik został zmieciony w błyskawicznym tempie, ale do sukcesu zabrakło planu "co po talibach?". Na fali entuzjazmu po zwycięskiej wojnie administracja Busha uznała, że nadszedł najlepszy moment do użycia amerykańskiej potęgi do naprawy świata i zaprowadzenia rzeczywistego Pax Americana. Na celowniku znalazł się rządzący twardą ręką w Iraku Saddam Husajn.

Czy Irak stałby się celem Ameryki nawet bez ataku na Afganistan bądź gdyby ataki z 11 września nie miały miejsca? Zapewne każda z opcji znajdzie swoich zwolenników. Jak przetłumaczono wypowiedź inspektora Callahana w filmie "Pula śmierci", "zdania są jak pośladki, podzielone". Bez wątpienia jednak Bush, przejmując władzę, nie był jastrzębiem, a polityka zagraniczna niewiele go interesowała. Dopiero po atakach skupił na niej całą swoją uwagę i jego dwie kadencje upłynęły pod znakiem wojny.

Konsekwencje 11 września odczuwają ludzie na całym świecie. Kosztem swobód i wolności obywatelskich wiele państw zapewnia swym obywatelom "większe bezpieczeństwo". Pytanie, czy zmiana naszego stylu życia, będąca wyznacznikiem sukcesu terrorystów, nastąpiła, jest bardzo podchwytliwe. Pewne zmiany nastąpiły, ale jeszcze nie fundamentalne. Czy jednak nie zbliżamy się do granicy, która chroni nas przed zbyt intensywną ingerencją państwa w naszą prywatność?

Jest jeszcze jedno pytanie, wymagające odpowiedzi: jak poradzić sobie z praktycznie przesądzoną klęską operacji afgańskiej? Militarne zwycięstwo jest wątpliwe, choćby liczba żołnierzy zwiększyła się kilkakrotnie (co, jak wiemy, nie nastąpi). Propozycje afganizacji wojny przypominają końcówkę wojny wietnamskiej, której finał doskonale znamy. Bez przeznaczenia horrendalnych sum pieniędzy i narażenia życia tysięcy żołnierzy, nie jesteśmy w stanie pokonać talibów i innych grup zwalczających siły NATO oraz wojska amerykańskie w Afganistanie (a także uporządkować terytoriów po pakistańskiej stronie granicy, stanowiących zaplecze talibów).

Już dziś trzeba poważnie zastanowić się nad tym, jak nie dopuścić do odrodzenia się zinstytucjonalizowanego terroryzmu w Afganistanie po opuszczeniu go przez zagraniczne wojska. Wycofanie z Afganistanu zamknie kolejną kartę w historii Stanów Zjednoczonych oraz całego świata. Ważne, aby światowi decydenci odrobili lekcję, jaką była operacja afgańska oraz ataki z 11 września. Chyba najważniejsze pytanie, na które należy znaleźć odpowiedź brzmi: jak zapobiegać powstawaniu "państw upadłych" i minimalizować zagrożenie wynikające z ich istnienia? O ile bowiem rząd bądź inna silna i wpływowa instytucja nie wspiera terroryzmu w ramach swej polityki, zagrożenie płynie z obszarów spauperyzowanych, odizolowanych i zapomnianych przez świat.

Jeśli obszary, gdzie diabeł mówi "dobranoc" nie zostaną wyeliminowane, z dużą dozą prawdopodobieństwa zapuka on kiedyś do naszych drzwi i powie "dzień dobry".

Piotr Wołejko

grafika: greatdreams.com


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

niedziela, 23 sierpnia 2009

Siedemdziesiąta rocznica zawarcia tytułowego porozumienia pomiędzy Związkiem Radzieckim a Rzeszą Niemiecką jest świetną okazją do dokonania oceny tego wydarzenia. Komentarzy jest mnóstwo, jednak większość z nich jest do siebie podobna, są dokonywane z podobnego punktu widzenia - historycznego.

W Polsce dominuje podejście, które choć jest zrozumiałe, nie wyjaśnia istoty problemu i nie pokazuje prawdziwych przyczyn zawarcia paktu. Nasycone emocjami podejście Polaków nie dziwi. To przez nasz kraj przebiegała linia dzieląca strefy wpływów ościennych mocarstw. Polska była ofiarą złożoną na ołtarzu dobrej współpracy niemiecko-rosyjskiej. Wszystko to prawda. Jednak czy polska martyrologia wyjaśnia w jakiś sposób zmowę Sowietów z nazistami z 23 sierpnia 1939 roku?

Nazywanie Stalina mordercą, ludobójcą i tyranem, czyli mówienie prawdy, nie zbliża nas do poznania przyczyn porozumienia dwóch totalitaryzmów. Wzywanie premiera Putina do klęczenia na Westerplatte 1 września br. również nie przybliża nas ani o krok do zrozumienia ówczesnych realiów politycznych. Mieszanina uprzedzeń, stereotypowych przesądów i ludowych mądrości nie jest najlepszą drogą do uzmysłowienia sobie rzeczywistości roku 1939.

Przede wszystkim musimy zrozumieć, że Polska w rozważaniach Hitlera, Stalina i ich najbliższych politycznych współpracowników była jednym z wielu pionków na europejskiej szachownicy. Niemcy i Rosjanie wytyczyli linię przecinającą Europę od Finlandii po Rumunię. To jednak tylko geografia. Warto spojrzeć na układ sił panujący w 1939 roku i zachowanie głównych potęg, które zdeterminowało taki, a nie inny rozwój wydarzeń.

Przed wybuchem wojny w Europie istniały cztery mocarstwa: Wielka Brytania, Francja, Niemcy oraz Związek Radziecki. W polityce europejskiej praktycznie żadnej roli nie odgrywały Stany Zjednoczone i Japonia, których interesy ulokowane były na Pacyfiku i które z racji odległości miałyby duże trudności z projekcją. Powstrzymująca siła wody wyeliminowała je z gry, podobnie jak - choć częściowo - eliminowała Wielką Brytanię.

Państwa ententy, Francja i Wielka Brytania, pozostawały w bliskich stosunkach i zdawały sobie sprawę z rosnącego zagrożenia niemieckim rewanżyzmem i militaryzmem. Jednocześnie, oba te kraje pozwoliły Niemcom na odbudowę potencjału gospodarczego i militarnego, stosując politykę ustępstw wobec Hitlera. Francja starała się być twardsza wobec Niemiec, jednak Wielka Brytania nigdy nie pozwalała ich zbyt mocno osłabić, łagodząc francuskie żądania.

Co więcej, Niemcy były bezpośrednim zagrożeniem dla sąsiadującej z nią Francji. Odgrodzona przez Kanał Angielski od kontynentu Wielka Brytania nie czuła się bezpośrednio zagrożona. Owszem, Londyn był zaniepokojony szybkim wzrostem potęgi Niemiec, ale był to niepokój pomniejszony o bezpieczeństwo dawane Brytyjczykom przez wodę oraz wiarę w siłę Royal Navy.

Związek Radziecki również obawiał się rosnącej potęgi Niemiec. Wewnętrznie osłabiony czystkami dokonanymi w armii na rozkaz Stalina, Kraj Rad bał się, że zachodnie mocarstwa - Paryż i Londyn - dogadają się między sobą i skierują agresję Hitlera na wschód. Z drugiej strony, Moskwa dobrze orientowała się w sytuacji i wiedziała, że gniew Niemiec może być najpierw skierowany na zachód. Rosyjscy planiści sądzili, że najlepszym rozwiązaniem byłoby związanie Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii w długiej, krwawej i kosztownej wojnie - na wzór pierwszej wojny światowej. Idealiści sądzili nawet, że po osłabieniu mocarstw zachodnich droga do tryumfu komunistycznej rewolucji na Starym Kontynencie stanie otworem, a komunizm będzie sięgał od Lizbony po Władywostok.

Teraz trochę teorii stosunków międzynarodowych, która wyjaśni zachowanie mocarstw. Należy sięgnąć do dwóch teorii: równowagi sił (balance of power) oraz równowagi zagrożeń (balance of threat), z tym że druga uzupełnia pierwszą. Podejście realistyczne wskazuje, że państwa, a mocarstwa w szczególności, starają się równoważyć wzrost potęgi innych państw (mocarstw), gdyż wzrost potęgi (siły) przekłada się zazwyczaj na wzrost zagrożenia dominacją rosnącej potęgi.

Klasycznie można wówczas zastosować dwa rozwiązania - równoważenie, poprzez tworzenie koalicji z innymi zagrożonymi państwami (balancing) bądź przyłączenie się do wzrastającej potęgi i próba uszczknięcia dla siebie części zysków w przypadku jej ekspansji (bandwagoning). Pierwsze podejście jest o wiele bardziej popularne i znajdowało zastosowanie w większości przypadków. Opcja druga jest bowiem bardziej ryzykowna, a poddający się silniejszemu mocarstwu musi liczyć na jego łaskę i dobrą wolę. Jeśli zaś zamiast spodziewanych zwycięstw nadeszły porażki, podłączający się najczęściej porzucają swego dawnego patrona i przyłączają się do wygrywającego bądź wygrywającej koalicji. Sojusznicy Rzeszy Niemieckiej podczas II wojny światowej pokazali, jak działa ten mechanizm, gdy sowieckie czołgi parły na zachód.

Jasne? Skomplikujmy więc trochę, dodając bardzo istotną modyfikację wprowadzoną przez teorię równowagi zagrożeń - skłonność do przerzucania odpowiedzialności na innych (buck passing; roboczo nazwijmy to przerzucaniem gorącego kartofla). Państwa, które nie są bezpośrednio zagrożone (najczęściej, nie sąsiadują z wzrastającą potęgą) mają skłonność do przerzucania kartofla w postaci wzięcia odpowiedzialności za powstrzymywanie wrogo nastawionej potęgi na innych - tych najbardziej zagrożonych. W naturalny sposób stoją oni na pierwszej linii frontu i praktycznie niemożliwe jest przerzucenie przez nich kartofla dalej, w szczególności do państw, które z wrogim mocarstwem nie sąsiadują.

Czas podstawić pod teoretyczne mocarstwa nazwy głównych graczy z 1939 roku. Naprzeciw siebie stoją Niemcy i Francja, najpotężniejsze militarnie kraje Starego Kontynentu. Na uboczu zaś znajduje się Związek Radziecki oraz Wielka Brytania, oddzielona od Francji przez Kanał Angielski. Francja nie ma ofensywnych zamiarów. Mają je zaś Niemcy. Francja czuje się zagrożona przez Niemcy, a zagrożenie potęguje długa wspólna granica (oraz wydarzenia sprzed lat dwudziestu, które świadomie pomijam).

Jak zachowują się poszczególne państwa w obliczu zagrożenia niemieckiego? Co oczywiste, próbują się porozumieć między sobą. Motorem napędzającym klasyczną próbę zrównoważenia sił w obliczu wrogiego, ofensywnie nastawionego mocarstwa (Niemiec) jest najbardziej przez nie zagrożona Francja. Słabszą pozycję Francji z chęcią wykorzystałby Związek Radziecki, który za cenę ustępstw w kwestii strefy swoich wpływów jest gotów dołączyć do koalicji antyniemieckiej. Na negocjacje francusko-rosyjskie chłodnym okiem spogląda Wielka Brytania, niezagrożona bezpośrednio przez Niemcy i pałająca niechęcią do komunizmu.

Kwestię sympatii proniemieckich wpływowych grup i przedstawicieli brytyjskiego życia publicznego należy pominąć, gdyż nie mają one wpływu na generalną rozgrywkę geopolityczną. W ogóle należy wyeliminować wszelkie kwestie podobnego rodzaju, jako nieadekwatne do powyższych rozważań. Realizm nakazuje rozpatrywać sprawy na płaszczyźnie interesów państw i ich naturalnych dążeń, nie uwzględniając poglądów czy charakteru poszczególnych osób kręgu władzy czy nawet rządzących. Historia pokazała, że w zdecydowanej większości przypadków nie miały one wpływu na postępowanie, które było zgodne z przewidywaniami teorii ofensywnego realizmu (warto zapoznać się z książką Johna Mearsheimera "The Tragedy of Great Power Politics", stanowiącej wykład o ofensywnym realizmie podparty głęboką analizą historyczną od Rewolucji Francuskiej do II wojny światowej).

Wracając do prób porozumienia się państw dawnej ententy, nie zakończyły się one sukcesem. Francji nie udało się zawrzeć wymierzonego w Niemcy sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Sowieci nie byli do końca zdeterminowani, nie czując takiej presji ze strony Niemiec jak Francuzi. Nie musieli za wszelką cenę paktować z Francją i Wielką Brytanią. Zarówno Brytyjczycy, jak i Sowieci wybrali strategię przerzucania gorącego kartofla do Francuzów, którzy musieli go złapać. Brak zaufania i wzajemne podejrzenia o skryte paktowanie z Hitlerem sprawiło, że wszystkie mocarstwa dawnej ententy w pierwszych miesiącach 1939 roku musiały radzić sobie z Niemcami samodzielnie. Samodzielnie, choć oznaczało to, że każde z nich jest od Niemiec słabsze.

Gdy zaś zagrożenie niemieckie stawało się namacalne, Brytyjczycy nagle poczuli konieczność porzucenia części swych uprzedzeń i wątpliwości i bliskie związanie z Francuzami. Na dokooptowanie Związku Radzieckiego zabrakło już czasu. Było zwyczajnie za późno. Sowieci dogadali się z Niemcami, zabezpieczając się tymczasowo przed niemiecką agresją. Z rosyjskiego punktu widzenia pakt z Hitlerem był majstersztykiem, który odsunął niebezpieczeństwo w czasie. Trudno było przewidzieć w sierpniu 1939 roku, że Francja rozsypie się jak domek z kart w ciągu zaledwie kilku tygodni. Po upadku Francji Związek Radziecki próbował skierować natarcie niemieckie na Wielką Brytanię, odrzucając brytyjskie próby zawarcia sojuszu wymierzonego w Niemcy. Dlaczego? Klasyczne przerzucanie kartofla. Stalin nie chciał być tym, który go złapie. Znowu liczono na długotrwałą wojnę i oddalenie groźby ataku Niemiec na Związek Radziecki. Opowiadając się po stronie Londyny Stalin ryzykował natychmiastową ofensywę Hitlera.

Krytykując pakt Ribbentrop-Mołotow postępujemy słusznie. Warto jednak pamiętać, że nasz punkt widzenia jest trudny do zrozumienia dla innych, głównie dla Rosjan. Zamiast potępiać ich w czambuł i odmieniać słowo ludobójca przez wszystkie przypadki, należy dokonać prostego zabiegu myślowego - postawić się w sytuacji przywódcy Związku Radzieckiego w 1939 roku. Czy będąc na jego miejscu odrzucilibyśmy ofertę oddalającą śmiertelne zagrożenie i pozwalającą poszerzyć naszą strefę wpływów? W świetle powyżej zaprezentowanej teorii realizmu politycznego i ówczesnych realiów, trudno uzasadnić odpowiedź negatywną.

Polska znalazła się między młotem a kowadłem, co grozi każdemu przedmiotowi stosunków międzynarodowych. A w 1939 roku Polska bez wątpienia nie była podmiotem tychże relacji i nie miała nic do powiedzenia, gdy oficjalnie i za kulisami cztery główne mocarstwa prowadziły dyplomatyczną grę, w której cele każdego z nich były sprzeczne. Słusznie potępiając Rzeszę Niemiecką i Związek Radziecki za zawarcie omawianego paktu, powinniśmy również krytykować Wielką Brytanię i Francję, które swoimi działaniami ułatwiły taki obrót zdarzeń. Czyżby poczucie odpowiedzialności sprawiło, że w uroczystościach na Westerplatte przedstawicielami Londynu i Paryża będą tylko ministrowie spraw zagranicznych? Wątpliwe, choć historycznie byłoby to uzasadnione. Druga wojna była wielką porażką Brytyjczyków i Francuzów, których spory i niezdecydowanie (wynikające ze sprzecznych bądź nie do końca zgodnych interesów) pozwoliły Niemcom odbudować swój potencjał i próbować odegrać się za "wersalskie krzywdy".

Piotr Wołejko

czwartek, 15 stycznia 2009

Największy budynek biurowy na świecie, który nie jest wieżowcem. Jego budowa trwała szesnaście miesięcy. Pięć pięter, 24 metry wysokości i korytarze o łącznej długości 28 kilometrów. Pentagon to nie tylko jeden z najbardziej charakterystycznych budynków na świecie, ale przede wszystkim centrum dowodzenia najpotężniejszymi siłami zbrojnymi świata.

Pentagon powstał z konieczności. Zanim powstał poszczególne departamenty zajmujące się obronnością i armią były rozrzucone w kilkunastu miejscach, zajmowały "przejściowe" siedziby. Nowy budynek zapewnia warunki pracy dla 23 tysięcy pracowników wojskowych i cywilnych oraz trzech tysięcy personelu pomocniczego. Plac znajdujący się w środku pięciokąta, o powierzchni 20 tysięcy metrów kwadratowych, nosi nazwę ground zero. Amerykanie spodziewali się, że właśnie to miejsce będzie celem uderzenia pierwszej radzieckiej rakiety balistycznej z głowicą atomową.

Pentagon to także synonim amerykańskiego Departamentu Obrony. Budżet Pentagonu na rok 2009 wynosi ponad 515 miliardów dolarów, z czego najwięcej przeznaczono na siły powietrzne - ponad 130 miliardów dolarów. Jednak całkowity budżet obronny Stanów Zjednoczonych wynosi ponad 700 miliardów dolarów. Jako wydatki Pentagonu nie są księgowane bowiem m.in. koszty wojen w Iraku i Afganistanie (140 miliardów dolarów) oraz wydatki związane z utrzymaniem oraz rozwojem broni nuklearnej (23,4 miliarda dolarów).

Pentagon przeznacza również miliardy dolarów na rozwijanie rozmaitych programów. Prym wiodą wydatki na tarczę antyrakietową, na którą w budżecie na rok 2008 przeznaczono 8,8 miliarda dolarów. Blisko 11 miliardów kosztują dwa samoloty bojowe - F35 Joint Strike Fighter oraz F22 Raptor.

Warto podać jeszcze trochę liczb: wydatki wojskowe Stanów Zjednoczonych wynoszą 48 procent ogółu światowych wydatków na wojsko; Stany Zjednoczone wydają na wojsko więcej niż 46 kolejnych państw z listy razem wziętych; Wydatki Ameryki są prawie 6 razy większe od chińskich i 10 razy większe od rosyjskich; USA oraz najbliżsi sojusznicy Waszyngtonu (NATO, Japonia, Korea Płd., Australia) wydają ponad 1 bilion dolarów, co stanowi 72 procent światowych wydatków wojskowych.

W 2007 roku wydatki na obronność oraz prowadzenie wojen w Iraku i Afganistanie stanowiły 43 procent budżetu federalnego. Dla porównania, na ochronę zdrowia przeznaczono 20,5 procent funduszy, zaś na energetykę, naukę i ochronę środowiska zaledwie 2,6 procent.

Wszystko to można by potraktować jak suche dane, potwierdzające tytuł niniejszego wpisu. Pentagon jest rekordowy pod każdym względem. Jest jednym z symboli Stanów Zjednoczonych. Dziś obchodzi swoje 66 urodziny, a wkrótce będzie zarządzany przez ekipę 44 prezydenta. Jak będzie wyglądała polityka obronna Baracka Obamy? Czy uda mu się szybko wycofać żołnierzy z Iraku i odmienić losy operacji w Afganistanie? Czy nowy prezydent będzie stronił od militarnych interwencji, czy wręcz przeciwnie? Czy wydatki na wojsko zostaną ograniczone? Czy zwiększy się liczebność armii oraz marines, co Obama zapowiadał w trakcie kampanii?

Odpowiedzi na powyższe pytania poznamy już wkrótce. Nie należy spodziewać się głębokich zmian. Cięcia wydatków nie przewiduję. Sukcesem będzie ograniczenie tempa ich wzrostu. Jeśli plany zwiększenia liczebności sił zbrojnych zostaną wprowadzone w życie, armia zyska oddech. Obecnie żołnierze są eksploatowani ponad miarę. Dotyczy to jednak zarówno ludzi, jak i sprzętu. Przy tym wszystkim trzeba jeszcze wycofać się z twarzą z Iraku i odwrócić losy misji afgańskiej.

Reasumując: Pentagon nadal będzie rekordowy.

Piotr Wołejko


PS. Przypominam, iż blog Dyplomacja bierze udział w konkursie Blog Roku 2008 w kategorii polityka. Jeśli uważacie publikowane przeze mnie teksty za wartościowe i interesujące, wyślijcie smsa o treści C00108 (C zero zero jeden zero osiem) na numer 7144. Pieniążki z smsów przeznaczone zostaną na cele charytatywne.

Wcześniejsze wpisy z kategorii kartka z kalendarza:

Warto przeczytać także:

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 

 

niedziela, 02 grudnia 2007

Pierwotnie wpis miał być poświęcony wyłącznie rocznicy zawarcia układu z Locarno, podpisanego definitywnie w Londynie 1 grudnia 1925 roku. Zawarte podczas lokarneńskiej konferencji umowy podważały wersalski porządek istniejący w Europie po zakończeniu I wojny światowej, a przede wszystkim podważały bezpieczeństwo odrodzonej Rzeczpospolitej Polskiej. Wszystko przez brak gwarancji polskiej granicy z Niemcami, choć Francja i Belgia potwierdziły swoje granice z Republiką Weimarską. Polska nie wróciła co prawda z Locarno z niczym, gdyż Wielka Brytania i Francja potwierdziły swoje sojusznicze zobowiązania w razie ataku ze strony Niemiec, ale - co pokazała dobitnie przyszłość - były one funta kłaków warte. Jak podaje Wikipedia, Józef Piłsudski na słowa francuskiego ministra zapewniającego marszałka, że Francja nie ustąpi Niemcom w sprawie Polski, rzekł: "Nie, nie, niech mi Pan wierzy, ustąpicie, na pewno ustąpicie".

Inne ważne rocznice dotyczą dnia 2 grudnia. W 1804 roku we Francji powstało pierwsze cesarstwo, a rok później Napoleon odniósł ogromne zwycięstwo nad połączonymi armiami rosyjską i austriacką w bitwie pod Austerlitz. Przez niektórych historyków wojskowości sukces Bonapartego to drugie, po Kannach i tryumfie Hannibala, największe "arcydzieło taktyczne w historii wojen". Efektem druzgocącej porażki trzeciej koalicji antynapoleońskiej był - chwilowy - koniec wojny oraz rozpad Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. "Franciszek II został przymuszony przez Francuzów do zrzeczenia się godności cesarza rzymskiego i króla niemieckiego oraz zwolnienia swoich wasali ze zobowiązań wobec Cesarstwa. W ten sposób Święte Cesarstwo Rzymskie przestało istnieć." - możemy przeczytać w Wikipedii. Cesarstwo istniało od 962 roku.

Również 2 grudnia, tyle że 1823 roku, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej James Monroe przedstawił, przygotowaną przez sekretarza stanu Johna Quincy'ego Adamsa, słynną dziś, doktrynę. Tzw. doktryna Monroe była przez wiele dekad fundamentem polityki zagranicznej USA. Zakładała ona, że "kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji, ani ekspansji politycznej ze strony Europy" (Wikipedia), a Stany Zjednoczone nie będą ingerowały w sprawy europejskie oraz dotyczące kolonii europejskich mocarstw. Postanowienia doktryny zostały szybko rozszerzone także na Amerykę Środkową i Południową - historia pokazuje, że Ameryka kilkadziesiąt razy ingerowała militarnie w obronie swych interesów. Jest to świetnie przedstawione na tzw. linii czasu na tej stronie [naprawdę warto, prezentacja we flashu]. Natomiast jeśli ktoś woli bardziej czytelny i skromny spis, zapraszam tutaj.

Z czasów nam bliższych warto przypomnieć, że 2 grudnia 1956 roku na Kubie wylądował oddział rewolucjonistów pod przywództwem Fidela Castro. Rozpoczęła się rewolta przeciwko reżimowi proamerykańskiego dyktatora Fulgencio Batisty. Po ponad dwóch latach partyzanckich walk Castro zwyciężył i 1 stycznia 1959 roku wkroczył do Hawany. Wkrótce został premierem i zaczął wprowadzać na Kubie socjalistyczne porządki. Równo dwadzieścia lat po wylądowaniu na Kubie, czyli 2 grudnia 1976 roku, Fidel Castro zostaje prezydentem Kuby. Swój urząd sprawuje do dziś, choć od kilkunastu miesięcy walczy z chorobą, a sprawowanie władzy Fidel przekazał swojemu bratu - Raulowi.

Na koniec jeszcze jedno ważne wydarzenie, które miało miejsce 2 grudnia - w roku 1946 utworzono Bizonię, czyli amerykańsko-brytyjską strefę okupacyjna Niemiec. Półtora roku później, w lipcu 1948 roku, do Bizoni włączono francuską strefę okupacyjną - powstała Trizonia. Na obszarze połączonych stref, jeszcze przed akcesją strefy francuskiej, wprowadzono do obiegu wspólną walutę - Reichsmarkę. Po tej decyzji Związek Radziecki podjął bezprecedensową decyzję o tzw. blokadzie Berlina (konkretnie zachodnich sektorów, kontrolowanych przez aliantów). Lądowe szlaki komunikacyjne odcięto, a miasto przez prawie rok utrzymywało się wyłącznie dzięki "mostowi powietrznemu", który zapewniło amerykańskie lotnictwo. Powstanie Bizonii, Trizonii, odrzucenie w Londynie (w czerwcu 1948 roku) propozycji ZSRR o stworzeniu jednolitego rządu niemieckiego a także blokada Berlina były kolejnymi etapami pogarszających się stosunków dawnych sojuszników w walce z państwami Osi. Wkrótce po zakończeniu blokady Berlina, 23 maja 1949 roku, przyjęta została konstytucja Republiki Federalnej Niemiec. Sowieci odpowiedzieli stworzeniem Niemieckiej Republiki Demokratycznej - powstałej 7 października tego samego roku. Rozpoczął się, trwający ponad pół wieku okres rozbicia Niemiec i współistnienie dwóch państw niemieckich. Zjednoczenie nastąpiło 3 października 1990 roku, po zawarciu porozumienia na konferencji dwa plus cztery.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook