Sprawy globalne

niedziela, 26 stycznia 2014

Mija pół roku odkąd napisałem na blogu Dyplomacja o globalnym przebudzeniu społeczeństw. W artykule zwracałem uwagę na coraz większą łatwość w manifestowaniu swojego niezadowolenia przez społeczeństwo. Przyczyny protestów są bardzo różne, od czysto lokalnych, do niemalże globalnych. Niektóre protesty przekształcają się w rewolucje, które potrafią - choć nie w każdej sytuacji - doprowadzić do zmian politycznych bądź nawet ustrojowych.

Przykłady niedawnych masowych protestów

Ze świecą szukać jednak przykładów, gdzie rewolucja odniosła sukces. Sukces rozumiany jako zastąpienie starego porządku nowym, zgodnym z postulatami zgłaszanymi w czasie protestów. Gdy pominiemy przykłady protestów, które nie doprowadziły do żadnych bądź żadnych istotnych zmian - jak Oburzeni, Okupuj Wall Street, demonstranci ze stambulskiego Parku Gezi czy Brazylijczycy protestujący przeciwko marnotrawieniu pieniędzy na kosztowne inwestycje w infrastrukturę sportową - a skupimy się na przykładach protestów, które doprowadziły do istotnych zmian - Tunezja, Libia, Egipt, Bułgaria - dostrzeżemy, iż były to niekoniecznie zmiany na lepsze.

Owszem, obalono - w świecie arabskim - kilku mniej lub bardziej krwawych dyktatorów, lecz za wyjątkiem Tunezji, efektem końcowym był chaos. W Libii trwa on w najlepsze od kilkunastu miesięcy, w Egipcie następuje natomiast kontrrewolucja i powrót armii do bezpośredniego sprawowania rządów. Zmiana władzy w Bułgarii nie przyniosła spodziewanej przez społeczeństwo poprawy sytuacji.

Gdzie jest ukraiński Wałęsa?

grafikaObserwując trwające wiele tygodni protesty na Ukrainie mam wrażenie, że - podobnie jak w wyżej wymienionych przypadkach, tych udanych i nieudanych - wspólnym mianownikiem porażki demonstrantów jest brak przywództwa. Nawet nie deficyt, a po prostu brak wiarygodnych liderów, a najlepiej jednego lidera. Widzieliśmy to wczoraj w Kijowie, gdy liderzy partii opozycyjnych (Jaceniuk, Kliczko) negocjowali z prezydentem Janukowyczem, a następnie udali się na Majdan i pytali demonstrantów o opinię ws. wynegocjowanego porozumienia. Zdaje się, że powinno to wyglądać inaczej, tzn. posiadający legitymację wśród demonstrantów liderzy muszą być decyzyjni. Muszą mieć możliwość podejmowania decyzji bez konieczności uzyskiwania akceptacji. Janukowycz może się teraz zastanawiać, czy warto negocjować z ludźmi, którzy nie mają mocy sprawczej.

Warto postawić pytanie, gdzie jest ukraiński/egipski/syryjski Wałęsa, Mandela czy Chomeini? Bezgłowa rewolucja, nawet jeśli doprowadzi do obalenia starego porządku, ma mizerne szanse na stworzenie sensownej alternatywy. Dobitnie pokazał to przykład Egiptu, gdzie liderami opozycji próbowali być Amr Moussa czy Mohamed ElBaradei, czyli ludzie oderwani od problemów społeczeństwa, a kiedyś mniej lub bardziej związani z upadłym reżimem. W wyborach prezydenckich wielu Egipcjan miało alternatywę w postaci wyboru między dżumą a cholerą, czyli głosowaniem na przedstawiciela dawnego reżimu Ahmeda Szafika, bądź reprezentującego Bractwo Muzułmańskie Mohameda Morsiego. Czy na Ukrainie efekt ewentualnego sukcesu protestów pod szyldem Euromajdanu będą podobne - w starciu o prezydenturę stanie Janukowycz (względnie jego surogat z Partii Regionów) i lider nacjonalistów Ołeh Tiahnybok?

Czas na protesty 3.0, czyli wersję z liderami

O ile dziś technologia (internet, social media) pozwala na łatwą i szybką organizację masowych protestów, to taki oddolny ruch (grassroots) ma ogromne problemy z wykreowaniem wiarygodnego i reprezentatywnego przywództwa. Weźmy Syrię, gdzie protesty przeciwko Assadowi zaczęły się dość spontanicznie, a walczących z oddziałami wiernymi reżimowi zaczęli - politycznie - reprezentować przebywający od lat na emigracji działacze, formując ad hoc Syryjską Radę Narodową. Z biegiem czasu autorytet SRN spadał, a gdy kilka miesięcy temu jedna z głównych grup rebelianckich, Wolna Armia Syryjska, praktycznie się rozpadła, trudno stwierdzić kogo to ciało teraz reprezentuje.

Problem tkwi w tym, że zwołujący się za pośrednictwem internetu demonstranci wręcz szczycą się tym, że ich ruch nie posiada żadnego przywództwa. Że nie jest scentralizowany, tylko w pełni demokratyczny. Że nikt nie przewodzi, a wszyscy uczestnicy są równi. Niestety, ateńska agora nie sprawdza się w sytuacjach kryzysowych, a o takich przecież mowa.

Co więcej, w porewolucyjnej rzeczywistości dawni demonstranci zamiast się jednoczyć, dzielą się. Nie potrzebują do tego nawet "pomocnej dłoni" swoich rywali (w Egipcie armii czy Bractwa Muzułmańskiego), gdyż sami potrafią doskonale się osłabić. Znamy to już z Ukrainy, gdzie Pomarańczowa Rewolucja przerodziła się w tragifarsę tuż po wyniesieniu Juszczenki do prezydentury, czy z Polski, gdzie Solidarność już w 1993 r. oddała władzę postkomunistom, doświadczając hekatomby w wyborach parlamentarnych.

Piotr Wołejko

 

Zdjęcie: Spotkanie Nelsona Mandeli z Frederikiem de Klerkiem na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w 1992 r. (źródło: weforum.org/Wikimedia Commons)

wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowań i prognoz nadszedł czas. Krótką prognozę dla Afganistanu mogliście już przeczytać 29 grudnia, natomiast nie było jeszcze żadnych podsumowań. Zacznę od wyjątkowo smutnej wiadomości, jaką jest śmierć Andrzeja Turskiego. Twórca i prowadzący program "Siedem Dni Świat", z którego uczyłem się polityki międzynarodowej, zmarł w wieku 70 lat.

Bliski Wschód

grafikaŚmierć zbiera swoje żniwo na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (tzw. MENA). W przedłużającej się wojnie domowej w Syrii zginęły dziesiątki tysięcy osób, a miliony musiały opuścić swoje domy. Sprawa sierpniowego ataku chemicznego, który omal nie sprowokował Stanów Zjednoczonych do interwencji zbrojnej, nadal pozostaje niewyjaśniona. Wywóz broni chemicznej z Syrii, uzgodniony jako "zastępcza kara" dla reżimu Assada, opóźnia się. Sam Assad zdaje się opanowywać sytuację i utwierdzać zagranicznych ekspertów w przekonaniu, iż pogłoski o jego rychłym odejściu były przesadzone. Wątpliwe, by Baszar al-Assad zniknął z bliskowschodniej sceny politycznej w przyszłym roku.

Bardzo niespokojnie w mijającym roku było również w Iraku. Praktycznie każdego dnia dochodziły do nas informacje o kolejnych atakach i zamachach terrorystycznych, w wyniku których liczba ofiar nieraz przekraczała 1000 miesięcznie. Nie widać pomysłu ani większych szans na powstrzymanie spirali przemocy nad Tygrysem i Eufratem. Chaos w Syrii i w Iraku ma pewne punkty wspólne, wzajemnie się napędza. W takim środowisku jak ryba w wodzie czują się wszelkiej maści radykałowie i terroryści. Niepokojące jest to, że Irak i Syria dryfują w stronę upadłości, a bardzo ciężko wyrwać się z takiego stanu.

Afryka

Z pewnością państwem upadłym nie jest Egipt, w którym od pół roku trwa kontrrewolucja. Zaczęło się od obalenia prezydenta Mohameda Mursiego na początku lipca. Stery władzy ponownie przejęło wojsko. Mimo licznych demonstracji, armia trzyma te stery bardzo mocno i wydaje się mało prawdopodobne, by "eksperyment demokratyczny" został w najbliższym czasie powtórzony. Bractwo Muzułmańskie, które jeszcze rok temu było w natarciu, teraz zostało uznane za organizację terrorystyczną, a za kontakty z jej przedstawicielami aresztowano kilku dziennikarzy stacji Al-Dżazira. Plan na najbliższe miesiące to przyjęcie kolejnej konstytucji, wybory i - w dalszej perspektywie - stabilizacja obozu władzy. W obliczu rozprawy z Bractwem Muzułmańskim nie może dziwić informacja o rzekomym przekazywaniu przez Iran via Egipt ropy reżimowi Assada. Wróg naszego wroga staje się naszym przyjacielem.

Skoro przeskoczyliśmy już do Afryki, to i tam w wielu państwach było bardzo niespokojnie. Rok rozpoczął się od interwencji Francji w Mali, gdzie zbuntowani Tuaregowie oraz radykałowie spod znaku Al-Kaidy przejęli kontrolę nad połową kraju. Francuzi szybko odbili utracone ziemie, ale radykałowie dokonali raczej taktycznego odwrotu, niż zostali pobici w boju. Libia, która miała swój udział w marszu Tuaregów na Mali, stała się krajem podzielonym pomiędzy liczne milicje, bez widoków na silną władzę centralne.

Wojska francuskie zamieniły tymczasem Mali na Republikę Środkowoafrykańską, gdzie muzułmańscy buntownicy z północy kraju obalili prezydenta Francoisa Bozize. W okresie okołoświątęcznym doszło do licznych masakr, w wyniku których zginęło ok. 1000 osób. Niebezpiecznie jest także w Nigrze czy DR Kongo (co nie jest żadną nowością), a najmłodsze państwo Czarnego Lądu, czyli Sudan Południowy, stanął na krawędzi wojny domowej. W tej sytuacji większego wrażenia nie robi już kolejny rok stagnacji w Somalii, gdzie afrykańskie siły stabilizacyjne (AMISOM) nie radzą sobie z rebeliantami z Al-Shabab (stowarzyszonymi z Al-Kaidą). Al-Shabab przeprowadziło zresztą operację odwetową na jednym z interwenientów, dokonując zamachu na centrum handlowe Westgate w kenijskim Nairobi.

Pozbawiony istotniejszych wydarzeń o charakterze pozytywnym rok dla Afryki zamknął się odejściem Nelsona Mandeli. Legendarny przywódca Afrykańskiego Kongresu Narodowego, bojownik przeciwko apartheidowi, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA, zmarł w grudniu 2013 r.

Europa

W Europie rok 2013 był kolejnym rokiem walki z kryzysem gospodarczym. Walki niekoniecznie wygranej, chociaż Polska znowu - tym razem z wielkim trudem i naprawdę ledwo, ledwo - znalazła się nad kreską. Sytuacja w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji nie zmieniła się jednak ani o jotę - bezrobocie jest dramatycznie wysokie, a koszty pożyczek ratunkowych spychają w biedę coraz więcej osób. W Grecji kwitną partie skrajne, jak lewicowa Syriza i prawicowa Złota Jutrzenka. Z tą ostatnią władze próbują się rozprawić ze względu na jej nazistowskie sympatie i poglądy.

Z radykalizmem i populizmem nie radzi sobie natomiast premier Wielkiej Brytanii David Cameron. Niegdysiejsza nadzieja konserwatystów desperacko walczy o poprawę słabnących sondaży, próbując przejąć najbardziej skrajne postulaty populistów z UKIP - Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa - Nigela Farage'a. W ramach walki o elektorat Cameron wygłasza coraz ostrzejsze antyimigranckie przemówienia i zaprzecza oczywistym faktom w postaci danych wskazujących na korzystny wpływ imigracji na rozwój brytyjskiej gospodarki. Prawda jest taka, że podróbka (Cameron) nigdy nie będzie lepsza od oryginału (Farage). Lider Torysów chwyta się brzytwy, co zaprowadzi go wprost do klęski wyborczej.

W podsumowaniu europejskim pomijam Ukrainę oraz rozważania o Rosji, odsyłając Was do aktualnych wpisów poświęconych tym zagadnieniom.

Ameryka Północna

Ważnym wydarzeniem - zapytacie dlaczego dopiero teraz o tym wspominam - było ujawnienie przez amerykańskiego informatyka zatrudnionego w firmie pracującej dla Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA) informacji o globalnej inwigilacji dokonywanej przez amerykańskie służby bezpieczeństwa. Snowden po tygodniach niepewności dostał azyl w Rosji, a krótkowzroczni przeciwnicy Władimira Putina zyskali przez to argument do dezawuowania rewelacji młodego Amerykanina. Sprawa nie jest taka prosta, a co mnie najbardziej zszokowało, to przyzwolenie na globalną inwigilację. Mój znajomy posunął się nawet do twierdzenia, iż "coś takiego jak prywatność nie istnieje". Czyżby?

W Stanach Zjednoczonych obok rewelacji Snowdena kluczowe były dwa wydarzenia, mocno ze sobą powiązane. Na pierwszy plan wysuwają się kolejne burzliwe - i prowadzone niemal do za pięć dwunasta - negocjacje dotyczące budżetu i limitu zadłużenia, a także start tzw. Obamacare, czyli wejście w życie reformy ubezpieczeń zdrowotnych. Wejście tak udane, że nasza polska administracja wyglądała przy amerykańskiej jak Ferrari przy Trabancie. Wielka szkoda, że każda wizyta w polskim urzędzie od razu przerywa ten piękny sen. Za budżet i falstart Obamacare oberwało się po równo obu stronom sporu politycznego oraz prezydentowi Obamie. A ten powoli zaczyna wkraczać w okres bezsilności wewnętrznej, czyli czasu, w którym prezydenta określa się mianem "kulawego kaczora" (lame duck). Można spodziewać się jeszcze większego nacisku na dyplomację (raczej nie na Dyplomację), gdzie prezydent będzie szukał sukcesów, które zbudują (poprawią) jego dorobek.

Ameryka Południowa

W Ameryce Południowej warto zwrócić uwagę na Brazylię, która mimo ogromnych inwestycji związanych z przyszłorocznym Mundialem oraz Igrzyskami Olimpijskimi w 2016 r., znalazła się w gospodarczym dołku. Co więcej, krajem wstrząsnęły protesty społeczne wynikające z lekceważenia podstawowych potrzeb takich jak edukacja czy opieka zdrowotna, a także z narastającego rozwarstwienia społecznego. Prezydenta Dilma Rouseff ma więc ręce pełne roboty, a humor pogorszyły jej rewelacje Snowdena o podsłuchiwaniu przywódców ponad 30 państw świata, a także informatycznej inwigilacji milionów Brazylijczyków.

Drugim krajem, na który należy zwrócić uwagę jest Meksyk. Nowy prezydent Enriqe Pena Nieto wygasił nieco wojnę z narkogangami, co przełożyło się na spadek ilości zgonów, jednak w żaden sposób nie rozwiązało problemu potężnych karteli narkotykowych. Nieto osiągnął więcej w sektorze naftowym, do którego będą mogli być dopuszczeni zagraniczni inwestorzy. Zastrzyk kapitału i know-how jest niezbędny, aby ratować głównego sponsora meksykańskiego budżetu, naftowego monopolistę PEMEX.

Azja

Na koniec zostaje nam Azja, a jak Azja, to Chiny i ich relacje z sąsiadami i krajami regionu. W roku 2013 Chiny kontynuowały swój zwrot w polityce zagranicznej, polegający na coraz większej asertywności, a coraz mniejszym nacisku na bezkonfliktowy harmonijny wzrost. Zmiana władzy i wyniesienie na czele KPCh Xi Jinpinga nie wpłynęły na korektę w tej dziedzinie. Mnożyły się "prowokacje" wymierzone w Japonię (wyspy Senkaku), Filipiny, a na koniec roku Pekin ogłosił powstanie na Morzu Wschodniochińskim strefy identyfikacji powietrznej (ADIZ), wywołując konsternację w Japonii i Stanach Zjednoczonych. Odbieram to jako kolejne posunięcie realizujące politykę faktów dokonanych, czyli przejmowanie kontroli nad terytoriami i obszarami morskimi, co do których prawa roszczą sobie państwa trzecie. Chiński klient z Korei Północnej skupił się w tym roku na stalinowskich czystkach na szczytach władzy, umacniając swoją pozycję, więc w 2014 r. będzie mógł przypomnieć o sobie całemu światu. Czy zrobi to poprzez przeprowadzenie kolejnej próby atomowej?

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 07 listopada 2013

Afera Snowdena nie chce się skończyć. Co kilka dni media ujawniają kolejne informacje o skali i zasięgu globalnej inwigilacji prowadzonej przez amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Choć największe wrażenie na opinii publicznej zrobiły doniesienia o podsłuchiwaniu ponad 30 przywódców, w tym Angeli Merkel, nie można sprowadzać dyskusji o działalności NSA tylko do tego aspektu. Problem jest znacznie poważniejszy, a jego reperkusje są wielowymiarowe.

grafikaCzytających ten tekst zapewniam, że pojmuję istotę działania służb. Wszyscy szpiegują wszystkich, raczej bez wyjątku. Nieważne, wróg czy sojusznik. O ile biały wywiad (OSINT) może zapewnić dużo informacji, pewna część danych może być zdobyta tylko dzięki działalności szpiegowskiej (HUMINT, SIGINT). Szpiedzy to mistrzowie w łamaniu prawa, a ich działalność z istoty rzeczy jest nielegalna. Oburzanie się na szpiegostwo nie ma więc sensu. Nie oznacza to jednak, że mamy przyjąć do wiadomości – i przejść do porządku dziennego – to, że szpiegować można wszystkich i w dowolnym zakresie. Że nie ma już sfery prywatnej.

Dość już Putina w debacie o inwigilacji

Zanim przejdziemy do meritum chciałbym zauważyć, że argument o używaniu Snowdena przez Putina jako narzędzia dyskredytacji USA oraz wbicia klina między USA a Europę na mnie nie działa. To, że Putin wykorzystuje Snowdena nie jest równoznaczne z tym, że można rewelacje młodego informatyka zlekceważyć. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że przez Snowdena rozpadnie się NATO, a europejscy sojusznicy USA rzucą się w otwarte ramiona Władimira Putina. Zostawmy rosyjskiego prezydenta na boku i skupmy się na konkretach.

Dlaczego informacje ujawnione przez Snowdena są ważne?

Inwigilacja prowadzona przez NSA, jak zaznaczyłem we wstępie, wywołała implikacje na wielu poziomach.

  • zacierają się granice prywatności, a NSA zbiera informacje zarówno o Amerykanach (co jest niezgodne z amerykańskim prawem) oraz obywatelach państw trzecich. Kompilowane są dane o ilości, długości trwania oraz lokalizacji uczestników rozmów telefonicznych; monitorowani są użytkownicy Internetu; NSA wymusiła współpracę głównych firm technologicznych i telekomunikacyjnych (zbieranie i przekazywanie danych), a gdy to nie wystarczało, włamywała się do ich systemów informatycznych.
  • współpraca NSA z firmami sektora ICT zagraża rozwojowi tej branży w USA, gdyż wiarygodność amerykańskich firm została podważona. Jak powierzać swoje dane amerykańskim firmom, skoro mogą one trafić prosto do amerykańskich służb? To oddawanie walkowerem gospodarczego pola silniejszemu rywalowi. Nic dziwnego, że chociażby Eric Schmidt (ex-CEO Google) zareagował z oburzeniem na rewelacje Snowdena i ostro skrytykował NSA. Schmidt wie, że europejscy i azjatyccy konkurenci bez mrugnięcia okiem wykorzystają słabość swoich amerykańskich konkurentów. Jaka jest gwarancja, że alternatywne rozwiązania (głównie tzw. chmury obliczeniowe) są wolne od inwigilacji? Żadna. Jest natomiast powszechne przekonanie, że amerykańskie rozwiązania nie są bezpieczne.
  • zachwiane zostało zaufanie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami z Europy Zachodniej. Szpiegostwo i podsłuchy to norma, nikt się  na to nie oburza (choć koniunkturalnie wykorzystuje się informacje Snowdena to zaatakowania USA i zdobycia punktów w sondażach). Jednak podsłuchiwanie liderów, do tego – jak się wydaje – permanentne, to inna para kaloszy. To kwestia osobista. Podsłuchiwanie liderów sojuszniczych państw to poważny błąd. Oni powinni być immunizowani od podsłuchów. Ich doradcy i współpracownicy mogą być celem działalności szpiegowskiej, to wystarczy, żeby zdobyć odpowiednie informacje. Ale liderzy? Nawet jeśli służby działały tutaj bez wiedzy prezydenta Obamy, podsłuchiwanie ponad 30 przywódców państw obciąża właśnie jego. Jeśli wiedział, to skandal, że się na te podsłuchy zgodził. Jeśli nie, to nie ma odpowiedniego nadzoru nad swoimi służbami. Sam nie wiem, która z alternatyw jest gorsza.
  • brak nadzoru nad działalnością służb specjalnych (chociaż np. Edward Lucas twierdzi, że nadzór nad służbami to mocna strona amerykańskiego wywiadu). To jest moim zdaniem clue problemu. Pojawiał się on już znacznie wcześniej niż doniesienia Snowdena, ale mało kto zwracał na to uwagę. Wątpliwości pojawiły się bowiem przy znaczącej ekspansji programu zabójstw dokonywanych przez samoloty bezzałogowe (drony i targeted killing) w Pakistanie, a później także w Somalii i Jemenie. Kryteria podejmowania decyzji o „pociągnięciu za spust” były zbyt luźne. W Jemenie wystarczyło być mężczyzną w wieku poborowym, by zginąć, jeśli w pobliżu znajdował się cel uznany za powiązany z terrorystami. Kiedy słyszę, że w Pakistanie tylko 3% ofiar nalotów dronów to cywile, przecieram oczy ze zdumienia. Brzmi to bowiem niczym slogan z broszury reklamowej producentów dronów. Coś z tymi danymi było nie tak. Bardziej wiarygodne dane znajdziemy na stronach The Bureau of Investigative Journalism. Wracając do nadzoru, administracja Obamy (władza wykonawcza) twórczo rozwinęła koncepcję Georga W. Busha, znacząco poszerzając uprawnienia służb i ograniczając cywilny nadzór nad ich działalnością. Kongres otrzymuje strzępy informacji, docierają one tylko do wąskiego kręgu wybranych deputowanych (członkowie komisji ds. służb), a nierzadko przekazuje im się nieprawdziwe informacje. Jeszcze kilka miesięcy temu nadzorujący wszystkie amerykańskie służby James Clapper stwierdził na wysłuchaniu w Senacie, że służby te nie zbierają żadnych danych o obywatelach USA. Cóż, skąd mógł wiedzieć, że wkrótce prawda ujrzy światło dzienne.
  • znaczący spadek amerykańskiego soft power. Miękka siła to nieocenione, chociaż często niedoceniane narzędzie, które pozwala osiągać cele niewielkim bądź żadnym wręcz kosztem. Stanowi doskonałe uzupełnienie hard power, czyli siły militarnej. Soft power opiera się na wartościach, przekazie kulturalnym (zarówno tym kierowanym do elit, jak i do mas), atrakcyjności państwa (np. docenianie osiągnięć technologicznych) etc. Soft power  można porównać do wizerunku – jej tworzenie trwa długo (i zależy zarówno od instytucji publicznych, jak i prywatnych), natomiast jej utrata może nastąpić bardzo szybko. Zmasowana krytyka poczynań NSA osłabiła amerykańskie soft power i wzmocniła przeciwników Stanów Zjednoczonych w Europie. Trudniej będzie realizować własne interesy.

Strach przeciw wolności

O ile clue problemu jest nadzór nad służbami, to z punktu widzenia zwykłych obywateli, najważniejsze jest co innego – zagrożenie prywatności. Pod pozorem zagrożenia terroryzmem inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi i jest coraz głębsza. Mechanizmy zbierania danych (i nie tylko) zostały dobrze opisane w prezentacji Guardiana. Temat zagrożenia dla wolności w ramach przesadzonej odpowiedzi na ryzyko związane z terroryzmem ciekawie przedstawił Edwin Bakker, holenderski profesor specjalizujący się w sprawach terroryzmu i bezpieczeństwa.

Orwell i Rok 2014

Nie powinno być zgody na pozbawianie nas prywatności. Chyba, że dążymy do świata znanego z powieści Georga Orwella, „Rok 1984”. Niespełna 30 lat od wskazanego przez pisarza terminu jesteśmy naprawdę niedaleko od opisanej przez niego wizji braku prywatności. Kolejny krok to strach przed myślozbrodnią, czyli wypowiadaniem w naszej głowie nieprawomyślnych treści. Zamiast teleekranów we wszystkich pomieszczeniach, donosicielstwa i wszechobecnych agentów Ministerstwa Miłości, informacje na nasz temat zbierane są dzięki naszym telefonom, tabletom i komputerom. Przenośne teleekrany. Orwell, mimo swego geniuszu, na to akurat nie wpadł.

Piotr Wołejko

 

grafika: Felipe Crespo, http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Edward_Snowden_%22Xilograf%C3%ADa%22.jpg

poniedziałek, 07 października 2013

Tak zwana Arabska wiosna wywołała ruchy tektoniczne w Afryce Północnej oraz na Bliskim Wschodzie. Status quo w postaci mniej lub bardziej despotycznych rządów został zachwiany przez obalenie prezydentów Tunezji i Egiptu, a następnie libijskiego dyktatora Muammara Kaddafiego. Jednym ze skutków tego wydarzenia było powstanie Tuaregów, nieudana secesja północnej części Mali, a następnie interwencja wojskowa Francji. Od władzy odsunięto nawet mistrza politycznych gier i przetrwania (rządził w latach 1978-2012), Alego Abdullaha Saleha z Jemenu. W Syrii wybuchła rebelia przeciwko prezydentowi Baszarowi Assadowi. Przemoc rozlewa się na sąsiedni Liban, kraj wielce wrażliwy na konflikty etniczno-religijne. Płonie Irak, rozdzierany przez radykalne szyickie i sunnickie ugrupowania. W tle pozostają Kurdowie i ich dalekosiężne marzenia o własnym państwie, zaspokajane na dziś przez dążenie do autonomii w ramach istniejących struktur państwowych, a także Palestyńczyków domagających się powstania niepodległej Palestyny.

grafikaTen przydługi wstęp to i tak telegraficzny skrót sytuacji, która w sposób dynamiczny rozwija się na obszarze od zachodniego wybrzeża Afryki po Półwysep Arabski i Lewant. Rozruchy, demonstracje i rewolucje, które wstrząsają omawianymi terytoriami, zostały częściowo „skonsumowane”, przyćmione przez islamskich radykałów. To oni nadawali ton w Egipcie, a w znacznej mierze nadają nadal w Libii, Syrii, Iraku, Libanie czy Jemenie. Jednak oprócz religijnego aspektu w każdym z tych państw mamy do czynienia także z aspektami etnicznymi, nacjonalistycznymi. Ciekawie opisał to arabski dziennikarz Sharif Nashashibi. Tendencje separatystyczne, czyli dążenie do zmiany granic, przejawiają liczne podmioty w Libii (np. Cyrenajka, gdzie znajduje się zdecydowana większość libijskich złóż ropy naftowej), Iraku czy Jemenie (federalizacja kraju, spór o liczbę regionów, kwestia ewentualnej niepodległości południa kraju – do 1990 roku niezależnego państwa).

Dokończyć dekolonizację

Temat zmiany granic dotyczy nie tylko Bliskiego Wschodu czy Afryki Północnej, lecz także Afryki jako całości. Chociaż dekolonizacja postępowała od zakończenia II wojny światowej, a jej punkt kulminacyjny przypadł na lata 60. ubiegłego wieku, dokonała się w bardzo ograniczonym zakresie. Pokojowo albo zbrojnie pozbyto się przedstawicieli władz desygnowanych przez metropolie (głównie Francję i Wielką Brytanię), a ich miejsce zajęli lokalni władcy. I koniec. To była istota dekolonizacji. Nie ruszono granic, które Francuzi i Brytyjczycy wyznaczali arbitralnie, patrząc na mapę i lekceważąc miejscowe uwarunkowania.

Czy była to właściwa decyzja? Afrykańscy przywódcy uznali (i nadal uznają), że nienaruszalność granic to podstawa politycznej stabilności kontynentu. Nie wolno więc pozwolić na ich zmianę, na secesje etc. Zasada nienaruszalności granic zepchnęła w cień zasadę samostanowienia narodów. Obawiano się, że zgoda na korekty doprowadzi do chaosu i zepchnie Afrykę w czarną dziurę niekończących się krwawych wojen. Pięć dekad po przeprowadzeniu dekolonizacji widać, że konfliktów i ofiar nie udało się uniknąć. A spory o podłożu etnicznym i religijnym rozsadzają szereg państw, m.in. Nigerię, Mali, Libię, Somalię czy DR Kongo. W grę wchodzą także inne czynniki, jak surowce naturalne. Powodów do chwycenia za broń nie brakuje. Precedens w postaci ogłoszenia niepodległości (i jej uznania) przez Południowy Sudan w 2011 r. wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony to przykład secesji opartej na woli miejscowej ludności wyrażonej w referendum, z drugiej – do secesji prowadziła długa i krwawa droga, a nowe państwo nadal jest na quasi-wojennej ścieżce z Sudanem, od którego się oddzieliło.

Radykałowie korzystają z niespokojnych czasów

Patrząc na Afrykę, Lewant i Półwysep Arabski (a można i dalej, chociażby na Afganistan i Pakistan, które rozdziela tzw. linia Duranda) potencjał do korekt granic jest ogromny. Rośnie świadomość tego faktu, co wywołuje – i nie można się temu dziwić – liczne obawy miejscowych władców i zewnętrznych aktorów. Większość bowiem woli status quo, znaną sytuację, w której można się odnaleźć, od niepewności i przynajmniej chwilowego chaosu. Dochodzą do tego obawy o bezpieczne przystanie dla radykalnych ugrupowań, które idealnie odnajdują się w realiach upadłych bądź bardzo słabych państw. Trzeba jednak pamiętać, że ponad dekada walki z radykałami islamskimi i próba pozbawienia ich (przepędzenia z) bezpiecznych przystani nie przyniosła pozytywnych rezultatów. Wręcz przeciwnie, radykałowie znajdują coraz więcej przystani, rozszerzając pole działania. Efektowne i kosztowne akcje sił specjalnych mogą eliminować co ważniejszych przywódców rozmaitych ugrupowań, lecz w żaden sposób nie rozwiązują problemu. W obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej i politycznej radykałowie czują się jak ryba w wodzie.

Czy w Syrii trwa wojna o nowy krajobraz Lewantu?

Główne mocarstwa zapewne zdają już sobie sprawę z tego, że bez korekt granic się nie odbędzie. Być może Syria jest już przykładem rozgrywania interesów pod kątem takiej korekty. Dekompozycja Syrii byłaby pierwszą kostką domina w przeorganizowaniu mapy politycznej Lewantu. Czy w efekcie zmian znikną Syria, Liban i Irak, jakie znamy, a wyłoni się nowy byt w postaci Kurdystanu? Ten ostatni miałby ekonomiczne podstawy istnienia, w oparciu o złoża ropy, o które „zabijają się” Turcy i zachodnie koncerny. Jednocześnie o te same złoża toczy się spór między Kurdami a irackimi sunnitami. W tej skomplikowanej układance jedno jest pewne – żadna strona nie odpuści, a zewnętrzni aktorzy nie pozostaną bierni. Oznacza to krwawą i kosztowną wojnę, bo przecież nie długotrwałe negocjacje. Argument siły zazwyczaj zwycięża z siłą argumentów. Może więc lepiej utrzymywać dotychczasowe struktury państwowe, ze znanymi i – mniej lub bardziej – pewnymi granicami? Jeśli tak, to czy rozsądek nie nakazywałby wesprzeć prezydenta Assada? Nie byłby to pierwszy przypadek „przymknięcia oka” na występki dyktatorów. Stabilna Syria przysłużyłaby się utrzymaniu stabilności w Lewancie. Bez „rozbioru” Syrii istotniejsze korekty granic wydają się mało prawdopodobne. Jeśli natomiast Syria miałaby ulec rozkładowi, inni gracze nie zawahają się przed wejściem do gry. Każdy będzie chciał wyrwać dla siebie jak najwięcej, a europejski koszmar rozpadu Jugosławii wróci ze zdwojoną mocą.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons/Author: DanPMK

poniedziałek, 23 września 2013

Ostatnie dni to festiwal złych informacji: terroryści z Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego (AQAP) dokonali ataku na wojsko jemeńskie w położonej na południu kraju prowincji Shabwah; zamachy terrorystyczne w Iraku doprowadziły do śmierci przynajmniej 92 osób; od 21 września trwa oblężenie centrum handlowego Westgate w stolicy Kenii - Nairobi, do tej pory zginęły co najmniej 62 osoby. Odpowiedzialne za atak jest najpewniej somalijskie ugrupowanie Al-Shabab, powiązane z Al-Kaidą.

Iracki koszmar w 2013 r.

Irak płonie już od miesięcy. Między kwietniem a sierpniem br. w atakach terrorystycznych zginęło tam ponad 4000 osób. W samym wrześniu już około 500. Szokująca fala przemocy religijnej, bowiem ataki są wymierzone zarówno w szyitów, jak i w sunnitów, powoduje, iż kraj chwieje się w posadach. Rebelia w sąsiedniej Syrii nie stanowi wytłumaczenia dla wydarzeń w Iraku, których skala wskazuje na lokalne przyczyny. Ekstremiści z obu stron podziału islamu wzięli się za podpalanie kraju. Rząd w Bagdadzie nie ma pomysłu na powstrzymanie tego procederu. Co więcej, dla Kurdów i sunnitów premier Maliki jest bardzo mało wiarygodny. Mówiąc szczerze, przy takiej sytuacji wewnętrznej szef rządu powinien podać się do dymisji.

Skąd wzięło się Al-Shabab?

grafikaJemen to, podobnie jak Somalia, przypadek szczególny. Przypadek tego, jak dobra w intencjach polityka może doprowadzić do piekła (niczym przysłowiowe dobre chęci). Tak się bowiem składa, że Al-Kaida w Jemenie jeszcze kilka lat temu, podobnie jak Al-Shabab w Somalii, były słabe i niewiele znaczyły. Nie posiadały istotnych zasobów kadrowych ani finansowych, nie mogły nawet marzyć o działaniu na taką skalę, jak dzisiaj.

Al-Shabab w Somalii znajdowało się na marginesie Unii Trybunałów Islamskich (UTI), które na krótko (kilka miesięcy 2006 r.) skonsolidowały władzę nad znaczącą częścią terytorium Somalii. Prowadzona przez USA polityka wykorzystywania niesławnych watażków do ścigania prawdziwych i wyimaginowanych terrorystów, a także inwazja śmiertelnego wroga Somalijczyków, Etiopii - co doprowadziło do obalenia UTI i przywrócenia do władzy tymczasowego rządu federalnego - przyczyniły się do wzrostu znaczenia i poparcia dla Al-Shabab. Organizacja ta rosła w siłę, rekrutowała zagranicznych bojowników, a w obliczu rozbicia UTI szybko stała się jedną z głównych sił opozycyjnych wobec etiopskiej okupacji.

Co istotne, Al-Shabab potrafiło się wkomponować w skomplikowaną strukturę klanową Somalii, zapewniając sobie przez to schronienie i poparcie. W latach 2009-2010 Al-Shabab zdobyło kontrolę nad istotną częścią terytorium Somalii, w tym prawie nad całą stolicą - Mogadiszu. Dopiero zmasowana ofensywa afrykańskich sił stabilizacyjnych AMISOM oraz milicji lojalnych wobec tymczasowego rządu wyparła Shabab ze stolicy, a następnie innych miejsc kontrolowanych przez radykałów. W 2012 r. Al-Shabab połączyła się z Al-Kaidą, a Baza przejęła de facto kontrolę nad organizacją.

Atak na kenijskie centrum handlowe stanowi, według radykałów, odpowiedź na kenijską interwencję w Somalii, która zaczęła się w 2011 r. Kenia postanowiła wówczas dołączyć do grupy państw aktywnie zwalczających Al-Shabab. Mimo utraty kontroli nad większością zdobytego w latach 2009-2010 terytorium, organizacja ma się dobrze. W znacznej mierze działa teraz w ukryciu, przeprowadzając zamachy na wojska afrykańskie i somalijskie siły porządkowe, a teraz pokazała, że jest w stanie przeprowadzić duży atak poza granicami Somalii.

Jak rosła siła Al-Kaidy w Jemenie?

Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP) powstała w 2009 roku z połączenia jemeńskiej i saudyjskiej "filii" Al-Kaidy. AQAP to wytwór polityki Alego Abdullaha Saleha, do niedawna prezydenta Jemenu (przez trzy dekady) oraz amerykańskiej strategii walki z terroryzmem, w myśl której naloty, uderzenia rakietowe, drony i akcje sił specjalnych to najlepsza odpowiedź na zagrożenie ze strony "bad guys".

Al-Kaida działała w Jemenie od dawna i nie niepokoiło to przesadnie prezydenta Saleha. Wykorzystywał ją, podobnie jak miejscowe plemiona, na których opiera się struktura społeczna kraju, do utrzymania się przy władzy. Po 11 września 2001 r. zrozumiał, że jeśli nie przyłączy się do Stanów Zjednoczonych w ich globalnej wojnie z terroryzmem, może znaleźć się na liście celów. Użył więc pretekstu obecności Al-Kaidy do otrzymania od USA broni, pieniędzy i zapewnił swoim oddziałom szkolenia wojskowe, które prowadziły najbardziej elitarne oddziały sił specjalnych USA.

Saleh wiedział, że zbyt szybka eliminacja Al-Kaidy sprawi, że Amerykanie zapomną o nim i złota żyła, z której korzystał ile wlezie, może się wyczerpać. W związku z tym, gdy było trzeba, przymykał oko na działania terrorystów, zwalniał ich z więzień, nie aresztował etc. W tym samym czasie Amerykanie rozkręcali w Jemenie swoje działania antyterrorystyczne, a Saleh pozwalał im na coraz więcej. Im więcej nalotów, ataków dronów czy akcji sił specjalnych, tym więcej razy ginęli cywile. Sprzyjało temu dość luźne podejście Amerykanów do definiowania celów ataków - mogli nimi być (i nadal są, Jemen to miejsce nieustannych ataków sił USA) w zasadzie wszyscy mężczyźni w wieku poborowym. Jak opisał to w książce "Dirty wars: The world is a battlefield" Jeremy Scahill, w oczywisty sposób wzbudzało to niezadowolenie i gniew jemeńskich plemion. A one były Al-Kaidzie raczej niechętne albo przynajmniej obojętne. Większość z nich, gdyby chciała, mogłaby rozprawić się z bojownikami AQAP dość szybko (o czym także pisał Scahill), gdyby ci zaczęli działać przeciwko nim.

Atak na siły jemeńskie w Shabwah to kolejny epizod walki prowadzonej przez AQAP z proamerykańskim reżimem w Sa'anie. Śmierć 40 żołnierzy to cios w morale i tak zdemoralizowanej armii. Tam nawet elitarne jednostki antyterrorystyczne nie są skore do sprawdzenia swoich sił w akcji, a regularna armia jest niedozbrojona, słabo finansowana, a jej żołnierze są podatni na dezercje.

Trudno o optymizm w najbliższej przyszłości

Ekstremiści są aktualnie w natarciu. Także w Syrii, gdzie różne odcienie rebelii bardziej zwalczają siebie, niż reżim Assada. Także w Libii, gdzie daleko do stabilizacji, a stolica rebelii - Bengazi - należy do najbardziej niebezpiecznych miejsc w kraju. Także na Półwyspie Synaj, gdzie armia egipska nie może poradzić sobie ze zbuntowanymi plemionami beduińskimi oraz terrorystami, którzy skryli się między nimi. Także w Libanie, gdzie przelewa się syryjska rzeź, w której aktywny udział bierze główna siła polityczna i wojskowa Libanu, czyli szyicki Hezbollah (narzędzie w rękach Iranu). Nawet w Palestynie terroryści podnieśli głowę i w ostatnich dniach zabili dwóch żołnierzy izraelskich.

Chociaż działalność ekstremistów ma w znacznej mierze przyczyny w sprawach o czysto lokalnym charakterze, widoczne są transgraniczne trendy - umocnienie się marki Al-Kaidy i duży potencjał ugrupowań przy niej afiliowanych, istotny wzrost starć na linii sunnici-szyici, rosnące zagrożenie płynące z terytoriów o słabej bądź żadnej władzy państwowej. Wszystko to podlane jest oliwą w postaci strumienia pieniędzy płynącego głównie z okolic Zatoki Perskiej, co zwiastuje kolejne krwawe wydarzenia, o których będziemy dowiadywać się w najbliższym czasie. Przypadek Mali, położonego w Zachodniej Afryce pokazuje, iż radykałowie mogą działać z rozmachem na ogromnym obszarze, i zazwyczaj pojawiają się tam, gdzie niekoniecznie się ich spodziewamy. Potrafią bowiem wykorzystać lokalne uwarunkowania dla realizacji własnych celów. To sprawia, że stanowią duże zagrożenie.

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook