Wojskowość

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić żadnej istotnej operacji wojskowej z dłuższym horyzontem czasowym bez polegania na sektorze prywatnym". Te słowa, pochodzące z raportu  Lexington Institute z 2010 r. przytacza w swojej książce Civilian Warriors: The Inside Story of Blackwater and the Unsung Heroes of the War on Terror założyciel najbardziej znanej prywatnej firmy wojskowej Erik Prince (na zdjęciu poniżej).

Sam autor dodaje też, że Stany Zjednoczone z powodu ogromnych kosztów, właściwie nie mogą prowadzić już żadnej wojny. Jeśli najbogatszy kraj świata, którego wydatki wojskowe są większe od kilkunastu kolejnych państw na liście, nie może prowadzić wojny, to kto może? Wyposażeni w przechodzone Kałasznikowy i granatniki RPG-7 brodacze spod znaku talibów czy Al-Kaidy?

Scahill vs. Prince. Blackwater odpowiada na zarzuty

grafikaPo książkę Prince'a sięgnąłem z wielkim zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że tematyka prywatyzacji wojny bardzo mnie interesuje, lecz również dla porównania słów Prince'a z dziennikarzem Jeremym Scahillem, autorem świetnej książki pod wielce wymownym tytułem: Blackwater : The Rise of the World's Most Powerful Mercenary Army. Posiłkując się wydaną w 2007 r. książką Scahilla napisałem trzy wpisy poświęcone firmie Prince'a, jej działalności i powiązaniom towarzysko-politycznym. Zachęcam do lektury: część I, część II, część III. Artykuł o prywatyzacji sił zbrojnych, który ukazał się na łamach (wówczas) tygodnika "Polska Zbrojna" w 2011 r. znajdziecie tutaj.

Wrażenia po przeczytaniu książki Prince'a? Wartościowe informacje na temat zasadzki w Falludży, w wyniku której czterech kontraktorów Blackwater zginęło, a ich zwłoki zostały przez rebeliantów powieszone na moście. Efektem tej zasadzki była operacja sił zbrojnych USA - zakończona fiaskiem po kilku dniach ciężkich walk ulicznych. Dopiero pół roku później, w listopadzie 2004 r., przeprowadzono udaną operację odbicia Falludży z rąk rebeliantów.

Prince opisuje także inne zapadłe w pamięć wydarzenia z udziałem kontraktorów Blackwater - strzelaninę na Placu Nissour z 2007 r., gdzie, najpewniej w wyniku szeregu pomyłek i braku zrozumienia, kontraktorzy zabili 17 cywilów, a 20 ranili; zasadzkę na ambasadora RP w Iraku gen. Edwarda Pietrzyka z października 2007 r., gdzie na wezwanie ochrony ambasadora o pomoc najszybciej odpowiedzieli właśnie kontraktorzy Blackwater, zapewniając odsiecz oraz ewakuację helikopterem; obronę siedziby władz okupacyjnych w miejscowości Nadżaf w 2005 r., gdzie Armia Mahdiego (szyicka milicja kontrolowana przez Muktadę as-Sadra) przypuściła szturm na chronioną przez Blackwater placówkę. Przez kilka godzin intensywnej wymiany ognia kontraktorzy nie pozwolili na zajęcie budynku i zapewnili ochronę dyplomatom.

Jak Blackwater osiągnął sukces?

Kluczowe w książce Prince'a jest to, że przedstawia on powody, dla których departamenty obrony i stanu USA korzystały z usług jego firmy oraz im podobnych. Powód najprostszy z możliwych: nie byli w stanie zapewnić niezbędnych usług we własnym zakresie. Ochroną placówek dyplomatycznych USA zajmuje się specjalna komórka o nazwie Diplomatic Security Service. Nie posiadała ona jednak - dziś zresztą też nie posiada - w 2003 r. wystarczającej ilości agentów, by zapewnić bezpieczeństwo wszystkim dyplomatom i pracownikom cywilnym podlegającym departamentowi stanu w Iraku. Z kolei Pentagon nie mógł zapewnić w Afganistanie - przy wykorzystaniu własnych środków - m.in. transportu lotniczego na krótkich dystansach. Zajął się tym Blackwater. A za nim inne firmy.

Erik Prince potrafił nie tylko wyprzedzać swoich klientów, oferując im od ręki to, czego potrzebowali, lecz również szybko i konstruktywnie zareagować na potrzeby klientów - czyli Pentagonu i departamentu stanu. Niektóre zlecenia dostawał w trybie bezprzetargowym (coś jak w naszym prawie zamówień publicznych tryb z wolnej ręki), lecz największe kontrakty pochodziły już z trybów konkurencyjnych. Ironią losu jest to, że prezydent Barack Obama musiał zachować się zupełnie inaczej, niż wzywał do tego w kampanii prezydenckiej kandydat Barack Obama, czyli zamiast zrezygnować z usług Blackwater (wówczas już Xe Services), zwrócił się do tej firmy z kolejnymi zleceniami. 

Blackwater prowadziło, obok działań jawnych, także wiele działań niejawnych na rzecz CIA. Zapewniało chociażby serwis dronów latających nad afgańsko-pakistańskim pograniczem. Chroniło również placówki CIA, w tym tę w Khost, która w 2009 r. stała się celem udanego ataku terrorysty z Al-Kaidy. Według Prince'a kontraktorzy Blackwater sceptycznie podchodzili do lekceważenia wymogów bezpieczeństwa względem terrorysty, na co naciskali mocodawcy z CIA. W wyniku ataku podwójnego agenta (CIA uważało, że to ich ważna wtyczka w Al-Kaidzie) zginęło 10 osób (w tym zamachowiec), m.in. szefowa miejscowej stacji Jennifer Lynne Matthews. Wiele mówiło się także o obecności kontraktorów Blackwater w Azerbejdżanie, gdzie mieli szkolić lokalnych przedstawicieli sił specjalnych. Firma szkoliła również członków afgańskich sił bezpieczeństwa w ramach gigantycznych kontraktów (mowa o dziesiątkach miliardów dolarów) na stworzenie od podstaw afgańskiej armii, policji etc.

Prywatne siły stabilizacyjne

Niespełnionym marzeniem Erika Prince'a jest stworzenie batalionu kontraktorów (najemników?), którzy byliby gotowi do błyskawicznego pojawienia się w miejscu konfliktu pod banerem ONZ. Tak, Prince chciał stworzyć prywatne siły pokojowe. Jego zdaniem, a ma wiele racji, obecna koncepcja sił pokojowych bądź stabilizacyjnych działających pod egidą Narodów Zjednoczonych (tzw. błękitne hełmy), nadaje się do kosza. Prince zarzuca, że siły te zbierają się przez długie miesiące (decyzja polityczna w RB ONZ, groźba weta, deklaracje chętnych państw, logistyka), a następnie są w zasadzie bezzębne (vide Srebrenica, DR Kongo) bądź nieskuteczne (vide Somalia, Darfur). Celem udziału w misjach ONZ raczej nie jest pomoc poszkodowanym bądź powstrzymanie konfliktu, lecz - niestety - zarobek. Otóż udział w misjach ONZ jest bardzo opłacalny, za każdego żołnierza ONZ płaci niezłe pieniądze. Nic dziwnego, że czołowymi "dostarczycielami" żołnierzy dla sił błękitnych hełmów stały się tak znaczące "potęgi wojskowe" jak Bangladesz czy Fidżi.

Zgodnie z koncepcją Prince'a siły pokojowe złożone z kontraktorów byłyby gotowe do niemal natychmiastowej dyslokacji w miejsce konfliktu. Składałyby się ze świetnie wyszkolonych (weterani Navy Seals i innych formacji specjalnych, byli żołnierze Marines etc.) i doskonale uzbrojonych żołnierzy. Mogłyby od razu wejść do akcji i realizować postanowienia rezolucji RB ONZ, przygotowując grunt pod właściwe siły pokojowe, zebranie których (patrz wyżej) musi potrwać. Koncepcja ta jest tyleż ciekawa, ile wątpliwa z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Dopóki któreś państwo nie uznałoby kontraktorów za część własnych sił zbrojnych, dopóty nie widzę możliwości wykorzystania ich w misjach pokojowych (w szczególności pod egidą ONZ). Bez takiego uznania należałoby traktować taki "batalion stabilizacyjny" za oddział najemników.

Być może zbliżamy się jednak do chwili, w której wszelkiej maści kontraktorzy z prywatnych firm wojskowych (tzw. PMCs) zostaną oficjalnie uznani za część sił zbrojnych poszczególnych państw (korzystających z usług kontraktorów). Do tego zdaje się zmierzać armia amerykańska, która w oficjalnych dokumentach potrafiła już wliczać potencjał prywatnych firm wojskowych do ogólnego potencjału wojskowego Stanów Zjednoczonych. W sytuacji, gdy budżet Pentagonu ulega redukcji, a rozbuchane do granic możliwości struktury biurokratyczne w imponującym tempie wysysają budżetowe pieniądze, rola prywatnych firm wojskowych może się tylko zwiększać. Skorzystają na tym firmy takie jak Blackwater (dziś Academi), ale nie skorzysta już raczej Erik Prince, który w 2010 r. sprzedał Blackwater i przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nie wycofał się jednak z sektora prywatnych firm wojskowych, zmienił tylko pracodawców.

Czy warto czytać Prince'a in extenso?

Na koniec wypadałoby polecić bądź zniechęcić do zakupu książki Erika Prince'a, od której wyszliśmy na początku tego artykułu. Moim zdaniem to nieźle napisana, przyjemna do czytania i ciekawa pozycja. Jeśli śledzicie na bieżąco rozwój rynku prywatnych sił wojskowych oraz przebieg wojen w Iraku i Afganistanie, to zbyt wiele nowego się nie dowiecie. Dla pozostałych będzie to interesująca lektura, pogłębiająca wiedzę w zakresie metod prowadzenia tzw. wojny z terroryzmem oraz wojny w XXI wieku. Jeśli natomiast czytaliście, podobnie jak ja, krytyczną wobec Blackwater książkę Jeremy'ego Scahilla, powinniście także poznać punkt widzenia drugiej strony. Zgodnie z zasadą audiatur et altera pars.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Wikimedia Commons

czwartek, 19 września 2013

Z Jeremym Scahillem zetknąłem się pierwszy raz na lotnisku Londyn-Luton, gdy - mając w perspektywie powrót do kraju - postanowiłem wydać ostatnie 10 funtów na książkę, która uczyni lot interesującym. Wybór padł na "Blackwater. The rise of the world's most powerful mercenary army". Lektura była tak pasjonująca, że z żalem opuszczałem samolot w porcie lotniczym w Warszawie. Książkę Scahilla po prostu się połykało. Skłaniała ona do przemyśleń, analizy. Na Dyplomacji opublikowałem trzy wpisy, w których streszczałem główne punkty tekstu Scahilla - cz. I, cz. II, cz. III.

grafikaW "Blackwater" Scahill przedstawił mechanizm prywatyzacji wojny - oddawania kolejnych zadań, tradycyjnie wykonywanych przez siły zbrojne, w ręce prywatnych firm. Wojsko miało walczyć. Lecz udział w walce brali także najemnicy z prywatnych firm wojskowych (PMCs). A na tym fachu znali się nierzadko lepiej od żołnierzy - sami wywodzili się z rozmaitych sił zbrojnych, nierzadko z sił specjalnych. Najemnicy (czy inaczej mówiąc, kontraktorzy) często bywali głównymi aktorami (winowajcami) skandali, najczęściej z powodu zbyt swobodnego korzystania z broni. Pamiętna scena z irackiej Falludży, gdzie rozjuszony tłum ciągnął po mieście zwłoki kilku najemników firmy Blackwater, a następnie wiesza te zwłoki na moście przyczyniła się do oblężenia tego miasta przez wojska amerykańskie i długotrwałych walk ulicznych.

Wzrost roli prywatnych korporacji w amerykańskich wojnach to jednak tylko pewna część większej całości. Obok kontraktorów firm takich jak dawne Blackwater, "bohaterami" wojny z terrorem są operatorzy oddziałów specjalnych. I o tym traktuje druga książka Scahilla - "Dirty wars: The world is a battlefield". Lektura jest wstrząsem dla czytającego, a wnioski z niej płynące nie są optymistyczne. Przedstawię w punktach najważniejsze, moim zdaniem, spostrzeżenia:

  1. Strategia Obamy, polegająca na ograniczaniu ilości żołnierzy w Iraku (aż do wycofania) i Afganistanie (wycofywanie już w przyszłym roku) miała swoją drugą stronę, w postaci znaczącego zwiększenia roli działań sił specjalnych. Te ostatnie działały poza strukturą (a nierzadko wiedzą) wojsk konwencjonalnych, co w oczywisty sposób wywoływało spory i - co ważniejsze - szkodziło działaniom podejmowanym przez siły konwencjonalne.
  2. W walkę z terrorem, jak ujął to prezydent Bush junior, Ameryka zaangażowała elitę swoich sił specjalnych oraz dynamicznie rozwijające się pod względem technologicznym samoloty bezzałogowe (drony).
  3. Prezydent Obama, chociaż w kampanii wyborczej "jechał" na krytyce administracji Busha i jego podejściu do prowadzenia wojny, nie tylko przejął strategię republikańskiego poprzednika, lecz w daleko idący sposób ją udoskonalił (rozwinął). Centralnym elementem zwalczania terrorystów i radykałów stały się siły specjalne (Spec Ops), drony oraz ataki lotnicze i rakietowe.
  4. Rosnące wykorzystanie sił specjalnych opierało się na doktrynie Rumsfelda i Cheneya, kluczowych graczy w ekipie Georga W. Busha, której nazwa mówi sama za siebie - The world is a battlefield. Polem bitwy jest cały świat. Amerykańskie siły specjalne działają już w ponad 100 państwach.
  5. Mianowanie wywodzącego się z sił specjalnych (JSOC - emblemat wyżej) gen. Stanleya McChrystala na głównodowodzącego amerykańskich wojsk w Afganistanie (sierpień 2008 r.) było apoteozą roli Spec Ops w wojnie z terrorem. Liczba nocnych operacji (głównie wkraczanie do domów), nalotów lotniczych oraz ataków z wykorzystaniem dronów systematycznie rosła.
  6. Poszerzał się także zakres terytorialny tych operacji. Obama zezwolił na bezpardonowe obchodzenie się z suwerennością Pakistanu, na terytorium którego z regularnością szwajcarskiego zegarka zaczęły spadać rakiety wystrzeliwane z samolotów bezzałogowych. Również operatorzy sił specjalnych coraz częściej przekraczali granicę afgańsko-pakistańską.
  7. Efektem powyższych działań była szybująca w astronomicznym tempie liczba zabitych cywili (czasem ginęli także pakistańscy żołnierze). Jednocześnie w miejsce zabijanych (rzadziej łapanych i aresztowanych) ekstremistów pojawiali się następni. Ich liczba rosła.
  8. O ile w Pakistanie amerykańskie siły specjalne musiały się miarkować, o tyle w Somalii czy - w szczególności - w Jemenie, nie istniały praktycznie żadne granice. Zasada "więcej ataków = więcej zabitych cywilów" zadziałała także w tych państwach. Nic dziwnego, że talibowie w Afganistanie (i Pakistanie), Al-Kaida i Al-Shabab w Somalii oraz Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP), mimo systematycznej eliminacji ich liderów, rosną w siłę. Amerykańskie działania kreują kolejne głowy hydrze, którą rzekomo zwalczają. Radykałowie zyskują bowiem na nienawiści miejscowej ludności do Stanów Zjednoczonych, które zabijają ich przyjaciół, rodziny i dzieci. Nierzadko całe wioski czy plemiona, które w żaden sposób nie mają interesu w popieraniu radykałów, decydują się wspomóc ich bądź działać przeciwko USA.
  9. Prawnik konstytucjonalista - prezydent Barack Obama - wypracował w trakcie swojej prezydentury model zabijania własnych obywateli bez jakiegokolwiek niezależnego nadzoru. Egzekutywa ocenia, analizuje, decyduje i wykonuje wyroki śmierci na Amerykanach, których podejrzewa o terroryzm. Gdy pojawiają się wątpliwości, nie ujawnia dowodów i mętnie tłumaczy swoje racje. Prawo do sądu i rzetelnego procesu zanika. Dziś dotyczy to osób oskarżanych o terroryzm, ale jutro może dotyczyć każdego. Precedens już jest. I to niejeden, chociaż imię Anwar al-Awlaki jest tutaj głównym przykładem. Niedobrze, gdy władza wykonawcza ma aż tak wielkie możliwości, a jeśli udało się je stworzyć w USA, to prosta droga wiedzie stamtąd do Europy.
  10. Wojna z terrorem stała się samonakręcającym się przedsięwzięciem. Rozlewa się po coraz większym terytorium na mapie świata, angażuje coraz większe i potężniejsze siły, a jednocześnie nie widać na horyzoncie jej końca. Nie było nim w żadnym przypadku zabicie Osamy bin Ladena. Teraz lokalni radykałowie podszywają się bądź podłączają pod brand Al-Kaidy, wydając wojnę miejscowym władzom, a przy okazji Stanom Zjednoczonym i Zachodowi. Wojny z terrorem nie da się wygrać wyłącznie środkami wojskowymi, do tego głównie siłami specjalnymi i dronami. Polityka, gospodarka, rozwój i kultura muszą znaleźć swoje miejsce na stole.

Gorąco polecam lekturę książki "Dirty wars: The world is a battlefield". Składa ona puzzle, które są nam serwowane przez media bez jakichkolwiek "linków" pomiędzy nimi. Tymczasem, jak mawiał znajomy historyk, każde wydarzenie to zawsze "przyczyna-przebieg-skutki". Coraz mniej tego typu tekstów w przestrzeni informacyjno-analitycznej. Scahill jest jednym z nielicznych autorów podążających słusznym tropem.

Piotr Wołejko

środa, 24 października 2012

Po poniedziałkowej analizie pojęcia wspólnota międzynarodowa czas na propozycje bardziej relaksacyjne i dynamiczne. W jednym wpisie zmieszczę aż trzy książki, które moim zdaniem składają się w jedną całość. Są komplementarne, chociaż można spokojnie wyobrazić sobie pominięcie którejś z nich. Tytuł wpisu zdradza wszystko - dzisiaj skupię się na wydanych przez wydawnictwo Znak książkach: "Snajper" (autorzy: Howard Wasdin, Stephen Templin), "Komandos" (Richard Marcinko, John Weisman) oraz "Cel snajpera" (Chris Kyle, Scott McEwen, Jim DeFelice).

Zostały one wydane w ramach ogólnoświatowego boomu książek traktujących o bohaterskich komandosach Navy Seals, w szczególności elitarnym Teamie Six, który w maju 2011 roku przeprowadził atak na domostwo Osamy bin Ladena w pakistańskiej miejscowości Abbottabad i zabił lidera Al-Kaidy. Od tego czasu szeroko rozumiana publika pragnęła dowiedzieć się więcej o Teamie Six i Navy Seals. Zadziałały prawa popytu i podaży, stąd trwająca do dziś inflacja pozycji o omawianej tematyce.

Na pierwszy ogień - "Snajper"

Na mojej półce pierwsza wylądowała książka "Snajper" Howarda Wasdina, który był snajperem w Teamie Six, uczestniczył m.in. w operacji sił amerykańskich w Somalii na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Z jego książki dowiemy się sporo o szkoleniu i różnicach pomiędzy Teamami z wschodniego i zachodniego wybrzeża USA oraz między ww. a Teamem Six - elitą elity. Wasdin pokazuje, w jaki sposób Sealsi walczą z terroryzmem i jak wszechstronnymi są wojownikami. Jest to dobrze napisana i przyjemna w czytaniu pozycja.

"Komandos" i twórca Teamu Six

grafikaZachęcony książką Wasdina sięgnąłem więc po "Komandosa", którego autorem jest legendarny twórca Teamu Six i jeden z najwybitniejszych Sealsów w historii - Richard Marcinko. Napisał on swoją książkę w 1992 roku, a więc dwadzieścia lat temu, natomiast w Polsce dopiero teraz doczekała się "lepszych czasów". I dobrze, bo jest świetna!

Marcinko to twardziel, dla niektórych może także i prostak. W swojej książce przedstawia się jako nieustępliwy dowódca, człowiek z charakterem, który się admirałom nie kłaniał (nie mówiąc o takiej drobnostce jak kule wystrzeliwane z broni przeciwnika). Narracja autora wciąga niczym wir morski - naprawdę trudno się wykaraskać. Co chwila na twarzy czytelnika pojawia się uśmiech, ponieważ Marcinko nie przebiera w słowach i świetnie potrafi łączyć opisywanie poważnych historii z wojskowym poczuciem humoru.

Z książki Dicka Marcinki dowiemy się, jak powstawali Sealsi, jak ewoluował proces ich szkolenia, uzbrojenie, współpraca z zagranicznymi jednostkami. Przeczytamy też o wojnie w Wietnamie z perspektywy jednostek przeznaczonych do celów specjalnych. A przede wszystkim zobaczymy, jak rozwijała się najpotężniejsza jednostka antyterrorystyczna świata. I jak skończył jej twórca, który otrzymał osobliwą nagrodę za swoje wieloletnie zaangażowanie.

Najgroźniejszy snajper w historii - "Cel snajpera"

Dopełnieniem sealsowskiej trylogii jest "Cel snajpera" Chrisa Kyle'a. Z okładki razi nas reklama na czerwonym tle "Książka zawiera opisy wspólnych AKCJI z GROM-em". Rzeczywiście, kilka akcji zostało opisanych, a Kyle za każdym razem chwali polskich  komandosów za ich świetne wyszkolenie i wysoką wartość bojową. Współpraca z GROM-owcami nie stanowi jednak istoty książki. Jest nią opis "kariery" najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii podczas wojny w Iraku, wzbogacony o aspekt życia rodzinnego i wielkie trudności z pogodzeniem tego życia z prowadzeniem wojny. Z tego punktu widzenia jest to dobra książka dla kandydatek na żony lub żon zawodowych żołnierzy, jeśli z innych źródeł nie wiedzą już, jaki los czeka je w przypadku wysłania ich partnera na wojnę.

Mocnym punktem książki Kyle'a jest opis realiów irackiej wojny oraz prowadzenia wojny zagranicznej przez USA. Wskazuje on na liczne ograniczenia, które na wojskowych nakładają politycy. Wiele z nich wydaje się dość dziwnych - większość z nich znajduje wyraz z pozycjach typu "zasady prowadzenia walki". Czy żołnierz naprawdę potrzebuje instrukcji działania na polu bitwy?

Kyle pokazuje również, że rozmaite informacje napływające do kraju z zagranicznej wojny są mocno podrasowane lub po prostu nieprawdziwe. Sprzedaje się to, co publika chce usłyszeć, a nie prawdziwy obraz rzeczywistości. Najlepszym przykładem podanym przez autora jest współpraca z irackimi siłami bezpieczeństwa i proces ich szkolenia, a następnie rzekome sukcesy odnoszone przez lokalne formacje. Po lekturze "Celu snajpera" każdy dużo bardziej sceptycznie będzie podchodził do optymistycznych doniesień z Afganistanu o tym, że policja i wojsko afgańskie rosną w siłę i wkrótce będą gotowe do przejęcia odpowiedzialności za swój kraj. Jest wielce prawdopodobne, że nie będą gotowe, a wojskowi i politycy doskonale o tym wiedzą.

Komplet czy jedna z trzech?

Podsumowując, trylogia poświęcona Navy Seals to ciekawa lektura o objętości ok. 1300 stron. Na odwrocie każdej z książek widnieje cena 39,90 zł, czyli standard polskich księgarni. Czy warto sięgnąć po wszystkie? Można, natomiast niewiele stracimy, gdy pominiemy najświeższą pozycję, czyli "Cel snajpera" Chrisa Kyle'a. Mało tutaj nowości, jeśli mamy za sobą lekturę "Snajpera" i "Komandosa". Moim zdaniem najciekawsza jest książka Richarda Marcinki. "Komandosa" czyta się jednym tchem, a do tego jest kopalnią wiedzy i anegdot z życia wojskowego. Gdybym mógł wybrać tylko jedną z trzech opisywanych książek, faworytem byłby Marcinko.

Piotr Wołejko

 

Grafika: znak.com.pl

środa, 26 września 2012

Pierwszy chiński lotniskowiec o nazwie Liaoning (były rosyjski Wariag) wszedł wczoraj do służby. Zdaniem ustępującego wkrótce premiera Wen Jiabao okręt ten jest "powodem do patriotycznej dumy". Niewątpliwie posiadanie lotniskowca wzmacnia pozycję Chin i chińskiej floty w regionie, stanowiąc milowy krok w modernizacji marynarki wojennej.

Pierwszy krok w długim marszu

grafikaZanim amerykańscy planiści wezmą się za aktualizację istniejących i przygotowanie nowych ewentualnościowych należy podkreślić, że Liaoning będzie przez pewien, raczej dłuższy czas wykorzystywany do celów szkoleniowych. Na pokładzie nie znajdą się bowiem jakiekolwiek samoloty okrętowe. Brakuje zarówno maszyn, jak i pilotów wykwalifikowanych do ich obsługi. Stąd zastrzeżenie "dłuższego czasu", zanim lotniskowiec będzie mógł pełnić swoją podstawową rolę.

Gdy już pojawią się maszyny i piloci, a załoga lotniskowca będzie wyszkolona do jego obsługi, pojawia się kolejne wielkie wyzwanie - sformowanie grupy bojowej składającej się z lotniskowca i okrętów towarzyszących. Mimo całej swej potęgi, lotniskowce niewiele znaczą bez odpowiedniego wsparcia. Wręcz przeciwnie, stanowią doskonały i dość łatwy cel dla przeciwnika. Sformowanie i zgranie lotniskowcowej grupy bojowej także musi potrwać. Pod pojęciem "zgranie" trzeba bowiem rozumieć wypracowanie procedur, wyszkolenie oficerów, przeprowadzenie dziesiątek szkoleń, manewrów i testów (Chińczycy już w 2009 r. szkolili się na brazylijskim lotniskowcu). To wszystko trwa. I kosztuje. O ile można skraść technologie i wdrożyć je na własnym gruncie z pominięciem fazy badań, to nie da się sformować sprawnej i zdolnej do walki grupy bojowej w przyspieszonym tempie.

Mieć silną flotę

Jeśli ktokolwiek obawia się chińskiego lotniskowca, to są to obawy przedwczesne. Poza powyższym warto bowiem mieć na uwadze fakt, że inne kraje także posiadają podobne okręty. Stany Zjednoczone mają ich aż 11, z czego w pobliżu Chin operują zazwyczaj dwa, wraz ze swoimi grupami bojowymi. Rosja, Francja i Indie również posiadają lotniskowce, a Wielka Brytania chwilowo nie. Stan ten ma ulec zmianie, trwa konstrukcja dwóch okrętów, lecz kryzys finansowy może te plany zmienić, a na pewno je spowolni. Aktualnie Brytyjczycy współkorzystają z francuskiego okrętu Charles de Gaulle.

Droga do zostania potęgą morską jest długa i trudna, a do tego wymaga cierpliwości i wielkich nakładów. Za decyzją o posiadaniu silnej i nowoczesnej floty stoi jeden z dwóch powodów: posiadanie licznej floty handlowej albo chęć ekspansji zewnętrznej. Chiny posiadają liczną flotę handlową, są eksportową potęgą. Naturalne jest więc, że wzmacniają marynarkę wojenną. Większość potęg morskich szła właśnie tą drogą, żeby wskazać tylko Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. Za tym szła jednak możliwość wpływania na globalny układ sił i szansa na ustalanie własnych reguł. Niewykluczone, że i Chiny osiągną status, jaki miał niegdyś Rzym czy mają dziś Anglosasi. [Więcej o morskiej rywalizacji we wpisie z czerwca 2009 r.]

Spory terytorialne w tle

W świetle świeżego sporu terytorialnego z Japonią o wyspy Senkaku/Diaoyu powstaje pytanie, czy modernizacja i zbrojenia nie będą stanowić kolejnego elementu układanki pt. możliwa konfrontacja. Nie da się dziś odpowiedzieć na to pytanie. Wybór pomiędzy dialogiem i współpracą a konfrontacją nie następuje na podstawie racjonalnych kalkulacji. Jest wypadkową pomiędzy wieloma, często luźno związanymi z głównym problemem, czynnikami.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 19 lipca 2012

Akcja wywołuje reakcję. Nic więc dziwnego, że Chiny zamierzają zareagować na rozwój amerykańskiego programu obrony przeciwrakietowej. Do tej pory słyszeliśmy głównie rosyjski sprzeciw, połączony z groźbami rozwijania środków zdolnych do przełamania tzw. tarczy antyrakietowej. Jednak problem spadku znaczenia istniejącego dziś arsenału nuklearnego dotyczy nie tylko Rosji. 

Jak donosi Reuters, chiński generał-akademik odniósł się do amerykańskiej tarczy w następujący sposób: "podważa ona strategiczną równowagę". Stwierdzenie wręcz oczywiste. Jeśli państwo A, w tym przypadku Stany Zjednoczone, prowadzi zaawansowane prace nad stworzeniem systemu, który obroni je przed zagrożeniem strategicznym ze strony państw B, C i D, to państwa te będą zmuszone zareagować. W innym wypadku państwo A zyska ogromną przewagę nad resztą, co zaburzy globalny układ sił.

grafikagrafika: http://battleland.blogs.time.com

"Musimy utrzymać wiarygodność odstraszania" - mówi chiński generał i dodaje, że oznacza to, iż Chiny "będą modernizowały swój arsenał nuklearny". Posiadanie możliwości odpowiedzi na atak jest niezbędne. Tymczasem rozwój technologii antyrakietowych mógłby poważnie ograniczyć Chinom zadanie odwetowego ciosu.

Cytowany przez Agencję Reutera ekspert ds. bezpieczeństwa Joseph Cirincione twierdzi, że rozwój defensywnych technologii, takich jak tarcza antyrakietowa, "zawsze zmusza inne państwa do poprawy własnego potencjału ofensywnego". Działa to też w drugą stronę - im lepszy atak, tym większa chęć do stworzenia skutecznego systemu obronnego. Takie jest zresztą założenie tarczy antyrakietowej - powstrzymać istniejące dziś rodzaje rakiet balistycznych.

Wyścig pomiędzy obrońcami a atakującymi będzie więc trwał w najlepsze, a tzw. kompleks przemysłowo-militarny w największych światowych mocarstwach będzie miał się świetnie. Na większe wydatki Chin składają się nie tylko amerykańska tarcza antyrakietowa, lecz również tegoroczne próby rakietowe Indii (czytaj wpis z kwietnia br.). W tym roku strategiczny wyścig zbrojeń nabrał wyjątkowych rumieńców.

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook